Świat Filmu

Jak Gwiezdne Wojny wpłynęły na Hobbita?

12

Na nasze ekrany właśnie wchodzi film „Hobbit: Niezwykła podróż” (choć przedpremierowe pokazy mamy od kilku dni), pierwsza część nowej trylogii Petera Jacksona. Jak łatwo się domyśleć taki film musi mieć jakieś powiązania z „Gwiezdnymi Wojnami”. Pierwszy oczywiście jest Christopher Lee, który ponownie wciela się w role Sarumana Białego. Okazuje się, że jeden ze statystów z „Mrocznego widma”, Richard Armitage, który grał tam jednego z pilotów Naboo, w luźnej adaptacji kultowej powieści J.R.R. Tolkiena zagrał jedną z głównych ról - Thorina Dębowej Tarczy.
Tym razem jednak powiązanie jest jeszcze ciekawsze bo okazuje się, że same „Gwiezdne Wojny” wpłynęły na Petera Jacksona i zainspirowały go do tego by nakręcić ten film w technologii 48 klatek na sekundę. Standardowa taśma filmowa ma 24 klatki odpowiadające jednej sekundzie, w przypadku kamer cyfrowych raczej jest to 25 klatek. Okazuje się, że pomysł, by uzyskać lepszy obraz przy użyciu 48 klatek na sekundę Jackson ukradł z Disneylandu, a dokładniej ze Star Tours.

Zdaniem Petera Jacksona technologia 48 pozwala na lepsze wykorzystanie samego 3D, które owszem dla wielu osób, zwłaszcza poniżej 20 roku życia, wygląda fajnie. Dopiero jednak nowa technika pozwala wyciągnąć cały potencjał 3D. Obraz jest bardziej ostry, przez to jest więcej trójwymiaru. No i sceny z dynamicznej kamery wyglądają lepiej.

Samą technologią Jackson zainteresował się dość wcześnie, widział kilka filmów kręconych w tej technice, jednak jak sam przyznaje, najważniejszym przeżyciem było zobaczenie Star Tours, w którym to George Lucas uparł się by zrobić je z wykorzystaniem zwiększonej ilości klatek. Pozwala to na lepsze przeżycie tej dynamicznej atrakcji. Jackson potem eksperymentował z technologią 60 klatek na sekundę, kręcąc krótki film 3D dla parku Universalu. Film był powiązany z „King Kongiem”. Ale jak przyznaje reżyser najważniejsze dla samej zmiany jest to, że w kinach dokonała się rewolucja, że wymieniono projektory i infrastrukturę znaną już od lat 20. XX wieku, na nową cyfrową. Dzięki temu można spokojnie puszczać filmy 64 klatkowe.

Na koniec zaś Richard Armitage w roli pilota.



Temat na forum

„Willow” w końcu na Blu-ray

8

Willow, czyli jeden z najważniejszych i najbardziej przełomowych filmów fantasy z lat 80. w przyszłym roku będzie miał już 25 lat. Z tej okazji Lucasfilm oraz dystrybutor 20th Century Fox przygotowali specjalne wydanie filmu na Blu-ray (i DVD), które zostanie poddane cyfrowej obróbce, odnowione i przerobione na format HD. Dźwięk dostaniemy w formacie 5.1 DTS HD Master Audio. Film trafi do sklepów w USA już 12 marca 2013.

„Willow” został napisany na podstawie pomysłu George’a Lucasa, a wyreżyserowany przez Rona Howarda. Współproducentem filmu był Joe Johnston. Film opowiada o tym jak zła królowa Bavmorda stara się przejąć władze nad całym światem, ale według przepowiedni zagrozić jej może dziecko, które właśnie przyszło na świat. Królowa postanawia to dziecko zgładzić, jednak niemowle wpada w ręce dobrodusznego karła, próbującego swoich sił w magii – Willowa (w tej roli Warwick Davies).



W „Willow” pojawiło się jeszcze kilka znanych nazwisk, ludzi związanych z Lucasfilmem, w tym choćby Kenny Baker czy Jack Purvis oraz Dennis Muren, Ben Burtt, Lorne Peterson, Phil Tippett, a także Gary Rydstorm czy John Knoll, którzy wówczas dopiero stawiali swoje pierwsze kroki w ILM. W pozostałych rolach wystąpili Val Kilmer, Joanne Whalley, Jean Marsh i znany fanom „Indiany Jonesa” Pat Roach. Muzykę napisał James Horner. „Willow” dostał dwie nominacje do Oskara w kategoriach technicznych.

Wydanie BD będzie zawierać wiele materiałów, których dotychczas nie prezentowano, w tym także sceny usunięte z komentarzem, wideo-dziennik Warwicka Daviesa, film o efektach specjalnych oraz dokument o produkcji filmu, no i wiele innych.

„Willow” dotychczas nie miał szczęścia do polskich wydań, dystrybutor Imperial Cinepix nie wprowadził na nasz rynek wydania DVD. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

Na koniec zwiastun i okładka wydania amerykańskiego (combo DVD+Blu-ray).

Co łączy filmy Disneya i Gwiezdną Sagę

4



Kolejny z serii wpisów-artykułów Bryana Younga jest tym razem poświęcony ogólnie filmom Disneya. W tym wpisie pasjonat sagi nie rozkłada jednego dzieła na czynniki pierwsze, ale patrzy na ogólną wymowę.

Łatwo jest oglądać filmy Disneya i dostrzegać podobieństwa, czy to w bardzo wielu klasycznych motywach, czy w drodze bohatera, które są także obecne w Gwiezdnych Wojnach. Trudno natomiast jest wskazać film Disneya czy kreskówkę, która bezpośrednio wpłynęło na stworzenie Gwiezdnej Sagi (może z kilkoma wyjątkami), choć czasem styl opowieści i sposób jej opowiadania są tak podobne, że trudno nie uznać, iż pochodzą z tej samej szkoły.

Weźmy na przykład „Miecz w kamieniu” („The Sword in the Stone” z 1963). Film opowiada historię młodego Arthura, który ma zostać kiedyś królem, a pomaga mu ekscentryczny czarodziej, o którym wszyscy myślą, że to zwariowany staruszek. Brzmi jak „Nowa nadzieja”? Cały film zresztą przypomina trochę rozszerzoną, komediową sekwencję terminowania mistrza i Padawana, zawierającą trochę mistyki i lekcji prawdziwego życia. To przypomina okres, który Luke spędził na Dagobah, a jaskinię łatwo przyrównać do czasu, który Artur spędził jako ryba czy wiewiórka. On dostaje lekcję ciężkiego życia w sytuacjach, których nie rozumie, a zaiste to mierzy się z prawdą o sobie samym i swoim życiu.

Czy ktoś może się spierać, że nie ma podobieństw między Królewną Śnieżką ściganą przez łowcę w lasach i ukrywającą się u przemiłych krasnoludków, a księżniczką Leią na Endorze, ściganą przez agentów Imperium i ukrywającą się u kosmatych Ewoków?

Łatwo by wam też wybaczono, gdybyście pomylili Yodę z małym zielonym stworkiem udzielających rad i mówiącym bohaterom Disneya, by zawierzyli swoim uczuciom. Nazywał się Jiminy Cricket.

Jest więcej podobnych analogii. Zwłaszcza w samym środku mitologicznej opowieści. W „Imperium kontratakuje” ton staje się mroczniejszy, a bohaterowie podążają w nieznane, co nie raz prowadzi ich do skraju rozpaczy. Kto mógłby zapomnieć o Sokole Millennium, który wymyka się ze szczęk ślimaka kosmicznego, ale przypomina to trochę wspaniałą kinową scenę, w której Geppetto uwalnia się z wieloryba Monstro, w jednej z mroczniejszych starych kreskówek Disneya.

Te analogie nie są żadną niespodzianką, w końcu Gwiezdne Wojny mocno czerpią z klasycznych tematów mitologicznych i baśni, które są na świecie tak długo, odkąd mamy historię.

Ale jednym z najciekawszych wpływów jest jak myślę, pewne bezpośrednie nawiązanie, które pochodzi z filmów Disneya produkowanych w latach 60. z gatunku płaszcza i szpady. Najlepszy przykład to „Szwajcarska rodzina Robinsonów”, którą wyreżyserował gość imieniem Ken Annakin.
Tak, dobrze to przeczytaliście: Annakin.
W każdym razie Annakin w swoim klasycznym filmie umieścił scenę bardzo podobną do jednej z „Nowej nadziei”. Dwoje młodych bohaterów i dziewczyna w przebraniu są w dość głębokiej mętnej wodzie i zostają zaatakowani przez masywnego węża. Fritz walczy z bestią, która wciąga go pod wodę, chłopak jak tylko się wynurza to woła o pomoc, a jego młodszy brat i dziewczyna zszokowani jedynie się patrzą. Potem drugi chłopak (grany przez Tommy’ego Kirka, chodzący sobowtór Wila Wheatona ze Star Treka) jest wciągany pod wodę, a wąż po prostu w niej znika. Wiele ujęć, ale nawet reakcji jest niemal dosłownie powtórzonych w sekwencji zgniatarki śmieci na Gwieździe Śmierci.

Gwiezdne Wojny wykorzystują te same wzory, co najlepsze filmy Disneya i w pewien sposób czerpią z nich pewną, choć niekoniecznie świadomą inspirację. Ale ten wpływ działa także i w drugą stronę. Można wyliczyć wiele przykładów gdzie Gwiezdne Wojny wpłynęły na kino Disneya. Teraz gdy Disney i Lucasfilm pracują razem nad nowymi Gwiezdnymi Wojnami, czy ktoś ma wątpliwości, że będą w nich podobne wartości wartości mitologiczne? Z pewnością wszystko jest na dobrym torze.



Jeśli chodzi o ilości nawiązań i powiązań między Lucasfilmem, George’m Lucasem a Disneyem z pewnością jest tego dużo więcej i to nie tylko jeśli chodzi o filmy. Warto pamiętać choćby o efektach takiej współpracy, które mają miejsce w Disneylandach. Nie chodzi tylko o Star Tour, przecież tam są atrakcje poświęcone także Indiana Jonesowi, ale to przecież George Lucas współtworzył jeszcze jedną atrakcję Disneya – czyli film Kapitan Eo. Takich powiązań jest dużo więcej niż się powszechnie wydaje.

Niezależna przyszłość Ricka McCalluma

StarWars.com
5

Jedną z nieco pomijanych wiadomości, wśród natłoku szokujących wieści o wykupieniu Lucasfilm przez Disneya i przekazaniu Gwiezdnych Wojen w ręce Kathleen Kennedy, była informacja o tym, że Rick McCallum, od lat pracujący w Lucasfilm, producent epizodów 1-3 Gwiezdnych Wojen, wieloletni współpracownik i przyjaciel George'a Lucasa, odszedł na emeryturę. Przy tej okazji oficjalna strona StarWars.com przygotowała mu następująca laurkę:

Podczas gdy Lucasfilm przygotowuje się do przyszłości wypełnionej nowymi filmami Star Wars, Rick McCallum, jeden z najważniejszych talentów odpowiedzialnych za ostatnie 20 lat produkcji Lucasfilm, przygotowuje się na ekscytującą przyszłość wypełnioną własnymi filmami. Zaczynając swoją karierę jako producent filmów niezależnych, McCallum wraca do kina, które tak dobrze zna, ale teraz z wielkim doświadczeniem, jakie otrzymał z ponad dwóch dekad współpracy z Georgem Lucasem.

Profesjonalna współpraca McCalluma z Lucasem zaczęła się przy serialu „Młody Indiana Jones” (1992) i „Zabójcze radio” (1994), i trwała przez Edycję Specjalną, prequele, oraz ostatnio przy „Red Tails”.

Jak wspomina Rick: „Pracą producenta jest, żeby urzeczywistnić wizję reżysera, jaka by ona nie była. George nigdy nie ograniczał swojej wizji limitami otaczającej go rzeczywistości, więc wyzwaniem dla produkcji było zawsze znaleźć sposób, jak je zrealizować, jednocześnie respektując fakt, że sam finansuje swoje filmy. Żeby to zrobić musieliśmy zachować tą mentalność niezależnego robienie filmów, które wymaga ciągłych innowacji i improwizacji, ale podczas kręcenia filmów na wielką skalę.

„Rick jest bliskim przyjacielem, jak i nadzwyczaj utalentowanym producentem” - komentuje George Lucas. „Bez różnicy jak bardzo skomplikowane zadanie mu dałem, Rick potrafił pokonać wszystkie trudności. Nie tylko zebrał wspaniałą ekipę pracowników, dokonywał cudów z budżetem, ale też pomógł wprowadzić kręcenie filmów do XXI wieku. Ma wspaniałą osobowość i uczynił te ostatnie 20 lat podróży z nim świetną zabawą.”

Współpraca Lucasa i McCalluma zaowocowała pojawieniem się licznych innowacji, które do dziś zmieniają biznes filmowy. Aby zapewnić kinową jakość w cotygodniowym formacie telewizyjnym, zespół McCalluma pracując przy serialu „Młody Indiana Jones” opracował nowe techniki cyfrowej postprodukcji, które pozwalały poszerzać sceny z tłumem, poprawiać dekoracje, dopasowywać ujęcia różnych scen, w bardzo różnych warunkach, jednocześnie podróżując do ponad 35 krajów na całym świecie, podczas najdłuższego planu zdjęciowego w historii kina. Te innowacje były potem udoskonalone i rozszerzone, by móc zrealizować epicką wizję prequeli Star Wars.

„Osiągnęliśmy limit w technologii produkcji, więc potrzebowałem kogoś z przekonaniem i pasją, który pomógłby nam przejść w rzeczywistość cyfrową” - wspomina Lucas. „Rick został głośnym wyznawcą nieskończonych możliwości, które dawała filmowcom technologia cyfrowa. Rick i ja przewalczyliśmy wspólnie wiele bitew, ciągle mierząc się z przeciwnikami, którzy byli przekonani, że nigdy nie będziemy mogli uczynić trwałych zmian w biznesie filmowym, które sobie zamierzyliśmy. Nie mógłbym być bardziej dumny z tego co Rick osiągnął. Pracowaliśmy z ponad 60 firmami i setkami wspaniałych inżynierów i artystów, przez ponad dziesięć lat, dzięki czemu udało się przeprowadzić od dawna oczekiwane zmiany: teraz cyfrowe kamery standardowo kręcą obrazy, filmy są dystrybuowane cyfrowo, a cała linia produkcja zachowuje nadzwyczajną jakość, bo pozostaje cyfrowa. Kiedy odchodzę, żeby robić swoje własne eksperymentalne filmy - i mam nadzieję, że będę mógł znów współpracować z Rickiem nad jednym z tych projektów – życzę mu wszystkiego najlepszego i czekam na obejrzenie jego kolejnych filmów.”

Odkąd ukończył „Red Tails”, McCallum przeniósł się do Pragi, żeby żyć w kraju jego żony, a teraz ma w przygotowaniu szereg mniejszych, niezależnych filmów, które bardziej przypominają te projekty, z którymi był związany przed jego współpracą z Lucasfilmem. „Mam rosyjski film o masakrze w Babim Jarze, który będzie wyreżyserowany przez Sergeia Loznitsa. Pracuję ze mną Tomás Masín nad opowieścią o dwóch braciach , którzy uciekli z Czechosłowacji podczas Zimnej Wojny, gdy ścigało ich 28 000 sowieckich żołnierzy, do dziś największy pościg w historii. Pracuję też nad filmem z Davidem Oyelowo, oraz innym filmem z Laurencem Bowenem na temat Chłopców-Żołnierzy z Sierra Leone.”

McCallum podobno bardzo czeka na nowe filmy Star Wars prowadzone przez Kathleen Kennedy. „Jest tylko jedna osoba na świecie, która mogłaby to zrobić i jest nią Kathleen Kennedy. Nie ma nikogo lepszego, kto potrafiłby połączyć świat niezależnego robienia filmów ze światem studia filmowego. Saga Star Wars zawsze będzie bezpieczna pod jej przywództwem. Ona jest jednym z najwspanialszych producentów Ameryki, a także świetnym przyjacielem.”

McCallum zostawia za sobą okres bycia nadzwyczajnie dostępnym dla fanów Star Wars, podczas produkcji filmów, pojawiając się na konwentach Celebration, rozmawiając o tajnikach produkcji z czasopismem Star Wars Insider, oraz uczestnicząc w czatach on-line. Podczas jednej z takich rozmów w 2005 roku, członek fanklubu zapytał czy mógłby kiedyś wziąć udział w muzycznych sesjach nagraniowych do Epizodu III, a McCallum zaprosił go do studia nagraniowego już następnego dnia.

"Dziękuję Wam, że byliście tak serdeczni, pomocni i dobrzy dla mnie" mówi McCallum do wszystkich fanów Star Wars. " Wy wszyscy uczyniliście z tego warte każdego trudu doświadczenie. Mam tylko największą wiarę i zaufanie w Kathleen, to co zrobi z Gwiezdnymi Wojnami, to będzie odważna, ekscytująca i śmiała przyszłość, która będzie warta waszej niezwykłej pasji i lojalności, przez te wszystkie lata. Będzie znakomicie."

Christopher Lee znowu Draculą

3

Wczoraj na naszych ekranach zagościł film Frankenweenie w reżyserii Tima Burtona. Jest to animowana opowieść trochę bazująca na historii Frankensteina, tym razem jednak zza światów wróci pies. Film jest wyświetlany u nas w wersji 3D zarówno z polskim dubbingiem jak i napisany. W oryginalne możemy usłyszeć Christophera Lee (hrabia Dooku), który po raz kolejny wciela się w postać hrabiego Draculi, choć ten bohater nie występuje bezpośrednio w „Frankenweeniem”, a raczej w filmie oglądanym w dziele Burtona. Dodatkowo fani „Wojen Klonów” powinni rozpoznać Dee Bradley Bakera, czyli głos wszystkich klonów. Tu też nie poprzestał na jednej roli.

Wiktor nagle traci swojego ukochanego przyjaciela, psa o imieniu Korek. Chłopiec wykorzystuje potęgę nauki, by przywrócić swego pupila do świata żywych. Po na pozór udanym eksperymencie stara się ukryć pozszywanego domowymi metodami czworonoga. Ten jednak ucieka i wkrótce wszyscy dowiadują się, że czasem szybki powrót do zdrowia może mieć potworne skutki.

„Osławiona” Alfreda Hitchcocka a „Wojny klonów”

0



Bryan Young nie ustaje w wynajdywaniu nawiązań między sagą a klasycznymi filmami. Po Kurosawie przyszła pora na innego giganta kina, czyli Alfreda Hitchcocka. Tym razem jednak obiektem gwiezdnych nawiązań nie będzie dzieło George’a Lucasa, a serial „Wojny klonów”.

Jeszcze w sezonie drugim „Wojen klonów” pojawił się pewien fantastyczny odcinek pt. Senate Spy. Opowiadał historię intrygi pomiędzy senatorami, gdy rada Jedi prosi Padmé by szpiegowała innego senatora (swą dawną miłość), który obecnie pracuje dla Separatystów. By go szpiegować, będzie musiała ożywić ich dawną znajomość. Rada zaś wyznaczają Anakina jako jej łącznika. Jeśli ta historia brzmi znajomo, pewnie dlatego, że dzieli te same założenia co arcydzieło Alfreda Hitchcoka z 1946 – „Osławiona” (Notorious) z Cary Grantem (w roli Devlina, łącznika) i Ingrid Bergman (w roli Alicii, szpiegującej agentki trochę z przymusu). Film ten może i porusza tematy damsko-męskich relacji, które są trochę jeszcze nie w głowach młodszym odbiorcom, ale jako film szpiegowski trzyma w napięciu. Natomiast ekipa „The Clone Wars” starała się złożyć hołd wszystkim jego najlepszym fragmentom.

To, co sprawia, że ta historia w kontekście „Wojen klonów” jest jeszcze bardziej wciągająca, to Anakin i jego problemy z zazdrością. W serialu ukazano niuanse powolnego przechodzenia Anakina ku Ciemnej Stronie, a zazdrość jest naturalną emocją, którą musi wykorzystać, ale jednocześnie która sprowadza go na manowce. Jako Anakin, Matt Lanter ukazuje subtelniejszy, mroczniejszy ton tej postaci, idealnie wchodzi w rolę Cary’ego Granta z filmu. U Hitchcocka Devlin jest nie tylko zdolnym szpiegiem, ale też zakochanym po uszy idiotą, którego mocno rani to, że Alicia musi pozostać tajniakiem pośród Nazistów.

Dla Padmé, Separatyści są równie źli i zabójczy jak Naziści. Cat Taber jako Padmé nie jest w stanie wyzbyć się swojej nieufności i wrażliwości jak Ingrid Bergman, głównie z powodu charakteru Padmé. Za to udaje jej się stworzyć mistrzowskie przedstawienie w przedstawieniu.

Poza historią i postaciami, ten odcinek zawiera kilka ikonicznych obrazów i wizualnych ozdobników z jednego z moich ulubionych filmów, co sprawia, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech tak szeroki jak Żebraczy kanion. Jedną z największych scenografii, a przy tym najdroższych ujęć w „Osławionej” była ta w której pojawiały się schody i klucz. Alicia ukradła klucz do piwnicy od złych ludzi i ukrywa go przed wszystkimi na dużym przyjęciu. Kamera ukazuje drugi poziom pokoju, przemieszcza się przez przyjęcie i koncentruje na zbliżeniu klucza ukrytego w dłoni Alicii. To było zapierające dech w piersiach, a zdjęcia w tym odcinku „Wojen klonów” wcale nie są takie pretensjonalne. W jednym momencie, Alicia trzyma klucz w ręku, a mężczyzna którego szpieguje próbuje ją pocałować, ona zaś skacze do niego, rzuca mu ręce na szyję tak, by nie mogła oddać klucza. To bardzo mocna scena, i wcale nie mniej mocna wersja została powtórzona w „Wojnach klonów” z Padmé i datakartą, podczas gdy Anakin spogląda gdzieś z odległości.

Bez zbędnego spoilerowania, jednym z najbardziej satysfakcjonujących elementów filmu jest jego zakończenie. Zarówno Alicia jak i Padmé zostają otrute, więc potrzebują pomocy swojego protektora, a niesprawiedliwi powinni dostać za swoje. Anakin i Devlin robią to na własny sposób, ale ostateczne rozwiązanie jest tak satysfakcjonujące, że nie można mu już pomóc. I choć obie są bardzo podobne, możliwość zestawienia sposobu w jaki zrobił to Hitchcock i zrobionego w stylu Lucasa, to coś co powinien zobaczyć każdy fan filmu.

Prawdopodobnie to co najbardziej zdumiewa w odcinku „Senate Spy” jest to, że skompresowano tam historię w mniej niż 30 minutach, a Hitchcockowi zajęło to prawie dwie godziny. To swoisty testament możliwości tworzenia filmów stworzony przez ekipę „Wojen klonów”.

Dla fanów kina, mogę polecić by obejrzeli „Osławioną” Hitchcocka nie tylko razem z „Senate Spy”. Zarówno film jak i ten odcinek sprawiły mi wiele radości. A czy nie o to właśnie chodzi w Gwiezdnych Wojnach?

(Uwaga do rodziców. Choć „Osławiona” zawiera pewne treści dla dorosłych, są one zamaskowane dzięki technikom i dialogom z lat 40. Nie sadzę, by ten film był nieodpowiedni dla dzieci, skoro oglądałem go z moim 10-letnim synem i mu się podobało, ale dla dzieci może to być trochę za nudne, przynajmniej dopóki nie dorosną).

Archiwum wiadomości dla działu "Świat Filmu"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.