Twórczość fanów

W walce o wolność

Autor: Roan



-Gituri, idziesz z nami?- zapytała idąca z naprzeciwka długowłosa dziewczyna.
- Dokąd?- zapytał zdezorientowany chłopak. Jak zawsze się rozmarzył i wołający go znajomy głos wyrwał z otumanienia i całkowicie zaskoczył.
- No jak to? -zdziwiła się przyjaciółka. Przecież umówiliśmy się, że dziś w południe pójdziemy za miasto „odpocząć”, zapomniałeś?
-Jasne, że nie zapomniałem- skłamał-widzimy się w południe.
Niesamowite, jak mógł zapomnieć, że umówił się z przyjaciółmi na wypad za miasto? Trochę się zdenerwował, bo snuł już inne plany na dzisiejszy dzień, ale jak widać, będzie je musiał odłożyć. Zamyślony, jak zawsze skręcił w kierunku swojego domu.
Urodził się na Alderaan, ale gdy był jeszcze małym chłopcem z przyczyn ekonomicznych jego rodzina przeprowadziła się na Naboo. Ojciec był bardzo zdolnym rzemieślnikiem (specjalizował się w wyrobach ozdób ze szlachetnych kruszców) i dzięki swoim dziełom zyskał sympatię miejscowej ludności, więc szybko odbudował rodzinny majątek.
- Dzień dobry Sir,- przywitał go stojący przed drzwiami robot protokolarny, który niecały miesiąc temu został zakupiony przez ojca Gituriego, aby witać nadchodzących gości.
Rodzina chłopca mieszkała na przedmieściach królewskiego miasta Theed, więc zawsze panował tu względny spokój.
-Jest ktoś w domu?- zapytał chłopak, który wolał się upewnić, czy nie przyjechali jacyś nieproszeni goście.
-Nie Sir, ale pański ojciec jest dziś bardzo zły- wydusił z siebie robot.
-Nie dziwię mu się- odrzekł chłopak i wszedł do środka. W mieszkaniu naprawdę panowała niemiła atmosfera. Ojciec nerwowo przechadzał się z miejsca na miejsce, a matki chłopaka nie było w domu.
-Dlaczego nie jesteś na uczelni?- spytał gniewnie.
-Bo dziś jest weekend- odrzekł spokojnie chłopak i udał się do swojego pokoju.
Doskonale rozumiał problemy swojego ojca. Pół roku temu postanowił zatrudnić kilku ludzi i produkować swoje wyroby na export. Jednak, gdy Federacja Handlowa nałożyła blokadę planety, plany zbudowania wielkiej firmy mogły wziąć w łeb. Dlatego od kilku dni ojciec nerwowo wysłuchiwał wszystkich możliwych bloków informacyjnych przeklinając przy tym „skurwysynów z Federacji”.
Dochodziło południe, gdy Gituri zerwał się z łóżka obudzony przez robota. Przebrał się i spojrzał w zdobione srebrnymi ornamentami lustro. Był wątłym czarnowłosym dwudziestolatkiem o dość wysokim wzroście i rozmarzonym spojrzeniu. Często zastanawiał się nad swoim życiowym powołaniem. Jako dziecko chciał, gdy dorośnie powrócić na Alderaan i studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie, ale ze względu na dzielący obydwie planety dystans jego rodzice nie pozwolili mu zrealizować tego marzenia. Mimo to obiecał sobie, że gdy skończy studia uda się z powrotem w swoje rodzinne strony i tam założy rodzinę.
Spojrzał na zegarek i jak oszalały wypadł z mieszkania- znowu się spóźni.
Gdy dotarł na wyznaczone miejsce wszyscy już na niego czekali. Pospiesznie zsiadł z niedawno zakupionego ścigacza i przywitał się z trójką swych najlepszych przyjaciół.
- Jak zawsze spóźniony, co?- zaśmiał się Rewito, najbardziej punktualny z nich wszystkich.
- No, niestety- odrzekł Gituri i wszyscy parsknęli śmiechem.
Znali się od wczesnych lat młodości, i właściwie nie mieli przed sobą tajemnic. Bardzo lubili się razem spotykać, a wspólne rozmowy tylko ubogacały ich przyjaźń. Jako miejsce weekendowych schadzek wybrali malowniczą, otoczoną wodospadami polanę pełną pięknych wonnych kwiatów.
- Co myślicie o tej całej blokadzie?- zagadnął towarzyszy Rewito, który nie dość swojego pedantyzmu bardzo interesował się polityką.
- Nie ma o czym myśleć,- zaśmiał się czarnoskóry chłopak imieniem Ykreti, który właśnie podawał przyjaciołom puszki z niskoprocentowym napojem.- Federacja jest zdesperowana do tego stopnia, że aby wymusić na Senacie zdjęcie podatku gotowa nas zaatakować.
- Zaatakować?- zdziwiła się Emidula, omal nie krztusząc się. Była jedyną dziewczyną w całym ich gronie. – Nigdy by nas nie zaatakowali, są zbyt „moralni”, poza tym to Wicekról obawia się Królowej Amidali i Senatu.
-Dajcie już spokój,- rozgniewał się Gituri,- dość nasłucham się tego w domu. Zobaczcie, jaka piękna jest pogoda, wyluzujcie się i znajdźcie jakiś lepszy temat.
Miał rację, tego dnia pogoda im dopisała. Promienie słoneczne delikatnie ich ogrzewały, chłodny wietrzyk owiewał im twarze, a szum wodospadów delikatnie koił ich zmysły.
Przyjaciele bardzo długo rozmawiali o najnowszych utworach słynnych grup muzycznych i o kinowych nowościach, popijając przy tym drinki. Nagle po ponad półtorej godzinie dobrej zabawy nad ich głowami przeleciała formacja myśliwców kierująca się w stronę Theed i potwornie przy tym hałasując..
- Co to do cholery? – zdziwił się chłopak.-Czy to nasi?
-Raczej nie..- mruknął Rewito- lecieli za szybko.
-Widzieliście znakowania?- zaskrzeczała Emidula.
Nagle towarzysze zauważyli wielkie jednostki desantowe lądujące w oddalonym o kilkaset metrów lesie.
- Co się dzieje?- krzyczała spanikowana dziewczyna.
- Mówiłem, mówiłem wam, to inwazja..- ożywił się Rewito.
-Och zamknijcie się wszyscy!- uspakajał przyjaciół Ykreti.- Cokolwiek to jest, to proponuję wracać do miasta, bo tu bynajmniej nie jest bezpiecznie.
Gdy grupa powróciła do miasta sprawiało ono wrażenie opuszczonego. Wszyscy mieszkańcy najwyraźniej przerażeni zaistniałą sytuacją pochowali się w swoich domach.
-Jak myślisz Gituri, będzie bitwa o Theed?- zapytała jego przyjaciółka, gdy dwadzieścia minut później byli już bezpieczni w swoich domach.
-Raczej nie. Z tego co słyszałem, to Królowa nie jest zwolenniczką działań wojennych- powiedział i westchnął- prędzej odda miasto w ręce wroga.
Jednak rozmowa nie trwała długo, gdyż nagle coś zaczęło przerywać ich połączenie. Chłopak się rozłączył i położył spać.
Zbudziła go podekscytowana matka, która wpadła do domu robiąc niemiłosiernie dużo hałasu. – UCIEKŁA MÓWIĘ WAM, ŻE UCIEKŁA!!
Chłopak obudził się i sennie spojrzał za okno. Było już po zmroku. Wyszedł do kuchni, gdzie jego rodzicielka opowiadała coś dynamicznie swojemu mężowi.
- Co się stało?- spytał półprzytomnie.
-Witaj synuś!- przywitała go jak zawsze ciepło.
-Dlaczego tak późno wróciłaś?- matka Gitura pracowała w królewskiej kancelarii, jako sekretarka jednego z wysokich dostojników korony i zazwyczaj wracała do domu późno, ale nigdy przed zmrokiem.
- Nie mogłam wcześniej. Do naszego biura wpadły te okropne droidy i nie pozwoliły nam wyjść.
-Aresztowali was?- zdziwił jej mąż.
- Nie, ale chcieli nas wszystkich spisać, a że to trochę trwało, to wróciłam dopiero teraz.
-Kurcze...- zdziwił się chłopak, który jeszcze nie za bardzo trzeźwo myślał.
- Najlepsze jednak jest to czego dowiedziałam się, gdy mnie już wypuszczono- tryumfalnie oznajmiła synowi.
- To znaczy co?
- Jena z moich przyjaciółek powiedziała mi, że jej mąż był świadkiem ucieczki Królowej Padme Amidali.
Po pewnym czasie okazało się, że okupant ma zamiar udowodnić swoją wyższość nad mieszkańcami Naboo. Po kilku dniach w obawie przed powstaniem opozycji zawieszono działalność uniwersytetów, kin i teatrów. Wprowadzono godzinę policyjną i rozesłano droidy, aby patrolowały każdy skrawek ziemi.
Gituri, który dotychczas nie przywiązywał wielkiej emocjonalnej wagi do spraw dotyczących Naboo uważając siebie bardziej za rodowitego obywatela Alderaan odnalazł w sobie przywiązanie do planety na której spędził większość życia. Aby czynnie przysłużyć się swojej „drugiej ojczyźnie” chłopak przyłączył się do podziemnego ruchu oporu organizowanego przez byłych żołnierzy Ochotniczej Straży. Razem ze wszystkimi przyjaciółmi z zachowaniem najwyższych środków ostrożności chodził na tajne zebrania gdzie planowano małe akcje dywersyjne. Polegały one głównie na zdobywaniu pożywienia (którego zaczynało brakować) i na szkoleniach mających na celu przygotować ich do walki. Udało się im bowiem odnaleźć spore zapasy broni, ukrytej jeszcze przed poddaniem miasta.
- Otrzymaliśmy niepokojące wieści od jednego z naszych szpiegów- oznajmił na jednym z tajnych spotkań ich dowódca. –Nasi wrogowie, odkryli podwodne miasta Gungan. Nasz człowiek twierdzi, że wróg planuje wyłapanie wszystkich przedstawicieli tego gatunku-westchnął i po namyśle dodał.- Wiem, że wielu z was nie lubi lub wręcz nienawidzi tej rasy. Ale jesteśmy zmuszeni, my jako dowództwo podziemia przeprowadzić akcję, która zapewni przetrwanie choć garstce tych stworzeń. Musimy ich ostrzec o niebezpieczeństwie.
- A niby jak mamy tego dokonać?- zapytał jakiś blond włosy siedemnastolatek wstając z miejsca- przecież nikomu nie wolno wyjść, ani wejść do miasta, a tym bardziej nie jest możliwe dostanie się do Gungan., kto wie jak oni nas potraktują.
- Słuszna uwaga- powiedział dowódca gestem dając znak chłopakowi, aby usiadł.- Dlatego potrzebujemy trzech ochotników.
Słowo ochotników wywołało na sali prawdziwą burzę. Ludzie zaczęli chaotycznie wymieniać między sobą uwagi dotyczące tej misji. Gdy jednak wrzawa ucichła, spośród zgłaszających się osób wybrano trzy osoby. Był to Gituri, owy pesymistyczny blondyn i jakaś śmiesznie wyglądająca ruda kobieta, która na oko miała gdzieś około 30 lat.
Tego wieczoru Gituri miał otrzymać więcej szczegółów dotyczących akcji. Siedział w miejscowej kantynie wsłuchując się w rytmiczną muzykę wygrywaną przez orkiestrę i sączył napój. Zastanawiał się, czy uda im się wydostać z miasta i w jaki sposób ostrzegą zagrożone miasto.
Nagle do jego stolika podeszła znana mu ruda kobieta i usiadła na jednym z wolnych krzeseł.
- Mam przekazać ci szczegóły- wyszeptała pochylając się nisko.
- Miło- odrzekł obojętnym tonem chłopak i spróbował skupić całą swoją uwagę, na słowach, które za chwile wypowie jego partnerka.
-Więc- wzięła głęboki oddech.- Jutro punktualnie o czwartej spotykamy się wszyscy pod bramą północną. Sprzęt i broń otrzymamy na miejscu.
- Super, ale mam dwa pytania- powiedział spokojnym tonem Gituri odkładając pustą już szklankę.- Jak macie zamiar skontaktować się z Gunganami i wreszcie jak wrócimy do miasta.
Kobieta zrobiła zdziwioną minę, a po chwili rzekła.- O ile z wyjściem nie powinno być problemu, bo po prostu się przedrzemy, to jeśli chodzi o powrót i o kontakt, to nie otrzymałam jeszcze instrukcji.
Następnego dnia o wyznaczonej porze chłopak udał się w kierunku bramy północnej. Gdy dotarł na miejsce zauważył, iż roboty patrolowe leżą już powalone na ziemi, a jego partnerzy nerwowo czegoś wypatrują.
-Idzie!- zawołał blondyn.
-Nie wierzę- pomyślał Gituri-znów się spóźniłem.
Jak tylko otrzymał swój blaster ruszyli w drogę. Postanowiono, żeby nie zwracali na siebie uwagi z miasta pójdą pieszo, aż do lasu, gdzie ukryto trzy ścigacze, dzięki którym w miarę szybko dotrą do celu.
- Oto szczegóły akcji- przerwała milczenie trzydziestoletnia kobieta.- Ponieważ nie możliwe jest dotarcie do podwodnych miast, dowództwo poleciło nam odnalezienie jednego z „świętych miejsc” Gungan i przekazanie ostrzeżenia jakiemuś kapłanowi, którego jak mniemam powinniśmy tam znaleźć.
-A jak nie znajdziemy?
- Proszę cię Gituri, nie bądź taki pesymistyczny. Nie dość, że się spóźniłeś, to jeszcze narzekasz.- odezwał się tajemniczy blondyn, który wydawał się robić wrażenie bardzo zdenerwowanego.
- On ma rację- powiedziała kobieta- a przy okazji jestem Redne.
-Miło mi- powiedział przygaszony chłopak.
Gituriego zdziwiło to, że nigdzie nie było powietrznych patroli, które teoretycznie powinny pilnować okolice miasta. Napawało go to bardzo złym przeczuciem, które nie dawało mu spokoju. Oczywiście nie powiedział o swoich podejrzeniach nikomu z towarzyszy, gdyż nie chciał wyjść na totalnego tchórza i panikarza. Po jakimś kwadransie uciążliwego marszu dywersanci dotarli do miejsca ukrycia pojazdów. Po środku lasu na niewielkiej polanie stały trzy ścigacze identyczne do tego, którego posiadał Gituri. Gdy tylko weszli na polanę ich blond tajemniczo milczący partner wyciągnął broń i wycelował nią w swoich towarzyszy.
-Co do..- nie zdążyła dokończyć Redne, gdyż za krzaków wyszły najwyraźniej dotychczas ukryte droidy. Agenci zostali otoczeni.
- Ty zdrajco..- wykrzyknął Gituri i baz namysłu strzelił w kierunku blondyna. Ten rażony promieniem z blastera, zaskoczony padł sztywno na ziemię. Jednak roboty nie pozostały dłużne i natychmiast otworzyły ogień ciężko raniąc chłopaka. Nagle polaną wstrząsnął potężny wybuch rozrzucając ręce i nogi droidów we wszystkie strony. To Redne zachowała zimną krew i zrobiła użytek z detonatorów, które szczęśliwym zbiegiem okoliczności wzięła ze sobą.
Jednak jej partner miał mniej szczęścia. Rażony promieniami blastera padł na ziemię ciężko ranny..
- Jesteś cały?- zapytała kobieta pochylając się nad poszkodowanym.
-Chyba pierwszy raz w życiu miałem szczęście- wyszeptał.
- Najwyraźniej- powiedziała Redne, która zdawała się nie podzielać jego optymizmu.
- Dasz radę?
-Chyba tak- powiedział chłopak i spróbował się podnieść.
Zadawało się, że Moc im sprzyjała, gdyż od zniszczenia uchował się jeden ścigacz, co umożliwiło im kontynuowanie misji. Jednak z każdą chwilą stan Gituriego pogarszał się. Chłopak czuł jak siły go opuszczają, ale chęć wypełnienia zadania dodawała mu energii i wzmacniała jego wytrzymałość. Po niedługim jednak czasie stracił przytomność.
Obudził się w jakiejś obskurnej piwnicy. Mimo, iż leżał na jakiejś materii czuł przesiąkającą przez nią wilgoć i chłód. W powietrzu unosił się silny zapach stęchlizny, a głucha cisza była bardzo niepokojąca. Chłopak chciał wstać i wtedy zauważył, iż jego rany są staranie opatrzone.
Nagle usłyszał, że ktoś się zbliża. Odruchowo rozejrzał się za swoją bronią, ale nigdzie jej nie dostrzegł. Z cienia wyłoniła się znana mu osoba.
- Ykreti, przyjacielu, jak dobrze cię widzieć- zawołał uradowany.
-Nie ciesz się tak, nie ciesz- ostudził go czarnoskóry przyjaciel.
- Co się stało?
Po twarzy Ykretiego widać było, że nie bardzo chce odpowiedzieć na to pytanie.
-Wszystkich wyłapali i pozamykali w obozach- westchnął.
- Jak to wszystkich?
- Redne, Emidule, Rewita, wszystkich. Mój ojciec(były członek straży) szczęśliwie dla ciebie zgodził się udzielić ci schronienia.
Przez następne kilka dni Gituri dochodził do siebie po ranach otrzymanych w nieudanej akcji. Ciągle dowiadywał się o nowych aresztowaniach i o terrorze, który wprowadzała Federacja.
Jego rany goiły się bardzo szybko tak, iż był już w stanie swobodnie się poruszać. Z rozmowy ze swoim jedynym pozostającym na wolności przyjacielem dowiedział się , że nie długo po tym jak stracił przytomność Redne udało się odnaleźć jednego z kapłanów i przekazać mu ostrzeżenie. Z relacji Ykretiego wynikało, iż nie był on skłonny jej uwierzyć, wręcz zagroził, że rzuci na nią jakiś urok. Nie miała wyjścia, musiała wracać do miasta, gdyż dalsze nakłanianie upartego Gunganina nie miało sensu, a stan jej partnera pogarszał się z minuty na minutę.
Po kilku dniach, gdy stan Gituriego znacznie się poprawił a po dawnych obrażeniach nie pozostało ani śladu. Do piwnicy zszedł dobrze zbudowany wysoki czarnoskóry mężczyzna.
-Witam!- zaczął. –Jestem ojcem Ykretiego.
-Bardzo mi miło, dziękuję za schronienie.
-Nie masz za co dziękować chłopcze- westchnął mężczyzna i dodał- wybacz za te niewygody, ale niestety tu jesteś najbezpieczniejszy. Wicekról wprowadził w mieście wielki terror. Aresztowano prawie wszystkich członków naszego ruchu oporu, więc wolałem nie ryzykować.
-Rozumiem- oznajmił szczerze Gituri, który nie chował żalu do człowieka, który był ojcem jego przyjaciela, a na dodatek uratował go przed aresztowaniem.
-Jednak nie przyszedłem tu tylko po to, żeby się tłumaczyć. W czasie ostatnich dni wiele się wydarzyło.
-To znaczy? - zdziwił się chłopak, który miał wrażenie, że przegapił coś istotnego.
- Królowa wróciła- na te słowa Gituri pobladł.- Udało jej się zawrzeć sojusz z Gunganami i zamierza wyprzeć stąd Federacje.
- Co ja mam z tym wspólnego?
Po jego słowach mężczyzna wyjął ze swojej torby coś, co wyglądało jak uniform.
- Słyszałem o twojej odwadze, gdy wpadliście w zasadzkę. Pomyślałem więc, że chciałbyś dołączyć do Ochotniczej Straży i wziąć udział w walce.
- To byłby wielki zaszczyt. Dziękuję.
Rynek Królewskiego Miasta Theed.
To tu miała rozegrać się bitwa między ruchem oporu, a wojskami chroniącymi Wicekróla. Gituri zauważył dwóch rycerzy Jedi.- Z nimi na pewno wygramy- pomyślał.
Jeszcze chwila, a się zacznie. Straszliwa bitwa, od której wszystko będzie zależało. Chłopak czuł narastające napięcie wśród swoich towarzyszy. Wyciągnął z kabury swoją broń i przygotował się do walki. Był odziany w prawdziwy mundur ochotniczej straży wykonany z brązowej i czarnej skóry- mało skuteczny pancerz.
Na plac podjechała jednostka wsparcia i otworzyła ogień w kierunku stacjonującej przed pałacem armii. Wszyscy rzucili się do przodu strzelając w nieprzyjacielskie droidy. Gituri kontem oka zauważył, jak rycerze Jedi dosłownie torują sobie przejście swoim niesamowitym orężem. Chłopak, nie chciał być gorszy, więc również zaczął strzelać w śmiercionośne roboty. Powalił jednego, drugiego, piątego. Poczuł, że jest naprawdę dobry.
Gdy Królowej w asyście Jedi udało się wejść do środka na placu rozpętało się piekło. Niewiadomo skąd nadbiegły nowe roboty, a siła ognia straży była coraz słabsza.
Nagle Gituri poczuł okropne pieczenie w okolicach mostka. Szybko zorientował się, że został trafiony. Upadł na kolana i rozejrzał się z niedowierzaniem dookoła. Ludzie zajęci walką nie zauważyli padającego. Głosy cichły, a obraz zaczął zanikać. Wtem przypomniał sobie swoją ojczystą Alderaan i zdał sobie sprawę, że już nigdy na nią nie powróci, że jego marzenia legły w gruzach, a on sam nic już nie może na to poradzić. W tej jednej chwili padł na ziemie jak kłoda kuląc się z bólu, przez łzy wykrzyknął tylko- ZA WASZĄ I NASZĄ WOLNOŚĆ!



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 4,43
Liczba: 7

Użytkownik Ocena Data
Hego Damask 7 2007-07-11 16:39:48
Dorg 6 2007-10-05 20:44:00
Kasis 6 2007-08-05 18:02:33
mgmto 6 2007-07-12 14:14:25
Darth Edziaszka 3 2017-06-23 03:31:41
Carno 2 2008-12-21 22:27:55
Lord Jabba 1 2010-02-25 09:41:23

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (6)

Tekst utrzymany w stylu literatury młodzieżowej... i przez młodzieńca pisany, co widać. Sam pomysł nie najgorszy, jednak wykonanie... 2/10 i czekamy, aż autor nieco podrośnie i doszlifuje swój styl :)

Dobry pomysł, ale styl pisania małego dziecka:)

Wydaje mi się, że akcja tego opowiadania dzieje się za długo w porównianiu z Mrocznym Widmem, ale mogę się mylić.
Jest tu też sporo błędów i miejscami niewyrobiony jeszcze język. Jednak sam pomysł jest dość ciekawy, w sumie nigdzie nie opowiedziano tego jak powstawał ten ruch oporu na Naboo.

Czy ja wiem? Styl niezbyt wyrafinowany... Robic "niemilosiernie duzo halasu". Poza tym widze troche klopotow z pisaniem w jednym czasie. Srednie takie... 5/10

Autor ciągle powtarza wyrazy "wyjdźmy z miasta. Kiedy wyszli z miasta" itp. Po za tym dosyć dobrze

dosyć dobre, gdyby nie te wstawki z naszego języka: "super", "kurczę" i "s...syny" :D

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.