Różne

Okiem sceptyka #3

Moja osobista recenzja

Witajcie moi kochani Bastionowicze! Tak, nadszedł ten czas, że w końcu i ja postanowiłem skrobnąć dwa-trzy zdania recenzji na temat Epizodu VII. Powiem szczerze, że robię to raczej niechętnie. Znaczy na początku, przed seansem, a nawet chwilę po - byłem do tego nastawiony pozytywnie. A potem im dalej w Endor, tym mniej Ewoków. Zresztą przeczytacie sami.

Jako że jesteśmy jeszcze we wstępie to chciałbym z tego miejsca wspomnieć o polskiej kinowej dystrybucji TFA (i nie mam na myśli żenującej ??wpadki?? z byłym legendarnym redaktorem naczelnym "Nowej Fantastyki"). Otóż stało się to co wg mnie powinno być normą nie tylko przy projekcjach filmów hmm efektownych, ale jak najczęściej przy wszystkich gatunkach. O ile to oczywiście możliwe i sensowne. Mówię w tym momencie o formacie obrazu i dźwięku.

Siódmy Epizod mogłem sobie obejrzeć aż na cztery różne sposoby: klasycznie i w 3D oraz z napisami lub z dubbingiem. Nawet jeśli dubbing 3D wyświetlany był raz dziennie (mówię na przykładzie mojej ulubionej warszawskiej Kinoteki) to i tak był. W przyzwoitej godzinie i każdy mógł się na niego wybrać. Chciałbym żeby bogactwo wyboru było normą. Znaczy się w tym miejscu szczerze dziękuję polskiemu oddziałowi Disneya, czy komu tam moja wdzięczność się należy.

A teraz zapraszam do przeczytania mojej recenzji. Osobistej i dość bolesnej, bo naprawdę było mi przykro pisać większość poniższych słów, ale inaczej się nie dało. Nie mogę zakrzywiać rzeczywistości dla... wirtualnego poklasku? Oportunizmu? Konformizmu? Nigdy taki nie byłem i TFA nie jest powodem by teraz nastąpiła jakaś zmiana.

So what I told you was true, from a certain point of view.
A certain point of view?
Luke, you're going to find that many of the truths we cling to depend greatly on our own point of view.


― The spirit of Obi-Wan Kenobi and Luke Skywalker, on Dagobah, Episode VI Return of the Jedi



Recenzja The Force Awakens (względnie A New Hope 1.5/2.0)


Film widziałem w kinie raz (klasycznie + napisy) i starczy. Dla pokolenia tl;dr przygotowałem tutaj mały skrót, łącznie z oceną. Ale obrazków nie ma.

Dla całej reszty: tekst wypadałoby zacząć od przypomnienia tego co pisałem głównie przy teaserach i trailerach, bo spokojnie obywałem się i unikałem wszelkich newsów, newsików, spoilerów i temu podobnych. Również po premierze nie czytałem niczego, żadnych pytań, żadnych odpowiedzi, nie było żadnego zaglądania do wookieepedii czy w końcu nawet przeglądania bastionowych dwóch działów, w których opisujecie różne teorie i szukacie rozwiązań.

Po dwóch teaserach miałem raczej wyrobione zdanie, gdzieś tak na 70-75%. Czułem, że „nowe” Gwiezdne Wojny nie będą tym co znam, tylko właśnie… nowością, ale nie w takim sensie, że to kolejna część, ale że JJ Abrams koniecznie będzie chciał ulepszyć to co dobre. Bo dostał szansę, bo może. Niby postara się zachować klimat, ale jednak namiesza i niekoniecznie pozytywnie.

Po trailerze… czułem się rozczarowany, że jednak jakaś Moc nie zadziałała i nie naładowała mnie, chociaż odrobinę, na czas premiery. Nie wierząc w nowy zaciąg aktorski, trzymałem się nadziei iż dziadkowie nestorzy SW dadzą popalić. Że chociaż na ich udziale będzie się można oprzeć.
Do kina poszedłem jednak z otwartym umysłem, chociaż mam tak w życiu, że złe rzeczy zawsze podświadomie wyczuwam i wiele z nich się dzieje. Bo nie ma możliwości przeciwstawienia się im.

Shedao Shai napisał na Forum, że
Większość z nas oceniła ten film jeszcze przed jego zobaczeniem, potem tylko poszliśmy potwierdzić swoje oceny i wynaleźć jakieś argumenty dla swoich teorii.

Pewnie jest w tym wiele prawdy, ale zaskoczę wielu – ja się w to nie wpisałem. Mój totalny brak oczekiwań był właśnie najlepszą metodą na roztrząsanie wszystkiego, co prowadziło do jednoznacznie negatywnych opinii. Przestałem się przejmować poziom aktorstwa, poziomem nawiązań, klimatem, nawet roztrząsaniem tego czy robota Disneya naprawdę podpada pod franczyzę.

Poszedłem na Gwiezdne Wojny tak jak chodzę na 99% innych filmów. Nie wiem kto poza Quentinem Tarantino (i SW właśnie) wywołuje u mnie jeszcze nadzieję na orgię zmysłów w kinie. Ale orgię sztuki, nie popcornowej rozrywki.


Tak właśnie widzę popcorniarzy ogarniętych szałem 3D itp.


To bardzo ważne – dla mnie kino jest sztuką, X najpiękniejszą z Muz. Nie czas i miejsce by się tu o tym rozpisywać nie mniej nawet TFA jest tego częścią.

No i poszedłbym prawie idealnie gdyby nie mały obrazek, który wpadł mi w oko. Tak naprawdę jest to powtórzony chwyt, ponieważ przypominam sobie podobne skreślenia przy duecie 'Pocahontas'-'Avatar'. Naprawdę, oczyściłem umysł niczym Neo z 'Matrixa' (chociaż to nie jest najlepszy przykład, patrząc po jego efektach :P), bo jeśli ktoś myślał (a zdaje mi się, że wielu), że życzę temu filmowi wszystkiego najgorszego i chcę by był kaszaną – to żal słów. Nawet najprostszych, najbardziej wulgarnych.



Ale patrząc na niego… czułem, że przegrywam. Naprawdę nie chciałem wierzyć, że można zrobić coś takiego, bo mój brak oczekiwań wyłączył również spory żal za skasowanym Expanded Universe. I to już nie tym, który kolidowałby z Epizodami VII-IX, ale właśnie historiami przed EI. Revan, Bane, wiecie o co chodzi.
Czymś „takim” miałby być zwykły plagiat? Serio? Nawet Abramsa o to nie podejrzewałem, a przecież pomagali mu Lawrence Kasdan (TESB Indy Jones czy dobre westerny) i Michael Arndt ('Toy Story 3', tak część trzecia, obejrzyjcie koniecznie). Wiedziałem, że JJ odwali jakiś numer przy miksowaniu klasyki ze swoją „klasyczną nowością”, ale coś takiego?

Oto co dostałem.

FABUŁA


Dodam jeszcze, że ową kartkę ze skreśleniami wydrukowałem sobie i zabrałem do kina. Na wszelki wypadek. Co jakiś czas podświetlałem ją komórką i… no nie wierzyłem w to co widzę. To był, TO JEST PLAGIAT. Epizod VII, nowa część nowej heh dajmy na to tylko trylogii – NIE JEST NOWA. Może to remake? Ta sama historia, tylko trochę inaczej, w trochę innych scenach? No, kurde, nie!

Oczywiście, plagiat można zdefiniować na różnych poziomach głębokości, trochę jak moje nazywanie SW-Disneya franczyzą od Lucasa. Czy Abrams miałby się wybronić plagiatem niezamierzonym, jeśli rzeczywiście uznamy, że coś takiego istnieje? Podobno sam to gdzieś przyznał, ale to akurat nie ma wpływu na tą recenzję, bo pojawiło się już po tym jak spisałem większość tekstu. Zresztą to nie ma żadnego znaczenia, po prawdzie „zabawna” kartka ze skreśleniami nie jest doskonała, ale w całokształcie filmu ilość scen oryginalnych do… „powtórzonych” tak czy inaczej dramatycznie mała.

Już sam początek, słynny opening crawl, każe się zastanowić „czy ja już przypadkiem gdzieś tego nie widziałem”? Minęło 30 lat od wydarzeń w ROTJ (chociaż w filmie czas ten nigdzie nie pada?), wydarzeń zdawałoby się pozytywnych – zginęło dwóch „czarnoksiężników”, władających tajemniczymi mocami, ich militarna siła może opiera się jeszcze na kilku flotach, ale II Gwiazda Śmierci również nie istnieje. Galaktyczne Imperium może zatem swobodnie przekształcić się, czy raczej (stosując polską miarę) odrodzić w wolną i demokratyczną Republikę.

A i owszem – jakaś Republika istnieje. Nawet później dowiemy się, że przez moment ma jakąś własną armię. Ale tą armią nie jest Resistance (będę korzystał z nazwy oryginalnej), który heh jest i na jego czele stoi Leia Organa. Pominę już, że nie Solo czy Organa-Solo, ale… widzicie to? Organizacja o nazwie partyzanckiej, heh ponownie, rebelianckiej – zdaje się być następstwem Rebelii/Sojuszu dla Przywrócenia Republiki. Lekko tego nie ogarniam, ale z kim walczą? Z niedobitkami tych flot imperialnych? Nie, z niejakim First Order (dalej FO), który nie chce przywrócić poprzedniego stanu rzeczy, ale… poluje na Luke’a Skywalkera.

Naprawdę? Po 30 latach, TRZYDZIESTU, nie roku, dwóch czy pięciu – naprawdę nic lepszego i ciekawszego Galaktyka nie może wymyślić? Teoretycznie Georg Hegel powiedział kiedyś historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła. OK, była wojna dwóch frakcji, jest wojna dwóch frakcji (+ jedno „oporowe” coś dodatkowo + tak naprawdę nie wiadomo jak wygląda układ polityczny). A co ten Skywalker? Ano stał się on teraz, niczym Leia i jej plany w ANH, lekarstwem na chorobę, odnajdą go a on save people and restore freedom to the galaxy…

To wszystko sieje zamęt już w napisach początkowych, a to przecież tylko pięć zdań. W tym jedno takie raczej nowe – na poszukiwanie klucza do sekretu pobytu Luke’a zostaje wysłany most daring pilot. Nie Bothanin? Pewnie skoro zginęło ich aż tylu, a źli trzymają się nieźle (i jak się okaże znowu mają mega-galaktycznego niszczyciela wszystkiego), to odmówili dalszej współpracy. Też bym odmówił, ile można? Gorzej, że pilot X-winga pachnie mi brzydko spin-offem, chociaż może niewłaściwie kojarzę to z Rogue Squadron. Czas pokaże, nie mniej nadal jest to dziwne. Chociaż może nie, zwykły agent nie taszczyłby ze sobą droida i nie „zgubiłby” go, a pilotowi zawsze można wcisnąć astromecha.


I tak właśnie dalej toczy się fabuła, nieliczne nowe rzeczy może wywoływałyby jakąś radość gdyby nie znudzenie tym, że „kurde, ale ja już to widziałem”. Chociaż u mnie to była duża frustracja, nie – duży szok, który potem zmieszał się ze zniechęceniem. Nie mogłem (nadal trochę nie mogę) uwierzyć, że to się dzieje. A tak było, kolejne minuty ulatywały, przez ekran przewijały się kolejne sceny, a ja jak głupi czekałem kiedy w końcu to przerwą.

Ale „dali radę” do końca. Ważnego droida na pustyni znalazła pozostawiona kiedyś mistrzyni techniki i pilotażu, która uciekła z nim przed pogonią. Spotkała legendę, która została po trochu jej mentorem, mieli parę przygód, ale szczęśliwie dotarli do Resistance’u, skąd znowu wyruszyli stawić czoło FO i ich super-uber broni, która już nie niszczyła planet. Teraz kasowała całe układy. Ale i tak plan jej zniszczenia ułożono w ok. 15 sekund.

Ekipa oczywiście wbiła się tam bez problemów, a główna bohaterka, dorzucając do techniczno-lotniczych skilli, odkryła u siebie Moc i zaczęła, chyba przez jakąś pamięć moco-genetyczną, naśladować Obi-Wana na Gwieździe z ANH. Potem mentor ginie i powinniśmy z „niecierpliwością” oczekiwać co dalej, gdyby nie drobna zmiana – dorzucono finałowy pojedynek na miecze świetle. Który też niczego nie rozwiązał, ale akcja była. Wtórna.

I po to skasowano EU? Po to mamiono „starych” fanów klasycznym trio L(uke)L(eia)H(an), by w ogóle nic ciekawego nie pokazali (poza Hanem, ale to nadal 2:1)? Cokolwiek jest dobrego w tym filmie, nie liczy się. Nie ma dla mnie znaczenia.
Obrzydliwy, zmutowany plagiat przekreśla nie tylko te 130 minut, ale kładzie się smutnym, nagrobkowym cieniem na całą resztę. Nie tylko na Epizody, ale nawet na spin-offy, o których jeszcze trochę myślałem, że scenariusz o Solo czy Bobie F. może mnie zagrzać. Co z tego jeśli te będą naprawdę oryginalne, z drobnymi tylko, smakowitymi nawiązaniami?

Nowy dom buduje się na solidnych fundamentach. Home Chewiego i Hana taki był i Falcon dalej daje czadu. Ale nie o jeden statek tu chodzi i nie o jeden mega-duet. Nie mam bladego pojęcia dlaczego oni tak to zrobili. Bo mogli? Mogli wszystko, tak. Plagiat też. Ale to była jedna z zyliona opcji. Czemu wybrali właśnie ją? Nie wiem, wiem za to że coś się skończyło. Tak jak 'Matrix' wytrzymał tylko pierwszą część, a dwie następne utopiły genialny pomysł w tandecie CGI i przeroście treści na wizją, tak Gwiezdne Wojny na zawsze pozostaną już historią Dartha Vadera. Tą klasyczną i tą nową, z Jar Jarem, cienkim aktorstwem i co kto tam chce od siebie.

Jak zwał tak zwał – teraz to już tylko franczyza. Coś z Mocą, mieczami świetlnymi, blasterami i pewnie kolejną super-bronią. Magia się skończyła. I jest mi naprawdę smutno. Aż sam jestem zaskoczony, że nie ciskam jakiś wulgaryzmów na Abramsa, a tym bardziej na jego kolegów. Jest mi tak smutno, że… kurcze, nie spodziewałem się, że GW tak mnie mogą przejąć.


BOHATEROWIE

Teraz pora po nazwiskach trochę :P Tu też znajdzie się parę elementów wtórnych, ale będą i pozytywy.

Finn – czy John Boyega dał radę? Trochę myślę, że tak, ale tylko wtedy gdy dano mu na to szansę. Jednak przez większość jego bytności na ekranie mam wrażenie, że pierwszy teaser, który tak pobudził humorystyczno-„rasistowską” stronę zainteresowanej ludzkości – nie był przypadkowy. To wyskoczenie spod ekranu, z KFC w domyśle, to tak naprawdę większość jego roli. Tego typu grepsów i przepraszam, że to napiszę, grania wioskowego głupka. W tym przypadku nigga-czernucha, wklejcie tu sobie cały stereotyp.

No bo jak widzę ten dialog
Why? Why are you helping me?
Because it is the right thing to do.


to jeszcze nie cisnę facepalma, ale jak sobie tak radośnie gaworzą w TIE zapominając w ogóle o goniących i pociskach to naprawdę Dude, Where's My Car?. Ok ok, tam byli biali, ale tu na jedno wychodzi. Potem komedia przy wodopoju, w momentach wymiany ognia, jak ciągnie go ten stworek (akurat jego jednego nie zjadł) czy innych, a jak już mu wcisnęli lightsaber… masakra.

Problem w tym, że z założenia to naprawdę powinna być fajna postać. Z tego co zrozumiałem nowi szturmowcy nie zgłaszają się już do akademii tylko są porywani i poddawani praniu mózgu. Coś tak ktoś wspomina o programie klonowania nowym i jak dla mnie to może by była lepsza opcja. Może nie tańsza, ale pewnie skuteczniejsza.
Finn nie wiem kim jest, nie ma nawet imienia, nie zna go, ale jednak indoktrynacja nie zadziałała. Czuje się źle jako „bałwanek”, nie chce mordować, ucieka i pewnie chciałby żeby ktoś pomógł mu oderwać się od tej złej przeszłości. Dlatego w filmie są momenty i nawet całkiem nieźle zagrane, w których coś takiego widać. Znaczy się założenie. Bo całokształt wyszedł jak wyszedł. Niestety, więcej głupiego murzyna niż bezimiennego uciekiniera, z nieznaną przeszłością i niepewną przyszłością.


Rey – tu specjalnie dla jej wielbicieli powiem, iż przez moment wydawało mi się, że może być „fajna” w tym znaczeniu o jakie chodzi niektórym. Cielesne i tak dalej :P Ale w całokształcie wypada jednak… płasko, do niewolnicy Leii lata świetlne.
Natomiast reszta, niestety, wypada tutaj najgorzej, przez pryzmat plagiatu oczywiście. To, że po dwóch razach zmieniono w końcu płeć wieśniaka z zadupia Galaktyki, to nic szczególnego. Super zdolności techniczne, pilotaż bez wcześniejszych prób, aż w końcu ukryte pokłady Mocy owocujące nie tylko rozłożeniem (może nie w pełni, ale jednak z doświadczeniem) na łopatki „złego Jedi”, ale zabawą słabym umysłem – amerykańskie od zera do bohatera w kapitalnym stylu. Takiego nie zaliczyli w debiutach ani Luke (marne wstrzelenie torpedy do wąskiej dziurki), ani Anakin (wygrany wyścig i skasowanie statku-bazy, zakładam że pomogły mu w tym te gigantyczne ilości midichlorianów, ale jednak wszystko w wygodnym fotelu).

Daisy Ridley utrzymała przez cały film jednakowy poziom aktorski, nie mniej niczym mnie nie porwała. Nie było źle, nie było dramatów, ale też nie było się nad czym zachwycać. Chciałbym jednak wrócić do dwóch wątków. Pierwszym z nich znowu będzie plagiatowanie, tym razem oberwało się i TESB. Chodzi mi o wizje po dotknięciu miecza Skywalkera. Naprawdę trzeba to było tak łopatologicznie wsadzić, zwłaszcza że w żadnej z poprzednich scen nie widać by Rey była Force-sensitive?

A to to jeszcze mało. Bardziej intryguje mnie w jaki sposób Kylo Ren uwolnił jej potencjał? Bo mam wrażenie, że to stało się za jego sprawą, tego „Force Minda”. Tylko uwolnienie, nawet kogoś super, chyba nie powinno skutkować tym co nam pokazano? Mind trick, ot tak? Profesjonalna walka na miecze świetlne (bo ja nadal obstaję przy klasyce, że używać w ten sposób saberów mogą tylko wyszkoleni Force-userzy)? Herosi tego typu mogą być fajni. Jak są fajni, jak świeży i przede wszystkim jak jest to w jakiś sposób naturalne. Tutaj nie udało się tego zrobić.


Kylo Ren – trzeci z nowej trójcy, dla zrównoważenia LLH. Tak to sobie ułożyłem. I tak jak go pierwszy raz zobaczyłem tak już to zostało ze mną i nie uległo zmianie w trakcie trwania, ani po filmie – czy jest ktoś, w pełni zdrowy na umyśle, ze zdrowym wzrokiem i znajomością SW, kto może „uczciwie” powiedzieć, że w tej masce KR nie przypomina Vadera, tylko Revana? Zarżniętą tą epicką postać tylko po to by jakiś koleś nosił się identycznie? Bo rozumiem, że rzęzić zza osłon miał ala dziadek… Apparatus :P

A jak już jesteśmy przy częściach ubioru to nie byłbym sobą gdybym nie wrócił do tematu cross-sabera. Cały film wypatrywałem motywów dla których to „coś” wygląda jak wygląda. Oczywiście KR posługuje się nim cudownie (do finału oczywiście :P), ale… po kiego powstała taka wizualna głupota? Bo większość „złych” (specjalnie nie piszę Sithów, bo tu też nic o nich nie wiadomo) miała w filmach jakieś bajery? Pisałem już o tym, Dooku, Maul, Grev z czterema różnymi, to i tu trzeba było wcisnąć? Ale po co? Czemu to miało służyć? Siłowaniu się? Fakt, Kylo przez moment „nadpala” Finna, ale to był niewytrenowany głupek. I tyle?

Natomiast aktorsko… tego się nie da faktycznie zmienić, ale jako Ren pierwszy raz ściągnął maskę to naprawdę zobaczyłem twarz mojego redakcyjnego kolegi, Freeda. Oczywiście jego młodszą i słodszą wersję :P
Poważnie to ta postać, tak zakładam, miała być kimś tragicznym rozdartym między przeszłością swoich rodziców, swojego wuja, teraźniejszością i może obsesją dziadka? Fajny miks, tylko znowu scenarzystom nie wyszedł. „Komiczna” tortura ala pogadaj z moją ręką


Tak, tak to właśnie widzę.


to jedna sprawa, ale gadanie właśnie do maski Vadera? Da fak?
Adamowi Driverowi nie dane więc było popisać się, jedyna scena z Hanem wyszła znośnie, ale tylko znośnie. Czyli trzeba się cieszyć, że nie zepsuł.


Poe Dameron – czy ja wiem? Trochę się nalatał, trochę pogadał, zostawił droida i chyba tym najbardziej zapisał się w filmie. Na dobrą sprawę, gdyby X-wingi nie stanowiły jakiejś tam ważnej części SW – można by go spokojnie pominąć. O grze Oscara Isaaca nie powiem nic, bo nie było czego zauważyć.


Han Solo – uratował chociaż drobiny honoru i godności tego filmu. Jego duet z Chewiem… naprawdę jeśli miało mi zabić serce mocniej (poza początkiem, ta magia działa i na mnie) to właśnie wtedy, we are home i ich wzajemna chemia. Naprawdę ta para jest jedną z najgenialniejszych w historii kina, nawet jeśli Wookiee nie mówi zrozumiale :P i nie odgrywa tak istotnej roli, będąc raczej oddanym pomocnikiem. Każdy ich wzajemny gest, każdy greps, każdy żart są super, zrobiono to w niewymuszony sposób i przede wszystkim nie zepsuto!
Oh really? You're cold?


Albo
What we do with her?
Is there a garbage chute? Trash compactor?
Yeah, there is.



Czy jak się tłumaczy dwóm gangom (chociaż to było plagiatowane na Jabbę z ANH), cały Solo. Zagada, strzeli pierwszy i zacznie uciekać. Szkoda, że już wolniej, czasu nie oszukasz. Ale nadal Harrison Ford to klasa, Han Solo to on, a on to Han Solo. Po prostu jak zrobią taki spin-off, to już nie będzie nawet franczyza, to będzie marnotrawstwo taśmy.

Ford daje również popis (solowy ;P) w momentach hmm dramatycznych tj. podczas spotkania z Leią i z Kylo. O ile dobrze to ogarnąłem to… para doczekała się potomka, ale że tak powiem – nie ze sformalizowanego związku. Nie byłoby to niczym dziwnym, w amerykańskich filmach „miłość” bardzo często idzie z dynamiczną i sensacyjną przygodą. Niby potem widzimy parę i zachodzące słońce, ale nie wiemy już co się stanie następnego ranka. Albo następnego za 3 lata. A tu mam 30. Trzydzieści… jak Disney zagospodaruje to wstecz, boję się bać. I tak jak patrzę na ich relację, na to że nawet przytulenie wyglądało jakoś dziwnie – jest mi smutno, biorąc pod uwagę jaką parą byli w EU.

A Kylo? Gdzieś tam w głowie kołacze mi się, że Ford chciał zagrać Solo jeszcze raz i uśmiercić go. Akurat on ma do tego prawo. Jak wyszło? Pamiętam, że za Chewbaccą płakałem. Pierwszy „wielki” SW, któremu pozwolono umrzeć, ale jak to zrobiono. Tak, że wpieniony położyłem lagę na całą Nową Erę Jedi. Tutaj jest to dobre, nie epickie czy wspaniałe, ale dobre. Smutne, bardzo smutne, chociaż jak się człowiek tak zastanowi nad jego spadającym ciałem… w SW nie ma rzeczy niemożliwych. Zmarli tymczasowo, dopóki marketing ich nie przywróci. If you know what I mean ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Leia Organa – jedno wielkie masakrystyczne nieszczęście tego filmu. Już nie mówię o fabule i o tym, że nawet słówkiem nie zająknięto się o jej Mocy. Ale jej wygląd… ok, to nie powinno być źródłem sporu czy przytyków. Każdy wygląda jak wygląda, ja też nie jestem ani Bradem, ani Andżeliną. Wiem, że Hollywood jest bezlitosne dla aktorek, nigdy nie zapomnę rozwścieczonej i rozżalonej Meryl Streep, która po 40-tce dostała trzy propozycje zagrania czarownic.

Ale jest taki moment, w którym… życie (bądź nadmiar chirurgii plastycznej) odbiera kobiecie możliwość przekazania jakiejkolwiek ekspresji na ekranie. I to właśnie stało się z Carrie Fisher. Może gdzieś pod warstwą grubej tapety, całkowicie zabijającej mimikę, pod warstwami zmian jakie przyniosły ze sobą dragi i wóda jest nadal TA piękna dziewczyna, żywioł z Epizodów IV-VI.


Taką będę Cię pamiętał.


Nawet przyjmując te 30 lat, macierzyństwo i może coś Han jej przyprawił zmarszczek i kilogramów (czy tylko ja odniosłem wrażenie, że wyglądała grubo?) – efekt jest straszliwie powalający.

Źle się z tym czułem, źle się z tym czuję nadal i gdzieś uleciała jakaś mała radość i nadzieja z trójcy LLH. A jeśli tak, to pora przejść do kogoś kto chyba tylko przypadkiem zagościł w tym filmie.


Luke Skywalker – 70 sekund. Tyle dokładnie trwa jedyna scena z jego udziałem. Jego samego byłoby mniej, gdybym wyciął ujęcia z Rey. I nie mówi ani słowa. Ani jednego. Ja pierniczę, co się stało? Coś się zgubiło po drodze? To jest jakaś mega-głębsza koncepcja, która zostanie w pełni odkryta po 10 kolejnych filmach? Równie dobrze mogli gdzieś pokazać plakat most wanted od FO z jego twarzą i to by było równoznaczne. C-3PO, ze swoim wciśniętymi na siłę grepsami i cudownie zmartwychwstały R2 dają w tym filmie więcej niż… Luke. Kurde, Luke Skywalker.

W tym momencie przypomniała mi się scena z Teatru TV, z 'Księżyca i magnolii' Rona Hutchinsona, kiedy to Ben Hecht słyszy ostatnie zdanie z książki 'Przeminęło z wiatrem'. To już piąta doba, kiedy tkwi zamknięty na klucz w gabinecie Davida O. Selznicka i rzeźbi maszynopis scenariusza przyszłego mega-hitu wszechczasów (z uwzględnieniem inflacji). I kiedy jest już u progu wytrzymałości fizycznej i psychicznej, kiedy (nie znając książki) chce uderzyć w finał, słyszy że jutro znów będzie nowy dzień. Wpada w szał, bo pięć dni i nocy czekał żeby dowiedzieć się ja to się skończy. I dostał takie coś.

U mnie szału nie było, bo do kina poszedłem w środku dnia, najedzony, wyspany. Prawdopodobnie Luke wystąpi w kolejnych Epizodach, może nawet powie słowo. To z pewnością nie jest jego finał. Ale po tych wszystkich oczekiwaniach, zapowiedziach, promocji filmu trójką LLH – dostałem 70 sekund? Siedemdziesiąt sekund? Niemowy?




BB-8They see me rollin' They hatin’



Tak prawda (i tu się przyznaję bez bicia), że BB był dla mnie pewnym synonimem połączonych sił Disneya i Abramsa. Teoretycznie The Rolling Stone(s), w praktyce raczej fantastic-sam-plastic. Ale zmieniło się to po seansie, chociaż nie jestem zadowolony ze sposobu, w jaki to się stało. Zostałem bowiem wzięty pod włos, na litość, na tą moją małą uczuciową część serduszka, która czasem zdaje się brać górę.

BB-8 to pierwszy droid, który w filmach SW z… mechanicznego dodatku stał się pełnowymiarowym bohaterem. Już widzę wzburzenie fanów duetu C-3 i R2, ale wstrzymajcie rumaki. Złota sztaba, poza momentem królowania Ewokom, był tylko zawalidrogą. Tak prawda. R2 zaś… ćwierkał i świerkał, ale w sytuacjach ostatecznych to on ratował wszystkich. I to chyba przez sześć Epizodów. Nie był jednak na pierwszym planie.

BB jest. Albo przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Co prawda mam przeczucie, że został wrzucony do filmu specjalnie dla dzieciaków i ogólnego słodzenia (wychodzi mu to cudownie), ale i tak jest autorem najlepszego chyba slapsticku w całej historii kinowej SW


Everybody likes it.


Po tym czymś miałem tylko dwie opcje do wyboru: walnąć facepalma i wyjść z kina albo… polubić go. No i zdecydowałem się na drugą. Bo przypomina mi trochę kogoś innego, kogoś kto zawsze wyciśnie ze mnie łezkę. WALL•E’ego.


I za to ich nie lubię. Że mnie tak złapali.



Generał Hux – jego potyczki z Kylo byłyby nawet urocze, gdyby nie wtórne. Tak, mówię o relacji Tarkin-Vader, raczej łatwo się tego domyślić w tym scenariuszu. Wystąpił jednak w jednej z ciekawszych (i nielicznie oryginalnych) scen filmu tj. przemówieniu do wojska przed oddaniem „słonecznej” salwy. Skojarzyłem to wyłącznie z wąsikiem pewnego niedoszłego austriackiego malarza, zwłaszcza jak szturmowcy mu hajlnęli, znaczy zamówili deskę piw.
Ale poza tym – zupełnie nic ciekawego, kolejny militarysta, sztampowo zakochany w przewadze technologicznej i rozwalaniu wszystkiego co da się rozwalić.


Kapitan Phasma – jak tak sobie paradowała w zwiastunach i na ekranie w tej srebrnej blink-blink zbroi to pomyślałem, że to może być ukłon w stronę tych fanów, których jarał zawsze inny pancerz. Tak, chodzi o Bobkę. Zatrudniono też do tej roli Gwendoline Christie, więc pomyślałem że może coś ciekawego jej zaoferują. Owszem – finał w zgniatarce. Pytaniem pozostaje czy ją włączyli czy miała automatyczny program. No i czy zabrali Phasmie komunikator (kiedyś szturmowcy, a już na pewno oficerowie mieli kontakt z bazą) wcześniej i… z perspektywy tej publicystyki – czy była tam jakaś dianoga ;)
Głos głosem, ale jakikolwiek potencjał tej postaci został totalnie zmarnowany. Poza tym Gwen raczej nie będzie mogła łatwo przekonać swoich dzieci, że grał w SW :P


Snoke – był ktoś taki. Powiem szczerze, że ledwo go zarejestrowałem, mimo iż gadał z dużego hologramu. Kto to, po co i dlaczego – nie wiem. Ale ta postać idealnie pokazuje jakim „fachowcem” jest Abrams. Wprowadzić kogoś tajemniczego, złowrogiego, kogoś kto ujawni się dużo później, ale zrobić to umiejętnie i swobodnie – to klasa. Klasa, której JarJarowi brakuje i to widać po tej postaci. A jak czytam teorie, że to może mistyczny Plagueis… litości.


Maz Kanata – każda opowieść musi mieć swoją karczmę kantynę, w której roi się od przeróżnych archetypów, łącznie z kimś ważnym, kto da nam głównego questa. Oczywiście do czasu jak dziesiąta woda po imperialnym kisielu nie przyleci i nie rozpirzy wszystkiego.
Patrząc na Maz miałem podskórne przeczucie, że widzę któregoś z podracerowiczów z EI. Ale to może przez te binokle. W teorii chyba ciekawa postać, Force-sensitive jak mi się wydaje, ale sprowadzona do hmm pośredniczki w przekazaniu miecza Skywalkerów. Trochę szkoda, zwłaszcza że nie zobaczyłem jej z Chewiem :P


Lor San Tekka – swego czasu w drugim Oku postawiłem taką tezę, że pałeczkę jakości aktorskiej, podbijającej standardowy poziom sci-fi, przejmie po śp. Sir Guinnessie i Sir Lee trio LLH. Bo nie ma w obsadzie nikogo godniejszego. W komentarzach jednak Long zasugerował mi, że zapomniałem o Maksie von Sydowie. Właśnie nie zapomniałem, celowo go pominąłem, bo nie słyszałem żeby miał odgrywać w TFA znaczącą rolę.
I trafiłem. Lor San Tekka to postać… właściwie mogę o niej powiedzieć jeszcze mniej niż o Snoke’u. Pojawił się na ekranie, z krwi i kości, wielki aktor. I tyle. Dziękuję Abramsowi za to. Mógł dać kolejny plakat, jak z Lukiem.


C3-PO & R2-D2 – wrzuceni do tego filmu na siłę. C3 musi poględzić, bo jest też Lei, więc jakoś tak w pakiecie, rozumiem że czerwona wstawka to pozdro dla kumatych. Ja widać nie należę do klubu, więc… R2 natomiast heh jest jak R2, tak jak pisałem wyżej – gdy istoty cielesne nie dają rady, on robi beep boop i po problemie.
Nie chce mi się już wnikać czy po rozładowaniu takiego astromecha można go oddać tylko na złom, czy ładowanie zajmuje wieki, czy nie można go uruchomić zdalnie, bez jego „woli” itd. Po prostu to przebudzenie w idealnym momencie – jest jedną z najsłabszych rzeczy w tym smutnym filmie.


Podsumowując: nowe trio nie sprostało staremu i to nawet takiemu, które widzimy w filmie. „Zmęczona życiem” Leia i „niemy” Luke, będący tylko pyłkiem nowej kurtce genialnego Hana, są razem lepsi od mistrzyni wszystkiego znikąd, głupiego szturmowca i metroseksualnego złego płaczka. Dlaczego? Bo są żywymi Legendami, mającymi za sobą wspaniałą historię, popartą dobrym aktorstwem. Rey, Finn i Kylo nie mieli z nimi szans. Na starcie, dlatego że spieprzył ich ktoś już w scenariuszu.

Film kradną Han z Chewiem. Za nimi, muszę to przyznać, BB-8. Potem jest przepaść i dopiero możemy ustawiać RFK w kolejności jak kto chce.
„Źli” w TFA? Generał-psychopata raczej, niedoszkolony gimnazjalista, który chce zyskać na „prestiżu DarkSajda” dysząc przez maskę, srebrna szturmowczyni (odmieniłem to dla feministek języka polskiego :*) kończąca przygodę w odpadach, a nad nimi wszystkimi hologram… kogoś. Nie powiem, że to Power Rangers, ale jakoś ciarki mnie nie przechodziły.


MUZYKA

Tu będzie krótko, bo i nie ma się nad czym rozwodzić. W całym filmie słychać klasyczne, legendarne motywy SW, które KIEDYŚ wyszły spod ręki Johna Williamsa. Natomiast jeśli kto liczył, że pojawi się tu coś na miarę hmm przykładowo „Duel of the Fates” – gratuluję. Ja chciałem tylko by „zwykłego” Williamsa nie ruszali. I to się stało. Natomiast nowości, coś co by można zagwizdać po wyjściu z kina – zero.
Ja wiem, że wyszedł soundtrack, nawet przeglądałem track listę. Patrzyłem po tytułach, kojarzyłem sceny. Nic nie słyszałem, nic nie pamiętałem.


CAŁA RESZTA

Którą chciałem umieścić, a nie było miejsca i okazji wcześniej.

Żeby nie besztać Abramsa bez końca – muszę mu przyznać, że z roboty technicznej (wraz z Danielem Mindelem) wywiązał się bardzo dobrze. TFA co prawda nie wnosi nic nowego do gatunku sci-fi, zarówno pod względem fabularnym, jak i zdjęciowo-komputerowym, ale przede wszystkim nie wali po oczach efektami i CGI.

Jedyne dwie „popisówki”, które bym wytknął to moment ucieczki TIE z hangaru (swoją drogą ciekawe, że blastery nie robią mu krzywdy, a X-winga skasowali) i finałową walkę, w tej części jak już ziemia się rozstępuje. Miałem takie nieprzyjemne uczucie, że oglądam jakiś kolejny gwałt Jacksona na Śródziemiu.

Reszta zdjęć jest bardzo ładna, umiejętnie operowano przedstawianiem dużych i małych obiektów. Zaś najlepszą częścią akcji filmu są pojedynki statków. Wszystkie sceny w Falconem – wiadomo, że cudowne. Ale również X-wingi dały radę, chociaż nie wiem czy dobrze dobrano ich ilość w finałowym ataku.


Pojedynek finałowy, chociaż miał genialną otoczkę (trochę przypominała mi walkę Czarnej Mamby z O'ren Ishii)


Finał Kill Billa vol.1


został jednak zepsuty nie tylko kolejnym bezsensownym łamaniem zasady, że lightsaberem to niewytrenowani mogą co najwyżej oświetlić sobie ciemne pomieszczenie, ale choreografią. Ja wiem, że wielu osobom nie podobało się odejście od czystej szermierki ze ST na rzecz akrobatycznych wygibasów z NT. Dla mnie i to i to ma sens, jeśli jest zrobione z umiarem. W TFA dostałem jednak… coś pośrodku, ale jednak najbardziej zbliżone do okładania się cepami. Ale może teraz ma to tak wyglądać.

Zresztą jeśli przy saberowaniu jesteśmy to Finn dostał szansę podwójną. Nie wiem jak wy, ale ja za pierwszym razem parsknąłem śmiechem widząc tego szturmowca z jakąś pałą energetyczną. A jednak nasz czarnuszek stanął dzielnie do pojedynku, zebrał oklep, ale oczywiście to nie był jeszcze jego czas na zgon.
Nie rozumiem tego. Zasad, że nie „Mocny” potnie się mieczem świetlnym nie jest wzięta z kosmosu. Ostrze lightsabera nie ma masy. Nic nie waży, mówiąc prosto. Wielu z was ma własne rękojeści, zrobione samodzielnie lub kupione. Czasami doczepiacie do nich jakieś kijki czy co innego, żeby się ponaparzać czy zrobić fan film. Ale to jest błąd.

Prawdziwego miecza świetlnego praktycznie nie można sobie skutecznie wyobrazić. Bardziej bowiem pasuje tutaj zwykła latarka. On jest rękojeścią, a strumień światła… no właśnie, jest ostrzem. Nie czujecie żadnego oporu machając latarką. I z saberami też tak jest, do momentu zetknięcia się z jakąś powierzchnią, innym ostrzem czy blasterową smugą.
Normalny człowiek nie czuje więc tego „ciężaru”, nie mówiąc już że nie może się tutaj uderzyć przypadkowo płazem ostrza i nic się nie stanie. Stąd do skutecznej walki potrzebny jest ten szósty zmysł – Moc.

Jednak w zupełnie dla mnie niezrozumiały sposób, w wielu miejscach chce się forsować ideę, że każdy może się posługiwać lightsaberem, ale żeby to jeszcze tyle. Ja wiem, broń fajna, jedna z najbardziej klimatycznych w świecie sci-fi/fantasy. Ale patrząc po przykładzie Rey – totalnie nieobeznana ze sztuką osoba pokonuje kogoś kto (teoretycznie) uczył się tego, czuje ten flow i tak dalej.


Żeby było tego mało, Abrams nie trzyma się kolejnego faktu, chyba jeszcze bardziej bezspornego, że blasterowe rany (podobnie jak te od miecza) nie krwawią. Następuje natychmiastowa kauteryzacja i jedynie wnętrze ciała jest przepalone.
Stąd skrzywienie na mojej twarzy widząc innego szturmowca rozmazującego krew na hełmie Finna, czy Kylo, który uderza się po ranie i krwawi. Swoją drogą są to klimatyczne momenty (chociaż Renowi nie pomogło to wyzwolić Rage’u), ale dlaczego łamią zasady świata?

Zresztą takich zaskoczeń jest więcej, te które chcę teraz wymienić obracają się w ramach plagiatu. Nie wiedziałem np. że X-wingi mają działko pokładowe do rozwalania piechoty. Sokół miał i kasował szturmowców na Tatooine czy Hoth.
Hologram Snoke’a można zrozumieć przez dzielącą ich odległość, ale dlaczego przypomina to Imperatora i Vadera?
Ten drugi gang co nachodzi Solo, mówią trochę jak Rodianie, ale nimi nie są. Jeśli już tak zrzynaliśmy to trzeba było wstawić paru zielonych ryjków, a tak ci Azjaci to słabo trochę wyglądali.

Aż w końcu dochodzimy do mojego ulubieńca, czyli mega-działa. Chociaż tak naprawdę to jest podobno eee nie wiem jak to dobrze opisać – konstrukcja składająca się z bazy na… ruchomej planecie? Że Starkiller to pominę, bo wyjątkowo źle mi się kojarzy, ale… prawdziwa ruchoma planeta? Czy ktoś tam w ekipie chociaż przez moment ogarniał zasady fizyki czy astronomii? Chociaż na poziomie podstawowym?

Ja w ogóle przez moment to myślałem, że ten super-strzał to oddawany jest po naładowaniu się z energii z gorącego jądra tej planety. Ale okazało się, że to coś… wygasza słońca z układów, które je mają. Nie wiem jak jest w USA, ale jeszcze pamiętam z normalnej lekcji fizyki, że brak słonecznego promieniowania ma najczęściej wpływ na wszystkie planety tego układu. Prościej – oznacza to, że wystrzał (który w ogóle jest komiczny pod względem prędkości przemierzania Galaktyki) nie tylko rozwala ileś tam planet jednego systemu, ale też powoduje po czasie negatywny wpływ na planety bez wyssanego słońca. To jest mniej więcej tak jakbyśmy wysyłali głowicę atomową z naszego silosu na wrogie miasto, tam następowałby wybuch, ale po jakimś tam czasie nasza wyrzutnia też by wybuchała albo promieniowała, albo cokolwiek innego.

A nawet jak to wszystko olejemy to plagiatując hehehe nieświadomie zahaczyliśmy o


Pogromcę Słońc. Legendarnego.


Było. Nuda.


Od strony minusów jeszcze interesuje mnie Han Solo. Nie nie, on i jego wątek są świetni, nie mniej nie rozumiem dwóch rzeczy: pierwszej, dość prostej chyba – po kiego grzyba Solo zabierał kuszę Chewiemu? Pomijając już, że to sprzęt Wookieech i trzeba siły do jej obsługi, po latach blaster mu się znudził i spodobała broń kumpla?

Druga to skradziony wielokrotnie Falcon. Serio? Wydawało mi się, że największą tego typu głupotą było ukradzenie Dooku jego miecza świetlnego przez kowakiańskiego małpo-jaszczura w TCW. Ale można to przebić, jak widać. Czy dostaniemy kiedyś sensowną odpowiedź? Może kiedy zostaną zapisywane, zarysowywane i kręcone te lata trzydzieste wstecz?

To już chyba tyle, skoki nadświetlne pominę minutą ciszy, zresztą skrobnąłem już o tym. Pora przejść do podsumowania.



PODSUMOWANIE

W skrócie:
Plusy
+ Han Solo & Chewie
+ ograniczone szaleństwo CGI i ładne zdjęcia
+ BB-8 niech będzie

Minusy
– PLAGIAT fabuły Epizodu IV: Nowej Nadziei (i tu mógłbym poprzestać, bo i tak reszta nie ma przy tym znaczenia, ale)
– plagiat mniejszych scen, szczegółów, smaczków - zupełnie niezrozumienie czym jest nawiązanie czy puszczenie oka do fanów, a czym łopatologiczne kopiowanie
– brak nowych dźwięków Williamsa
– nowa trójca bohaterów (Rey, Finn, Kylo) rozpisana fatalnie, bez żadnej głębi i subtelności
– dwoje ze starej trójcy (Luke, Leia) praktycznie zmasakrowani w stosunku do oczekiwań i dokonań z EIV-VI
– zmarnowanie potencjału większości postaci drugoplanowych
– brak przejrzystego nakreślenia linii polityczno-historycznej
– łamanie zasad obowiązujących w uniwersum dla własnego widzimisie
– super-broń, która jest totalnym wybrykiem techniki i chociaż w minimalnym stopniu nie trzyma elementów realizmu w tym uniwersum


Tak to niestety wygląda. JJ Abrams i Disney zaserwowali mi próbę grania na sentymencie do Starej Trylogii, a co jeszcze smutniejsze - przyłożył do tego rękę Lawrence Kasdan.

Skasowano EU żeby zrobić sobie czyste pole do napisania nieskrępowanej niczym historii, w której miano połączyć stare z nowym. Miano to zrobić dobrze. Bo every generation has a story. I to jest ta opowieść? Na czas lajków i instagramów?

Czy naprawdę musiano wymazać, bądź ukraść niektóre nuty Beatlesom czy The Rolling Stones, żeby tworzył dzisiaj Justin Bieber czy Lady Gaga?

Naprawdę, ale to naprawdę, nie dało się stworzyć oryginalnego scenariusza, ze złymi i dobrymi, ale może już bez super-broni, może z głębszą polityczną intrygą? W końcu obecna "generacja" kocha House of Cards czy Grę o Tron?

Dziś, po czymś takim, nie jestem wstanie powiedzieć kto bardziej zarżnął klasykę – Lucas ze Spielbergiem gwałcący Indiego Jonesa, Peter Jackson z Hobbitem, czy właśnie Jar Jar Abrams wykańczający poprzez ANH2.0 Starą Trylogię.
Ktoś zaraz powie, że przecież nadal mogę oglądać te filmy i - nie wiem - udawać, że EVII nie powstał. Ale naprawdę? Zakrzywiać rzeczywistość, że czego nie ma chociaż jest? Niektórzy z was robią tak z EU i obecnym kanonem. Jasne, ale ten "dozwolony użytek własny" nie zmieni faktów, z którymi już zawsze i coraz częściej będziemy się stykali.

Dla mnie są to ostatnie Gwiezdne Wojny w kinie. Kolejne coś z Epizodem w nazwie (jeśli ostatecznie tego nie zniosą) obejrzę jak będzie w dobrym formacie .avi albo w telewizji. Spin-offy, które mogłyby być niezłymi filmami, również przestają mnie interesować, bo mam 99% pewność że będą identycznie słabe.

Jedyną nadzieją jaka mi pozostaje to wiara w normalny serial, dramę dobrej jakości jakich wiele. Może być nawet animowana, ale taka na jaką SW zasługuje, chociażby przeciwwagą do tragicznych treści, które obecnie zdominowały to uniwersum.
Jest to nadzieja nikła, ale jest. Są jeszcze gry video, tu siłą rozpędu musi powstać coś ciekawego, ale gry to namiastka.


Przyjmując kryteria, którymi kieruję się przy ocenianiu innych filmów na Bastionie, wystawiam
The Force Awakens 2/5 jako zwykły widz
.
Tak jak planowałem pójść do kina, o czym pisałem na poczatku. Film bowiem ten nie wnosi nic ciekawego do gatunku sci-fi i ratuje go tylko jedna postać.

Natomiast jako fan Star Wars, czuję się oszukany i... wkurzony tym, że poświęcając EU i godząc się na to, dostałem kradziony badziew, który jeszcze niesmacznie zahacza o coś do czego w ogóle nie ma prawa. I nie mówię tu o autorskich przywilejach.
TFA nie wystarcza odbicie się od ST jak od trampoliny, to raczej jakaś forma choroby nowotworowej, która bardzo skutecznie (patrząc po wynikach) pasożytuje na pięknej przeszłości.
W takim wypadku ocena może być tylko jedna
The Force Awakens 1/5 jako fan



Na samym już końcu końców przepraszam jeśli pomyliłem imiona, zdarzenia, coś przeoczyłem, przekręciłem. Mogło się tak zdarzyć, bo… chociaż dołożyłem wszelkiej możliwej staranności pisząc ten tekst, to nie powstał on z przyjemności. Nie przywiązałem się do żadnego z nowych bohaterów, do żadnego z nowych miejsc, do żadnej nowej części historii. Może dlatego, że było ich tak mało? Stąd mógł się wkraść brak uwagi, za co jeszcze raz serdecznie przepraszam.



PS1. Takie są fakty o tym filmie (doprecyzujmy - mówię o scenariuszu). I teraz one się mogą komuś podobać, a komuś nie. Każdy ma do tego prawo, ale to co się dzieje na ekranie – jest jednoznaczne.
Normalnie tego nie robię, ale teraz wyjątkowo powiem, że rozczarowały mnie recenzje moich kolegów z Redakcji. Spodziewałem się po nich i wiem, że ich na to stać, że nie przełkną tego tak gładko. A jednak, zawsze można się zdziwić.

PS2. Przy okazji polecam przeczytać świeżą rozmowę redaktorów Esensji na temat TFA.



Autorem przemyśleń i treści zawartych w tekście jest Lord Bart. Bastion Polskich Fanów Star Wars nie ponosi żadnych konsekwencji ani odpowiedzialności w związku z publikacją. Tekst nie miał na celu obrazić niczyich uczuć, ani też stanowić jakiegoś "formalniejszego" oskarżenia kogokolwiek. Wszystkie grafiki nie są moją własnością i zostały wykorzystane jedynie w celu zobrazowania moich niecnych i pokrętnych myśli ;)




Tagi: Bastionowe recenzje (53) Epizod VII: Przebudzenie Mocy (656) Harrison Ford (394) J. J. Abrams (318) Lawrence Kasdan (96) Okiem sceptyka (4) Only your hatred can destroy me (1) Publicystyka (59) Say no to plagiarism (1)

Komentarze (52)

Słaba recenzja według mnie. I zbyt hejtująca ten film. Taki z ciebie fan że dajesz 1... haha gdybyś był fanem to doceniłbyś z tego filmu o wiele więcej i dał te 5-6

Zrobiłem sobie ostatnio seans od I do VII i naszła mnie dość ponura refleksja. Nie potrafię `Przebudzenia Mocy` kochać. Nie potrafię też go nienawidzić. Nie potrafię nawet trochę go lubić ani trochę nie lubić. Ten film po prostu ucieka mi z głowy, nie pozostawia żadnego wyraźnego śladu ani na plus ani na minus, nie wraca do mnie po obejrzeniu, jak wracały poprzednie, powtórnym seansem musiałem go sobie wcisnąć z powrotem do głowy, chociaż na chwilę. Wszystko jest poprawne, bohaterowie są sympatyczni, obrazki ładne, fabuła znośna (chociaż odgrzana trzeci raz nie smakuje już tak dobrze), a mimo to film sprawia wrażenie ładnie pomalowanej wydmuszki.

Recenzja dobra i,nie ukrywajmy,oddaje cały wygląd nowej części
Ale z punktacją się nie do końca zgodzę
Wg mnie to powinno być tak
3.5/5 jako film oddzielny
2/5 jako część mojej ulubionej sagi filmowej
Dobra,możecie zacząć hejtować za punktację jako części sagi

Bartuś, mordo Ty moja...! A już myślałem, że w redakcji nie ma nikogo, kto ma wystarczająco trzeźwy umysł - i wystarczająco duże cojones - by powiedzieć głośno, że film jest słaby i mu się nie podoba. Ratujesz moją wiarę w ludzkość... :P

BTW, wszyscy, którzy tak kurczowo trzymają się prawniczego znaczenia słowa "nowelizacja", powinni zdać sobie sprawę że język ma to do siebie, iż stale ewoluuje, następują zapożyczenia - także znaczeniowe. Także przestańcie wyjeżdżać z tą definicją legalną, it`s fuckin` boring!

Dobra recenzja. Z wieloma tezami zgadzam się w pełni, chociaż osobiście aż tak ostro nie oceniam tego filmu.

Nie wiem czy brzmi śmiesznie - używałem tego świadomie, bo od zawsze na B nowelizacja Epizodów znaczyła książkowe wydanie tychże... nie widzę związku z wpisem na Forum a Okiem ;)

Gwiezdne wojny (pisząc poprawnie :P przez pryzmat tytułów filmowych) również od zawsze klasyfikowane są gatunkowo jako sci-fi. Na IMdB było tak przez długi czas, potem uległo to zmianie, nie wiadomo dlaczego.

Na końcu samym - jestem Bartosz. Bartłomiej to inne imię :)

@Lord Bart
Chodzi o to, że słowo nowelizacja oznacza częściową zmianę aktu normatywnego przez inny akt normatywny, który jest tej samej lub wyższej rangi w hierarchii źródeł prawa. :P Nazywanie książkowych wersji filmu "nowelizacją" jest niepoprawne z punktu widzenia języka polskiego, jednak każdy wiedział o co Ci chodziło, bo tego typu określenie jest skrótowe i każdy skojarzy z angielskim "novelization".
Żeby nie było, że się czepiam, bo się nie czepiam. Chodziło mi o to, że śmiesznie to brzmi dla kogoś kto zna prawdziwe znaczenie słowa "nowelizacja". ;-) Tylko tak jak napisałem wcześniej, to była raczej zabawna uwaga, bo każdy (albo bardzo duża, zdecydowana większość) wiedział o co chodzi.

Krogulcze, akurat wyskok z nadprzestrzeni tuż nad planetą to pomysł Papy Lucasa :).

Co do wątku z fizyką to dodajmy kilka fajniejszych komicznych sytuacji z Przebudzenia Mocy: Skok nadprzestrzenny, z którego Han Solo wychodzi pociągając za dźwignię tuż nad samą planetą... to przecież trolling... na każdej sesji RPG Star Wars każdy, kto by tego spróbował byłby trupem. To samo ze skokiem nadprzestrzennym z hangaru, dodajmy jeszcze pod koniec - Rey leci sobie Sokołem na planetę Luke`a chyba kilkanaście sekund, a przynajmniej takie to sprawia wrażenie bo żadnego cięcia nie ma. Także olewanie zasad świata z krwawymi ranami po blasterach i innymi `wpadeczkami` jest wręcz nagminne. Film jest niestaranny i miejscami po prostu odwalony.

Na wstępie, ludzie, bardzo proszę nie oceniać recenzji mianem "zajebistej" bądź "chu*owej" tylko na podstawie tego, czy werdykt Wam się podoba czy nie. Bo to takie trochę mało fajne.

Muszę przyznać, Bartłomiej, że szacunek, że chciało się tyle napisać, no i zawsze propsy za podzielenie się dość dysydenckim poglądem, że nie o take Star Warsy walczyłeś.

Ja powiem tak, w skrócie, bom chory, a chory nie powinien się przemęczać: TFA jest... dobrym filmem. Dużo lepszym niż prequele, choćby dlatego, że da się go ocenić w porównaniu z innymi produkcjami, jakie wychodzą, a nie wynajdywać nowej skali masakry. Mi się nowe postaci podobały, jak również jestem usatysfakcjonowany sposobem rozdysponowania starej gwardii. Swoją drogą warto pamiętać, że struny głosowe Marka Hamilla to nie są jakieś byle struny, tylko struny Jokera i za parę baniek funtów nie będzie ich forsował. :)

ALE... od razu w momencie, jak zbierałem po premierowym seansie swoje obolałe dupsko z fotela, wiedziałem, że oto jest film, który podzieli fanów jak Mojżesz morze. Krytyków pewnie też, choć ponad 90% na RT to nieźle. Wiele obrońców TFA podaje inne przykłady "zapożyczeń", ale prawda jest taka: kiedy ostatnio oglądaliście film, w którym tego typu świadomość PRZESZKADZAŁABY Wam w odbiorze? Ja z tym się zetknąłem na TFA. Nie miałem deja vu choćby na zeszłorocznym Jurassic World, choć zasadniczo i on radykalnie nie odbiegał od utartego w oryginale schematu. Wniosek z tego jeden: J.J. z ekipą posunęli się za daleko. Zresztą chyba nie ma choćby jednej osoby, która broniłaby Starkillera. Jakku, droidy uciekają, kantynę i te sprawy można by jeszcze przeboleć.

Nie znaczy to oczywiście, że się podpisuję pod Twoimi wszystkimi wnioskami. Tak, ten film zerżnął z ANH w skali przekraczającej granice dobrego smaku. Tak, nowe kawałki Williamsa ulatują z głowy szokująco szybko. Natomiast mi się film... podobał. I na pewno będę czekał niecierpliwie, co też zobaczymy w części kolejnej: zmienia się reżyser, więc liczę na solidną nową wizję.

Na koniec tylko parę uwag na temat spraw związanych z gwiezdną fizyką, do których masz wątpliwości. Wiesz, całe to zasklepianie się ran po mieczach/blasterach to wymysł śp. EU, a co gorsza NIEZGODNY z oryginalną trylogią. (Chyba Reaves to wymyślił w "Łowcy z mroku", co nie?) Ręka Pondo Baby krwawi w najlepsze, Luke drze się na cały Bespin, jak Vader odcina mu jego, Leię trzeba opatrywać, jak dostaje w ramię (ej, co z tymi łapami?) no i pewnie jeszcze parę innych przykładów by się znalazło.

Zaś co do mieczy, no cóż, one mają masę? Zapytasz, "ale jak tooooooo?", a ja Ci odpowiem, że takimi "latareczkami", to byś nie mógł ani parować, ani odpychać, ani w ogóle wchodzić w kontakt z bronią przeciwnika. Po prostu: miecz świetlny to czysta fantastyka od `77. W zasadzie to podobnie jest z hipernapędem, z którym nikt jakoś nie ma problemów. To NAPRAWDĘ jest odrobinę bardziej skomplikowane niż wbudowanie siódmego biegu do lamborghini - dość powiedzieć, że równałoby się to wyrzuceniu do kosza 90% praw fizyki, które w akcji obserwujemy bynajmniej nie tylko na naszej planecie. Przykład: pstrykam przycisk, żeby zapaliło się światło. Gdybym prąd pomiędzy przełącznikiem a żarówką poruszał się szybciej od światła, to musiałby zostać przesłany... zanim w ogóle nacisnąłbym przycisk. No i wchodzą nam paradoksy bliźniąt, kaczek i dziadka.

Pozdrawiam wszystkich zaplutych od nienawiści hejterów, którym nie dogodzi nawet Star Wars XXX, oraz pozbawione gustu masy, które dały się ogłupić Di$neyowi.

Zgadzam się się z tą recenzją - klimat TFA to już niestety nie to co stare SW...

W 2016 jeszcze nazywać Gwiezdne wojny science fiction iksde lol

dziękuję Wam za wszystkie komentarze, opinie, motywują mnie do dalszej aktywnej pracy :*

oby tak dalej ;)

a co do nowelizacji to serio - o co chodzi? bo serio nie łapię? zawsze "książkowe" Epizody określano mianem nowelizacji...

@Darth Starkiller, a ja należę :D

Co do muzyki - jak można krytykować coś czego nie ma w filmie? Krytykujcie muzykę, która jest.

Ogólnie spoko tekst. Może trochę rozwlekły, buildup chyba za długi kapkę. Ale w kwestii merytorycznej z większością się zgadzam, żadna to nowość zresztą, że nie jaram się TFA. Na kolejne filmy SW nadal chcę chodzić do kina, ale będę już cholernie ostrożny z jakimkolwiek entuzjazmem i muszą się trochę namęczyć, żeby mnie kupić.

W większości się zgadzam, tyle że uważam, że jest jeszcze gorzej.

A no i minus to oczywiście rżnięcie z EU; Syn Solo zły, imię Ben dla Kylo (czyli imię kuzyna Jacena), Pogromca słońc itd itd
I średnia też nazwa FO - mogli coś dodać do Imperium lub zostawić, zbroje trooperów słabizna xD

Lord Bart; popieram recenzję w 80%
Plusy:
- Han Chewie,
- Luke (mi np nie przeszkadza, że nic nie robi; swoją scenę zagrał klimatycznie)
- wizualnie piękny 9,5 na 10 (wyłączając Maz i Snoke`a)
- klimat SW jest mimo wszystko, więc nadal są to Gwiezdne Wojny. Inne ale zawsze to Gwiezdne Wojny
- Kylo Ren (dla większości to pewnie bluźnierstwo, ale...); mnie kupił. Czarny charakter jakiego w SW nie było jeszcze. Wszyscy znowu chcieli jakiegoś Kokszonego maafakę; kurde, dostaliśmy gościa, który miał świetne podstawy przejścia na ciemną stronę (pewnie coś nie tak ze starymi skoro ma taki żal). Moim zdaniem wizualnie spoko (masek tego typu było 10000000000; nie jeden Revan tym żył) zwykły młodzieniec z ciut zdeformowaną twarzą, to pokazuje jak Ciemna Strona przekabaca. Oczywiście hejt za samą ideę podpierdzielenia Jacena Solo, ale skoro już to przepisany bardzo dobrze. + Dobrze zagrane. Niestabilny psychicznie, rozwala wszystko wokół w gniewie. Scena z Hanem bardzo dobrze zagrana. Świetna; ratuje film w dużym stopniu.
- Motyw Gangów
- Humor

Średnie, obojętne czyt. +/-:
- Finn - fajna postać ale nie na SW
- Rey; ujdzie, da się lubić
- BB8 - neutralny
- Poe Dameron - za mało wyrazisty ale z tych nowych najlepszy (oprócz Kylo)
- Snooke; wizualnie słabo, Jednak teoria że to Plagueis nawet spoko - zależy jak go rozwiną.

Minusy:
- Plagiat ANH. I problemem (piję tu do dysputy o Matrixach zerżniętych z czegośtam) jest to że to SW zerżnięte z SW. Gdyby TFA było zerżnięte z ABC i XYZ; dla fanów SW nie powinno być z tym problemu.
- Superbroń i mega dużo niedopatrzeń tudzież przegięć (skoki z hangaru itd)
- Niejasności co do sytuacji w galaktyce.

I luźne acz ważne spostrzeżenia;
1. To, że Rey czy Finn walczą saberem. Obydwoje potrafili posługiwać się bronią do walki wręcz (kij Rey, Finn to "coś" co ma jeden z Trooperów plus jakieśtam wyszkolenie w armii FO) więc biorąc do ręki po prostu inny typ broni ręcznej cośtam potrafili; a to akurat jest fajnie pokazane, że walczą niezgrabnie, chaotycznie.
2. Phasma - przehajpowana, pewno rozwiną później.
3. MUZYKA - I tu bardzo ważna rzecz zaobserwowana przeze mnie. Mianowicie polecam wszystkim przesłuchać sobie Soundtracku od początku do końca i zestawić go z pozostałymi Soundtrackami. Moim zdaniem jest świetny. Wręcz genialny. Cudownie pasuje do świata SW. Problem w tym, że nie pasuje do nowego filmu -.- IMO po prostu został źle wykorzystany, źle zestawiony z filmem, być może po prostu (choć zabrzmi to dziwnie) film nie pasował do soundtracku. Raz że nie potrafili wydobyć z niego potencjału a dwa po prostu ten film nie pasuje tak do SW jak jego soundtrack. A motyw muzyczny jest jeden taki bardzo charakterystyczny ale fakt; można to w filmie przegapić. Jak mówiłem; nie został dobrze zagospodarowany. Film marnuje jego potencjał, choć paradoksalnie muzykę piszę się pod film ;D

Jak zwykle Bart zaserwował mi tekst który bardzo miło mi się czytało. Lubię ten niestandardowy styl - bardzo mi on odpowiada.

Przechodząc jednak do kwestii merytorycznych.

Opinia na temat fabuły - PLAGIAT, OK spoko według Ciebie (Bart) to minus, nie chcę się zbytnio powtarzać, także wspomnę tylko że dla mnie to nie plagiat lecz film spełniający w 120% kryterium "starłorsowatości". A to kryterium właśnie zakłada schematyczność i powtarzalność tylu motywów ile się tylko da w całej Sadze. W tym świetle, ta nieodkrywcza i niewybitna fabuła jest właśnie paradoksalnym największym plusem TFA.

LLH vs RFK? Nie, dla mnie zdecydowanie ta druga trójka nie ma takiego składu, jak już to RFBB-8. No i nie muszę już zbyt dużo pisać (bo pisałem w swojej recenzji), ale ta druga trójka w najgorszym przypadku tylko dorównuje starej z OT. Natomiast w TFA nowa trójka przebija starą w wielkim stylu - zwłaszacza Rey i nic mnie nie obchodzi jej wygląd fizyczny, podobnie jak nigdy nie ekscytowałem się Slave Leią :P Wracając jednak do pierwszego zdania w tym zagadnieniu, Kylo Rena należy tu zestawić z Darthem Vaderem - tu faktycznie nowa postać wypada słabo. Zaś w kwestii maski Revana? Jak dla mnie spoko, może być - ten typ maski nie jest tylko "revanowski" wbrew pozorom (choć niewątpliwie na niej były inspirowane pozostałe). I jeszcze tak w kwestii Lei - ta postać kompletnie odeszła od wzorca z OT i faktycznie jak się porówna obie wersje to nowsza wychodzi słabo, chyba najsłabiej w całym filmie. Chewi i Han - tu zgadzamy się w 100%.

Prawa fizyki w SW? Serio? OK, baza Starkiller to przegięcie, ale w konwencji i jak słusznie zauważyłeś fajnie wplata się tu motyw z Legends (Pogromca Słońc). No właśnie, fajnie - nie źle. W Legends co chwilę mamy coś przekokszonego i nikt nie narzekał (albo narzekał a mimo to chwali dzisiaj Legends :P bo hejtuje TFA).

W innych aspektach punktu "Cała Reszta" zgadzam się. Choć co do miecza świetlnego można by się kłócić, ale argumentacja jak najbardziej słuszna.

Punkt "Muzyka", nie zgadzam się. Tyle i na temat.

Coś więcej? --> http://star-wars.pl/Forum/Temat/20063#615508

--> http://star-wars.pl/Forum/Temat/20063#615712

Przeczytałem tylko kawałek. Wrzucanie obrazka, na którym jest mowa o jakimś "Larsie San Tekka" czy o tym, że z filmu dowiadujemy się, że Rey to kuzynka Kylo jest albo trollingiem albo po prostu brakiem znajomości tematu.

Tak samo jak używanie słów, których się nie rozumie (plagiat).

Okiem trolla.

Kiedy zerknąłem na opinie o prawach fizyki w SW, to zacznij hejtować wszystkie filmy, Barcie xD

W sumie liczę na jakieś wyjaśnienia z czystej ciekawości, co się dzieje z danym układem po wyssaniu gwiazdy, na ile projekt Starkiller jest opłacalny i jak do jasnej ciasnej porusza się w przestrzeni. Dużo nauki przede mną. :D

Oczywiście "tłumaczenie się" nie jest niezbędne, ale miło by było dowiedzieć się paru rzeczy o tej nowej super-broni.

Dlaczego tego typu filmy miałyby się z czegokolwiek tłumaczyć?

Chyba powinniśmy się spodziewać sceptycznej recenzji już po samym jej tytule. :D
Zgadzam się z częścią artykułu, choć nie jestem dla TFA aż tak surowa. Pożyjemy zobaczymy co tam jeszcze z tego wyciągną. Ruchome planety są spoko, szczególnie gdy na ich powierzchni znajduje się śmiercionośne działo wysysające słońca. Czekam jak będą się z tego tłumaczyć. :)

Panowie, spokojnie, przecież Luke_S i GROM nam zaraz zejdą na zawał...

Szczerze? Nie rozumiem tego całego zachwytu nad TFA. Dla mnie film był zwyczajnie nudny, zdarzały się zabawne elementy bb8 czy phasma w zgniatarce ale filmu nie obroniły. Motyw nowej gwiazdy śmierci był kompletnym przegięciem (tak od strony plagiatu jak i fizyki). Więc zgadzam się z recenzją (no za wyjątkiem rey którą strasznie polubiłem mimo tych jej przegiętych mocy :p

Co do zapożyczeń/plagiatu. Każdy film jest jednym wielkim zapożyczeniem (czy też mixem ) z histori,książek,polityki życia,innych filmów itd np motyw walki dobra ze złem (95% filmów z elementami akcji/fantastyki) czy topos wędrówki Mało tego nawet niektóre "oryginalne" pojęcia np Anioł są zapożyczeniami. Ale inaczej przedstawia się sytuacja kiedy wszystko jest zerżenięte praktycznie scena po scenie z jakiegoś konkretnego filmu. Co do avatara nie wiem nic nie pamiętam z pocahontaz więc nie mogę się wypowiedzieć

Bart, zaraz Cię zjedzą za tą recenzję :D Najpierw zostaniesz ubity, potem Cię posiekają, przyprawią, wsadzą do pieca, upieką, podadzą na srebrnym półmisku z ziemniakami, szynką z majonezem, dodatkami, itp., a na sam koniec... zjedzą :D

Ciekawa recka, mi się podoba, choć trochę za surowa. Dla mnie większość starej trójki wypadła ok(bo o Luke`u nie można wiele powiedzieć), a Phasma i Poe Dameron to najlepsze postacie z nowego filmu, a na pewno lepsze niż irytująca Rey z Maz Kanatą.
No i Plagueisowe teorie... lepiej brać pod uwagę te wskazujące na Snoke=Palpatine.
Natomiast dziwi mnie, że uznałeś BB-8 za plus. Nie rozumiem fenomenu tego robota-piłki, bo mnie nijak nie zachwycił.

Tak czy siak fajnie wiedzieć, że jest jednak trochę fanów, którzy są uważani za "tych złych", bo nie skakali z radości po obejrzeniu TFA. Zawsze miło, jak się nie jest w czymś jedynym.

ALE PIĘKNY BÓL DUPY W KOMENTARZACH :D:D:D

1/5? LOL!

Panie i panowie, przecież to Sceptyczna Dianoga - a Wy się pieśni pochwalnej na cześć TFA spodziewaliście?

Co by się stało gdyby Bart tak zrecenzował epizody ze starej trylogii? Też dostałyby takie oceny? A jeżeli nie to w czym są lepsze?

Luke S to mój uczeń. Jestem z niego dumny.

#sceptykównieczytam

:D

Nie wierzę, że komuś chciało się pisać coś takiego

Stek bzdur, szkoda komentować. Okiem hejtera.

Serio Bart, Ty to musisz mieć ostatnio smutne życie. Wszystko złe, wszystko wujowe. Dziwne, że jeszcze na LM nie zacząłeś narzekać (a może nie doczytałem?). Grasz w beznadziejne gry, słuchasz beznadziejnej muzyki, oglądasz beznadziejne filmy, czytasz beznadziejne książki, pewnie jedzenie też beznadziejne.

Więcej radości z życia, pozytywnego myślenia, a nie podchodzenia do wszystkiego co nowe, z negatywnym nastawieniem.

Świetna recka Bart.

Natomiast jeśli o Ciebie chodzi Darth Grom - to cóż. Trollu wracaj do jaskini z której przylazłeś.

---> Lord Bart

Jak przeczytasz swój tekst bez emocji zrozumiesz, że od początku byłeś uprzedzony. To widać jak na dłoni.

"Matrixa, bo wtedy wchodzimy w dyskusję o inspiracjach, zapożyczeniach itd"

Nie wchodzimy. Przynajmniej nie po przeczytaniu Twojego tekstu. Jeżeli Ep VII jest plagiatem, to nie ma żadnego argumentu na obronę pierwszego Matrixa czy Avatara. Matrix to wierna kopia filmów typu Logans Run (z Michaelem Yorkiem w roli głównej), pierwszego Rolleyballa, Dark City ...etc. Dokładnie ten sam schemat. Świat, który nie jest prawdziwy, jednostka, która to odkrywa, początkowo nie wierzy, podejmuje walkę. wygrywa. Zmienia się tylko miejsce (podziemia, miasto, planetoida ---> na przestrzeń wirtualna), wróg (Superkomputer, kosmici ---> na maszyny) i tyle. Zapożyczenie to niewielki fragment fabuły wpleciony w inną fabułę. A wiernego kopiowania zapożyczeniem nazwać nie możesz. I co byś znowu nie wymyślił, że nie lubię Matixa. Uwielbiam Matrixa, ale nie będę udawał, że scenariusz tego filmu nie jest zwykłą, wierną kopią wyżej wymienionych.

I nie zarzucaj mi, że nie rozumiem Twojego tekstu. Rozumiem go aż za bardzo.

Nie zarzucaj mi również, że jestem zwolennikiem Ep VII (bo tak nie jest). W przeciwieństwie do Ciebie jestem obiektywny, bo ani nie wychwalam Ep VII ani nie hejtuję rzeczonego. Widzę zarówno braki tego filmu jak i zalety.

Jak nie chcesz rozmawiać o Matrixie (bo to w sumie niewygodne, za bardzo podważa Twój brak obiektywizmu) to przejdźmy do innego zagadnienia, który jasno pokazuje Twoje uprzedzenie.

Starkiller Base. Serio czepiasz się nie uwzględniania praw fizyki w SW. Dźwięk rozchodzący w przestrzeni kosmicznej coś Ci mówi? Myślę, że nikt kto nie jest uprzedzony do SW nie podnosi tego typu kwestii (no chyba, że jest uber fizykiem, który nie potrafi oglądać filmów SF).

Z wieloma Twoimi argumentami się zgadzam, ale już o tym pisałem w komentarzu po premierze. Napisałem te 3 punkty co byś się nad nimi zastanowił. Ale oczywiście możesz żyć w swoim świecie.

Szedał, bardziej przewidywalnych bzdet, jakie wygaduje Bart od kiedy powstała ziemia nic nie przebije.

Dobra recka, Bart, każdy głos rozsądku w sprawie TFA przyjemnie się czyta. A komentarze do niej przewidywalne, zarówno autorzy jak i to co napisali xD

Recenzje redakcji popsute przez najdziwniejszego z nich. xD

Trójka starych bohaterów jest przedstawiona WSPANIALE. Są potraktowani z luzem, humorem i jednocześnie z wielkim szacunkiem. Nikt nie próbował ich sztucznie upiększyć ani odmłodzić. Związek Leia-Han jest bardzo realistycznie pokazany, a ich spotkanie po latach wygląda dokładnie tak, jak wyglądają takie spotkania. Ostatnie ujęcie na zmęczoną twarz Luka, który nie mówi ani słowa dopełnia obrazu doskonałości.
Poza tym Bart chłopie, recenzja jest źle i na odwal się napisana. Taka długa krytyka filmu nie może być skonstruowana jak komentarz pod artykułem.
I jeszcze jedno. Nie jesteś aż tak oryginalny jak by Ci się zdawało. Taki sam jęk zawodu wydało mnóstwo fanów w 1999 roku. Historia się powtarza...

PS Hipoteza o bezmasowości ostrza miecza jest kompletnie dziecinna a wsadzenie jej do recenzji jest poniżej krytyki.

--> hackeradyn
Nie wiem jak prościej napisać to co już zrobiłem wyżej, ale... nie wiem z którego miejsca wnioskujesz, że jednak byłem negatywnie nastawiony? Właśnie nie byłem - całkowite odrzucenie roztrząsania różnych pobocznych kwestii nastawiło mnie wyłącznie na odbiór filmu. A czym jest film? Pewną historią zawartą w scenariuszu, którą przedstawia się tak czy owak technicznie.

Moja tak negatywna ocena wynika wyłącznie z tego, że dostałem zamiast świeżej nowości... po prostu przykry plagiat. Gdybym dostał nowy scenariusz to
a) mógłby mi się spodobać
b) mógłby mi się nie spodobać
c) mógłby mnie obejść, czyli być neutralny
I tyle.


Natomiast nie wchodźmy w [do ;)] Matrixa, bo wtedy wchodzimy w dyskusję o inspiracjach, zapożyczeniach itd. To nie jest właściwe miejsce i właściwy czas. Nawet Althouse ze swoim "The Immortals" przegrał przed sądem, więc...


Tu wszystko w tekście jest napisane. Ale trzeba chcieć go zrozumieć, w tym autora i właśnie bez własnych uprzedzeń w stosunku do niego/do wszelkiej krytyki TFA.

Takie są fakty o tym filmie.
No nie zgodzę się, wiele w tej recenzji jest elementów wzbogaconych czysto subiektywnymi odczuciami, do których masz oczywiście w zupełności prawo (chociaż nieprofesjonalne wstawki, głównie z jakby na siłę wciśniętymi memami albo te słowne, szpecą według mnie recenzję). Tyle tylko, że przez tego typu mieszanie elementów i uznawanie za fakt chociażby porównywanie niemalże wszystkich elementów w kontekście sztuczności czy naiwności, albo przedpremierowych obaw, albo wreszcie niezadowolenia z mocnego czerpania z dawnego EU. Dla przykładu, dla jednych postać Kylo Rena z groźnego użytkownika Ciemnej Strony Mocy, swego rodzaju postaci będącej najbardziej rozpoznawalną, okazała się kiepska, zaburzona emocjonalnie i... no bez celu w sumie (byłoby dobrze śladowo chociaż nakreślić motywy Kylo Rena). Dla wielu ludzi jednak to pokazuje realny, rzeczywisty obraz młodego człowieka z problemami, będącego rozdartym. Jest fakt: różne postawy Kylo Rena wobec różnych zdarzeń w TFA, ale jak widzisz można to ujmować na dwa sposoby.

To teraz kilka uwag do tekstu:

1. Wbrew temu co napisałeś od początku byłeś uprzedzony do nowego epizodu. Wynika to wprost z tekstu, który napisałeś.

2. Zauważ, że nazywasz pierwszego Matrixa dziełem - jakby nie był plagiatem (wedle Twojego rozumienia tego słowa, zrekonstruowanego z powyższego tekstu) wielu klasyków SF przed nim. A czepiasz się Epizodu VII, który jest kopią niemal identyczną jak pierwszy Matrix. To co jesteś uprzedzony czy nie? Trochę to przypomina wynoszenie pod niebiosa (przez Krogulca) Avatara, który jest idealnym plagiatem (znowu według myślenia zawartego w Twoim artykule) Pocahontas.

3. Jest jeszcze kwestia światów alternatywnych, a takim jest nowy kanon. Zwykle tak się takie światy tworzy, że kopiuje się rozwiązania ze starego uniwersum.

Takie moje, "luźne" uwagi na gorąco, nad którymi mógłbyś się zastanowić głębiej.

3.

Lord Bart właśnie uratował honor redakcyjnych recenzji. Zgadzam się zasadniczo ze wszystkim, może za wyjątkiem tej sympatii do Hana i Chewbacci w TFA. Dla mnie wypadają niestety mocno sztucznie, poza tym Chewie w CGI wygląda trochę jak ten niebieski z Potwory i Spółka, a Hana będącego szmuglerem 30 lat po Powrocie Jedi to ja po prostu nie kupuję... więc może stąd ta różnica zdań. Poza tym jako filozof protestuję przeciw wkładaniu Hegla do recenzji TFA, biedny Hegel nie zasłużył sobie na to...

Tekstu nie skomentuję. Ale jeżeli dla Ciebie kino jest najpiękniejszą z muz to sorry, ale chyba nie znasz pozostałych :P

Nie czytam wypocin hejterów, szkoda czasu na płaczliwe bzdety zwłaszcza, jak są tak obszernie rozpisane i powtarzają się setny raz, w tak krótkim czasie, no normalnie n-u-d-ą wieje na kilometr, dla mnie TFA jest zajebisty, więc lamenty najwybitniejszego hejtera Bastionu, powodują jedynie, przewinąć, ziew. Zamiast czytać tendencyjną papkę dla lemingów idę kolejny raz do kina, który to już, bo się gubię?

Zgadzam się w 90%, ale jednak sądzę że ten film był bardziej nakierowany do tej młodszej widowni. Aby poczuli na sobie tę Nową Nadzieje, w ich czasach. No i, nota bene, myślę że to też jest główny target dla gadżetów z Lego, Hasbro itd.
Sądzę też że TFA nadało takiego "świeżego"(po mimo bycia kserem IV) powiewu, mogli to zrobić lepiej, oczywiście. Ale odświeżyli tym wyobraźnie oraz marketing dla całej rzeszy(Hux by się ucieszył :>) fanów.

Recenzja na poziomie, podoba mi się, nie lubię czytać tylko u superlatywach w kółko, czasem trzeba spojrzeć na coś z tej "złej" strony.
Pozdrawiam :-)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:

Archiwum wiadomości dla działu "Różne"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.