Twórczość fanów

Srebrny Rydwan

Autor: Vua Rapuung



(Trzecie miejsce w konkursie literackim na pięciolecie Bastionu)


Cztery lata po bitwie o Yavin
„Mocarny mynock” targnął się niczym ranne zwierzę i gwałtownie wyrwał się z nadprzestrzeni. Po całym kadłubie przebiegła pajęczyna wyładowań, dźwigary aż zaskowyczały od naprężeń. W sterowni rozdzwoniły się syreny alarmów i rozjarzyły czerwone lampki. W zatęchłym, wielokrotnie regenerowanym powietrzu rozszedł się swąd spalenizny. Wyrwany z drzemki zerwałem się z fotela pilota i potężnie grzmotnąłem głową o nisko zawieszoną konsoletę hipernapędu. Dzień nie zapowiadał się najlepiej.
Uderzeniem pięści rozbiłem taflę przezroczystego materiału i porwałem ze schowka gaśnicę z silnie sprężoną pianą. Podążając śladem dymu wypełniającego powietrze pobiegłem korytarzem, w myślach odtwarzając plan statku. Oho, niedobrze. Drzwi do maszynowni były coraz bliżej.
Gdy się rozsunęły, stanąłem jak wryty. Płomienie z rozlanego paliwa zaczęły już lizać rdzeń hipernapędu. Cisnąłem gaśnice w cholerę, obróciłem się na pięcie i ruszyłem biegiem w drugą stronę, wprost do głównej śluzy. Tam, w izolowanej szafce spoczywały dwa lekko opancerzone kombinezony próżniowe.
- Kiedy już przyjdzie co do czego, wszystkie zabezpieczenia Galaktyki nie zastąpią ci, chłopcze, porządnego skafandra - mawia Fixer, mój drugi pilot. To znaczy mawiał, dopóki nie zestrzelili go nad Derrą IV. Fixera, z jego posiwiałą bródką i trzęsącymi się lekko rękami. Na statku szpitalnym. Pieprzona wojna.
Szczęknął ostatni zatrzask skafandra, na soje miejsce powędrowała plastalowa półkula hełmu. Odetchnąłem głęboko trzy razy i uderzyłem pięścią w przycisk otwierający śluzę. Pozostawało poczekać i liczyć, że wdzierająca się do statku próżnia ugasi pożar, zanim jednostka hipernapędu wystrzeli w przestworza, a potem pociągnę jakoś do najbliższego zamieszkanego regionu na rezerwach powietrza i paliwa. Wrota rozwarły się szeroko, a potężna siła wyciągnęła mnie na zewnątrz.
O dziesięć sekund za późno.
Mrok głębokiego kosmosu rozjaśniła na moment eksplozja. Czoło fali uderzeniowej pchnęło mnie do przodu, a wokół mnie poszybowały fragmenty poszycia i kontenery wypełnione towarami. Wszechświat zawirował, kiedy zahaczył mnie wypalony kawał metalu, będący niegdyś zapewne rdzeniem hipernapędu.

* * *

Ocknąłem się chwilę później. Dzięki niech będą Mocy, kombinezon wytrzymał. Tylko na polerowanej osłonie ramienia widniała szeroka, czarna smuga. Po raz kolejny wykpiłem się śmierci.
Smętny, wypalony szkielet „Mynocka” powoli obracał się wokół własnej osi, coraz bardziej stapiając się z czernią przestworzy. Niespiesznie rozejrzałem się dookoła. W okolicy unosiło się więcej poczerniałych wraków. Frachtowce, krążowniki wojenne, pojedyncze myśliwce - wszystkie zniszczone i niezdatne do użytku.
Było tam jednak coś jeszcze. Mniej więcej pośrodku cmentarzyska leniwie wirowała dziwna konstrukcja. Był to jakiś rodzaj stacji kosmicznej - trzy regularne graniastosłupy połączone cienkim pierścieniem. Całość połyskiwała srebrzyście w świetle gwiazd.
Zastanowiłem się nad sytuacją. Najprościej byłoby zrzucić teraz hełm i pogrążyć się w słodkim zapomnieniu. Tym niemniej w naturze człowieka leży chwytanie się każdej, nawet najdrobniejszej nadziei. Uderzyłem brodą w przycisk i wyświetlacz hełmu rozjarzył się jaskrawymi kolorami. Poleciłem komputerowi wytyczenie kursu do konstrukcji, a następnie spojrzałem na wskaźnik tlenu. Na styk. Przez ostatnie minuty będę oddychał mieszanką azotu i dwutlenku węgla. Mrugnąłem dwukrotnie, kolory zgasły, a niewielki silniczek kombinezonu rozjarzył się nikłym światłem.
Rozpoczęła się fascynująca, ośmiogodzinna podróż. Gwiazdy zaczęły się przesuwać w żółwim tempie.

* * *

Z bliska konstrukcja wyglądała jeszcze bardziej imponująco. A miałem naprawdę sporo czasu na podziwianie. Stacji brakowało tradycyjnych anten i iluminatorów. To, co z daleka wydawało się gładką, srebrną powierzchnią, odsłaniało nowe oblicze. Cały gigantyczny obiekt pokryty był lśniącymi ornamentami. Linie proste, zygzaki, symbole roślinne, heksa- i heptagramy o kilkusetmetrowej średnicy - wszystko jakby wylane płynnym srebrem. Znaki zdające się nie mieć praktycznego zastosowania, a tworzące prawdziwe dzieło sztuki.
Wszystko zdawało się wić i skręcać, niczym kłębowisko surrealistycznych węży. Z drugiej strony, może to po prostu zasługa coraz mniejszej zawartości tlenu w mieszance oddechowej.
Pięknie, tyle, że nigdzie nie było widać najmniejszej szczeliny w powłoce stacji, a zaczynało już mi się kręcić w głowie. Wreszcie dostrzegłem cienką, ciemną linie na równiku pierścienia. Po chwili linia urosła do rozmiarów przepastnego hangaru. Na szczęście pole magnetyczne wciąż działało i kilka sekund później klęczałem na poznaczonej plamami płycie lądowiska, zaciągając się chłodnym, przesiąkniętym wonią smarów powietrzem.

* * *

Kiedy już nasyciłem się rozkosznie wypełniającym mi płuca tlenem, wstałem, otrzepałem kolana i rozejrzałem się po ogromnej hali. Na durabetonowej płycie spoczywało zaledwie kilka jednostek. Nieliczne, rozsypujące się ze starości myśliwce, kanonierka jeszcze z czasów Wojen Klonów, mała jednostka kurierska. Wszystkie były przerdzewiałe, wybebeszone i raczej niezdolne do lotu, czy choćby do wezwania pomocy.
Westchnąłem cicho i zwróciłem uwagę na ściany pomieszczenia. Widniały na nich złociste, połyskujące wzory, przypominające te z zewnątrz. Zdawały się pulsować, niczym gigantyczny krwioobieg stacji.
Cóż, skoro coś zasila pole magnetyczne hangaru i podświetlanie tych idiotycznych wzorków, to może gdzieś na pokładzie działa też jakiś system łączności. Porażająca logika, zwłaszcza jak na mój obecny stan. Mimo wszystko zdecydowałem się odejść kawałek od niepokojącej, otwartej próżni za plecami.
Podszedłem do miejsca, gdzie widniał zarys czegoś w rodzaju drzwi. Dotknąłem dziwnie ciepłej ściany i pojawiła się szczelina, która po chwili rozciągnęła się w szeroki właz. Widniał za nim długi, jasno oświetlony korytarz. Rozpocząłem powolną, mozolną wędrówkę.
Już za pierwszym zakrętem natknąłem się na zwłoki.
Pod ścianą spoczywała barczysta postać w szarym pancerzu typu Katarn. Przód zbroi był poszarpany od szyi aż do pasa. Nie mogłem sobie wyobrazić, co zostawia takie ślady. Z wyrwy wystawały białe, poszczerbione żebra. Na posadzce korytarza leżał przewrócony plecak żołnierza. Zajrzałem do środka i znalazłem to, czego szukałem.
Wojskowe racje żywnościowe, równo ułożone na dnie torby. Opakowana w szarą folię, nigdy się niepsująca żywność. Szybko rozerwałem jedno opakowanie i odgryzłem kawałek ciemnobrązowego batona. Smakowało jak podeszwa buta (a wierzcie mi, wiem, co mówię), ale przyjemnie wypełniało żołądek. Włożyłem pod klapę plecaka swój hełm i zarzuciłem pioruńsko ciężką całość na plecy.
Sto metrów dalej ujrzałem jeszcze bardziej wstrząsający widok.
Wyciągnięta na posadzce postać wyglądała, jakby pogrążyła się we śnie. Lekki podmuch rozwiewający jej szaty stwarzał nawet iluzję oddechu. Tym niemniej u mych stóp spoczywał obciągnięty cienką jak pergamin skórą, ludzki szkielet. Zupełnie, jakby coś wygotowało nagle wszelkie tkanki wewnętrzne nieszczęśnika. Nie chciałem nawet myśleć o broni, która byłaby w stanie tego dokonać.
Na chwiejnych nogach odszedłem jeszcze kilka kroków, ale w końcu osunąłem się na podłogę i zapadłem w płytki, niespokojny sen.

* * *

Śniłem o wypalonych, kłapiących szczękami wrakach okrętów i zmasakrowanych trupach, maszerujących w moją stronę. Rzucałem się, uderzając co chwilę w twardą ścianę za plecami.
Nagle coś mocno mną potrząsnęło i obudziłem się, zlany potem. Koszmar się jednak nie skończył. Pochylał się nade mną trup obciągniętym skórą, leżący wcześniej w korytarzu. Rozchylił usta i wyklekotał krótkie zdanie w basicu.
- Na macierz wszechświata, wszystko w porządku, przyjacielu?
Skoczyłem na równe nogi z zamiarem rzucenia się do ucieczki, ale opamiętałem się. To nie brzmiało jak groźba.
Stwór zrobił minę, jakby marszczył niewidzialną brew, po czym wydał z siebie odgłos zdający się być odpowiednikiem śmiechu.
- Zapewniam, że twój wygląd jest mi równie obcy, człowieku. Mimo tego nie jestem demonem, tak jak jeden nad zero nie daje zero. Nazywam się Zaaman Rul, jestem Givinem - rzekł, wyciągając kościstą dłoń.
- Dev, Dev Tautenberg - wybąkałem zawstydzony. - Wybacz to powitanie.
Obcy wzruszył ramionami.
- Nie szkodzi. Śmiało mogę chyba wysunąć tezę, że także twój statek został zniszczony?
- Cóż, nie da się ukryć…

* * *

Jak się okazało, Zaaman był projektantem statków kosmicznych i dokonywał właśnie lotu próbnego swego nowego dzieła, kiedy spotkała go identyczna do mojej przygoda. Nagłe wyrwanie z nadprzestrzeni, wyładowanie energii, pożar na pokładzie. W jakiś sposób dostał się do tajemniczej stacji, choć ubrany był jedynie w obszerną szatę narzuconą na cienki, czarny kombinezon i nie niósł ze sobą żadnych bagaży. Pomijając nieco makabryczny wygląd, Givin był całkiem miły gościem. Miał jednak dziwną manierę wypowiadania się…
- Nie obraź się, ale czemu wyrażasz się w tak dziwny sposób?
- Obawiam się, że nie rozumiem.
- No… Sprowadzasz wszystko do matematyki.
- Ach, o to ci chodzi. Musisz wiedzieć, że mój lud podniósł matematykę do rangi niemalże religii. Całki, różniczki, macierze, układy czwartego i piątego stopnia. Nawet gubernatora naszego świata wybieramy na drodze konkursu matematycznego. Ach, gdybyś tylko zobaczył równania opisujące położenie trzech księżyców Yag'Dhul. Słodkie księżyce mojego świata…

* * *

Od początku nie podobało mi się to pomieszczenie. W powietrzu unosił się kwaśny odór. Spoczywało tam mnóstwo kości, ogryzionych do czysta i zgruchotanych potężnymi szczękami. W poprzek wejścia rozrzucone były pozostałości pancerza typu Katarn, wizjer hełmu wpatrywał się w nas beznamiętnym spojrzeniem. Powinniśmy byli zawrócić, ale zamiast tego stanęliśmy jak wryci.
Z najciemniejszego kąta wyłoniły się dwa stwory, wyglądające, jakby wypełzły z najgorszych koszmarów. Wysmukłe korpusy utoczone z mroku, cztery łapy opatrzone potężnymi pazurami i pałające, niepokojąco inteligentne oczy.
Rzuciliśmy się do wyjścia, ale potwory szybko skracały dystans. Mijałem portal, kiedy zorientowałem się, że Zaaman został z tyłu. Stwory także stanęły, zaskoczone jego zachowaniem. Givin chwycił ciężką broń ciężką broń leżącą przy zwłokach żołnierza w pancerzu, zaparł się mocno nogami o występ w podłodze, odbezpieczył i wystrzelił prosto w ścianę.
Rozległ się głośny syk powietrza uciekającego przez otwór w zewnętrznej powłoce. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, przejście zamknęło się, a ja stałem przed gładką ścianą, waląc w nią bezsilnie pięścią. Osunąłem się bezwładnie, wpatrując się w mój hełm, wciąż tkwiący pod klapą plecaka. Ucichł syk, ucichł żałosny skowyt obu bestii. Ciśnienie wyrównało się, za ścianą zapanowała lodowata pustka próżni. Poczułem na ustach słony smak, z moich oczu popłynęły łzy.
Nagle ściana za mną rozstąpiła się, a ja straciłem oparcie i runąłem na plecy. Ujrzałem nad sobą Zaamana, trzymającego wciąż jeszcze dymiącą broń. Pochylił się nade mną, uśmiechając się bezczelnie.
- Wszystko w porządku?
Poderwałem się na nogi i rozejrzałem dookoła. Na zewnętrznej ścianie widniał już tylko jasny, przypominający bliznę ślad. Po potworach nie było śladu. Tym niemniej przez ponad minutę panowała tu otwarta próżnia.
- Co się…? Jak to…?
- Och, potrafię przez krótki czas przeżyć w próżni. Pamiętasz, jak opowiadałem ci o księżycach okrążających mój świat? Wywołują doprawdy fascynujące wahania atmosfery. Musisz o tym posłuchać. Kiedy więc nakreślimy wykres ruchu…

* * *

W końcu po długiej wędrówce wzdłuż pierścienia stacji napotkaliśmy na coś, co zdawało się być wejściem do jednej z podjednostek. Szeroki, bogato zdobiony portal, a za nim wielki, otwierający się w otchłań szyb. Nagle wzory na ścianie obok nas zaczęły się wić, tworząc jakby panel kontrolny. Kilkanaście pulsujących lekko przycisków układało się w spiralę. Po krótkim namyśle wcisnąłem środkowy klawisz.
W szybie pojawił się podmuch powietrza i po chwili z dołu nadpłynęła platforma. Z lekkim niepokojem wkroczyliśmy na nią, a ta ruszyła do góry.
Wreszcie zatrzymaliśmy się i przed nami ukazało się pomieszczenie inne, niż wszystkie poprzednie. Wydawało się, że znajduje się ono na szczycie graniastosłupowego modułu.
Tworzące kopułę ściany komnaty były przezroczyste, ukazywały obraz otaczających stację przestworzy oraz dwóch pozostałych podjednostek. Na środku z pokładu wyrastała dziwna konstrukcja - filar pokryty zawiłymi wzorami.
- No, i co teraz? - mruknął Givin.
- Nie wiem, spodziewałem się czegoś bardziej… spektakularnego.
Zaaman odłożył pod ścianę karabin i powoli podszedł do kolumny. Położył na jej powierzchni koścista dłoń i przymknął oczy. Wstrząsnął nim silny dreszcz, a ja postąpiłem krok w jego stronę, ale powstrzymał mnie skinięciem.
- Czekaj, czekaj, już prawie mam - wpadał w niemal śpiewne tony.
Nagle fragment kopuły zmatowiał i niewidzialna ręka wypisała na nim kilkanaście rzędów dziwnych, poskręcanych run.
- Byłoby jeszcze fajniej, gdyby…
- Wiem, wiem - przerwał Rul. - Jeszcze tylko… Au! Na całkę absolutną, zupełnie jakby coś kopnęło mnie w mózg.
Runy zamigotały, zawiły się jak kłębowisko żmij i ułożyły w inne, na pozór równie skomplikowane, co poprzednio.
- Ach, udało się - westchnął Givin.
- Jak to „udało się”? To nadal jest jakiś bełkot.
- Wybacz, to po givińsku. Inskrypcja głosi: „ W tysiąc sto dwunastym roku Ery Wiosen i Jesieni oświecona kongregacja wysokich kapłanów Xendoru nakazała wykucie Srebrnego Rydwanu Kroczącego Pośród Gwiazd, by po wieki wieków zasiadać mógł w nim król…” Nie, czekaj. „Bóg. Tak, by po wieki wieków zasiadać mógł w nim bóg czarnych otchłani.”
- Wzruszające.
- Cicho. „W trzysta siedemdziesiątym ósmym roku Ery Walczących Królestw Rydwan wyruszył, by nieść ludom wszechświata chwałę Xendoru…” Dalej jest jeszcze trochę takiego bełkotu. O, jest też fragment o Strażnikach Cienia, strzegących Rydwanu. Hmmm, może bardziej spodoba ci się oryginalne brzmienie nazwy.
- Tak?
- Tuk'ata.
- Słodkie.

* * *

Niestety, okazało się, że Srebrny Rydwan Kroczący Pośród Gwiazd nie potrzebuje żadnych systemów łączności. Zaamanowi nie udało się wyciągnąć ze stacji wiele więcej, niż deklarację o jej przeznaczeniu i rozkład pomieszczeń. Na schemacie, a także za jedną z przezroczystych tafli widać było czarną, obracającą się powoli kulę, umiejscowioną dokładnie pośrodku pierścienia stacji.
Już mieliśmy wracać do hangaru, by spróbować doprowadzić do stanu używalności jeden ze spoczywających tam statków, kiedy coś się stało…
Najpierw w całym pomieszczeniu rozbłysły światła, a wyświetlany na jednej ze ścian obraz stacji otoczyło kuliste pole. W chwilę później z nadprzestrzeni wyciągnięty został okręt. Ale nie byle jaki okręt. Zakrzywienie przestrzeni wypluło z siebie niszczyciel gwiezdny klasy Victory. Czarna kula unosząca się pośrodku konstrukcji stacji zawirowała szybciej i wystrzeliła w stronę przybysza pocisk błękitnej energii. Błyskawica pokonała dystans dzielący stację od okrętu i zgasła na osłonach behemota. Jaki statek podróżuje w nadprzestrzeni z postawionymi tarczami?
Atak jednak nie powtórzył się i w całym systemie zapadła jakby niezręczna cisza. Od klina wielkiego niszczyciela oderwała się iskierka światła i zaczęła powoli rosnąć, przeistaczając się w prom klasy Sentinel, najwyraźniej zmierzający w stronę stacji.
- Myślisz o tym, co ja?
- Prawdopodobieństwo takiego stanu jest dość wysokie.
W jednej chwili rzuciliśmy się do windy.

* * *

Czas spędzony przez Zaamana przy filarze w sterowni nie poszły na marne. Givin wybrał krótką kombinację klawiszy i platforma ruszyła w dół, by po chwili skręcić w jeden z bocznych tuneli, kierując się w stronę hangaru.
Sięgnąłem do saszetki u pasa i wyciągnąłem niewielki komunikator. Wcisnąłem czerwony przycisk i pokręciłem tarczą urządzenia. Poprzez szum zakłóceń przedarł się cichy głos.
- Tak, lordzie Jax. …stkie drużyny ruszyły. … mnóstwo ciał. Nie, jeszcze nie znaleźliś… Szukamy. Żadnych … w polu widzenia. Oczywiście, lordzie. Jedynka wyłącza się.
-Świetnie - mruknąłem. - Trafiliśmy na jakąś imperialną szychę.
- Cicho, jesteśmy na miejscu.

* * *

Platforma wysadziła nas na niewielkiej galeryjce, biegnącej pod sufitem hangaru. Tak niewiele dzieliło nas od celu. Na płycie lądowiska spoczywał trójskrzydły prom klasy Sentinel. Obok jego kusząco otwartego włazu stała dwójka szturmowców w lśniąco białych pancerzach. Wysoki, zakuty w czarną zbroje i odziany w długi płaszcz mężczyzna przechadzał się w tą i z powrotem u podnóża rampy.
- No, jesteśmy. Ale chyba pominęliśmy jedną zmienną. Albo raczej trzy.
- Taaak - westchnąłem niezobowiązująco. - Wiesz co? Wydarzenia ostatnich dni i tak sięgają szczytów absurdu. W zasadzie nie mamy nic do stracenia - pod wpływem impulsu sięgnąłem po komunikator i wybrałem znalezioną wcześniej częstotliwość. - Sir, tu eee… Dwójka - zacząłem, nie bacząc na protesty Givina.
Postać na dole zatrzymała się w pół kroku, jej płaszcz zawirował jak czarny płomień.
- Melduj, Dwójka - głos przejmował chłodem i przywodził na myśl lodowate pustkowia kosmosu.
- Znaleźliśmy coś, sir. Dziwne pomieszczenie, ściany pokryte napisami. One się… ruszają, sir. Na środku coś w rodzaju sarkofagu. I on… Tak, on świeci w ciemności - nie zdążyłem się ugryźć w język.
- Niczego nie ruszajcie, czekajcie na mnie - ruszył w stronę wyjścia, a ja wyciągnąłem z plecaka dwa zwoje bieckiej linki. - Znajdźcie mi Dwójkę - dało się słyszeć, zanim rozmówca wyłączył komunikator.
Błyskawicznie zjechaliśmy na dół i puściliśmy się biegiem do statku, zanim osłupiali dowódcy oddziałów zdążą wyjaśnić sytuację.
Niewystarczająco szybko.
Wbiegaliśmy właśnie po rampie, kiedy usłyszałem za plecami ryk wściekłości. Mężczyzna w czarnej zbroi i dwóch szturmowców zmierzało w naszą stronę. Poczułem, jak niewidzialna dłoń zaciska się na moim gardle. Padłem na kolana, nie mogąc złapać oddechu.
Widząc, co się dzieje, Zaaman obrócił się na pięcie i wypuścił w stronę prześladowców ostatni granat z zasobnika wciąż pieczołowicie przechowywanej broni komandosa. Błysnęło, huknęło, w nawierzchni lądowiska pojawił się spory krater, a trzymająca mnie w uścisku siła zniknęła.
Trzydzieści sekund później nasz wahadłowiec opuścił gościnny pokład stacji Srebrnego Rydwanu.

* * *

Niestety, szczęście nie może trwać wiecznie.
Połowę nieboskłonu, a co za tym idzie także drogę ucieczki, przesłaniał gigantyczny klin gwiezdnego niszczyciela. Baterie dział potężnego behemota obracały się w naszą stronę. Pokładowy komunikator obudził się nagle do życia.
- Tu kapitan Farlander z pokładu VSD „Nieustępliwy”. Załoga promu „Adamantium” ma się natychmiast poddać i odciąć dopływ energii do wszystkich systemów. W przeciwnym razie zostaniecie unicestwieni. Macie dziesięć sekund na odpowiedź.
- Mamy jakąś broń?
- Tak, dwa działka. Oględnie licząc, stosunek naszej siły ognia do ich jest jak jeden do dziesięciu do dwudziestej siódmej potęgi.
- Czyli możemy zacząć panikować i wzywać pomocy?
- W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku.
Nagle dostrzegłem coś kątem oka. Niewielką, czarną plamkę przesuwającą się powoli na tle bieli kadłuba gwiezdnego niszczyciela.
- Czekaj, daj mi sygnaturę tego kontenera.
Przez statek przeszedł potężny wstrząs.
- Za późno, pochwycili nas promieniem ściągającym.
- Sygnatura!
- Dobra, spokojnie. Transponder nadaje kod THX-1138.
Szybko przywołałem z pamięci listę załadunkową „Mynocka”.
- No to go rozwal.
- Co? Ale… - zaprotestował Givin.
- Strzelaj!
Tym razem usłuchał. Błyskawice z dwóch lekkich działek laserowych pomknęły przez przestrzeń. Pierwsza seria przebiła powłokę kontenera, druga przedarła się do środka.
Próżnia zakwitła ogromną kulą ognia, fala uderzeniowa rzuciła naszym stateczkiem. Kiedy wreszcie zdołałem podnieść powieki, przed oczami latały mi mroczki. W burcie „Nieustępliwego” widniała olbrzymia wyrwa. Potworny lewiatan broczył obłokami atmosfery, chmurami szczątków i ciałami załogi.
- Na macierz wszechświata, co to było? - krzyknął Zaaman.
Wreszcie udało mi się zogniskować spojrzenie.
- Ładunek detonatorów termicznych - odparłem beztrosko. - Fierfek, generał Cracken nie będzie zadowolony ze straty swoich zabawek - dodałem po chwili.
Givin wciąż wpatrywał się w przestrzeń pustym wzrokiem.
- No, może byśmy zaczęli uciekać - wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Po chwili nadprzestrzeń zamknęła nas w swych objęciach.

* * *

Siedzę teraz na pokładzie zdobycznego promu i spisuję swoje wspomnienia, choć zapewne i tak nikt mi nie uwierzy. Zostawiłem Zaamana na stacji orbitującej nad Yag'Dhul i jego trzema księżycami.
- Niech pochodna twego losu dąży do nieskończoności - pożegnał mnie Givin.
Zabawny facet, ale nawet go polubiłem.
Zmierzam obecnie na Sullust i planuję, co powiem generałowi. Fierfek, musi to być coś naprawdę przekonującego. Podobno szykuje się większa draka, więc może uda mi się jakoś wykręcić…



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,50
Liczba: 8

Użytkownik Ocena Data
mgmto 10 2007-08-01 12:57:28
Kale Cral 10 2007-05-13 13:27:28
Kasis 10 2007-04-12 14:30:38
Lord_T 10 2007-04-11 20:50:27
Freed 10 2007-04-09 17:38:45
Carth Onasi 9 2007-04-20 15:28:07
Nadiru Radena 9 2007-04-11 08:51:53
Carno 8 2007-04-09 19:52:15

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (8)

Great opowiadanko. Z początku było trochę nezrozumiałe, ale potem się poprawiło. Wspaniałe dialogi

Fakt, przepraszam w takim razie za pomyłkę. Jak przeczytałem o postaci w czarnej zbroi zrozumiałem że to Vader i nie zwróciłem uwagi na tamten dialog.

Exsul -> To był Carnor Jax; w opowiadaniu jest dialog, gdzie pada jego nazwisko.

Opowiadania pierwszorzędne, choć niestety tylko do pewnego momentu. Pod koniec zgubiłeś wspaniały klimat tajemniczości, niepotrzebnie tez(przynajmniej mi sie tak wydaje) wprowadziłeś pod koniec Lorda Vadera. Za to bardzo ciekawie poprowadziłeś bohaterów, no i poczęstowałeś nas dawką dobrego humoru. Gratulacje!

Bardzo mi się podoba :) Moim zdaniem, powinno być o miejsce wyżej. Lekkie, napisane bardzo ładnym językiem. I co najlepsze, jest dużo Starwarsowego humoru :) Bohaterowie zachowują się tylko nieco nienaturalnie i zakończenie jest strasznie... filmowe :) Ale poza tym naprawdę spoko.

W tej skali dałam całą 10, choc powinno byc 9,5, ale ja w przeciwieństwie do Nadiru zaokrągliłam w górę:)
Jest to jedno z tych opowiadań, które spodobało mi się z konkursowych prac najbardziej.
Czytając je na początku byłam przekonana, że opisujesz pewien mój pomysł:P Ale okazało się, że jednak nie;) Podoba mi się styl - udający taki gawędziarski. Bardzo fajna jest też postac Zaamana, ciekawy pomysł i zabawne wykonanie. Ogólnie jest to interesujące i oryginalne opowiadanie, które dobrze się czyta. Ale...
Muszę przyznać, że nie trzymasz do końca poziomu. Co do drugiej połowy historii, zacytuję Ciebie:
"spodziewałam się czegoś bardziej… spektakularnego";)
Miejscami czuc też, że nie jest ono dopracowane.
Koniec końców, jest jednak bardzo dobrze:) Gratuluję

Wyczes! Tak sobie myślę, że te opowiadania konkursowe to są odwrotnie ocenione niż powinny;p
To powinno być ex equo z Wyścigiem na 1. miejscu.

Do poprawki;) :
-"...mną trup obciągniętym skórą,"
-"broczyć" odnosi sie tylko do krwi,

Powtarzam się, ale to opowiadanie jest niezwykle oryginalne (w przeciwieństwie do mojego, hehe), napisane w bardzo dobrym stylu i dość zabawne. Ponadto fabuła intryguje i sprawia, że do samego końca świetnie się czyta całą pracę.
Ale są też i zgrzyty, czytaj: zbiegi okoliczności. Troszkę ich IMO za dużo (np. ten z detonatorami termicznymi jest dość denerwujący).
Gdybym mógł, dałbym ocenę 9 i pół, bo na taką właśnie zasługuje opowiadanko. No ale niestety, takiej opcji nie ma, więc postanowiłem ocenę zaokrąglić w dół.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.