Twórczość fanów

Szturm

Autor: Dawid „DeStrach” Straszak



Dla Sabiny, bo ja tylko
chodzę w tej koszulce...

19 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci

I. Powrót

Noc.
Ciemność, rozjaśniona milionami świecących punkcików. Na tej planecie nigdy nie przestaje być widno. Lecz tutaj, przed świątynią, panuje półmrok.
Ale ja się nie boję. Jestem Bohaterem bez Strachu... byłem. Nawet nie wiem kim teraz jestem.
Ostatnia kanonierka wyładowała żołnierzy i z hałasem pracujących na wysokich obrotach silników odleciała.
Ale teraz to wszystko jest nieważne. Muszę poprowadzić moich żołnierzy na ostatnią misję przeciwko Jedi. Szturm na Świątynię.
Świątynia - mój dom. Mój i wielu innych rycerzy.
Misja jest najważniejsza.
W mojej głowie cały czas rozbrzmiewają słowa Wielkiego Kanclerza Palpatine’a: Sterylizacja Świątyni Jedi będzie twoim pierwszym zadaniem. Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
Podchodzi do mnie pułkownik - klon zakuty w pancerz z czarnymi szlifami na ramionach. Klony najczęściej nie uzyskują tak wysokich stopni wojskowych – jedynie ci najbardziej lojalni, wytrwali, silni fizycznie i psychicznie, ci którzy jakimś czynem dali dowód na swoją wartość. Pułkownik był torturowany przez dwa miesiące w bazie Separatystów, ucięto mu lewą nogę pod udem i wypalono lewe oko, a on mimo to uciekł, zabrał zapiski z lokacjami wroga na Odległych Rubieżach i wysadził bazę w powietrze.
Sam.
- Jesteśmy gotowi do rozpoczęcia misji, panie generale – słyszę elektronicznie modulowany głos dochodzący z kratki hełmu w okolicy ust.
- Dobrze. Proszę przygotować żołnierzy do wymarszu i czekać na mój znak. Reszta zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami.
- Tak jest, panie generale – zasalutował i odszedł w stronę żołnierzy, którzy stali wyczekując poleceń.
Byłem oddalony od nich o jakieś osiemdziesiąt metrów. Patrzyłem na nich i wiedziałem, że dzięki ich perfekcyjnemu szkoleniu i poświęceniu ocalało wielu moich znajomych.
Ale teraz...
Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
- Batalion!, formować szyk! – zawołał głośno pułkownik, tym samym bezbarwnym głosem .
Ciekawe. Dlaczego do nich krzyczy? Przecież każdy z nich ma komunikator wewnątrz hełmu, dzięki któremu mogą się kontaktować między sobą, a nikt z zewnątrz nie usłyszy ich rozmowy.
Chyba, że to ze względu na mnie. Zapewne chce, abym był informowany o wszystkim na bieżąco. Ostatecznie, ta misja otrzymała najwyższy priorytet.
Przemyślenia przerwał mi hałas – trzask i stukot obijających się pancerzy. W jednej chwili cały batalion, z nieforemnej kupy – zbiorowiska ludzi, zamienił się w szeregi równo stojących żołnierzy-klonów.
Imponujące.
Musieli to ćwiczyć tysiące razy.
Przede mną stały równe kolumny mężczyzn w identycznych białych pancerzach. Każdy z nich patrzył wprost przed siebie. Nikt nie rozmawiał. Wszyscy skupili się na misji.
Idealna precyzja.
Pułkownik, trzech kapitanów i pięciu poruczników stało przed pierwszym szeregiem. Skinięciem głowy pierwszy z nich dał mi znak iż wszystko jest gotowe.
Patrzyłem krótką chwilę w nieprzenikniony, jarzący się na niebiesko wizjer hełmu pułkownika. Wiedziałem czyja twarz się za nim kryje, ale teraz, w obecnej chwili nie mogłem sobie jej przypomnieć. Odwróciłem się.
Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
Misja jest najważniejsza.
Za moimi plecami czekali moi żołnierze. Byli gotowi do walki. Wyczuwałem to, nawet nie używając Mocy. Czułem również, że mi ufali, że będą za mną szli wszędzie.
Postąpiłem krok naprzód.
Czekali.
Wyprostowałem się, dumnie wypinając pierś i podnosząc podbródek.
Do dzieła, Lordzie Vader. Na wspomnienie tego imienia twarz wykrzywił mi grymas niezadowolenia.
Teraz to nieważne.
Podniosłem rękę i machnięciem dałem znak do ataku.
Ruszyliśmy.
Ośmiuset żołnierzy szło w równym tempie. Tysiąc sześćset stóp poruszało się w idealnej harmonii, wydając mechaniczny odgłos uderzając o ziemię. Tak niewiarygodnie równy. Żadnych potknięć, czy pomyłek.
Moja szata łopotała na wietrze, dodając heroizmu tej scenie - odważny dowódca, prowadzący swoich ludzi do akcji. Niczego się nie boi, nie ugnie się przed wrogiem. Dowódca. Bohater bez Strachu. Lord Vader. I odgłos idących żołnierzy.
Dotarliśmy do schodów. Pięknych, wykonanych z kamienia, wypolerowanych i błyszczących. Tyle razy je przemierzałem, a jednak nigdy nie zwróciłem uwagi na ich spokój i piękno.
Wchodząc wyżej adrenalina coraz mocniej uderzała mi do głowy. Miałem ochotę włączyć miecz świetlny i zacząć biec z okrzykiem złości na ustach.
Jednak uspokoiłem się.
Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
Teraz nie ma miejsca na emocje i błędy.
Dochodziłem do końca schodów i moim oczom ukazała się Świątynia, w całej swej okazałości. Jej wysokie kolumny sięgające kilkunastu metrów, pięć wież strzelających wysoko w niebo, płaskorzeźby na ścianach i pięknie zdobiony dach. Ta budowla wywoływała we mnie zachwyt i przytłaczała swoim ogromem, za każdym razem, gdy ją oglądałem.
Koniec schodów. Od wejścia dzieliło mnie około dwustu metrów.
Szedłem dalej równym krokiem, a wtórował mi odgłos idących za mną klonów.
Za sobą usłyszałem dźwięk zapalanych rusznic laserowych i odbezpieczanych karabinów. Dalszą drogę oświetlały mi snopy światła rzucane przez reflektory wmontowane w hełmy.
Sto metrów.
Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
Moje serce zaczęło szybciej bić.
Co ja robię?
Przecież to mój dom. Dom wszystkich Jedi, dom tylu dzieci, a ja chcę go zniszczyć, zabić, pogrzebać.
Co teraz?
Czemu człowiek w takich chwilach jest zawsze sam?
Jednak ja nie jestem sam, jest jeszcze cień. On mnie rozumie, on mi wybaczy...
Nie ważne.
Pamiętam, gdy dyskutowałem o samotności z Obi-Wanem.

- Sądzę, że każdy powinien mieć kogoś na kim może się oprzeć w trudnych chwilach i w ogóle.
- Widzisz Anakinie, Jedi są szkoleni od początku w taki sposób, aby byli samowystarczalni, a przede wszystkim, jak to określiłeś, w trudnych chwilach.
- W takim razie, mistrzu, po co są mistrzowie, po co wybierają sobie padawanów?
- Mistrzowie są nauczycielami. Są przy tobie, ale cały czas poddają cię próbom, obserwują i poprawiają w razie potrzeby. Oni tylko wskazują ci drzwi, przez które ty sam musisz przejść.
- A dlaczego zwykli ludzie odczuwają potrzebę, żeby ktoś ich prowadził i opiekował się nimi?
- Każdy, nawet Jedi czasami odczuwa taką potrzebę. Ale my wiemy jak temu zaradzić, a oni są słabi, nie wszyscy oczywiście, ale sami boją się podejmować decyzje i obarczają tym innych. Jeżeli coś pójdzie nie tak, wymawiają się tym, że k t o ś ich źle poprowadził, nie przyjmując odpowiedzialności za swoje czyny. Również na tym opiera się większość religii. Wierni oddają cześć bogu, od którego oczekują, iż określi im co mają robić, jak żyć, aby po śmierci trafić do upragnionego raju.
- A czy Moc można nazwać bogiem?
- W pewnym sensie tak, tyle że ona jest prawdziwa. Lecz padawanie, to wszystko jest bardziej skomplikowane.

Obi-Wan.
Uśmiechnąłem się na jego wspomnienie.
Koniec rozważań, podjąłem już decyzję. Muszę podążać ścieżką, którą wybrałem. Już za późno, żeby się wycofać. Nie przywrócę życia Mace’owi i innym A cień już mnie nie opuści.
I wszystkie niepewności zniknęły - dotarłem do wielkiej drewnianej bramy. Zwykle stało tu dwóch padawanów pełniących służbę, ale teraz był inny czas... gorszy.
Przez chwilę słyszałem jeszcze idących za mną żołnierzy, aż ostatni szereg się zatrzymał.
Nastąpiła całkowita cisza.
Czekali.
Jestem taki zmęczony.
Czułem niepewność i zdezorientowanie ludzi, którzy byli w środku Świątyni.
- Powrót do domu... – szepnąłem i ręką w rękawicy dotknąłem drewna, z którego była wykonana brama. Poczułem źródło Mocy, jakim była Świątynia.
Usłyszałem charakterystyczny syk włączanych mieczy świetlnych za drzwiami. Naliczyłem ich pięć. Cofnąłem rękę.
Odwiązałem rzemyk i zrzuciłem szatę z ramion. Sięgnąłem po przyczepiony do pasa cylinder. Zważyłem go w prawej ręce i włączyłem. Błękitne ostrze wystrzeliło w górę, mrucząc znajomo. Lewą wyciągnąłem przed siebie.
Zrób to, co musi być zrobione, Lordzie Vader.
Wziąłem głęboki wdech i z całą nienawiścią do tego świata i tego życia, z całą Mocą pchnąłem.
Drzwi zaskrzypiały i z wielkim hukiem otworzyły się do środka.
Stało tam (jak podejrzewałem) pięciu rycerzy. Trzech z nich znałem: człowieka, Twi’lekianina i Calmarankę.
Żaden z nich się nie bał.
Jednak wiedzieli, że polegną.
Staliśmy i mierzyliśmy się wzrokiem. W ich oczach widziałem spokój i spełnienie. Nie dostrzegłem strachu.
Żołnierze czekali na mój znak.
- Niech Moc będzie z nami – powiedział Doo, znany mi mężczyzna.
W tamtej chwili wszystko wydawało mi się bezsensowne, a świat zawirował mi przed oczami. To ostatnie zdanie wprawiło mnie we wściekłość.
Z podniesionym mieczem puściłem się biegiem.
- Ognia! – krzyknąłem.
Rozbłysło światło.


II Powitanie

Zawsze lubiłem drzemki. Budziłem się w ostatniej chwili przed zapadnięciem w głębszy sen i po chwili czułem się w pełni sił. Nie wiedziałem, czy taka była potrzeba mojego organizmu, czy sam lubiłem krótkie przyjemności, które drastycznie się przerywa. Robiłem tak od bardzo dawna i sam...
Niespodziewanie, w mojej głowie zapanował zamęt, jakby jakaś nieznana siła niszcząca wszystko, co stanie jej na drodze. A po chwili pustka. Pustka i ciemność. Mrok, tak głęboki że ma się wrażenie, że można go dotknąć. Otacza wszystko.
- Co to było? – pytam pustego pokoju.
Jakieś zagrożenie zbliża się do Świątyni. Już tu jest. Bardzo blisko.
Czuję to wyraźnie.
Zrywam się z łóżka. Ubieram pas i wybiegam z mojego pokoju. Biegnę pustymi, słabo oświetlonymi korytarzami, ściskając w ręce rękojeść miecza. Sam nie wiem kiedy go wziąłem.
Muszę się dostać do odźwiernego Jurokka.
Słyszę dzwonek mojego komunikatora.
- Stra-shi, słucham? – podnoszę go do ust w biegu. Mijam ostatni zakręt.
- Mówi Janil Andrus. Czy też to wyczułeś?
- Tak...
- To było takie .... takie zimne i mroczne. Nie wiem, co mam robić.
- Właśnie zmierzam do sali monitoringu. Dołącz do mnie jak najszybciej i weź ze sobą tylu rycerzy, ilu zdołasz.
- Oczywiście... Doo, mam złe przeczucia...
Kliknięciem wyłączam komunikator.
Ja też mam złe przeczucia, bardzo złe.
Znam Janila z lekcji szermierki. Kiedyś wykonywałem z nim misję. To poczciwy rycerz, można na nim polegać.
Ale teraz muszę się pospieszyć..
Wpadam do salki wypełnionej po sufit hologramami przedstawiającymi
migoczące obrazy pokojów, sal i korytarzy Świątyni.
Nad jednym z nich stoi Jurokk, oparty rękoma o pulpit. Gdy wszedłem, skierował wzrok w moją stronę, a na jego twarzy malował się wyraz rozpaczy oraz lekkiej ulgi, chyba z mojego przybycia.
Przecząco pokręcił głową i ponownie spuścił smutne oczy na hologram.
Podszedłem do niego od tyłu patrząc ponad jego ramieniem.
Na lądowisku Świątyni stała postać odziana w czarny płaszcz, a wokół niej przelatywały kanonierki z oznaczeniami Republiki, wyładowujące żołnierzy-klonów.
- Nie rozumiem. Przecież wojna się skończyła. O co chodzi? – pyta odźwierny, zdziwionym głosem
- Nie wiem, ale w Mocy wyczułem coś okropnego. Nie mają pokojowych zamiarów.
- Spójrz. Widzisz tę postać? – wskazuje na stojącego samotnie humanoida - To Skywalker, Anakin Skywalker. Wybraniec. – uśmiecha się - On nie zrobi nam krzywdy.
Przyglądam się dokładniej. Postać patrzy prosto w obiektyw. Rzeczywiście, to on. Ale widzę w jego postawie coś, czego wcześniej nie było. Sam nie wiem co – zmęczenie, rezygnacja?
- Mimo to, nie jesteśmy bezpieczni. – stwierdzam stanowczo, pozbawiając odźwiernego pewności.
- Jak to? Przecież to W y b r a n i e c, bohater całej tej wojny, czemu miałoby nam coś grozić?
- Zastanów się. Po co ci żołnierze? Czemu Skywalker tutaj nie przyjdzie? Czemu się nie skomunikuje? Czemu nie ma z nim mistrzów?
- Może chce nas ostrzec, może nadciągają Separatyści, może.... – próbuję jakoś usprawiedliwić to wszystko, a ja wyczuwam wzbierający w nim strach.
- Separatyści już nie istnieją. Coś jest nie w porządku.
Czuję w Mocy, że zbliża się Janil i jego towarzysze.
Muszę podjąć pewne kroki.
– Zamknij bramę – rozkazuję - zmień kod dostępu, włącz uzbrojenie ochronne. Nikogo nie wpuszczaj. Skontaktuj się z ludźmi w Świątyni i powiedz żeby pozostali w swoich pokojach. Zostań tu i informuj mnie o wszystkim co będą robić – wskazuję na hologram – Wezwij posiłki – straż, kod czerwony. Kontaktuj się ze mną tylko przez komunikator.
- Dobrze, zrozumiałem.
Za moimi plecami drzwi z sykiem znikają w ścianie, a w ich miejsce pojawia się Janil.
- Już idę – mówię. Skinieniem głowy żegnając odźwiernego. Ruszam w kierunku rycerza.
Wychodzimy na korytarz, drzwi automatycznie wracają na swoje miejsce.
Podchodzimy do czekającej na nas za rogiem grupki. Są trochę zdezorientowani i ciekawi co się stało.
- Shaak Ti została w sali medytacji, Cin Drallig opiekuje się młodszymi padawanami. Przedstawiam ci: to rycerz Fio Jados, rycerz Beatonis, padawan Om’Ley Darel – Andrus wskazywał po kolei Twi’lekianina, Calmarankę oraz młodego człowieka.
- To nie miejsce ani czas dla padawana. – mówię z naganą, patrząc jak młodzieniec się rumieni.
- On...- zaczyna Andrus, lecz padawan mu przerywa.
- Jako Jedi służę Republice i jestem gotów do poświęceń... Już prawie jestem rycerzem, mój mistrz Dono Dumsdauu zgłosił mnie do prób, lecz od jakiegoś czasu nie daje znaku życia - zaginął na Odległych Rubieżach.
Zastanawiam się chwilę i dochodzę do wniosku, że będzie nam potrzebny każdy miecz świetlny, każdy Jedi.
- No dobrze, zostań.- kolejne słowa kieruje do wszystkich - Nazywam się Doo Stra-shi. Sytuacja nie przedstawia się najlepiej. Na lądowisku pojawił się Anakin Skywalker. – na ich twarzach odmalowało się zdziwienie. – A wraz z nim oddziały żołnierzy-klonów - co chwila ich przybywa. Nie wiemy o co chodzi, Skywalker nie kontaktował się z nami. Niepokojące jest również to, że do Świątyni nie wrócił żaden mistrz. Odźwierny włączył uzbrojenie i wezwał posiłki.
- Całe to zamieszanie z powodu przybycia Wybrańca z oddziałami? Może chce nas bronić? – mówi Fio Jados.
- Nie sądzę, żeby o to mu chodziło, chyba każdy z nas wyczuł te zawirowania w Mocy – próbuję odeprzeć zarzuty.
- Teraz, teraz czuję to wyraźnie. Anakin... on ... on przeszedł na Ciemną Stronę, wiem, że to właśnie z niego emanuje ten mrok. – mówi drżącym głosem Beatonis.
- Jesteś tego pewna? Wszyscy czujemy zakłócenia w Mocy, ale czy to na pewno Skywalker?
Zapadło milczenie.
- Ja też to czuje. Nie byłem pewien o co chodziło, ale teraz wiem że to Anakin. – wtrąca padawan. – Mistrz mówił, że jestem silny Mocą – dorzuca jakby na usprawiedliwienie, gdy wszyscy kierują na niego spojrzenia.
Po chwili przenoszą wzrok na mnie. Czekają.
Ciszę przerywa dzwonek mojego komunikatora. Podnoszę go do ust, włączając opcję głośnika.
- Stra-shi, słucham?
- Prawie wszystkie kanonierki już wyładowały żołnierzy. W przybliżeniu jest ich około osiem-dziewięć setek. Na razie czekają. Nie mają ciężkiej artylerii. Jeżeli nas zaatakują, będą szturmować główną bramę. Zaalarmowałem wszystkich mieszkańców Świątyni. Uzbrojenie włączone. Posiłki w drodze.
- Rozumiem, informuj mnie dalej. – cichy pisk zakończył rozmowę. – Chodźmy.
Idziemy w milczeniu. Wszyscy zagłębiają się w Moc, szukając potwierdzenia dla rzuconych oskarżeń.
Docieramy za ostatni zakręt. Od bramy dzieli nas szeroki i wysoki korytarz wykonany z błyszczącego, wypolerowanego kamienia.
Nagle padawan Om’Ley zatrzymuje się. Stoi z zamkniętymi oczami, z napięciem na twarzy. Jego oczy poruszają się pod zaciśniętymi powiekami, jakby walczył z koszmarem.
Reszta też się zatrzymała, patrząc na człowieka.
Om’Ley szedł pewnie, nie bał się tego, co może napotkać. Powtarzał sobie w myślach słowa, które obecnie nabrały nowego znaczenia.
Nie ma emocji - jest spokój
Nie ma ignorancji - jest wiedza
Nie ma pasji - jest pogoda ducha
Nie ma śmierci - jest Moc

Jednak niespodziewanie przez jego umysł z ogromną szybkością zaczęły przelatywać krótkie, urywane filmy. Zacisnął powieki.
... generał Grevious miotający się po mostku ogromnego statku, wydając rozkazy swym metalicznym głosem...
... hrabia Dooku leżący bez głowy na metalowej posadzce ...
...senator Padme Amidala ze śladami łez na twarzy, wtulająca się w łóżko...
... skupiony Obi-Wan Kenobi dosiadający ogromnego jaszczura, prowadzący oddziały klonów do walki, pośród energetycznych błyskawic...
... przemawiający ze swej loży w Senacie, Wielki Kanclerz Palpatine o twarzy powybrzuszanej oparzeniami, oszpeconej i zdeformowanej...
...Anakin Skywalker, okaleczony, umierający pośród ognia, wołający o pomstę....
... osmalone laserowymi boltami korytarze Świątyni, z podłogą zaściełaną ciałami...
One były takie, takie prawdziwe, nie podobne do niczego innego. Jakby sam to przeżywał.
Wszystko nagle się kończy. Spokojnie otwiera oczy. Reszta rycerzy spogląda na niego z zaciekawieniem.
- Co się stało? – pytam.
Patrzy na mnie ze smutkiem.
- Widziałem, wszystko, widziałem co było, co jest.... i co będzie. – spuszcza wzrok - Nie wygramy tej bitwy, ale on i tak zginie. Nie z naszej ręki, ale umrze męczeńską śmiercią.
- Kto? – zadaje to pytanie, choć każdy wie, o kim mowa.
- Skywalker.... On zdradził. - oznajmia lodowatym tonem
- Może i nie wygramy, ale pokażmy di’kutowi, jak walczą Jedi – wtrąca Fio.
- Zginiemy?
- Zginiemy... Przygotujmy się, nadchodzą. – dodaje zamyślony padawan.
Na potwierdzenie tych słów, odezwał się po raz kolejny komunikator.
- Stra-shi, słucham?
- Ruszyli, jak się spodziewałem, idą na główną bramę. Jest ich dokładnie ośmiuset dziesięciu. Powstrzymajcie ich tak długo jak możecie. Straż zaraz przybędzie.
- Rozumiem.
- Powodzenia i niech Moc będzie z wami.
- I z tobą.
Do bramy pozostało nam kilka kroków. Idziemy wolno, każdy wie, że schody są wysokie, mamy więc trochę czasu, a to ostatni spacer w naszym życiu.
Wszyscy przeznaczamy te ostatnie chwile na medytacje, na pojednanie się z Mocą.
Zabawne. Sądziłem, że zupełnie inaczej podejdę do wiadomości, że umrę. Myślałem, że będę się bał, próbował jakoś temu zapobiec. A teraz, jestem spokojny, opanowany – nie ma we mnie strachu, jestem dumny, że jestem Jedi, że mogę bronić wszystkich istot i oddać za nie życie.
Coraz wyraźniej słychać odgłos stóp żołnierzy.
- Zawsze mówiono mi, że umrzeć za Republikę to zaszczyt, a teraz, stojąc tu z wami, wydaje mi się to zwykłym komunałem. – przerywa ciszę Fio Jados.
- Jesteś młody, rycerzu, jeszcze wielu rzeczy nie rozumiesz. Śmierć to całkowite zjednoczenie z Mocą, a to prawdziwy zaszczyt. Powinieneś to wiedzieć. – upomina go Beatonis. – To, w jaki sposób, czy za kogo umrzesz, to kwestia zależna tylko od ciebie.
- Tak, ale to nie wyklucza tego, aby w swoim życiu uczynić...
- Przestańcie! Nie czas na filozoficzne dysputy. Skupcie się na tym, co nas czeka. – zamykam oczy – Weszli już na schody. Mamy mało czasu.
Stajemy półkolem wokół bramy. Tupot żołnierzy staje się nieznośny. Coraz głośniejszy, zaczyna denerwować. Ale wszyscy zachowują spokój.
Mój komunikator odzywa się dzwonkiem o najwyższym stopniu ważności.
Odbieram i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, do mojego ucha ryknął Jurokk:
- Zdrada! Główna brama to nie wszystko! – krzyczy – Specjalne oddziały komandosów, przybyłe zamiast straży, wdzierają się z każdej strony, znają plany Świątyni, niszczą całe uzbrojenie. To już koniec... chwila, co wy?! Nie! Aaaarg – słyszę w komunikatorze wystrzały z blastera, wybuchy granatów protonowych i jęki.
Wyłączam komunikator.
- Odźwierny informuje, że są tuż przed bramą – mówię do nich uspokajająco.
Nie zamierzam im mówić prawdy, nie chcę ich martwić, teraz to nic nie pomoże.
To będzie bezsensowna walka, znikąd ratunku, żadnej drogi ucieczki.
Om’Ley patrzy na mnie z wyrzutem. On wszystko wie, wszystko czuje. Ten chłopak jest naprawdę bardzo silny Mocą, gdybym tylko mógł go szkolić.
Nagle tupot klonów ucichł. Żołnierze się zatrzymali.
Cisza.
Darelem wstrząsnął dreszcz. Zapalił swój miecz świetlny, a reszta poszła w jego ślady.
Nagle brama z siłą eksplozji otworzyła się. W progu stanął Anakin, z błękitną klingą w ręce. Za nim w szyku stali żołnierze-klony, oślepiając nas światłem ze swoich reflektorów.
Wyglądał okropnie – blada skóra, zaczerwienione oczy, był zmęczony, wręcz wykończony. Musiał nie spać przez długi czas.
- Niech Moc będzie z nami – mówię dla otuchy.
Skywalker emanował ciemnością. Teraz wszystko było zrozumiałe.
Dokonał złego wyboru, ale nie mógł się wycofać.
Jasność jest silniejsza od ciemności, ale jedna nie może istnieć bez drugiej.
W tej chwili doznałem olśnienia, Moc mnie wypełniła, jak nigdy wcześniej. Czułem, że będzie mnie prowadzić i już mnie nie opuści.
Nagle Skywalker bez ostrzeżenia zaczął biec wprost na nas, z mieczem nad głową.
Pomyślałem tylko: nigdy cię nie lubiłem.
- Ognia! – krzyknął.
Rozbłysło światło.






Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 7,53
Liczba: 15

Użytkownik Ocena Data
Darth Kamil 10 2011-04-26 20:01:19
Darth Palpatin 10 2007-07-11 09:37:15
Włochacz 9 2008-07-23 21:16:15
mgmto 9 2007-07-12 13:54:08
Darth_Thingol 9 2007-07-11 10:16:36
Yeleniu 8 2007-07-11 17:28:37
Carth Onasi 8 2007-07-11 11:22:46
The One 8 2007-07-11 01:46:08
Winters 7 2007-07-18 21:53:39
Girdun 7 2007-07-15 22:45:53
Ri Rakhis 7 2007-07-11 13:12:54
Carno 6 2008-08-21 11:38:00
Nadiru Radena 6 2007-07-12 16:57:28
Shedao Shai 6 2007-07-11 11:21:06
Qui-gonpl 3 2008-07-27 22:29:32

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (11)

Całkiem, całkiem chociaż mogło być lepiej, masz talent. Jeśli się postarasz to możesz go dobrze wykorzystać.

Podobało mi się. W miarę. Podobało mi się przedstawienie Anakina, ale fraza ,,bez ostrzeżenia zaczął biec wprost na nas" - hmmm, jakoś mi nie pasuje. Zwrot ,,ruszył ku nam" by zdecydowanie lepiej pasowała do Anakina. No i ten okrzyk ,,ognia" - czemu okrzyk? Czemui nie jakiś gest ręki, czemu nie rozkaz typu ,,naprzód"? Nie mówiąc o tym, że Anakin chciałby się zapewne z pierwszą piątka sam rozprawić imho.

Aha- niezbyt przypadłą mi do gustu pierwsza część ,,Powitania" dotycząca Doo - po prostu niemrawy był to fragment. Dalej było na szczęście lepiej.
No i, jak zauważyli już moi poprzednicy, niekiedy kulejąca interpunkcja i stylistyka ( ,,Pomyślałem tylko: nigdy cię nie lubiłem." Hmmm.... )

6+/10

Napisane całkiem nieźle- czule się dreszczyk emocji, ale autor nie zrozumiał uczuć skywalkera, gdy wchodził do świątyni. On był pełen gniewu. I ta nieszczęsna Ti. Lepiej jej było jej nie wspominać- umarła 3 razy (zabita przez griveousa, w świątyni i w TFU).

Ekstra, lubię opowiadania o wydarzeniach dziejących się w tym samym czasie opisanych przez dwie różne osoby. 9/10
Aha, głębsze wyjaśnienie dla Dartha_Tingola: Shaak Ti przeżyła, a to co za pewnie oglądałeś to była wycięta scena z filmu i jest uważana za niekanoniczną.

Całkiem fajne opowiadanie, choć nie idealne. Dam 9 - częściowo zasłużona, trochę na zachętę

bardzo fajne 8

Znakomicie nie bylo. Swietnie tez nie. Musze przyznac ze sam pomysl dobry. Wykonanie moglo byc lepsze. Ale sam bym tego lepiej nie zrobil wiec szacunek. 7/10

Shaak Ti przeżyła.
A co do samego opowiadania, to przede wszystkim kuleje interpunkcja i ortografia, to raz - zabolało najbardziej i przez to poleciała ocena. Dwa, że strasznie to wszystko teatralne, na siłę, czytajac opowiadanie odnosiłem wrażenie, że bohaterowie decydują się poświęcić życie w imię idei, podczas gdy śmialo mogli uciec. Część o Anakinie była dużo lepsza, bo pozbawiona takich buraków, a i ciekawsza. Podobną tematykę poruszał kiedyś Nadiru, ale myślę że poziom obu opowiadań różni się diametralnie - jednak bez obaw źą, widać że masz potencjał - ćwicz ćwicz, będzie lepiej, to widać :) na razie 6/10, z czego punkty poleciały za:
1. ortografię i interpunkcję (wystarczyłoby dać komuś tekst do korekty)
2. czasem nie trzymający się kupy scenariusz

czy Shaak Ti nie zginęła przypadkiem na "Niewidzialnej Ręce"?
to tak na wstępnie...
następnie, nie zgadzam się do końca z The One, że Anakin jest tu pokazany jako całkowicie. Zdziwiło mnie zdanie, że "nie wróci już życia Mace'owi itp..." Trochę to zabrzmiało dla mnie jakby Anakin potłukł wazę i stwierdził "sith happens, popsuło się...trudno...trzeba z tym żyć".

Bardzo ciekawe opowiadanie. Dobry pomysł dałem 10.

Hmmm... Mam nieco sprzeczne uczucia...
Autor najwyraźniej zna nowelizację "Zemsty Sithów" i bazuje na niej. A przynajmniej tak mi się wydaje, może się mylę. Bowiem w nowelizacji często używano zwrotu "Bohater Bez Strachu", poza tym jest to chyba jedyny utwór w UE, w którym występuje Odźwierny Jurokk. Tak więc logicznym się wydaje wniosek, że autor bazował na nowelizacji. Ale jednocześnie atak na Świątynię jest w nowelizacji przedstawiony nieco inaczej - Jurokk bowiem jako pierwszy wybiega ze Świątyni na spotkanie Anakinowi i klonom i zostaje również zabity jako pierwszy... Więc z jednej strony autor korzysta z nowelizacji, a z drugiej jej zaprzecza. Albo nie wiem, może to ja jestem jakiś dziwny i czegoś tu nie rozumiem :P
Pomysł przedstawienia ataku z perspektywy pierwszoosobowej jest ciekawym pomysłem. Niemniej nie pasuje mi do całej sytuacji przedstawiona tu postawa Anakina. Anakin kilka godzin wcześniej przechodzi na Ciemną Stronę, a autor przedstawił go tu jakoś już do szpiku kości przesiąkniętego złem, skupionego tylko na słowach Sidiousa i na tym, żeby jak najlepiej wypełnić swoje zadanie. Anakin prawie w ogóle nie waha się tutaj wykonać zadania, a co ważniejsze, nie zostaje nawet wspomniana Padme i to, że Wybraniec to wszystko robi dla niej. Zaznaczam jednak - to tylko moje prywatne zdanie i wcale nie twierdzę, że jest ono właściwe. In fact, wydaje mi się, że autor jest tutaj nawet bliższy filmowi niż nowelizacji - bo to w filmie Wybraniec przechodzi na CSM w kilka minut i potem już ani na moment nie odwraca się w stronę światła (ja już lepiej nie będę mówić co myślę o tych wymysłach Lucasa, ech...).
Zastanawia mnie też czy styl w jakim zostało napisane to opowiadanie to osobisty styl autora czy też został on zaczerpnięty z nowelizacji. Bo to opow. wygląda jak żywcem wzięte od Stovera brakuje jeszcze tylko "Oto, jak to jest być Anakinem Skywalkerem..." :D. Nie twierdzę, że to źle, po prostu mnie to ciekawi.
To tyle spostrzeżeń. Opowiadanie fajne, najwyraźniej pomysł opisania ataku na Świątynię Jedi jest strasznie popularny pośród fanów. Jestem ciekaw czy autor był świadom, że klony, które pomagały Anakinowi w napadzie to 501st Legion :) Jedna tylko wada rzuciła mi się w oczy - w pewnych miejscach wydaje mi się, że postacie mówią strasznie szybko, albo może że tok ich myślenia jest strasznie szybki. To się czyta tak, jakby autor się śpieszył z pisaniem i nie mógł się doczekać aż przejdzie do pisania następnego fragmentu. Ale może to dlatego, że jest noc, a ja jestem zmęczony :P
Opowiadanie nie jest więc idealne, ale na pewno nie jest złe. Widzę w autorze wielki potencjał, nie zarzucaj pisania, trzymaj tak dalej. Staraj się może następnym razem mniej rozdrabniać tekst na linijki. Tak, wiem, Stover tak robił i tak, rozdrabnianie na linijki powoduje, że tekst ma w sobie więcej patosu i czytelnik bardziej się przejmuje treścią. Sam tak kiedyś robiłem. Tylko, że jeśli co chwila się przechodzi do nowej linijki to to przestaje być fajne. Jak pierwszy raz czytałem "Zemstę..." Stovera to strasznie mi się to podobało, teraz już mi przeszło.
Niemniej widać, że autor w opowiadaniu ma ZAMYSŁ - i że zamysł ten realizuje. I za to duży plus.
Stawiam 8/10. Bardzo udany debiut, oby tak dalej. Dwa oczka odejmuję za pośpiech w dialogach, to nieszczęsne linijkowanie i nieprzekonujące przedstawienie postaci Anakina. Period.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.