Świat Filmu

George Lucas i spaghettti westerny

oficjalny blog



Przed nami kolejny wpis Bryana Younga, który tym razem zajął się wpływem westernów na dzieła Lucasa. Głównie koncentruje się na twórczości Sergio Leone, ale nie tylko.

Westerny bardzo długo służyły jako inspiracja w historii filmu. Orson Welles bacznie oglądał film Johna Forda – „Dyliżans” nie raz wracając do niego, podczas przygotowań i montażu „Obywatela Kane’a”. Akira Kurosawa także ubóstwiał dzieła Johna Forda i starał się połączyć japońską wrażliwość samurajów z wyjątkowym sposobem opowiadania historii znanym z westernów. Kurosawa stworzył epickie filmy w stylu westernów jak „Siedmiu samurajów”, „Straż przyboczna” czy „Sanjuro – Samuraj znikąd”.

Jeden z tych filmów „Straż przyboczna”, z kolei zainspirował jednego z najbardziej wpływowych reżyserów westernów, Sergio Leone. Leone przerobił „Straż przyboczną”, film o samurajach inspirowany westernami, w włoski „spaghetti western” – „Za garść dolarów”. Prawdę mówiąc, w wielu miejscach to jest bezpośredni remake, choćby ze względu na te same ujęcia czy kwestie, które mają oddać hołd oryginalnemu dziełu.

„Za garść dolarów” miał niesamowicie istotny wpływ na uniwersum „Gwiezdnych Wojen” z wielu powodów. Zgodnie z tym, co mówił Jeremy Bulloch, to cała jego gra Boby Fetta była inspirowana rolą Clinta Estwooda – czyli Bezimiennym z „Za garść dolarów”. Zdawkowe ruchy i groźna postawa Estwooda jest widoczna w każdym ruchu (lub jego braku) ulubionego mandaloriańskiego łowcy nagród w klasycznej trylogii.

Nawet Jango Fett ma akcję, w której okręca swój pistolet wokół palca nim odłoży go do kabury w „Ataku klonów” (zaraz po śmierci Colemana Trebora), zupełnie jak Clint Eastwood w tych trzech filmach Leone.

Podobieństwa widać nawet w doborze kostiumów. Eastwood spędził dużo czasu w filmie nosząc ponczo, które mocno przypomina to noszone przez młodego Bobę Fetta na Kamino, ale też Luke’a Skywalkera w Epizodzie IV czy Qui-Gona w Epizodzie I.

W całej trylogii Bezimiennego, „Za garść dolarów”, „Za garść dolarów więcej” oraz „Dobry, zły i brzydki” bezmiar pustyni odgrywa bardzo dużą rolę. Serce pustyni widać w podobnym stylu praktycznie zawsze, gdy widzimy Tatooine na ekranie, jest tam wiele podobnych wyznaczników, które widać w „Gwiezdnych Wojnach”. Oczywiście można znaleźć pewne nawiązania w architekturze lokacji takich jak domostwo Larsów czy Mos Eisley. Te filmy są pełne szumowin i łajdaków, a to uczucie towarzyszy nam wszędzie na Tatooine. Owszem mamy życzliwych farmerów jak Larsowie, bandytów jak Jeźdźcy Pustyni, ale i łowców nagród pokroju Clinta Eastwooda i Lee Van Cleefa. To nas prowadzi do postaci Lee Van Cleefa czyli Anielskich Oczek.

Trzeci film w trylogii Leone koncentruje się w dużej mierze na łowcach nagród i ich walce o nagrodę, w której zdradza się partnerów w dowolnej sytuacji, co trochę przypomina „Gwiezdne Wojny”. Nie tylko łowców nagród ścigających Hana w „Imperium kontratakuje”, ale przede wszystkim odcinki „Wojen klonów” skoncentrowane na łowcach nagród. W sumie zgodnie z tym, co pisał Pablo Hidalgo w 2009, George Lucas specjalnie użył bezwzględnego łowcy nagród Anielskie Oczka (Lee Van Cleef), gdy pracowano nad Cadem Banem w pierwszym sezonie „Wojen klonów”. Trybut nie mógł być bardziej widoczny. Bane, podobnie jak Anielskie Oczka, to ktoś kogo nie można lekceważyć, ktoś kto zabija szybko z zimną krwią, bez choćby sekundy namysłu. Obaj dzielą wspólną cechę przebierania się za przeciwników (Anielskie Oczka za żołnierza Unii, a Cad Bane za klona), no i obaj noszą zapadające w pamięć kapelusze z szerokim rondem. Obaj, Bane i Anielskie Oczka, mówią z pewną arogancją wynikającą z tego, że są zabójczy i inteligentni. Pomijając fakt, że Cad Bane jest Durosem, z pewnością bez problemu odnalazłby się w świecie Leone, zupełnie tak łatwo jak znajduje się w „Gwiezdnych Wojnach”.

Wszyscy którzy lubią łowców nagród i ich przygody, czy to w „Wojnach klonów” czy „Gwiezdnych Wojnach”, powinni dać szanse spaghetti westernom Leone. Zabawne jest to, że mamy podobne uczucia i te same atrybuty, jak gdy oglądamy Cada Bane’a i jego gromadkę w kacji, czy Bobę lub Jango Fetta zajmujących się biznesem. No i oczywiście to wspaniałe, jak te filmy zainspirowały „Gwiezdne Wojny” na bardzo wiele oczywistych sposobów i mnóstwo wcale nie tak oczywistych.



Bryan Young zaczął pisać o westernach od wspomnienia Kurosawy (więcej), wspomniał też o „Siedmiu samurajach”. Ten film, oczywiście przerobiony także na western – „Siedmiu wspaniałych”, miał też bezpośredni wpływ na jeden z odcinków „Wojen klonów” - Bounty Hunters. Tyle, że tam czasem już trudno rozstrzygnąć, co miało większy wpływ. Kurosawa, czy western, a może John Ford, na którym wszyscy się bazowali?



Tagi: Bryan Young (50) George Lucas (859) Holo z oficjalnej (151) inspiracje (151) The Clone Wars (1205)

Komentarze (11)

Wiadomo te dzieła są fantastico, choć niestety, western oglądałem jako pierwszy, to tata mi powiedział, że jest oparty o film Kurosawy. Dlatego zainteresowałem się filmami o samurajach. Szkoda, że dzisiaj mało dzieje się w tym gatunku, jedynie Zatoichi zrywa beret.

Darth GROM - spoko. Akurat do Siedmiu wspaniałych/Siedmiu samurajów jestem dość przywiązany, bo nawet kiedyś adaptowałem te dzieła do swoich potrzeb :). A to zawsze wymaga trochę pracy i pogrzebania.

Mój adepcie, a ty myślisz, że jak zostałem mistrzem lol.? Wychowałem się na filmach Akiry Kurosawy, po za tym uwielbiam filmy o samurajach. Zamiłowanie do tego filmowego gatunku zaszczepił mi tata. Pierwszy, który widziałem, gdy byłem dzieckiem, to "Tron we krwi" powstały w oparciu o Makbeta Williama Shakespeare'a, a którego Kurosawa, bardzo cenił. Później nakręcił jeszcze dwa filmy na podstawie jego dramatów: "Zły śpi spokojnie" (Hamlet), oraz "Ran" (Król Lear). Bardzo też mi się podobał jeden z ostatnich filmów Kurosawy "Sobowtór" (Kagemusha), wspaniałe sceny batalistyczne.


LS, nie doczytałem do końca po tym jak przeczytałem, że "Siedmiu samurajów" opiera się o western, jakkolwiek zwracam honor, po doczytaniu całości.

Darth GROM - tyle, że w moim "komentarzu" pod koniec newsa piszę właśnie:

"..."Siedmiu samurajach". Ten film, oczywiście przerobiony także na western – "Siedmiu wspaniałych""

Więc chyba właśnie tę lekcję odrobiłem, choć pan Young tę inspirację całkowicie pominął. Moim zdaniem właśnie bardzo niesłusznie, bo się doskonale nadawała do tego artykułu, zwłaszcza w kontekście Wojen klonów.

A tak swoją drogą to trudno mierzyć Bobę Fetta rolą Eastwooda. Czego by nie mówić, ale w TESB Boba Fett to halabardnik, ozdobnik, a nie postać drugoplanowa nawet. Więc Jeremy mógł się inspirować, tylko nie było go na ekranie tyle, by dało się to zauważyć.

GROM, za ten komentarz masz u mnie plusa. Nie sądziłem, że znasz się na japońskim kinie samurajskim, a tym bardziej, że jesteś w stanie napisać post/komentarz po którym nie będzie się chciało tłuc głową w ścianę. Zaskoczyłeś mnie.

Mój Mistrzu.

LS, nie odrobiłeś dobrze lekcji, bowiem, to właśnie film "Siedmiu samurajów" legendarne dzieło Akiry Kurosawy, był inspiracją dla fabuły amerykańskiego westernu "Siedmiu wspaniałych" Johna Sturgesa, który również stał się klasyką gatunku, ponieważ fabuła oryginału była tak doskonała i uniwersalna.


Natomiast film "Straż przyboczna" inspirowany był według słów samego Akiry Kurosawy filmem "The Glass Key" Stuarta Heislera, który bynajmniej nie jest westernem, tylko filmem o tematyce gangsterskiej.


Jeśli chodzi zaś o "Sanjuro", to fabuła w dużej mierze opiera się na powieści Yamamoto "Dni pokojowego".

Faktem jest, że szerokie kadrowanie filmu charakterystyczne dla westernów było wykorzystywane w filmach Akiry Kurosawy, a wyżej wymienione tytuły były potocznie nazywane Japońskimi westernami, choć wydaje się być, to bardziej pobożnym życzeniem niż prawdą.

a jeśli ja wolę pizza westerny, i co teras

O cechach Boby, ktore wymieniles, na podstawie filmow nie da sie zbyt wiele powiedziec :)
Przyznam sie, ze nigdy nie rozumialem fenomenu popularnosci tego calego Fetta. Ot taki wlasnie wypelniacz ekranu na pare chwil. Ten jego westernowy charakter idealnie sie do tego nadaje, pasuje do stylu SW.
Ale chyba Fett na tyle rozpalil wyobraznie widzow, ze dorobili sobie jego historie, stworzyli postac na nowo.

Te dwie (jedna w zasadzie) postaci z westernów są bardzo dobrze rozwinięte, mimo swojej małomówności. A Boba ma zupełnie inne podejście do... życia, do pracy, do pieniędzy, do ludzi, inne zasay moralne, kodeks etyczny.

Ale przeciez Boba Fett to tylko tyle. Kilka gestow, jedno wypowiedziane zdanie.
Nie jest to w pelni rozwinieta postac, tylko taka wlasnie kalka bohaterow znanych z westernow.

Porównywanie Boby Fetta do postaci granych przez Clinta Eastwooda czy genialnego Toshirô Mifune mi się nie podoba. Poza ruchami, wiecznym spokojem i opanowaniem oraz oszczędności w słowach to charaktery, zasady i cała reszta są zupełnie, zupełnie inne.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:

Archiwum wiadomości dla działu "Świat Filmu"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.