Książki

Wywiad z Timothym Zahnem

Hollywood.Com

Nowy rok rozpocznie się premierą najnowszej powieści Timothy’ego Zahna – Scoundrels. Nic dziwnego, że zaczynają się pojawiać z nim wywiady w sieci, jeden z nich prezentujemy.

P: Jak narodził się pomysł na „Scoundrels”?
O: Cóż, mieliśmy już kilku łotrzyków w uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Ja zaś zawsze bardzo lubiłem „Żądło” czy „Ocean’s 11”. Taki rodzaj skoku i gry, w której nie musisz martwić się o to, że uczestnicy knują przeciw sobie nawzajem za plecami. Przyjemna rozrywka. I wydawało mi się, że bliska naturze Hana, Chewiego i Lando, no i grupy ludzi podobnie myślących.

P: To też swoiste odejście od ciebie, bo powieść odbiera się jak pojedynczą, samodzielną przygodę. Nie ma tu postaci, które wracają w twoich pracach, jak Thrawn czy Mara Jade.
O: W sumie to była cześć postawionego celu. Shelly Shapiro, redaktorka z Del Rey oraz Sue Rostoni, która w tamtym czasie zarządzała jeszcze książkami w Lucas Licensing, szukały opowieści, która wciągnęłaby fanów „Gwiezdnych Wojen”, którzy nie czytają powieści Star Wars. Jest już ich ponad 150, a ktoś kto nie jest z nimi obeznany, może poczuć się wystraszony. Więc moim celem było napisanie historii, która wciągnie fanów, którzy nie wiedzą nic o Expanded Universe. A jakiego typu mogłaby to być opowieść? Właśnie w stylu „Scoundrels”. Jeśli widziałeś oryginalną trylogię, to wystarczy by sięgnąć po książkę.

P: Czytałem dziesiątki książek Star Wars, ale czuję się czasami trochę zrażony ilością materiału jaki powstał. Czy myślisz, że ekspansywny rozwój Expanded Universe może stać się barierą dla nowych czytelników?
O: Zawsze, gdy ma się do czynienia z czymś tak dużym pojawia się pytanie „Od czego zacząć? Jak w to wejść?”. Mam przyjaciół, którzy mówią: „Te książki są wspaniałe, ale jak zacząć?” Chronologicznie od Starej Republiki? Czy może według kolejności pisania od Spotkania na Mimban i starych książkach o Hanie Solo i Lando Calrissianie? A może zacząć od trylogii Thrawna lub „Dziedzictwa Mocy”? Co muszę wiedzieć, by w to wejść i się nie pogubić? Pojawił się teraz pewien czynnik zastraszający. To jest zbyt duże. Szkoda, bo w Expanded Universe jest kilka naprawdę wspaniałych książek, ale jeśli masz wrażenie, że to wyzwanie podobne do wspinaczki na Mount Everest, to jest zbyt trudno do nich dotrzeć.

P: Nie napisałeś książki osadzonej w „Gwiezdnych Wojnach” osadzonej dalej niż 15 lat po „Powrocie Jedi”. Czy zdecydowałeś by pozostać względnie blisko wydarzeń oryginalnej trylogii?
O: Po części, ale głównie dlatego, że rozpoczęli „Nową Erę Jedi”, długą, długą serię, która składała się z 19 książek, mieli kilkunastu autorów, musieli ich koordynować i pracować razem nad całością. Nie jestem zainteresowany tego typu współpracą, ponieważ mi do głowy zawsze przychodzą nowe pomysły, gdy jestem w środku pisania książki, więc gdybym pisał trzecią powieść z dziewięciu, nie mógłbym ich dołożyć, nie niszcząc przy tym wszystkiego, co powstało już dalej. Więc wydaje mi się, że byłoby to frustrujące dla mnie, zwłaszcza gdybym miał pomysł, a musiałbym się trzymać ustalonych ram. Trzymam się więc raczej swojego małego poletka wszechświata „Gwiezdnych Wojen”, który nie licząc Poza galaktykę rozciąga się od „Nowej nadziei” do jakiś 19 lat po.

P: Trylogią Thrawna właściwie otworzyłeś drogę publikacjom Gwiezdno-wojennym. Teraz po 20 latach od wydania Dziedzica Imperium, jak twoim zdaniem zmieniło się pisanie w uniwersum „Gwiezdnych Wojen”?
O: Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy to fakt, że jest to bardziej skomplikowane. Jest tyle innych książek i pisarzy pracujących. Kiedy pisałem „Dziedzica Imperium”, osadzonego pięć lat po „Powrocie Jedi”, miałem właściwie czystą tablicę na której mogłem pracować. Oczywiście Lucasfilm się upewniał, czy nie zrobię czegoś zupełnie niezgodnego z ich wizją, ale nie musiałem się martwić o to, że wejdę w historię innego autora lub, że okaże się, że jedna z głównych postaci pojawi się nagle w dwóch miejscach w galaktyce w tym samym czasie. Teraz jest trudniej tego upilnować, ale na szczęście mamy Wookieeepedię i Holokron Lucasfilmu. Ale i tak prawdopodobnie wejdziesz w coś, co stworzył ktoś innych, chyba, że jesteś bardzo, bardzo ostrożny.

P: A jak wygląda proces pisania takiej książki? Przychodzisz z pomysłem do Lucas Licensing, który to zatwierdza? Jak wygląda proces tego zatwierdzania?
O: Początkowo rozmawiamy o zarysie pomysłu. W tym przypadku chciałem zrobić „Solo’s 11”, więc znaleźliśmy dobry okres w którym mogłaby się dziać akcja, potem rozmawialiśmy o głównych postaciach, które mogłyby w tym brać udział, w tym przypadku to Han, Chewie, Lando i kilka moich. Następnie dałem im zarys akcji, a oni mówią co im się podoba, a co nie. Mój oryginalny pomysł został poddany poważnym zmianom. Miałem kilka pomysłów, ale oni powiedzieli, że wolą coś bardziej tradycyjnego, bardziej bezpiecznego. Myślałem o porwaniu i odbiciu porwanej osoby, ale oni woleli mieć raczej typowy napad rabunkowy z wielkimi pieniędzmi w tle. Więc poprawiałem to i tak spędziliśmy prawie cztery tygodnie dopracowując różne rzeczy. Potem dostałem zgodę i zacząłem pisać książkę, po czym nastąpił kolejny proces korekt i recenzji, w końcu ramy które ustaliliśmy nie były wystarczająco wyraźne, więc musieliśmy je dookreślić, a ja poprawić. Czasem też jest tak, że redaktorzy zaczynają rozumieć, że rzeczy które zasugerowali nic nie wnoszą, więc je wyrzucamy. To długi proces, ale tak to wygląda gdy pracujesz w uniwersum kogoś innego.

P: A czy pracowałeś kiedyś bezpośrednio z George'em Lucasem?
O: Nie. Spotkałem go raz wiele lat temu, ale z tego co słyszałem, to on zawsze trzymał swoje ręce z dala od powieści. Myślę, że miał większy wpływ na komiksy, zwłaszcza w dawnych czasach, zanim zaczął pracować nad prequelami, głównie dlatego, że komiksy to medium wizualne, a on jest człowiekiem właśnie od takich wizji, a nie powieści. Więc nigdy nie pracowałem z nim bezpośrednio, zawsze to byli ludzie z Lucasfilm. Z nimi zawsze mi się dobrze pracowało. To przyjemność pracować przy „Gwiezdnych Wojnach”. Nigdy nie słyszałem, by w Lucasfilmie ktoś krzyczał „Tego się nie da zrobić!” czy „Musisz to zrobić!”, zawsze byli otwarci na dyskusję. Było kilka miejsc w moich książkach, gdy mi powiedzieli, że nie mogę czegoś zrobić, ale wytłumaczyli mi dlaczego to musi być zrobione tak a nie inaczej, by współgrało z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, któremu służą. Czasem też mówili: „Dobra, rozumiemy twoje powody i pozwolimy ci to zrobić.” Nie rządzą się jakimiś dekretami. Zawsze udaje się wypracować jakiś kompromis.

P: Możesz podać przykład czegoś, co początkowo Lucas Licensing odrzucił?
O: W „Poza galaktykę”, chciałem by w misji uczestniczyły rodziny, w tym dzieci, skoro to był długoterminowy plan podróży do innej galaktyki. Sue Rostoni zaś myślała, że to będzie bardziej wojskowa ekspedycja, więc będą tylko żołnierze. Ukazałem jej, że chcę pokazać Jorusa C’Boata (szalony Jedi), który przejmuje kontrolę nad wyprawą i dowodzi, dlaczego Jedi nie powinni nikim rządzić. Przy obecności dzieci on może powiedzieć: „Dobra, to dziecko ma zdolności Jedi, więc je wezmę od rodziców i rozpocznę trening, pomijając wolę rodziców.” Więc odpowiedzieli: „Dobra, to bardzo interesujące zagadnienie, rozwijaj je”.

P: Znalazłeś może jakieś fragmenty twoich książek, które zostały retroaktywnie wyrzucone z kanonu?
O: Cóż, wszyscy się bawimy na podjeździe George’a Lucasa, więc kiedy on postanowi wrócić swoją ciężarówką i zatrzymać na tym podjeździe, nie ma miejsca byśmy mogli się tu bawić. Tak było z prequelami, które trochę pogmatwały kilka książek. Każdy, kto coś robił z historią Boby Fetta poczuł nagle, że jego wkład stał się jakimś alternatywnym uniwersum. Było kilka moich rzeczy, ale większość moich zabawek przetrwała właściwie nie tknięta, lub przynajmniej dało się to jakoś wyjaśnić. Ale teraz, co przetrwa Epizody VII, VIII i IX? Nikt tego nie wie.

P: Lucasfilm posiada prawa do wszystkich postaci, które im wymyśliłeś, więc jeśli zechcieliby ożywić Thrawna, mogliby to zrobić nawet cię nie pytając?
O: Zgadza się. Mogą zrobić co chcą, a ja mogę o tym nie wiedzieć, dopóki nie usiądę w kinie i nie zacznę oglądać filmu.

P: A co jako fan Gwiezdnych Wojen chciałbyś zobaczyć w nowej trylogii?
O: Macie kilka godzin na to? Po pierwsze powinni przeskoczyć o pokolenie i mieć albo dzieci Hana, Luke’a i Lei, albo nawet ich wnuki, natomiast postaci z oryginalnej trylogii powinny być starsze, mądrzejsze, w typie mentorów. Ale to co chciałbym zobaczyć, ma dużo wspólnego z Disneyem, w „Gwiezdnych Wojnach” nie widziałem dobrych relacji rodzinnych. Mamy neurotyczne relacje, czy nawet wręcz antagonizm między Lukiem i Vaderem. Chciałbym zobaczyć Luke’a i jego syna lub wnuka, którzy się dogadują i funkcjonują jako rodzina. Chcę oczywiście także dobrej opowieści i bitew kosmicznych. Chciałbym też zobaczyć coś innego niż Skywalker przechodzący na Ciemną Stronę. „Gwiezdne Wojny” dają tyle możliwości, że nie musimy powtarzać przechodzenia na Ciemną Stronę, konceptu wykorzystanego w poprzednich filmach. Nie chcę też oglądać tego samego na nowo.

P: Wygląda na to, że prawie każdy fan myśli, że Han, Luke i Leia będą w nowych filmach. Lub przynajmniej mają na to nadzieję. Ty sam zdecydowałeś się ich trzymać w „Scoundrels”. Czemu wciąż wracamy do tych postaci?
O: Po części pewnie dlatego, że to były pierwsze postaci jakie poznaliśmy. Oni byli naszymi bohaterami. Ale także dlatego, że te filmy Lucasa osiągnęły to, co każdy pisarz czy reżyser chce osiągnąć... znalazł chemię. Znalazł chemię między tymi postaciami, która rozbrzmiewa aż do dziś. Wciąga nas. Widzieliśmy jak Luke dorastał, od naiwnego chłopaka z farmy, który musi zrozumieć swoje obowiązki wobec innych, znajdujemy siłę w Lei, łobuza w Hanie, i to wszystko współgra. Kto nie chciałby zobaczyć ich w interakcji z następnym pokoleniem, no i znów między sobą? To mogłoby być jak Indiana Jones i jego ojciec w „Ostatniej krucjacie”, tylko, że w „Gwiezdnych Wojnach”!

P: Niektórzy sugerują, że Han Solo powinien umrzeć w Epizodzie VII. Masz jakieś preferencje odnośnie jego śmierci?
O: Chyba nie jestem najlepszą osobą do odpowiedzi na to pytanie, bo nie lubię oglądać śmierci głównych postaci. Lubię oglądać bohaterów walczących przeciw niemożliwemu i wygrywających. Nie przepadam za scenami śmierci. Wskazałbym raczej Sherlocka Holmesa jako przykład, poszedł na emeryturę i zajął się pszczelarstwem. Ale jeśli już zdecydujemy się zabić Hana Solo, to musi być naprawdę dramatyczne i heroiczne. Choć wolałbym, by główne postacie odeszły ze sceny, pozostawiając ją wolną dla nowego pokolenia bohaterów „Gwiezdnych Wojen”.

P: Cóż nawet książki stały się dużo mroczniejsze w ciągu ostatnich dziesięciu lat, choćby zaczynając od „Nowej Ery Jedi”.
O: Jest zbyt mrocznie jak dla mnie, ale wielu fanom się to podoba. To co jest wspaniałe przy tych 150+ książkach, to fakt, że znajdą się takie, które nie ruszają pewnych osób, ale inne je wręcz kochają. Można mieć opowieści tradycyjne w stylu oryginalnej trylogii, jak Rebelia kontra Imperium, coś co robiłem w Posłuszeństwie czy Choices of One, po zombie szturmowców dla fanów horroru, no i wszystko inne co da się wepchnąć w środek. Więc tam jest zawsze coś dla każdego fana, niezależnie od tego, czego on szuka.



Tagi: Timothy Zahn (178) wywiad (149)

Komentarze (4)

To nie jest prawdziwa Winter :(

coś się przyczepiło do B... ale mam tak tylko na IE. Na Firef jest spokój.

zainstaluj adblocka

Czy te popupy z reklamami muszą wyskakiwać przy kliknięciu każdego newsa?

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:

Archiwum wiadomości dla działu "Książki"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.