Twórczość fanów

Zdrajca Sojuszu

Autor: Basti



Strach, lęk i obawy.
Mgliste i odległe przeczucia nie dające jasnych obrazów kłębiły się w umyśle Luke'a. Od kilku tygodni wszystkie te odczucia towarzyszyły młodzieńcowi niemal każdego dnia, przenikając każdą jego myśl.
Wpływ słabej jeszcze Mocy, narastającej w nim z każdą chwilą dawała o sobie znać. Również tęsknota za czymś utraconym zdawała się rozdzierać serce i myśli Luke’a. Było to nieodparte pragnienie obecności Bena. Jego głosu, opanowania i całej jego mądrości, jaka tkwiła w tym starym człowieku.
Luke’owi brakowało oparcia w osobie Bena. Podświadomie jednak widział w nim swojego ojca, którego nie miał, a którego brakowało mu przez wszystkie lata.
Ben doskonale zaczął wypełniać tą pustkę, jednak Luke zrozumiał to dopiero wtedy, gdy starzec odszedł bezpowrotnie.
Ta krótka znajomość między nimi stała się teraz fabryką niekończących się pytań. Pytań na które młodzieniec nie znał odpowiedzi. Ich brak potęgował tylko coraz większy lęk i obawy, które targały Luke’iem jak huraganowy wiatr.
Wszystkie te wątpliwości nasuwały jedno, ale najważniejsze pytanie.
Czy Ben dokonał właściwego wyboru? A może starzec dźwigający na swych barkach olbrzymi ciężar minionych zdarzeń, bezsilny wobec sytuacji w jakiej się znalazł rozpaczliwie szukał nadziei w młodym, niedoświadczonym rolniku, który całe swoje życie spędził na piaszczystej farmie.
Jeżeli byłaby to tylko rozpaczliwa nadzieja, to starzec skazałby Luke’a na rychłą porażkę i nieuniknioną śmierć.
A przecież od tego Ben chciał uchronić Luke’a za wszelką cenę.
Co do tego młodzieniec nie miał żadnych wątpliwości.
Ben poświęcił własne życie aby on i jego przyjaciele ocalili własne.
Czyż może być większe poświęcenie oddane drugiemu człowiekowi?
To właśnie dawało Luke’owi pewność, że starzec dokonał właściwego wyboru.
Był również pewny, że nie przez przypadek odczuwał teraz większe wibracje Mocy.
A jeżeli Ben nie mylił się co do niego i młodzieniec był tym wybrańcem to dlaczego każda myśl potęgowała tyle lęku i wątpliwości?
Zbyt dużo informacji jakie dotarły do Luke’a w ostatnim czasie przyprawiały go o ból głowy.
Bez ustanku powracające myśli o ojcu, którego nigdy nie miał przeplatały się na przemian z osobą Bena. Ostatniego sprawiedliwego rycerza Jedi.
A gdzieś między nimi był on sam. Pełen ambicji i zapału młodzieniaszek, który z dnia na dzień
stał się nadzieją wszystkich istot w galaktyce. Od lat nękanych przez siły Imperium i zmuszonych sprowadzić swój żywot i egzystencję do bezustannych ucieczek i życia w ciągłym ukryciu i strachu.
Uznanie i zaszczyty jakie spotkały go ze strony dowództwa Sojuszu, po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci pozwoliły mu na dość swobodne podejmowanie własnych decyzji.
Większość doświadczonych wieloletnią walką żołnierzy uważała go za młokosa, ale niepozbawionego cech przywódczych i talentu do pilotażu. Starzy wyjadacze, a zarazem eksperci od strategii i wojennej taktyki często hamowali zapędy młodego Luke’a do podejmowania otwartych ataków na placówki Imperium rozsiane po całej galaktyce.
Dowództwo Rebelii doskonale wiedziało, że zniszczenie Gwiazdy Śmierci było ogromnym osiągnięciem, które pozbawiło Imperium potężnej siły, ale tak naprawdę nie wpłynęło na zmniejszenie przewagi jaką Imperium miało nad wszystkimi w galaktyce.
Pozostała flota Imperialna znacznie przeważała swą liczebnością i siłą ognia flotę Rebelii.
Każdy doświadczony dowódca doskonale wiedział, że to właśnie posiadanie floty i jej siły było wyznacznikiem władzy, a co za tym idzie swobodnych działań i niekontrolowanych poczynań.
Ta właśnie siła i całkowita swoboda działania czyniły z Imperium jedynego dominanta w galaktyce.
Dodając do tego bezkompromisowe rządy terroru i absolutne posłuszeństwo wymuszane na wszystkich mieszkańcach, dawały Imperium władzę nieograniczoną.
Większość galaktycznych światów, które zamieszkane były przez mniej lub bardziej rozwinięte, ale inteligentne cywilizacje w większości podporządkowały się wytycznym Imperium.
Posiadające własne rządy i rozwiniętą administrację starały się nie sprawiać problemów, zachowując tym samym złudną suwerenność oraz polityczną i handlową swobodę.
Nawet środowiska przemytników powiązane nieodzownie ze światem przestępczym z racji prowadzonych interesów bardzo często sprzyjały Imperium.
Za efektywną współpracę Imperium często przymykało oczy na nielegalny handel i poczynania wyrzutków, o ile nie godziły one w ich własne interesy i bezpieczeństwo.
Potocznie mówiono, że galaktyka składa się z trzech warstw moralnych. Jednej jako politycznie podporządkowanej. Drugiej przekupionej i trzeciej, najmniejszej i niewidocznej, która wyrażała całkowity sprzeciw wobec władzy Imperium.
Odziały patrolujące, jednostki szybkiego reagowania oraz garnizony utrzymujące porządek na wielu swoich placówek znacznie ograniczały poczynania Rebelii.
Luke dość szybko zrozumiał, że ataki na pojedyńcze, często mało znaczące placówki nie wyrządzą odczuwalnej dla Imperium straty. Nawet jeżeli byłyby to miejsca ważne strategicznie. Rebelia nie mogłaby ich utrzymać po wcześniejszym zdobyciu i przejęciu.
Wszystkie więc poczynania tego typu sprowadzały się tylko i wyłącznie do własnych strat i osłabienia swoich szeregów.
Pierwszorzędnym priorytetem dowództwa Rebelii było zdobywanie nowych sprzymierzeńców. Działania takie wymagały jednak wielkiej ostrożności i daleko posuniętej dyskrecji. Jeden z członków Najwyższej Rady Sojuszu, doświadczony wiekiem i wieloletni Senator Bail Organa sprawował w szeregach Rebelii pieczę nad politycznymi poczynaniami.
W Starej Republice piastował stanowisko Wicekróla i Przewodniczącego w systemie Alderaan. W Nowym Zjednoczonym Sojuszu Republiki był bardzo szanowanym, mającym wielkie wpływy Senatorem.
Wiele osób z jego otoczenia dziwiło się dlaczego Senator pokłada tak wielkie nadzieje w młodym Luke’u, który nie miał żadnego doświadczenia ani przygotowania w sprawach, które wymagały przede wszystkim biegłości w dyplomacji. Senator jednak nie bez powodu skupiał swoją uwagę właśnie na nim.
W przeciwieństwie do innych współpracowników zaangażowanych w polityczne decyzję Rebelii, Senator Organa dostrzegał w młodym Skywalkerze wielki i niepowtarzalny potencjał.
Mimo braku doświadczenia w kwestiach dyplomatycznych Luke wykazywał wiele powściągliwości i rozsądku w wielu bardzo ważnych decyzjach. Umiejętność analizowania i wyciągania odpowiednich wniosków stawiały go w pierwszym szeregu przy planowaniu politycznych posunięć.
Był jeszcze jeden bardzo ważny powód, który wpływał na decyzję Senatora.
W Starej Republice rycerze Jedi cieszyli się wielkim szacunkiem. Ich poświęcenie i nieomylny instynkt okazał się niezastąpiony. Jedi wiele razy pomagali załagodzić spory w galaktyce i przyczynili się do rozwiązania niejednego konfliktu.
Senator doskonale znał ich możliwości. Wiedział jak wiele można osiągnąć korzystając z ich umiejętności.
Poza tym dobrze znał starego Obi-Wana i choć ich drogi rozeszły się ponad dwadzieścia lat temu to ponowne pojawienie się Bena z młodym uczniem u swego boku, którym był Luke utwierdziły Senatora w przekonaniu, że młodzieniec stał się jednak spadkobiercą Mocy, która tkwiła w jego rodzinie.
Żałował jedynie, że nie dane mu było po tylu latach ponownie spotkać Bena nim ten zginął na Gwieździe Śmierci. Senator jako jedyny w Nowym Sojuszu znał pochodzenie Luke’a. Wiedział również kim był jego ojciec, ale ta wiedza okazała się teraz wielkim ciężarem. Cała nadzieja i wiara pokładana w młodym wojowniku przeplatała się z wyrzutami sumienia. Tajemnicę, którą znał musiał skrywać głęboko w sobie.
Wyjawienie jej teraz komukolwiek niosłoby ze sobą wielkie niebezpieczeństwo. Senator nie mógł wyjawić jej ani Luke’owi ani swojej adoptowanej córce, którą kochał nad życie.

*

- Luke, Luke. słyszysz mnie? Co u ciebie?
Wyrwany z zamyślenia Luke pochylił się lekko nad komunikatorem, z którego dobiegało nawoływanie.
- Leia, dobrze cię słyszeć. Jestem prawie na miejscu - odpowiedział spokojnie.
- Wszystko w porządku? - spytał damski głos.
- Jak najbardziej. - oznajmił młodzieniec z zadowoleniem. - Mam nadzieję, że nie będzie większych trudności.
- Też mam taką nadzieję. - odparła Księżniczka. - Za dziesięć minut przejdź na kodowaną częstotliwość Senatora i uważaj na siebie.
- Zawszę uważam. - Luke mówiąc to lekko się uśmiechnął. W ostatnim zdaniu Księżniczki wyczuł wyraźną troskę. Właściwie to zawsze ją wyczuwał nawet gdy Leia nic nie mówiła.
Niewielki myśliwiec Luke’a przecinał bezkresny kosmos znikając w oddali jakby wchłonięty przez ciemną i nieprzeniknioną głębię bezkresnej galaktyki. Luke przestawił zakres częstotliwości w komunikatorze na osobistą i kodowaną linię łączności Senatora Organy. Bez odpowiednich kodów, które znał tylko Senator nikt nie mógł korzystać z tego pasma, co dawało całkowite bezpieczeństwo w czasie prowadzenia rozmów.
- Senatorze, proszę mówić. - Luke przybrał teraz poważny ton wypowiedzi.
- Chyba miałeś rację. - oznajmił głos należący do starszego człowieka, który nie przerywając mówił dalej.
- Kapitan Backee otrzymał zgodę dowództwa i wczoraj wysłał oddział zwiadowczy. Zgodnie z procedurą trzy myśliwce, ale nieco lepiej uzbrojone.
- A Kapitan? - spytał Luke.
- Dowodzi osobiście, tak jak przypuszczaliśmy. - odparł Senator. - Masz nad nimi trzy dni przewagi i to musi ci wystarczyć.
- Wystarczy Senatorze. - zapewnił zdecydowanie Luke.
- Mam nadzieję. - Senator Organa ciągnął dalej. - Od tej chwili jesteś zdany tylko na siebie.
Po wylądowaniu musisz całkowicie wyłączyć zasilanie. Nie będziesz mógł korzystać z radia, tym bardziej, że nie masz lokalizatora.
- Bez obawy. - Luke próbował uspokoić Senatora. - Będę ostrożny.
- Powodzenia chłopcze.
To były ostatnie słowa dobiegające z komunikatora. Całkowita cisza, która ponownie wypełniła kabinę myśliwca nie trwała jednak długo. Na panelu kontrolnym zamigotała czerwona lampka, która świecąc impulsywnie wydobywała z siebie piskliwy sygnał. Komputer pokładowy automatycznie zaczął skanować powierzchnię planety, która wyrastała teraz przed Luke’iem, z każdą chwilą przybierając coraz większy rozmiar. Luke pewną ręką wprowadził do komputera polecenie wytyczenia współrzędnych do lądowania. Wyniki skanowania planety były dość pomyślne. Ciśnienie i atmosfera w normie. Brak toksycznych związków czy innych trujących substancji w powietrzu. Dziewięćdziesiąt procent planety pokrywały tereny bardzo gęsto zalesione. Brak naziemnych zbiorników wodnych, jedynie wody gruntowe obficie zasilały żyzną i bogatą w minerały glebę. Wszystkie dane z pokładowego komputera zgadzały się z odczytami wysłanej tu wcześniej sondy. Czujniki pokładowe bez trudu zlokalizowały jej położenie a Luke musiał teraz posadzić swój myśliwiec jak najbliżej tego urządzenia i całkowicie je wyłączyć.

*

Senator Organa siedząc samotnie w swoim gabinecie coraz bardziej pogrążał się w rozmyślaniach.
Jego myśli pełne obaw koncentrowały się głównie na obecnej sytuacji, a nie była ona najlepsza .
Przygotowania do ewakuacji całej floty Rebelii z Yavin Cztery dobiegały końca. Po dokładnej selekcji wielu miejsc i szczegółowych raportach wywiadu Dowództwo wybrało nowe miejsce na tymczasową siedzibę Sojuszu. Była to niewielka, skalista planeta Huron. Co prawda dość odległa od obecnego miejsca, ale jak się wydawało całkiem bezpieczna. Jej zaletę stanowiły liczne skalne jaskinie wystarczających rozmiarów, aby umieścić w nich doki portowe całej floty. Powierzchnia planety to skały, kamienie i osadzone głęboko pod powierzchnią olbrzymie groty i pieczary. Wielkim plusem był jej skład chemiczny. Planeta obfitowała w duże ilości żelaza i ołowiu, a to wystarczało, by skutecznie zagłuszać wszelkie sygnały. Imperialne, zwiadowcze sondy i szperacze nie odbierałyby czystych sygnałów pochodzących z jej powierzchni. Wszystko to dawało znakomitą kryjówkę dla Rebelii.
Przynajmniej na jakiś czas. Ale czy na pewno? Senator Organa miał co do tego duże wątpliwości. Jeżeli potwierdzą się przypuszczenia Luke’a Senator będzie musiał natychmiast powiadomić Admirała o pewnych wydarzeniach i całkowicie zmienić plan ewakuacji. Po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci wiele Imperialnych myśliwców poderwanych do walki w ostatniej chwili zdołało uciec. Jednostki pościgowe Rebelii wyeliminowały tylko część z nich. Co ważniejsze, myśliwiec Darth Vadera zniknął bez śladu. W sztabie analizowano możliwą drogę ucieczki Vadera. Istnienie większej jednostki Imperium w tym sektorze, która mogłaby go przejąć było mało prawdopodobne. Skupiono się więc na jednej i chyba najbardziej realnej ewentualności. Myśliwiec Vadera zapewne uszkodzony musiał lądować, na którejś z okolicznych planet. Jednostki zwiadowcze Sojuszu nie były w stanie zlokalizować tak małego obiektu, ukrytego na powierzchni jednej z nich. Nie było też zbyt wiele czasu na takie działania. Vader znał położenie Rebelii i było tylko kwestią czasu kiedy to Yavin Cztery stałby się obiektem zmasowanego ataku Imperialnej floty. Dlatego też ewakuacja była teraz najważniejsza.
Gdy Leia weszła do pokoju Senatora, ten wydawał się być pogrążony we śnie.
- Tato? - odezwała się ściszonym głosem.
- Nie śpię kochanie, wejdź - Senator mówiąc otworzył oczy i spojrzał w jej stronę. Cechy waleczności i zdecydowanie jakie towarzyszyły Księżniczce każdego dnia i niemal na każdym kroku, jakby znikały w takiej chwili. W progu stała bezradna, smutna dziewczyna z twarzą, po której spływał wyraźny potok zmartwień.
- Były jakieś wiadomości od Hana? - spytała po chwili.
- Jeszcze nie, ale z pewnością niebawem się odezwie. - Senator starał się aby jego głos nabrał pewnego tonu. Jakakolwiek wątpliwość z jego strony nie poprawiłaby nastroju córki, której nie brakowało teraz problemów.
- Wiem. - odparła Leia. - Ale czuję, że powinnam z nim polecieć.
- Tutaj jesteś teraz bardziej potrzebna. - Senator próbował rozwiać wszelkie wątpliwości. - Poza tym to skomplikowałoby całą sytuację. Musiałbym wytłumaczyć twój wyjazd, a przecież Han jest oficjalnie w dokach remontowych. Musimy trzymać się planu i cierpliwie czekać.
Leia trochę uspokojona rozmową z ojcem podeszła w milczeniu, kucając przy jego fotelu.
- Masz rację. Chyba niepotrzebnie się martwię.
- Nie potrzebnie. - powtórzył Senator całując Leię w czoło i dając tym samym wyraz ojcowskiej miłości i troski.

*

Niewielki myśliwiec Luke’a był teraz całkowicie niewidoczny. Idealnie zamaskowany pod stertą dużych, zielonych liści, które osiągały rozmiar ponad dwóch metrów znakomicie wtapiał się w leśne otoczenie.
Trudno go było zauważyć, stojąc nawet obok niego. Kabina myśliwca choć dość ciasna i niewygodna służyła Luke’owi za lokum przez ostatnie dwa dni. Tej nocy Luke był bardziej skoncentrowany i skupiony na własnych rozważaniach. Poraz kolejny analizował obecną sytuację i powracał myślami do wszystkiego co zrobił przez dwa minione dni. Musiał być pewny, że nie przeoczył żadnego szczegółu.
Bez trudu odnalazł zwiadowczą sondę, która przekazywała wstępne odczyty wprost do Tysiącletniego Sokoła. Wysłano ją tutaj w wielkiej tajemnicy i tylko parę osób wiedziało o jej istnieniu. Jaj zadanie sprowadzało się do przeanalizowania składu chemicznego planety, co było potrzebne Luke’owi przed przybyciem na nią. Jednocześnie spełniała rolę komunikatora z Hanem Solo . Po jej wyłączeniu sygnał nadawczy został przerwany, a co za tym idzie Han wiedział, że Luke jest na miejscu i wszystko idzie zgodnie z planem. Gdyby jednak sygnał pojawił się ponownie znaczyłoby to, że Luke miał rację co do swoich podejrzeń i uruchomił ją tylko dlatego, żeby Solo odebrał sygnał i przystąpił natychmiast do podjęcia ustalonych wcześniej działań. Następną sprawą, którą Luke musiał się zająć zaraz po wylądowaniu było odłączenie w myśliwcu całego zasilania i wszystkich czujników, które posiadały własne i niezależne systemy aktywacyjne. Jego statek i nawet on sam pozbawiony był osobistego lokalizatora a nawet czujnika ruchu, co było dość niebezpieczne, ale konieczne. Luke musiał być pewien, że jego obecność jest nie do wykrycia. Nie mogło być z jego strony żadnego sygnału, choćby najmniejszego impulsu. Trzydniowy pobyt miał też być wystarczający żeby całkowicie wystudzić silniki myśliwca, które mogły emitować ciepło i być łatwym celem do zlokalizowania. Nagle, głośny hałas przerwał raptownie nocną ciszę i wyrwał Luke'a z głębokich rozmyślań. Silny wstrząs lekko przechylił statek na bok. Luke intensywnie zaczął rozglądać się dookoła, próbując dojrzeć coś w ciemnościach nocy przez szyby kokpitu.Targany jakąś siłą myśliwiec kołysał się, to na jedną, to na drugą stronę. Luke instynktownie wydobył z kabury ręczny blaster. Słysząc dochodzące z zewnątrz głośne ryki i pomrukiwania stwierdził, że dalsze pozostanie w kabinie byłoby raczej nierozsądne i niebezpieczne.
Używając całej siły pchnął w górę szklaną osłonę kokpitu i wydostając się na krótki, przedni kadłub osunął się na ziemię, upadając na nią plecami. Odruchowo wycelował blaster przed siebie wypatrując celu.
W ostatniej chwili wstrzymał się jednak od strzału. Z osłupieniem patrzył na dwie duże, istoty, które ze smakiem i apetytem zjadały soczyste liście maskujące jego statek. Luke bez ustanku celował w jedną z nich, ale nie strzelał. Leżał na ziemi spokojnie i bez ruchu bacznie obserwując ich poczynania.
Z pewnością był to jeden z gatunków zwierząt zamieszkujących tą planetę. Trzeba przyznać, że imponowały swoim wyglądem. Wysokie na ponad pięć metrów o dużym, owalnym tułowiu i czterech masywnych i ciężkich łapach. Wężowate, długie szyje zakończone były szerokim na metr i płaskim pyskiem. Zielono-żółte oczy osadzały się głęboko w zapadniętych do wewnątrz oczodołach. Całkowicie pozbawione uzębienia zgniatały pokarm silnymi szczękami, przerabiając go momentalnie na gęstą, zieloną papkę, Imponująca była również ich skóra. Wyglądała jak bardzo cienka, niemal przeźroczysta powłoka, z pod której wyłaniały się brązowo-brunatne mięśnie pracujące przy każdym ruchu.
Luke ostrożnie wycofał, się powoli wstając z ziemi. Zwrócił tym uwagę jednego ze zwierzęcia, które nie przerywając kolacji spojrzało w jego stronę. Luke uniósł blaster nieco w górę gotowy w razie konieczności do strzału. To przywitanie skończyło się leniwym pomrukiem zwierzęcia, które nie wykazało najmniejszego zainteresowania małym osobnikiem i z największym spokojem dalej odsłaniało myśliwiec pozbawiając go kolejnych liści. Luke zrozumiał, że te roślinożerne stworzenia nie stanowią dla niego zagrożenia.
Wycofał się na bezpieczną odległość aby uniknąć przypadkowego przygniecenia przez te kolosy, ale na wszelki wypadek trzymał blaster w pogotowiu. Jedyne co mógł teraz zrobić to cierpliwie czekać, aż jego goście skończą wyżerkę i odejdą. Miał tylko nadzieję, że ich olbrzymie cielska nie uszkodzą któregoś z zewnętrznych elementów statku.
Do świtu pozostało tylko dwie godziny gdy Luke ponownie skończył maskować swój środek transportu.
Tym razem użył do tego celu pnączy, gałęzi i chyba wszystkiego co było przydatne a jednocześnie w niczym nie przypominało soczystych,zielonych liści. O świcie Luke dotarł na skraj lasu. Jedna myśl nie dawała mu spokoju. Dlaczego Kapitan Backee tak bardzo nalegał na zbadanie tej planety? Parę tygodni temu Dowództwo Rebelii zaniechało przeszukiwania tego sektora. Nigdzie nie natrafiono na pozostałości po Imperium, poza dwoma małymi bazami łączności, które zostały opuszczone i doszczętnie zniszczone.
Nowy Sojusz pochłonięty organizowaniem ewakuacji przestał interesować się miejscami będącymi w bezpośrednim sąsiedztwie Gwiazdy Śmierci. W czasie ataku na Gwiazdę Imperium Kapitan Backee eskortował dużą barkę handlową, która próbowała przedostać się do bazy Sojuszu. Niestety nigdy nie dotarła na Yavin Cztery. Według oficjalnego raportu kapitana, zostali oni zaatakowani przez spory oddział Imperialnych myśliwców bojowych i tylko Kapitanowi udało się cudem powrócić, pomimo dużych uszkodzeń swojego statku. Wszystko to było bardzo możliwe i prawdopodobne. Po zniszczeniu Stacji Bojowej uciekające myśliwce mogły napotkać handlową jednostkę pozbawioną mocnej eskorty i desperacko torując sobie drogę ucieczki wdały się w walkę. Wszystko miało ręce i nogi poza jednym drobiazgiem.
Kiedy parę tygodni temu Kapitan Backee zaczął ponownie interesować się opuszczonym sektorem, Luke nabrał pewnych podejrzeń. Dyskretnie przejrzał raporty z doków remontowych i doszedł do niepokojącego wniosku. Myśliwiec Kapitana miał zbyt duże uszkodzenia systemu nawigacyjnego i musiał lądować aby dokonać choćby prowizorycznej naprawy, a jedynym miejscem w pobliżu była tylko planeta Cyjar, na której właśnie teraz znajdował się Luke. Wniosek nasuwał się tylko jeden. Kapitan Backee musiał być w tym miejscu, ale dlaczego to przemilczał? I dlaczego ponownie zainteresował się tym miejscem po tym jak Sojusz zatwierdził nową lokalizację dla swojej floty? Wiele pytań, ale i wiele zbiegów okoliczności.
Luke miał nadzieję, że za kilka godzin uzyska odpowiedzi na dręczące go pytania. Jeżeli jego przypuszczenia się potwierdzą to Kapitan Backee nie będzie marnował czasu na badanie i przeszukiwanie planety, a jeżeli nawet to zrobi to tylko przy okazji. Ale przy okazji czego? Pochłonięty do reszty własnymi myślami, Luke poczuł pod nogami lekki, ale narastający wstrząs.
Jednocześnie gdzieś nad wierzchołkami wysokich, iglastych drzew rozległ się głośny huk jonowych silników.
Luke odruchowo cofnął się parę metrów w gęste zarośla. Około trzydziestu metrów na ziemią trzy myśliwce klasy " Y " przecinały nieboskłon. Luke korzystając z lornetki, wyposażonej w termowizyjny rejestrator cząsteczek powietrza dyskretnie śledził przelatujące jednostki. Tak jak przypuszczał, Kapitan wybrał najlepsze miejsce do rozmieszczenia sond badawczych. Rozległy i chyba jedyny na tej planecie słabo porośnięty, płaski teren o powierzchni ponad czterystu kilometrów kwadratowych, był idealny aby zapewnić odczyty z czujników bez żadnych zakłóceń. Luke cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń, bacznie obserwując tor lotu przybyłych myśliwców. Gdy znikły za horyzontem młodzieniec bez większego pośpiechu ruszył w stronę swojego statku. Miał teraz kilka godzin czasu. Wiedział, że Kapitan musi opuścić planetę przed zmierzchem. Do tego czasu Luke musiał cierpliwie czekać. Dopiero po odlocie Kapitana Backee mógł bezpiecznie przystąpić do działania i sprawdzić po co tak naprawdę Kapitan tu przyleciał.

*

Piskliwy, przerywany sygnał od dłuższego czasu rozlegał się po kabinie Sokoła Milenium.
- Chewie! - Han krzykiem nawoływał kudłatego przyjaciela. Trzymając w rękach laserową spawarkę i zwój poplątanych kabli, sam nie bardzo mógł się ruszyć.
- Chewie! - ponownie zawołał, ale tym razem znacznie głośniej. - Pośpiesz się i podłącz sygnalizator do panelu zewnętrznego bo stracimy sygnał.
Wookie niezdarnie wgramolił się po trapie wejściowym zmierzając biegiem wprost do kokpitu.
Z doskonałą precyzją zaczął manipulować przy głównej konsoli, aż na niewielkim monitorze pojawił się ciąg wyświetlanych na czerwono liczb. Na koniec przesunął niewielką dźwignię i ruszył w stronę głównego korytarza. Gardłowe dźwięki jakie wydawał z siebie zmusiły Hana do przerwania pracy. Przez chwilę z osłupieniem wpatrywał się w stojącego obok kudłacza, słuchając co mówi.
- Sonda? - spytał jakby chciał potwierdzić to co usłyszał. W tej samej chwili rzucił wszystko na ziemię i odpychając Wookiego ruszył do kabiny nawigacyjnej, siadając w swoim fotelu pierwszego pilota.
Chewbacca ruszył za nim nieco zdezorientowany. Han przez chwilę wpatrywał się w liczby, które przesuwały się pionowo po monitorze. Jego twarz, z każdą sekundą nabierała coraz większej powagi.
- Luke ponownie uruchomił sondę. Wiesz co to znaczy? - Spytał Wookiego, który stał teraz za nim.
Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej. - Mamy kłopoty kolego. Musimy jak najszybciej odzyskać kodowane pasmo. Skończ naprawiać łącze komunikatora, tylko się pośpiesz. - Han nie musiał powtarzać polecenia. Za nim skończył mówić, Chewbacca był już w połowie drogi do bocznej ściany korytarza, z którego wystawały zwoje poplątanych kabli. Zmartwiony i zaniepokojony Han Solo wpatrywał się w milczeniu przez szybę kokpitu na wydrążony w lodowej skale hangar rozciągający się na zewnątrz.
- Kapitanie Solo. - Han lekko drgnął słysząc głos płynący z osobistego komunikatora.
- Podłączyliśmy zasilanie w ostatnim sektorze. Generatory możemy włączyć w każdej chwili.
- Dziękuję Poruczniku. - odparł Solo dodając po krótkiej chwili. - Proszę zacząć przygotowania do przyjęcia gości. - Nie czekając na odpowiedź, Han wyłączył mały nadajnik przymocowany do prawego nadgarstka.
Po kilku godzinach Chewbacca dał wyraz zadowoleniu wydobywając z siebie głośny gardłowy ryk, oznaczający zakończenie pracy przy zepsutych łączach. Han miał tylko nadzieję, że tym razem wszystko zadziała tak jak należy. Kontakt z Księżniczką Leią, a tym samym ze sztabem dowodzenia był teraz najważniejszy.
Informacje jakie miał do przekazania miały najwyższą wagę i wymagały transmisji na kodowanym paśmie.
Sygnał wysłany z odległej planety przez Luke’a był jednoznaczny i nakazywał podjęcie natychmiastowych działań, zaplanowanych w ścisłej tajemnicy.
- Leia, słyszysz mnie? - Solo zaczął wywoływać Księżniczkę na odpowiedniej częstotliwości.
- Wasza Wysokść.... Odbiór.
Po kilkunastu sekundach całkowitej ciszy po kokpicie rozległ się ciepły, damski głos. - Han, nareszcie, wszystko u was wporządku? Martwimy się czy.....
- Tak, tak, jest całkiem nieźle - przerwał Solo. - Mróz, śnieżne huragany. Spodoba ci się tutaj. Zobaczysz.
- Spodoba mi się? - Księżniczka powtórzyła pytająco lekko drżącym głosem.
- Niestety. - Han wydawał się być teraz bardziej poważny. - Odebrałem sygnał od Luke’a. Parę godzin temu ponownie uruchomił sondę. - Cisza, która nastała teraz w kokpicie zdawała się nie mieć końca.
- Posłuchaj Leia. - kontynuował Solo. - Wygląda na to, że Luke miał rację. Mam tylko nadzieję, że jego plan okaże się również tak niezawodny jak jego przeczucia.
- Nie długo powinien się z nami skontaktować. Ale jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze. - Odparła Księżniczka. - A jak sytuacja u was? - spytała na koniec zmieniając nieco temat.
- Jesteśmy gotow, możecie pakować walizki. - Wookie siedzący teraz na drugim fotelu przytaknął cichym mruknięciem.
- W porządku Wookie, zrozumiałam i dziękuję za zaproszenie. Muszę teraz przekazać wiadomość Admirałowi.
W tej sytuacji za dwa dni wysyłamy pierwszy transport.
- Leia.... poczekaj z odlotem na Luke’a - mówiąc to, Han nie ukrywał w głosie troski.
- Bez obawy. I tak muszę wszystkiego dopilnować, do zobaczenia na miejscu. - W kokpicie ponownie nastała przygnębiająca cisza. Chewbacca zaczął cicho pomrukiwać. Solo spojrzał w jego stronę odpowiadając po chwili.
- Też się martwię.

*

Praca w dokach remontowych trwała całą noc. Leia zjawiła się tam o świcie aby osobiście nadzorować załadunek. Potężne statki transportowe Sojuszu z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wypełnione najrozmaitszym sprzętem. Nie które urządzenia trafiały tam bezpośrednio po demontażu. Inne, mniej ważne czekały na swoją kolejkę. Leia chciała jeszcze zajrzeć do innej części bazy, gdzie przygotowywano do lotu inne jednostki. Myśliwce bojowe, przy których widać było intensywny ruch zajmowały dwa dolne hangary. Nad nimi w niezadaszonych dokach cumowały olbrzymie frachtowce, jednostki medyczne i inne bojowe statki Rebelianckiej floty.
Dookoła panował bardzo głośny hałas, jazgot i jedno wielkie zamieszanie, ale tylko pozornie chaotyczne.
Oficer łącznikowy biegł w kierunku Lei, krzycząc coś z daleka choć wiedział, że i tak nikt go nie słyszy.
Dopiero kiedy zatrzymał się koło niej mógł z powodzeniem przekazać wiadomość.
- Admirał oczekuje Panią Senator, to coś pilnego. - oznajmił zdyszany.
- Dziękuję. - odparła Leia i ruszyła szybkim krokiem w stronę promu komunikacyjnego. Takie wezwanie do sztabu dowodzenia parę godzin przed ewakuacją właściwie nikogo nie dziwiło. Było zbyt wiele pilnych spraw do załatwienia jednocześnie.
Gdy Księżniczka weszła do gabinetu Admirała ujrzała kogoś, kto sprawił, że poczuła wielką ulgę a zarazem wewnętrzną radość. Na jej widok Luke Skywalker uśmiechnął się serdecznie wyciągając przed siebie ręce.
- Luke.... - Księżniczka niemal podbiegła do niego obejmując go mocno za szyję. - Dobrze, że jesteś. - oznajmiła rozpromieniona.
- Ciebie też dobrze widzieć. - młodzieniec odwzajemnił ciepłe przywitanie.
Admirał powoli podszedł do nich zwracając się do Księżniczki. - Luke zdał nam przed chwilą szczegółowy raport. Mamy niewiele czasu.
Stojący obok Admirała Senator Organa patrzył na córkę w zamyśleniu.
- Kochanie, - zaczął mówić po chwili. - Zajmiesz się jednostkami medycznymi. Razem z Lukiem polecicie jutro pierwszym transportem. Musicie przygotować na miejscu jeszcze sporo rzeczy zanim zjawi się tam reszta floty. A czas właśnie nam się skończył. Musimy stąd zniknąć zanim Vader zorientuje się, że nie pojawimy się tam, gdzie nas oczekuje.
- Jesteśmy pewni, - wtrącił Admirał - że flota Imperium już na nas czeka gdzieś w pobliżu planety Huron.
Leia w milczeniu pokiwała głową w pełni akceptując plan ojca i Admirała.
- Znalazłem go. - oznajmił po chwili Luke patrząc na Księżniczkę. - Myśliwiec Vadera jest na Cyronie.
Słysząc to Leia z niedowierzaniem zmarszczyła brwi. Luke po krótkiej przerwie mówił dalej. - Kiedy Kapitan Backee odleciał sprawdziłem jego trasę lotu. Znalazłem dwa nasze myśliwce, które przyleciały razem z nim.
Zostały zaatakowane kiedy stały na ziemi. Kapitan musiał je ostrzelać gdy piloci zakładali sondy badawcze.
Nie mieli żadnych szans. Pare kilometrów dalej zauważyłem nieduży obszar wyciętych drzew, co wydało mi się bardzo dziwne. Kiedy sprawdzałem to miejsce dość dokładnie odnalazłem tam ukryty myśliwiec Vader.
Miał mocno zniszczony boczny płat i nie nadawał się do lotu. Wtedy zrozumiałem dlaczego Kapitan tak bardzo chciał się tu dostać. Znając kody zabezpieczające bez problemu mógł uruchomić komputer pokładowy. Sprawdziłem transmisję danych jakie zostały wysłane z tego myśliwca. Mniej więcej od chwili, gdy zniszczyliśmy Stację Bojową Imperium nikt nie korzystał z transmitera, aż do teraz. Trzy dni temu został wysłany z niego tylko jeden sygnał i zawierał dokładne współrzędne naszej nowej siedziby na planecie Huron.
- Ale jak to możliwe? - przerwała Leia. - W jaki sposób Backee przeszedł na stronę Imperium? I kiedy?
- Tego się chyba nigdy nie dowiemy. - odparł Luke. - Backee przepadł bez śladu.
- Chciał to sprytnie załatwić. - wtrącił Admirał. - Z Cyronu nadał do bazy wiadomość, że zostali zaatakowani przez liczny oddział Imperium. Potem sygnał się urwał.
- Dobry pomysł na zniknięcie i zakomunikowanie nam, że w sektorze pojawiły się siły Imperium. - zauważyła Leia. - Chciał być pewny, że ewakuacja przebiegnie szybko i zgodnie z planem.

*

O świcie pierwsze jednostki Nowego Sojuszu zaczęły opuszczać doki portowe na Yavin Cztery.
Jako pierwsze startowały duże transportowce ze sprzętem i personelem technicznym oraz statki medyczne.
W silnej eskorcie dobrze uzbrojonych, bojowych myśliwców przedzierały się kolejno przez gęstą atmosferę planety znikając na jej orbicie i obierając całkiem nowy kurs i współrzędne do skoku w nadświetlną.
Nikt z personelu poza ścisłym gronem paru osób w sztabie dowodzenia i dowódców poszczególnych jednostek nie wiedział, że ich kolejna podróż nie skończy się na skalistej planecie Huron, tylko na jeszcze bardziej odległej, śnieżnej i skutej lodem planecie Hoth, na której Han Solo, Chewbacca i personel techniczny przygotowywali od kilku tygodni w wielkiej tajemnicy nową kryjówkę dla floty Sojuszu.

*

W całkowitej ciszy i mrocznej otchłani bezkresnego kosmosu na tle miliona gwiazd pojawiła się ledwo widoczna, bardzo mglista i prawie całkowicie przeźroczysta postać Obi-Wana Kenobiego.
- Myślę mistrzu, że nadszedł odpowiedni czas. - spokojny i łagodny głos Bena rozbrzmiewał w przestworzach.
- Pośpiech nie wskazany jest. Obi-Wan. - chrapliwie odpowiedział starcowi ktoś niewidoczny a zarazem bardzo tajemniczy.
- Masz rację mistrzu Yoda, ale czasu już nie mamy. - odparł Ben.
- Tak więc na nauki młodego Skywalkera przyślij do mnie.
- Tak zrobię mistrzu. Już wkrótce.
Rozmowa ucichła, a postać Obi-Wana powoli zaczęła rozpływać się jak niewielka mgiełka, znikając po chwili całkowicie.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,00
Liczba: 4

Użytkownik Ocena Data
Kosak 9 2008-10-19 19:18:47
Aquenral 9 2008-01-22 08:07:17
Hego Damask 9 2007-07-12 11:22:56
Carno 5 2008-12-22 00:11:44

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (4)

Całkiem, całkiem, ale jest trochę błędów stylistycznych i wogóle trochę zgadzam się z Carno...
A Bail Organa przeżył rozsadzenie Alderaanu przez death stara?

Bail Organa? Większość myśliwców zdołała uciec? Na silnikach podświetlnych? Dokąd niby? Gwiazda Śmierci oczywiście nie wysłała nikomu raportu o tym, gdzie znajduje się baza rebeliantów? Linia fabularna jest naciągania i niespójna, interpunkcja umiera i błaga o dobicie, sporo błędów stylistycznych... 5/10

nawet niezłe

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.