Świat Filmu

Teaser filmu "Return of the Return of the Jedi" - UPDATE

oficjalna
2

Z okazji trzydziestolecia "Powrotu Jedi", reżyser filmu "Fanboys", Kyle Newman, wyreżyserował krótkometrażówkę zatytułowaną "Return of the Return of the Jedi: 30 years and counting". Zadebiutuje ona jutro na stronie Entertainment Weekly. Dodatkowy pokaz odbędzie 25. maja w kinie Alamo Drafthouse Cinema w Austin w Teksasie, gdzie pokazane zostaną również inne filmy z lat 80., m. in. "Szczęki" czy "Człowiek z blizną", a także Epizod VI. "Return of the Return.... " został wyświetlony już wcześniej, 4. maja, ale na pokazie dla wąskiej publiczności. W sieci umieszczono krótki fragment, w którym zaproszeni aktorzy dyskutują o usuniętej scenie powrotu Luke'a na Dagobah. Zapraszamy do obejrzenia:



UPDATE:

Film można już obejrzeć pod tym adresem, jednak tylko przez 48 godzin.

Co nowego na srebrnym ekranie?

różne
1

Od wczoraj (17 maja) na polskich ekranach możecie już oglądać jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku - Wielkiego Gatsby'ego, ekranizację wybitnej powieści F. Scotta Fitzgeralda pod tym samym tytułem. Film wyreżyserował Baz Luhrmann (Romeo+Juliet, Moulin Rouge!, Australia). Adaptacją powieści na scenariusz zajął się sam reżyser wraz Craigiem Pearce'em. W tytułowej roli Jaya Gatsby'ego zobaczymy Leonardo DiCaprio, a partnerują mu Tobey Maguire, Carey Mulligan, Isla Fisher, Elizabeth Debicki oraz Joel Edgerton. Ten australijski aktor, którego pamiętamy z roli młodego Owena Larsa w Ep. II i Ep. III w ostatnich latach staje się co raz popularniejszy, o czym świadczą role w takim filmach, jak: Królestwo zwierząt, Warrior, czy Wróg numer jeden. Wielki Gatsby Luhrmanna to pierwszy, wysokobudżetowy film w 3D, który nie jest horrorem lub filmem kina akcji. Obraz otworzył tegoroczny festiwal w Cannes i podzielił krytyków, których zachwyciła warstwa wizualna i muzyczna filmu oraz aktorstwo, ale nie przypadło do gustu spłycenie wymowy powieści. Obraz nieźle radzi sobie też w amerykańskim Box Office'ie, mimo iż wszedł do kin w tym samym czasie, co hitowy Iron Man 3.

Ric Olié w kinach

7

Od piątku na naszych ekranach gości „Stoker”, najnowszy film Parka Chan-wooka („Oldboy”, „Pani zemsta”). To amerykański „debiut” tego reżysera. W jednej z drugoplanowych ról (szeryfa) wystąpił znany fanom „Gwiezdnych Wojen” Ralph Brown (Ric Olié z „Mrocznego widma”). Sam film jest dziełem z pogranicza dramatu i horroru, opowieścią młodej dziewczyny, która po śmierci ojca musi znosić swojego ekscentrycznego wuja. W rolach głównych występują Mia Wasikowska, Nicole Kidman oraz Matthew Goode. Dystrybutorem filmu w Polsce jest firma Imperial Cinepix.



P&O 18: Czego powinienem się uczyć w domu, by studiować animatykę?

18



Wśród pytań, które przewijały się na oficjalnej, pojawiły się też takie, które bardziej dotyczą sposobu tworzenia filmu, ukazują pewne kulisy pracy twórców. To jedno z nich. Odpowiada Dan Gregorie, kierownik z ILM odpowiedzialny za animację.



P: Mógłbyś mi polecić, czego powinienem się uczyć w domu, by móc studiować animatykę? Jakieś oprogramowanie lub wymagania sprzętowe?

O: Największą zaletę naszego działu i dzisiejszej technologii jest właśnie to, że możemy używać dostępnego na rynku oprogramowania i sprzętu. Z After Effects i Mayą oraz PCtem, jesteśmy w stanie wykonać naszą pracę. Każdy z naszych artystów ma z jednej strony Macintosha a z drugiej PC z procesorem AMD. To stacja robocza firmy Boxx Technologies. Wszystkie te narzędzia są dostępne dla każdego na rynku.

A co do nauki, najlepiej to robić. Chodzi mi o to, że najlepszą i jedyną drogą nauczenia się tych narzędzi jest używanie ich. Nauka przez pracę. Potrzebujesz dużo czasu, by nauczyć się jak wszystko naprawdę działa. Oczywiście tradycyjny zmysł artystyczny jest podstawą. A tak to rysuj, rysuj, rysuj i ucz się wszelkich sztuk.

K: O ile główna część przesłania pozostaje niezmienna, o tyle dziś technologia posunęła się jeszcze bardziej do przodu, więc należy wziąć poprawkę na sugerowane oprogramowanie. Dla tych, którzy nie wiedzą czym jest animatyka przypominamy. W tradycyjnie kręconych filmach używano scenopisów (storyboardy), na których rozrysowywano całą scenę. W Lucasfilmie decydowano się jednak stworzyć słabej jakości animację (pozbawioną szczegółów, skoncentrowaną na umiejscowieniu i ruchach obiektów) lub nawet odegrać scenkę, by zobaczyć jak całość może wyglądać wizualnie. Dopiero na podstawie animatyki czy scenopisu kręci się (lub animuje) finalnie daną scenę.

Robert Ebert, „Obywatel Kane” no i „Gwiezdne Wojny”

0



Tym razem będzie stosunkowo mało o wpływie na „Gwiezdne wojny”, nie mówiąc już o łapaniu zżynających za rękę, a raczej o analogiach.

Miałem coś innego zaplanowanego na ten miesiąc w filmowej kolumnie, ale po śmierci Rogera Eberta, pogrążony w smutku wróciłem do jego dzieł i znalazłem coś niesamowicie fascynującego, co łączy się z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”.

Roger Ebert jest prawdopodobnie jednym z największych nauczycieli języka kina na świecie. Popularyzował go, sprawił, że kolumny takie jak moja tutaj mają sens. Jedne z typowych zajęć prowadzonych przez Eberta, to te, do których możemy wrócić włączając jego komentarz do „Obywatela Kane’a” na DVD czy Blu-ray.

„Obywatel Kane” może być jednym z najbardziej wpływowych filmów w całej historii kina. Używał nietradycyjnych metod opowiadania historii, bezproblemowo łączył efekty specjalne z fabułą, pokazał na ekranie coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

Komentarz Eberta to klasa mistrzowska w kinie, pomaga oglądającym bardziej wgłębić się w film. Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, postanowiłem, że to dobry moment by odświeżyć sobie ten komentarz. Zdążyłem już zapomnieć jak często Ebert wspominał o „Gwiezdnych wojnach” w kontekście efektów specjalnych, a „Obywatel Kane” sprawił, że zacząłem myśleć dlaczego.

„Gwiezdne wojny” to jeden najbardziej monumentalnych efektów specjalnych w historii kinematografii. To przełomowy moment dla świata efektów i opowiadania historii, tworzenia kinetycznej energii, z sceny na scenę w taki sposób, jakiego publiczność jeszcze nie widziała.

Kane w tym aspekcie jest bardzo podobny.

Ebert, przez cały swój komentarz ujęcie po ujęciu wyjaśnia dlaczego „Obywatel Kane” jest jednym przetworzonym efektem specjalnym, acz w kontekście całego filmu, pojedynczo one są niedostrzegalne. Gdy George Lucas usiadł do robienia „Gwiezdnych wojen”, w nieunikniony sposób naśladował świat seriali „Flasha Gordona”, gdzie nie przykładano wysiłku do maskowania efektów specjalnych. Nikt nie brał tych starych seriali SF na poważnie, i choć włożono w nie mnóstwo serca, nigdy nie miały wystarczających budżetów by udawać rzeczywistość.

Używając wielu tych samych technik co Orson Welles i jego autor zdjęć, Greg Toland w pionierskim „Obywatelu Kanie”, George Lucas Epizodem IV wprowadził efekty specjalne na nowy poziom, a potem prequelami jeszcze bardziej je rozwinął. Wziął fantastyczność i ożenił ją z rzeczywistością w sposób taki jakiego jeszcze nikt nie wiedział. Lucas wziął „Flasha Gordona” i umiejscowił go w realizmie efektów specjalnych porównywalnym do najlepszych dzieł Orsona Wellesa.

W „Obywatelu Kanie” wiele efektów to wizualne sztuczki, które kreowały ujęcia niemożliwe do uchwycenia za pomocą ówczesnych soczewek. Używano optycznych drukarek do nakładania ujęć. To podstawa dla techniki blue screen i efektów, na których stworzono oryginalną trylogię.

Welles kręcił różne ujęcia aktorów do tej samej sceny, a potem je nakładał na siebie, był w stanie wybrać najlepsze ujęcia danego aktora, nie tracąc przy tym jakości spowodowanej przez różne sceniczne trudności. W jednej z najbardziej pamiętnych scen Kane (Welles) pisze złą recenzję występu swojej żony w operze (na pierwszym planie), podczas gdy jego przyjaciel Jed Leland (Joseh Cotten) wpływa na niego z drugiego planu.

Nakręcenie ich osobno, a potem złączenie tej sceny sprawiło, że obaj są doskonale zogniskowani, a wykorzystywane są jedynie najlepsze ujęcia.

Tę technikę George Lucas rozbudował cyfrowo podczas prequeli. Jedna scena przychodzi z „Mrocznego widma” przychodzi do głowy wyjątkowo łatwo, podczas obiadu w domku Skywalkera, kiedy Qui-Gon opowiada o swojej misji wszystkim przy stole. Choć nie kręcono każdego aktora osobno, Lucas mógł wybrać tylko najlepsze interakcje i grę każdego aktora przy stole, a potem cyfrowo je połączyć w jedno super-ujęcie, sprawiając że film jest dokładnie tym, co sobie wyobraził.

Inną sprawą, którą można dostrzec w „Obywatelu Kanie” jako inspirację dla „Gwiezdnych Wojen” to sposób grania. To inny czas więc wygląda to inaczej niż to co już widzieliście. Niektórzy mogą nazwać to nudnym czy sztywnym, ale jest w tym coś magicznego i melodramatycznego w ten sam sposób jaki znajduję w „Gwiezdnych Wojnach”.

Gdyby nie prace Roberta Eberta przez całe jego życie, nie jestem pewien, czy byłbym zdolny wyłapać te nawiązania między filmami, nie jestem też pewien czy potrafiłbym to wyartykułować, gdyby nie jego życiowa droga i sposób mówienia o filmach, którego mnie nauczył (nie tylko mnie, ale szerokiej publiczności).

Więcej powiązań Roberta Eberta i „Gwiezdnych Wojen” nagrałem w specjalnym odcinku podcastu Full of Sith, który zawiera zarówno klipy jak i cytaty z jego recenzji „Gwiezdnych Wojen”.

No i oczywiście polecam obejrzenie „Obywatela Kane’a” zarówno z komentarzem Eberta jak i bez niego. To film odpowiedni dla wszystkich, choć dla młodszych dzieci może zdawać się zbyt powolny. Oglądałem go z moim dziesięciolatkiem, a on zdawał się być zadowolony z tego.

Archiwum wiadomości dla działu "Świat Filmu"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.