Różne

Okiem sceptyka #4

Wspomnienie Carrie Fisher

Przyznam, że kolejny wpis miał być o książkach, bo udało mi się coś z SW przeczytać i to nawet w większej ilości. A nie zdarzyło się to od lat. Ale życie bardzo często decyduje za nas, więc będzie wspomnieniowo. Nie tak długo jak o sir Christopherze Lee, ale może bardziej osobiście.




Tekst ten poświęcony jest zmarłej niedawno Carrie Fisher.
(21 października 1956 - 27 grudnia 2016)











So what I told you was true, from a certain point of view.
A certain point of view?
Luke, you're going to find that many of the truths we cling to depend greatly on our own point of view.


― The spirit of Obi-Wan Kenobi and Luke Skywalker, on Dagobah, Episode VI Return of the Jedi



Moje wspomnienie Carrie Fisher



Na początek z grubej: nie płakałem po Carrie Fisher. Taka prawda, nie ma co się oszukiwać. To nie znaczy, że ktoś naprawdę nie uronił łezki, pewnie są takie osoby i nic mi do tego. Ja nie płakałem po papieżu, nie płaczę po Fisher, nie będę płakał po Fordzie, Eastwoodzie, Tarantino czy Messim (z innej paczki).

Śmierć znanych/lubianych nie robi na mnie większego wrażenia niż umieranie „maluczkich”. Ale zawsze powoduje zadumę nad pewnego rodzaju stratą. Przecież ktoś mógł jeszcze coś stworzyć, coś zagrać (filmowo, ale i muzycznie, ale i na boisku), wnieść coś do szarej, powtarzalnej codzienności. Albo i nie. Wtedy, wg mnie, pozostaje taka specyficzna nić łącząca żywego człowieka, którego może gdzieś-kiedyś uda się spotkać i zamienić trzy zdania, łącząca go z tym co już zrobił.

I chyba ta druga opcja pasuje mi do Carrie Fisher (dalej jako CF). Aktorki, scenarzystki, pisarki. Zacznę może od książek – z jej dorobku znam dwie. Chociaż jest to pewnego rodzaju przekłamanie, bo „Pocztówki znad krawędzi” zdaje mi się, że czytałem ponieważ zgarnąłem kiedyś pakiet – film o tym samym tytule i książkę, prawie-autobiografię CF. Wiem, że produkcja Mike’a Nicholsa spodobała mi się, zwłaszcza z kapitalną rolą Meryl Streep (nominacja oscarowa), ale oryginał… nie pamiętam. Z pewnością nie zdawałem sobie wtedy sprawy (bądź nie ruszyło mnie to), że całość dotyczy „tej” Księżniczki.



Drugą, której recenzja pojawi się następnym razem, jest „Księżniczka po przejściach. Nie tylko o Gwiezdnych Wojnach”, wydana w Polsce w listopadzie 2015 roku, premierowo jako „Wishful Drinking” z 2008 roku. Najkrócej rzecz ujmując CF w dość prosty, często soczysty, ale barwny tabloidowo-hollywoodzki sposób przedstawia nam historię swojego życia. Ale ja odebrałem to jako… kolejny etap terapii, pozytywny, ale jednak dotykający tego co (wg mnie) mogło być przyczyną odejścia właśnie teraz.

Nie ukrywajmy: alkohol, narkotyki, elektrowstrząsowa kuracja, lekko czyszcząca pamięć – takie rzeczy raczej nie pomagają organizmowi. Ale każdy żyje jak chce, nie mnie to oceniać, niemniej czy na pewno? Rodzina w jakiej przyszła na świat, otoczenie w którym wychowywała się i dorastała – miały na to wszystko gigantyczny wpływ, parokrotnie większy niż na każdego z nas. Czy żyła tak jak chciała? Czy zazdrościć jej, czy jednak zasmucić się? To chyba na zawsze pozostanie nie do rozstrzygnięcia.



To tyle jeśli chodzi o literaturę. A film? Prawda jest taka, nie ukrywajmy, że CF to Księżniczka Leia. Tak było, jest i będzie. Dlatego też Gwiezdne zostawię na koniec, a poświęcę chwilę pozostałym jej rolom, jakoś tak podchodzącym pod pięćdziesiąt? Właśnie. Rękę na sercu niech położy sobie każdy.

Ja pamiętam ją z trzech filmów. I znowu „pamiętam” jest tak naprawdę mocno naciągane. Widziałem trzy filmy z jej udziałem, ale tylko jeden mam nadal w jako takiej pamięci. Ten będzie na końcu.
W 1980 roku, roku premiery EV, CF zagrała rolę Mystery Woman (czy jak kto woli Camille Ztdetelik) w legendarnym dla wielu „Blues Brothers” Johna Landisa. W tym miejscu bardzo przepraszam naszego Naczelnego, ale o ile sam film kojarzę (też tylko kojarzę, bo nie przepadam za nim, pokornie proszę o wybaczenie) to roli Carrie już nie. Dziwne?

W 1987 roku CF zagrała Mary Brown w „Amazonkach z księżyca” pięciu różnych reżyserów. To ciekawa satyryczna komedia parodiująca niskobudżetowe filmy nadawane w tzw. late-night television. Wystąpiło tam wielu interesujących aktorów w roli cameo (Joe Pantoliano, Jenny Agutter, Rosanna Arquette, Michelle Pfeiffer), jak również Carrie. I chociaż filmu nie pamiętam praktycznie, to jej roli jeszcze bardziej. Taka przypadłość ekranowa?



Nie. Bo dotarliśmy do roku 1989, do komedii romantycznej „Kiedy Harry poznał Sally” Roba Reinera. Z czasów kiedy komedie romantyczne były naprawdę zabawne i… romantyczne. Oczywiście główną rolę odgrywa tutaj duet Meg Ryan-Billy Crystal, ale towarzyszą im Bruno Kirby i Carrie Fisher właśnie.
CF gra Marie, najlepszą przyjaciółkę głównej bohaterki Sally. Tryska humorem, żywiołowością, jest prawdziwą kopalnią cytatów odnośnie miłości, małżeństwa i samo-determinacji w randkowaniu, z moim ulubionym

„All I'm saying is that somewhere out there is the man you are supposed to marry.
And if you don't get him first, somebody else will, and you'll have to spend the rest of your life knowing that somebody else is married to your husband”

Gdzieś czytałem porównanie, że CF jako Leia to właśnie Marie tylko z tymi dziwnymi bocznymi warkoczami, czy jak to się tam nazywa. Po części nie sposób się z tym nie zgodzić.

I to tyle. Nowszej filmografii nie znam, podczas pisania tego tekstu przysiadłem na(d)… „Na przedmieściach” Joego Dantego, filmu który powinienem obejrzeć wcześniej, ze względu na głębokie przeszukiwanie tematu Toma Hanksa. CF gra tu jego żonę, ale zdjęcia które bym chciał – nie wypada tutaj i teraz zamieszczać.
Do tego przecież CF wystąpiła jeszcze u Woody'ego Allena („Hannah i jej siostry” 1986)... jednak pozostanie na zawsze postrzegana jako Księżniczka Leia. Czy to źle? O niektórych osobach mówi się, że są „aktorami jednej roli”. Faktycznie, niektórzy grają w jednym hicie, a potem już w niczym, inni mają wiele naprawdę wspaniałych ról, ale dla ogółu pozostają to jedną.

Leia bezapelacyjnie jest Carrie Fisher, a Carrie Fisher to Leia. Czy pasuje to do któregoś z dwóch powyższych opisów? Nie wiem, wiem za to, że ta „jedna jedyna” może być bardzo zła albo bardzo dobra. Leia jest… niezrównana.
Tak więc pora przejść do Gwiezdnych Wojen.



CF w pierwszej trylogii to dla mnie maksimum ekspresji. Jest żywiołem, dynamitem, jeśli ktoś rozsadza ekran to nie wybuchy, skaczący Luke z Yodą na plecach, czy kosmiczne wygibasy Falconem w wykonaniu duetu Han&Chewie, ale właśnie Leia. Bardzo często hollywoodzka maniera „silnych” kobiet wprawia mnie w zażenowanie, nie dlatego żebym miał patriarchalne i samcze spojrzenie na płeć przeciwną. Po prostu wielokrotnie nie pasuje to do realiów, w których dzieje się dana historia i wygląda po prostu głupio.
Ale w sci-fi, w świecie jaki widzimy, księżniczki wcale nie muszą być delikatnymi i pachnącymi ambasadorkami pokoju. Jak trzeba to i celnie strzelą z blastera. I dobrze! To właśnie udało się odegrać CF znakomicie.

Dlatego też w tym miejscu nie mogę nie wrócić do tego o czym pisałem w recenzji TFA. Owszem, poruszyłem kwestę wizerunku (zresztą jak wiele osób, co wywołało słuszną ripostę CF na twitterze), ale starałem się to zrobić delikatnie. Może/pewnie nie wyszło, usprawiedliwię się ogólnym stanem w jaki wprawił mnie ten film, ale też nie oszukujmy się – aktorki, zwłaszcza w Hollywood byłą, są i będą postrzegane przez cielesność. I wcale nie chodzi mi o to o co MNIE chodzi, czyli mimikę twarzy, nieodłączną część sztuki aktorskiej.



Aktorki, w 98%, tak czy siak, muszą być ładne. Taki świat, męski i takie postrzeganie. Młoda CF, CF jako Leia była ładna/śliczna, taka jak powinna być wg tych standardów. CF z TFA… jest inna, żeby ująć to łagodnie. Ta inność, na którą wpłynęło całe życie, mogła (tak mi się teraz wydaje) też odbić się na jej roli, skoro miała ponownie wcielić się w Leię. Zastanawiam się na ile zmieniono scenariusz pod taką-a-nie-inną Carrie?

Bo naprawdę zabolało mnie nie to, że „czas zrobił swoje”, ale może przez to historia jaką sobie wyobraziłem, że „żyli długo i szczęśliwie” z Hanem, kończy się jak pokazano. Nie ma co ściemniać, w Legendach też nie jest sielsko, ich związek to nie bajka, a dzieci… chociaż akurat dzieci, mimo wszystko, wypadły lepiej niż wybitnie potrzebujący rodzicielskiej opieki emo-Kylo.

Ale tak to sobie wyobrażałem. Tymczasem… jest jak jest. Dlatego właśnie jeśli mówię, że chcę pamiętać Leię/CF młodą, piękną i pełną determinacji to nie dlatego, że lubię młode kobiety, „kult młodości” i inne takie. Po prostu ta postać taka była i taką powinna zostać do końca.


Dla mnie taką zostanie.



Dlatego pora kończyć. Zrobię to dwoma cytatami. Pierwszym z Niej samej, z „Księżniczki po przejściach”

Czy wiecie, co dzieje się wtedy, kiedy ocieramy się o śmierć?
Poza tym, że uświadamiamy sobie, iż czeka nas absolutna pustka?
Chyba to, że przy okazji odkrywamy, iż nie jesteśmy nieśmiertelni.


My nie, ale pamięć o nas – tak. Mam nadzieję.


Stanisław Lec napisał, że można oczy zamknąć na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia. I ja to właśnie robię. Rzeczywistość SW jest obecnie dla mnie okropna, ale wspomnienia te pierwsze – pozostają pozytywnie bez zmian.


Za co dziękuję Pani, Pani Fisher. Dziękuję Ci, Carrie.








Autorem przemyśleń i treści zawartych w tekście jest Lord Bart. Bastion Polskich Fanów Star Wars nie ponosi żadnych konsekwencji ani odpowiedzialności w związku z publikacją. Tekst nie miał na celu obrazić niczyich uczuć, są to po prostu moje przemyślenia. Bannerek tytułowy autorstwa Amy Mebberson oraz wszystkie inne grafiki/zdjęcia są własnością ich autorów i zostały wykorzystane jedynie w celu podkreślenia mojego przekazu :)



Tagi: Bastion (128) Carrie Fisher (251) Okiem sceptyka (4) Publicystyka (60)

Komentarze (13)

Zgadzam się ze wszystkim, za wyjątkiem dwóch szczegółów.

1 - rola u Allena jest naprawdę dobra i jest chyba najlepsza poza SW
2 - W Legends Leia zostawała bohaterką, w TFA jest jakimś wrakiem, który nie ma żadnego znaczenia i tu uroda akurat nie jest decydująca

Powiem to samo co tłumaczyłem Rusisowi - obejrzałem już tyle filmów, że niektórych nie pamiętam, inne pamiętam wyrywkowo, a jeszcze inne z detalami, pomimo że nie są jakieś super.

Ogólnie wiem, że jeden z BB zostawił Carrie przy ołtarzu, ale jej rola nie została mi w głowie. Co innego ta z "Sally".

No przepraszam, tak to działa, nic nie poradzę :P

Fajny ten ostatni obrazek.

Ale na serio, nie kojarzysz charakterystycznej psychopatki z M16 w "BB"? [2]

Myślałem, że o RO postanowił napisać.

W Blues Brothers grała chyba byłą żonę pragnącą zemsty :P

Ale na serio, nie kojarzysz charakterystycznej psychopatki z M16 w "BB", mimo że dałeś jej fotkę?

Dianoga jak zwykle dobra, tylko że nie takiej Dianogi chciałem! Bart, mam nadzieję że Dianoga #5 ukaże się wkrótce :D

Nie wiem, po co takie rzeczy zamieszczać na portalu, który jest "Bastionem polskich fanów SW"?
Poziom tekstu jest żenująco niski. W najlepszym wypadku "licealny", do umieszczenia w szkolnej gazetce. Po prostu nie przystoi wykształconemu (jakoby) człowiekowi, członkowi redakcji. Jeżeli musisz już dzielić się ze światem swoimi chaotycznymi, pozbawionymi jakiejkolwiek myśli przewodniej "przemyśleniami", rób to na Facebooku, lub gdziekolwiek indziej. To jest zwyczajne obnoszenie się z grafomanią.

Zgadzam się z większością. Bardzo fajny tekst.

Spoko, przeczytałem.(2)

Fajny tekst, co prawda nie zgadzam się z akapitem o aktorkach, co to na 98% muszą być ładne, to że studia filmowe postrzegają aktorki przez cielesność nie gwarantuje niczego - cały gros piękności przejechał się na castingach, bo nie miał za grosz talentu. Inna sprawa, że piękno to kwestia subiektywna - od razu mógłbym wymienić kilka aktorek uważanych za piękne/brzydkie, gdzie ja mógłbym mieć zdanie odwrotne. No ale jest jak jest.

Spoko, przeczytałem.

Spoko, nie przeczytałem.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:

Archiwum wiadomości dla działu "Różne"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.