Twórczość fanów

Opowieść pewnego szturmowca

Autor: Syriusz Black


(Pierwsze miejsce w konkursie literackim na pięciolecie Bastionu)


Sen. Nawiedza mnie ten sam sen. Od kilku miesięcy. Czasem co noc, czasem znika na kilka dni, ale zawsze wraca. Jestem znowu na wojnie. Dookoła mnie bitwa. Mnóstwo szturmowców biega wokół, pozornie chaotycznie. Ja stoję pośród nich, ale jakby zupełnie gdzie indziej. W dłoni trzymam świetlny miecz. Naprzeciw mnie stoi jeszcze jeden żołnierz. Głowę ma odsłoniętą. Patrzy mi głęboko w oczy. Ja patrzę w jego. Na moją twarz, moje ciało, mój mundur. Podnosi miotacz. I wtedy widzę, że to nie szturmowiec. Że to Rhatzak. Mówi cicho, ale ja słyszę go mimo panującego wokół hałasu.
- Wybacz mi, przyjacielu. Ja to muszę zrobić.
Uśmiecha się do mnie. Pociąga za spust. Ale ja zawsze bronię się przed jego strzałami. Podbiegam i atakuję go. Nigdy nie chcę tego robić, ale to zawsze się dzieje. Wbrew mnie. A kiedy jego ciało upada na ziemię, wciąż patrzy na mnie, wciąż się uśmiecha.
Budzę się, zlany potem. Moje stare, pomarszczone ręce w mgnieniu oka łapią karabin, leżący przy łóżku. Ale nie są w stanie go utrzymać. Upada z hukiem na ziemię. Wtedy przychodzi Adia. Wchodzi spokojnie. Nie widać po niej, że jest zła na starca, który znów wyrwał ją ze snu. A może nie jest zła? Uspokaja mnie, głaszcze po siwych włosach. Szepcze miłe słowa. Znów zasypiam, i już nic mi się nie śni. Tak jest za każdym razem.
Mam czterdzieści dwa lata. Pozostało mi już tylko parę tygodni życia. Niebawem umrę. Ze starości. Moja historia dobiega końca, ale ostatni rozdział wciąż nie jest zamknięty.

- Nadszedł czas. Wykonać Rozkaz 66 – wszystko zaczęło się od tych słów.
Wielu myślało, że Rozkaz 66 był jakąś tajną, zakodowaną w naszych głowach informacją. Że istniał w naszej podświadomości, skąd wydobyć mogła go tylko bezpośrednia komenda Palpatine’a. Myśleli, że żaden z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, że pewnego dnia skieruje swój miotacz w stronę Jedi.
Bzdura. My wiedzieliśmy o tym od „urodzenia”. To był jeden z wielu tajnych rozkazów. Po prostu rozkazów. Byliśmy żołnierzami, każdy z nas, bo po to powołano nas na ten świat. Kiedy otrzymywaliśmy rozkaz, wykonywaliśmy go. Niby co innego mieliśmy robić?
Ostatniego dnia Wojen Klonów byłem ze swoim oddziałem w układzie Ma’rcho Urail. Jedna z fabryk Federacji, produkowali tam Niewidzialnych, takie śmieszne roboty z systemem kamuflażu, mieliśmy z nimi trochę zachodu. Naszym dowódcą był generał Rhatzak, Bothański Jedi.
Dopiero co skończyliśmy przyjacielską pogawędkę, gdy w słuchawce w moim hełmie odezwał się głos kanclerza:
- Wykonać rozkaz 66.
Kiwnąłem w stronę kilku podwładnych. Wiedziałem że i oni otrzymali rozkaz, i że wiedzą, co teraz zrobić. Wszyscy przeładowaliśmy broń i ruszyliśmy w stronę właśnie zdegradowanego generała. Spojrzałem na jego twarz. Jeszcze widniał na niej szeroki uśmiech, który pozostał po dowcipie, jaki opowiedziałem mu chwilę wcześniej. Odwrócił się w naszą stronę. Zrozumiał co się za chwilę stanie.
Na Kamino nauczyli mnie wielu rzeczy. Nauczyli mnie trafiać z miotacza w puszkę z odległości pięciuset metrów. Nauczyli mnie wspinać się po idealnie gładkich ścianach, zjeżdżać na linie ze stupiętrowych wieżowców, pływać w oceanie podczas sztormu, nauczyli mnie jak przetrwać w buszu kilka lat, nie mając nic ze sobą. Wyszkolili mnie do bezbłędnej współpracy w oddziale i do wykonywania rozkazów bez żadnych wątpliwości. Ale nikt nigdy nawet nie wspomniał mi czym jest żal.
Dopiero kilka lat później dowiedziałem się, że to co czułem, gdy pociągałem wtedy za spust to był żal. Gdy posyłałem śmiertelną serię w stronę Jedi przychodziły mi do głowy dziwne myśli. To nawet nie były myśli, obrazy pojawiały się przed moimi oczami. Z chwil, gdy walczyliśmy ramię w ramię przeciwko niezliczonym hordom robotów. Gdy wspólnie przekradaliśmy się przez obozy Separatystów, gdy jedliśmy razem posiłki, mimo że on mógł pozwolić sobie na dużo lepsze jedzenie w mesie dowództwa. Gdy śmialiśmy się wspólnie z historii, które nam się przytrafiały. Każdy z tych obrazów był ułamkiem sekundy, każdy mignął mi jedynie w umyśle, ale mimo to poczułem się wtedy bardzo dziwnie. Były to czasy, kiedy nigdy nie miałem nic swojego. Mundur, karabin, to wszystko co jakiś czas wymieniali nam. Ale wtedy właśnie poczułem się tak, jakbym miał zaraz stracić jedyną rzecz, jaką posiadam.
Nie zawahałem się. Nawet przez moment nie przyszło mi na myśl, że mógłbym nie wykonać rozkazu. Ale poczułem, że lepiej byłoby, gdybym go nigdy nie usłyszał. Kiedy patrzyłem, jak się broni, przypomniałem sobie, jak te jego nadludzkie zdolności ratowały mi życie. Moje nic nie warte, sztuczne, nawet nie należące do mnie życie.
Nie miał szans. Był wspaniałym wojownikiem, ale po naszej stronie stał efekt zaskoczenia, no i zdecydowana przewaga liczebna. Osunął się na kolana, potem przewrócił się na bok. Jego miecz potoczył się pod ścianę z metalicznym dudnieniem, które krzyczało do mnie w ciszy, jaka nagle zapadła w pomieszczeniu. Odprawiłem pozostałych. Zostałem z nim sam.
Wydaje mi się, że Rhatzak był jedyną osobą, która mnie lubiła. Mnie konkretnie. Nie chodzi o to, że byłem samotny, nie miałem przyjaciół. W oddziale traktowaliśmy się jak druhów, towarzyszy broni. Ufaliśmy sobie. Ale nie darzyliśmy siebie żadnymi uczuciami. Nikt nam tego nie kazał. Z poza oddziału lepiej znałem tylko Rhatzaka. I wydaje mi się, że przez te dwa lata on mnie polubił. Nie wiem, czy ja potrafiłem go polubić. Ale kiedy patrzyłem na jego martwe ciało zrozumiałem, że już z nim nie porozmawiam, a on już nie uratuje mi życia. Podniosłem jego miecz. Broń Jedi. Świętość. Wsunąłem mu ją w dłoń i z trudem zacisnąłem palce. Potem odszedłem.
Kiedy szedłem przez obóz nikt mnie nie zatrzymał. Wszyscy świętowali na wieść o zakończeniu wojny. Nikt mnie nie zatrzymał, gdy wsiadałem do promu. Żaden głos nie odezwał się przez komunikator, gdy wystrzeliłem w przestrzeń kosmiczną i wprowadziłem statek w nadświetlną, na przypadkowych koordynatach. „Wojna skończona – pomyślałem wtedy – więc i moje zadanie jest już skończone.” Nie mogłem tam dłużej zostać. Nie mogłem być już szturmowcem. Tamtego dnia uciekłem od Republiki, czy jak później ją nazwali, od Imperium Galaktycznego, uciekłem od Armii, od rozkazów.
Na początku było mi ciężko. Gdziekolwiek się nie pojawiłem, rozpoznawano we mnie klona. To było ciężkie. I tak miałem problemy z oswojeniem się ze światem, gdzie sam o sobie decyduję, a przez to trudno było mi znaleźć jakąś pracę. Nie mogłem się też pojawiać w żadnym z cywilizowanych światów środka. No i, poza tym, jedynym, co tak naprawdę umiałem był zawód żołdaka. A nikt, kto potrzebował kogoś jak ja, nie chciał zatrudnić szturmowca, zwłaszcza że większość uważała, ,ze my nie mamy własnej woli, więc na pewno chcę szpiegować.
Ale po dwóch latach zmieniłem się tak, że nikt prawie nie poznawał już we mnie klona. Wychudłem, zapuściłem długie włosy i brodę. Na mojej twarzy pojawiło się trochę blizn. I nauczyłem się wiele o życiu na Rubieżach. Już niemal przestałem odczuwać potrzebę, żeby ktoś mówił mi co mam robić. Wtedy udało mi się po raz pierwszy zyskać lepszą pracę. Pilot małego frachtowca, trudniący się zazwyczaj przewożeniem pasażerów, których znaczną część stanowiły różnych ras i kształtów typy spod ciemnej gwiazdy. Ten facet, Twi’lek, nazywał się Groos. Latałem z nim bardzo długo, sam już nie pamiętam, ile. Ale nigdy się nie dogadaliśmy, zwykle nawet nie jadaliśmy razem. On, kiedy już przekonał się że można mi ufać, pozwolił mi kręcić się po statku, gdzie chcę. Miałem robić za ochroniarza, wiec robiłem za ochroniarza. Parę razy nawet się przydałem. Ale nie żyłem tak naprawdę. Rzadko kiedy schodziłem na ląd. Nie wydawałem zarobionych pieniędzy. Rozmawiałem tylko z pasażerami, a i to nie zdarzało się często.
Z jednej z rozmów pośrednio dowiedziałem się, że nie jestem jedynym klonem, który zawiesił swoją służbę po wykonaniu Rozkazu. Żyją jak ja, w cieniu, na rubieżach. Chwytają się zajęć, które przypominają wojsko. Nie mają rodzin, nie mają przyjaciół. Niektórzy łączą się w grupy i razem znoszą swój ciężki los. Dowiedziałem się też, że Armia łapie ich. I zabija. Nazywają to karą za dezercję.
Nie poruszyło mnie to. Ja się nigdy nie bałem śmierci. Nie wiem, czy to efekt szkolenia, czy takim mnie wyhodowali, ale nigdy mnie nie opanował strach przed śmiercią. Może dla tego, że nigdy tak naprawdę nie żyłem?
Wtedy siedziałem w sterowni. Obserwowałem, jak błękitna mozaika tunelu nadświetlnego zmienia się w miliony gwiazd za iluminatorem. I nagle usłyszałem brzęczyk radaru. Spojrzałem na ekran – niszczyciel. Wyrównałem lot, mając nadzieję, że nie nas szukają. Myliłem się. Po chwili statkiem wstrząsnął strzał ostrzegawczy.
- Co jest? – usłyszałem głos Groosa w interkomie
- Zejdź tu szybko. Mamy towarzystwo – odpowiedziałem - kogo wziąłeś tym razem?
Na to już nie odpowiedział. Po chwili wbiegł do kabiny. Rzucił okiem na ekran i zaklął pod nosem.
- Imperium? Ojć, mam złe przeczucia. Wyliczasz koordynaty skoku?
- Tak, ale temu złomowi zajmie to kilka minut. Jeśli chcą nas złapać, to będą tu dużo szybciej.
- No to mamy problem. Bierz spluwy i zajmij się klientami. Ja spróbuję coś wycisnąć z małej Susy.
Zdjąłem ze ściany karabin i torbę z kilkoma przydatnymi gadżetami i pobiegłem do kajuty gości.
- Zbierajcie manatki – powiedziałem im – Imperium się o was upomina. Musze was ukryć.
Schowałem ich w okolicach rdzenia, mając nadzieję, że zakłuci on działanie Wykrywaczy Życia. Biegłem ku śluzie, gdy statkiem znów szarpnęło. Złapali nas. Zatrzymałem się za jakąś wnęką i czekałem. Nikt nas tak jeszcze nie atakował, ale ja i tak wiedziałem, jak będzie wyglądać ich akcja. Najpierw odetną drzwi. Potem wkroczy cały oddział, po drodze strzelając do wszystkiego, co się rusza. Byłem gotowy.
Statkiem znów szarpnęło. Wiedziałem, że śluza połączyła się z rękawem w niszczycielu, i po drugiej stronie drzwi gromadzi się teraz grupa abordażowa. Wyciągnąłem z torby kilka małych min i rzuciłem je pod drzwi.
- Niespodzianka – mruknąłem.
Schowałem się we wnęce. Nie chciałem, żeby eksplozja mnie oślepiła, choćby na chwile. Słyszałem, jak przecinają się przez drzwi, jak te upadają z ciężkim stukiem. Obok mnie śmignęło kilka laserowych błyskawic, wystrzelonych na oślep. I wtedy... BUUUM. Cały statek kolejny raz zatrząsł się. Wyskoczyłem zza wnęki i zacząłem pruć na oślep w kłęby dymu. W słuchawce usłyszałem głos:
- Na wszystkich bogów Kalmaru, chcesz mi rozwalić statek?
Nie odpowiedziałem. Strzelałem, znów schowałem się za jakimś filarem. Musiałem wtedy załatwić wielu, mimo że nie zobaczyłem nawet jednej białej zbroi. W końcu jednak, nie wiem jak, ktoś trafił mnie promieniem ogłuszającym. Straciłem przytomność.

Kiedy się obudziłem, szybko zorientowałem się, gdzie jestem, choć za moich czasów sale przesłuchań na niszczycielach wyglądały zupełnie inaczej. Siedziałem, a właściwie półleżałem, przypięty do metalowego fotela. Prosto w oczy świeciło mi oślepiające światło. Słyszałem, albo raczej czułem zgromadzone wokół mnie kilka osób.
- A teraz powiesz nam, gdzie są twoi towarzysze! – powiedział jakiś głos
Zdziwiłem się. Myślałem, że przeszukanie statku zajmie im najwyżej parę godzin. Może udało im się uciec? Dla mnie i tak nie miało to większego znaczenia. Ale nic nie odpowiedziałem. Poczułem silny impuls bólu przeszywający moje ciało.
- Pytam jeszcze raz – ten sam głos, wydawał mi się dziwnie znajomy – gdzie są pozostali dezerterzy?
Pozostali dezerterzy? Nie rozumiałem o co mu chodzi. Pozostali? Czyli nasi klienci byli dezerterami.?
Znowu ból. Tym razem ostrzejszy, dłużej. Musiałem okropnie krzyczeć. Wydawało mi się, że igły rozżarzone do białości przeszywają każdy fragment mojego ciała. Ustał. Leżałem bezwładnie, nie mogąc się ruszyć. Wtedy ten sam głos krzyknął:
- Odpowiadaj, żołnierzu!
I wtedy zrozumiałem. Zrozumiałem wszystko. Im nie chodziło o moich klientów. Im chodziło o mnie. Wiedzieli kim jestem, a w dodatku myśleli, że utrzymuje kontakt z innymi, takimi jak ja. Z byłymi szturmowcami. A ten głos, głos, który do mnie mówił. To był mój głos. To był jeden z klonów.
Tym razem ból był jeszcze silniejszy, choć nie sądziłem, że to możliwe. Zemdlałem, ale ocucili mnie po chwili. Tak sądzę. Przesłuchiwali mnie długo. W końcu zacząłem mówić. Różne rzeczy, prawie same kłamstwa, cokolwiek, byle tylko przerwać ten ból. Sam nie wiem, jak długo to trwało. Pamiętam, że w końcu przenieśli mnie do jakiejś celi, położyli tam, a ja zasnąłem. Budziłem się parę razy, ale nawet się nie poruszyłem. Dookoła słyszałem głosy, ale jakieś inne. Przestraszone. Szepczące. Ktoś przykrył mnie kocem. Jęczałem. Wydawało mi się, że znów jestem na wojnie. Że ktoś roboty Federacji biegają wokół mnie.
Musiałem tam leżeć, majacząc, kilka dni. Ktoś tam był, ktoś mnie karmił, ale mnie to nie obchodziło. Leżałem wciąż bez ruchu, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.
Aż w końcu usłyszałem wokół siebie wielkie poruszenie zdziwienie. Jakieś kroki, jakieś głosy. Ktoś podniósł mnie z ziemi i niósł. Za nami szło więcej ludzi. Słyszałem różne dziwne odgłosy, syki, stuki, szepty, wszystko dookoła mnie, wiszącego bezwładnie na czyimś ramieniu. A potem ten ktoś położył mnie na czymś miękkim. I usłyszałem głos, tuż przy uchu. To był ten sam głos, który zadawał mi pytania, głos, który słyszałem już tyle razy.
- Musiałem to zrobić. Oni potrzebowali kogoś, a ja im kogoś musiałem dać. Inaczej prędzej czy później złapaliby kogoś z nas, a on wydałby resztę. Musiałem im kogoś dać. Padło na ciebie. Wybacz. Polecicie teraz na odludną, spokojną planetę. Mój przyjaciel was tam zabierze, a potem odleci. Nigdy nie wolno wam wracać. Dostajecie broń, trochę żywności. To lesista planeta, jakoś się tam urządzicie. Opiekuj się nimi, żołnierzu. Nie, ty nie jesteś już żołnierzem – ty jesteś wolnym człowiekiem. A więc opiekuj się nimi, wolny człowieku. Mam nadzieję, że będziecie tam szczęśliwi. Pamiętaj – nigdy nie wolno wam wracać.
Odszedł. Poczułem, jak statek, w którym byłem, startuje i odlatuje. Wkrótce dolecieliśmy. Pilot wyładował nas, sprzęt i zniknął ze swoim statkiem na zawsze. Poczułem wtedy świeże powietrze, naprawdę czyste i pachnące lasem, po raz pierwszy od bardzo dawna. Podniosłem się na łokciach i rozejrzałem wokół. Staliśmy na małej polanie ja i dwadzieścioro troje ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci. Nagle poczułem się znacznie lepiej. Chciałem wstać, ale mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa. Upadłem. Podbiegła do mnie mała dziewczynka, może pięcioletnia. Uklękła przy mnie i chwyciła mnie swoimi małymi dłońmi za dwa palce.
- Niech pan uważa. Jest pan bardzo chory!
- Już się czuję lepiej… Dziękuję... – wymruczałem.
- Adia - powiedział jakiś kobiecy głos za jej plecami. Zobaczyłem tam niską, uprzejmie wyglądającą kobietę.
- Mamo, zobacz – krzyknęła Adia – ten pan już czuje się dobrze!
- To wspaniale. Jak nic za kilka dni będzie zupełnie zdrowy. Choć, rozejrzymy się po okolicy, to miejsce wygląda naprawdę uroczo.

Rzeczywiście, już po kilku dniach wyzdrowiałem. Wciąż byłem słaby, ale był to tylko efekt niedożywienia. Okazało się, że ludzie z którymi byłem, nie mieli zielonego pojęcia o przetrwaniu w dziczy. A ja miałem, uczyli mnie tego jeszcze na Kamino i później na kilku innych planetach. Uczyłem ich jak budować domy z drewna, jak polować, zastawiać sidła. Razem znaleźliśmy rośliny, które da się jeść i uprawiać. Wszyscy ci ludzie naprawdę cieszyli się, że mnie mają. A ja po raz pierwszy widziałem w życiu jakiś cel. Byłem szczęśliwy, pomagając im, jedząc z nimi, bawiąc się z dziećmi i ucząc ich tego, co sam umiałem.
Mijały lata, a my żyliśmy spokojnie i szczęśliwie. Wkrótce jednak odezwały się moje zmodyfikowane geny. Starzałem się dwa razy szybciej. I tak teraz, mimo że mam raptem czterdzieści dwa lata, to ciało mam osiemdziesięcioparo latka. Umieram i nie ma w tym nic dziwnego. Ale teraz pojawił się ten sen, a ja wiem, że nie mogę umrzeć, dopóki on się nie zmieni, dopóki nie zniknie. To jest ostatnia rzecz, jaka mi pozostała na tym świecie. A potem... potem się zobaczy.

Leżę w łóżku. Adia siedzi obok mnie. Opowiada mi o tym, jak mały Dehryg upolował pierwszego kraka. Nie jestem pewien, czy już mi tego nie mówiła, ale sam ją prosiłem o tę opowieść. Niewiele pamiętam. Jestem zmęczony.
Wtedy słyszymy dziwne wycie za oknem. Rozpoznaję ten dźwięk, choć nie słyszałem go od lat. Na polanie wylądował statek. Adia wstała i wyjrzała przez okno. Kazała mi czekać i wybiegła z mojej chatki. Podniosłem się na ramionach. Za oknem stał myśliwiec, taki, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Nieduży, smukły, wprost delikatny, chromowany. Dookoła zbiegła się chyba połowa ludzi z naszej wioski. Jakiś mężczyzna kręcił się wokół myśliwca, rozmawiając z nimi przez ramię.
Nie mogłem dłużej utrzymać się w niewygodnej pozycji. Opadłem na łóżko i zasnąłem. Wrócił mój sen. Wojna. Krzyki. Strzał. Ja i on. Strzela, ja odbijam. Biegnę. Jego głowa opada. Budzę się.
Nie jestem w pokoju sam. Pod ścianą stoi jakiś nieznajomy mi mężczyzna. Zastanawiam się, kto to jest. Wtedy przypominam sobie – mężczyzna na statku. Mój wzrok zatrzymuje się na jego pasie. Na jego świetlnym mieczu. Jedi – pomyślałem. Nie, nie ma już Jedi. Imperator o to zadbał. Więc kto? Sith?
- Kim jesteś? – wyszeptałem z trudem.
- Nazywam się Canluut Styraz – głos miał niski, opanowany, przyjemny – jestem rycerzem Jedi.
- Jedi już nie ma- odparłem – sam pomogłem ich zniszczyć.
- Jedi wrócili – powiedział radośnie – imperator został pokonany. Wróciła Republika.
- Czemu tu jesteś? Chcesz się zemścić? Zabić mnie?
- Za to, że wykonywałeś rozkaz? Nie, nigdy w życiu. Świat się zmienił, przyjacielu. Ja jestem tu, bo mój statek się zepsuł. Ale skoro cię spotkałem, to wiedz, że Jedi wybaczyli wam. – patrzyłem na jego twarz. Uśmiechał się przyjaźnie – Nie ma pasji. Jest pogoda ducha. A ty miałeś wiele szczęścia, lądując tu z tymi ludźmi. Podobnie jak oni mieli wiele szczęścia, że wylądowali tu z tobą. I oni o tym wiedzą. Pozostało ci niewiele czasu, przyjacielu. Przestań zamartwiać się przeszłością, i spójrz na teraźniejszość. – podszedł i położył mi rękę na ramieniu – odpocznij, przyjacielu. Niech Moc będzie z tobą.

Sen. Znów jestem na wojnie, a wokół mnie biegają szturmowcy. Trzymam w dłoni świetlny miecz. Naprzeciw mnie stoi on. Ma mój mundur, moją twarz. Ale po oczach widzę, że to Rhatzak. Uśmiecha się. Podnosi miotacz. Już wiem, co się za chwilę stanie. Znów go zabiję. Ale wtedy on mówi:
- Świat się zmienił, przyjacielu.
Sam nie wiem, czy to głos jego, czy Canluuta. Rozglądam się. Pole bitwy, żołnierze, maszyny, wszystko znikło. Stoimy w lesie. Znów jestem sobą, podobnie jak on. Idziemy razem w kierunku, gdzie zachodzą dwa bliźniacze słońca.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,14
Liczba: 22

Użytkownik Ocena Data
darth ryba 10 2014-05-11 18:02:54
Reksiu 10 2009-12-17 22:58:37
Darth Kamil 10 2009-12-04 17:05:46
Kian 10 2008-03-15 17:20:59
Dorg 10 2008-02-23 18:35:04
mgmto 10 2007-08-01 13:27:01
lukass 10 2007-06-27 22:09:38
Lord Brakiss 10 2007-05-07 09:36:17
Przybor 10 2007-04-11 15:38:00
Mistrz Fett 10 2007-04-11 13:50:14
Lord_T 10 2007-04-09 23:39:07
Freed 10 2007-04-09 17:37:24
Mistrz Seller 9 2009-01-31 12:49:14
Faz Seeban 9 2007-07-30 15:16:56
Kale Cral 9 2007-05-13 12:15:55
Kasis 9 2007-04-13 23:24:40
Dark Dżedżaj 8 2007-06-28 13:52:21
Nadiru Radena 8 2007-04-12 09:43:22
Włóczykij 8 2007-04-10 11:37:48
SALVO 7 2007-06-19 12:37:50
Alexis 7 2007-04-11 17:33:13
Carno 7 2007-04-09 19:20:29

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (21)

W pełni zasłurzone 1 miejsce.Daje 10

A mniesię cholernie podoba. I co ztego, że trochę naciągane, i co z tego, że trochę błędów gramatycznych? Ważne, że dogłębnie pokazuje odczucia głównego bohatera. Nie ma co, nagroda się należała! 10/10

Duzo bledow, gama powtorzen...Akcja jeszcze oki, podobnie jak fabula, ale nie da sie ukryc, ze sa momenty, w kotorych nie wiadomo o co chodzi. I jeszcze jedna sprawa: klony nie czuja czegos takiego jak zal. Nie te szare,z dywizji piechoty. KOmandosi i SOZ - to co innego, oni sa elita i maja wlasna wole. Ale zwyczajny szarak? Zaluje, ze mnie nie bylo, bo bym wam pokazal prawdziwe opowiadanie :]

Jak dla mnie opowiadanie jest bezbłędne

Bardzo dobre.
8

Świetne. Mnie się bardzo podobało. Naprawdę fajne.
Gratuluję wygranej.

Bardzo dobre opowiadanie żałuję tylko że takie krótkie...

10/10

Na wstepie, mam nadzieje ze ikogo nie dziwi ze autor - znaczy ja - podpisuje sie innym nickiem niz swoje opowiadanie, ale mozecie mi wierzyc na słowo, ze to mój tekst.

Bardzo dziekuje za wszystkie komentarze, zwłaszcza za te, które wytykają mi pewne błędy, postaram się uniknąć ich w następnych opowiadaniach.

Th One -> Jak już rzekłem zaważyła fabuła... ale może też i pewna jej wtórność? (Jeżeli chodzi o klony i Rozkaz 66 to w EU nic nie mieliśmy, ale na naszym fanfikowym ogródku już tak.) To samo tyczy się tego przekroju przez ery ("Notes" Miśka).
Tk czy siak, styl i język IMO nie rekompensują tego, co opowiadanie traci na fabule.

hehe. To ciekawe, że zwycięskie opowiadanie otrzymuje najbardziej krytyczne opinie i najniższe oceny :D Więc ja, dla odmiany, pochwalę. Nie dziwię dlaczego dano I miejsce - tekst zasługuje na to.
Autor w ciekawy sposób opisał życie i osobowość klona. Rzecz jasna, tego typu próby już były, choćby w "The Cestus Deception", ale tutaj mamy coś świeżego. O ile wiem, nie było jeszcze w EU opisanego klona, mającego wyrzuty sumienia z powodu wykonania Rozkazu 66.
Historia w opowiadaniu bardzo ładnie zatacza pełne koło, co jest rzadko spotykane w twórczości fanowskiej EU. Mówię o tym, że mamy tu przekrój przez wszystkie filmowe ery - w tekście, który liczy niecałe 5 tys. wyrazów.
Język jest odmienny stylowo od wszystkich innych opowiadań konkursowych. O wiele bardziej dopracowany, wymagał niezwykłego skupienia i wczucia się w postać gł. bohatera - wiem, bo sam takiego języka często używam :)
Mogę się przyczepić tylko do jednej rzeczy - opowiadanie jest niejednolite. Czasami ze swobodnej relacji z życia klona przechodzi do opisu konkretnego wydarzenia, którego nie ma konieczności opisywać aż tak szczegółowo. Psuje to trochę kompozycję dzieła.
Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego prawie nikomu z komentujących opow. nie spodobało się tak, jak mi :P Znaczy domyślam się, ale nie powiem :P W każdym razie, jak dla mnie to zasłużona wygrana. 10/10

Opowiadanie jest naprawdę dobre. Przyjemnie się je czyta. Historia jest ciekawa, choć coś podobnego już w SW dostaliśmy. Język, styl są bardzo dobre i podobają mi się. Sądzę jednak, że z samego pomysłu można by więcej wyciągnąć.

Alexis ma rację co do jednego: opowiadanie jest naciągane, i to w sumie dość mocno. Najpierw ucieczka klona, którego nikt nie zatrzymywał. Potem dziwna ucieczka z niewoli u Imperialnych + cała ta sprawa z osiedleniem się na planecie. No i na koniec przybycie tego Jedi. Inaczej mówiąc fabularnie opowiadanie kuleje (zwłaszcza po opisie wykonania Rozkazu 66).

Pod względem technicznym jest za to niemal perfekcyjnie. Język jest bardzo dobry, a błędów prawie nie ma. Opis myśli naszego klona to też świetna robota, to samo tyczy się snu.
Ogólnie rzecz ujmując, gdyby nie kwestie fabularne, oceniłbym opowiadanie na 10/10. Niestety, jako że fabuła to naprawdę ważny element opowiadania, muszę obniżyć ocenę o całe dwa oczka.

A mnie dla odmiany nie bardzo się podoba. Jest trochę naciągane.
Ale gratuluje wygranej. 7/10

WSPANIAŁE!!!

Świetny tekst, mój szacun :)

Fajne opowiadanie!
Gratuluje wygranej!

Co tam błędy. Szacunek.

Super opowiadanie. Daje 10.

Fiu, fiu... Niezłe... 8/10 ;)

Gratulacje wygranej!

Bardzo dobre opowiadanie tylko, że zauważyłam kilka błędów językowych.
8/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.