Twórczość fanów

Ostatni lot. Ciąg dalszy

Autor: Sol Kyrken




Veers nie miał zamiaru czekać na pewną śmierć. Wiedział, co grozi za nieudolność w armii Imperium i nie chciał doświadczyć tego na własnej skórze. W swojej prywatnej kabinie zdjął oficerski uniform i przywdział zwykły, cywilny strój. Z lekkim żalem spojrzał na komandorskie insygnia, wiedział jednak, że już nigdy nie będzie mógł się nimi pochwalić. Zatknął mały, poręczny blaster za pas. Miał mało czasu. Szybko opuścił kabinę i udał się w kierunku hangarów, gdzie znajdowały się gotowe do lotu myśliwce TIE. Do ściany hangaru przylegały szafki z kombinezonami. Myśliwce były zbyt małe, by dostarczać tlen pilotowi. Veers wybrał kombinezon zbliżony rozmiarem do jego sylwetki i pośpiesznie założył go na siebie. Trzymając hełm w ręku wspiął się do kokpitu najbliższego myśliwca. Kokpitu, w którym przeżył tyle wspaniałych, chwalebnych chwil jako dowódca eskadry. Odrzucając wspomnienia na bok skontaktował się przez swój osobisty komlink z jednym z techników.
- Otworzyć hangar, natychmiast!
- Tak jest, komandorze. – odpowiedział, nie bez zdziwienia, technik.
Wrota hangarów zaczęły się powoli rozsuwać. Veers założył hełm pilota i włączył silniki myśliwca. Gdy szczelina stała się na tyle duża, by przez nią przelecieć, były już kapitan imperialnej marynarki pomknął w otwartą przestrzeń kosmiczną, zostawiając za sobą całą dotychczasową karierę wojskową i reputację. Wiedział, że przez pewien czas będzie musiał się ukrywać – dezercja była surowo karana przez Imperium. Jednak myśl o zupełnie nowym, szczęśliwszym życiu napawała go optymizmem.
W tej samej chwili zorientował się, że tak naprawdę nie ma gdzie polecieć. Myśliwce typu TIE były za małe żeby dokonać skoku w nadprzestrzeń, a najbliższą planetą był Yavin IV, w całości pokryty gęstą dżunglą. Mógł zdecydować się na mozolną podróż do innego systemu, nie był jednak pewien, czy starczy mu racji żywnościowych. Sytuacja wyglądała na beznadziejną.
W czasie, gdy rozważał różne warianty ucieczki, zauważył niewielki obiekt lecący kursem kolizyjnym do niego. Gdy sylwetka statku stała się wyraźniejsza, Veers bez trudu ją rozpoznał. Przecież to statek piracki! Najprawdopodobniej zwiadowca, gdyż w jego otoczeniu nie było eskorty. Pewnie poszukują osamotnionych krążowników do przejęcia, pomyślał.
Nie miał jednak więcej czasu na zastanowienie, ponieważ pilot pirackiego statku otworzył do niego ogień. Dawne odruchy zadziałały błyskawicznie – szybka seria uników pozwoliła Veersowi uniknąć trafienia. Przeciwnik nie zrezygnował jednak z ataku. Próżnie przecięły kolejne strzały z lasera. Veers wykonał natychmiastową świecę, jednak nie na tyle natychmiastową, by uchronić się przed trafieniem. Jedna z laserowych smug przeszyła kruchą konstrukcję prawego skrzydła. Veers stracił panowanie nad myśliwcem, który zaczął obracać się wokół własnej osi. Silniki przestały pracować poprawnie, a powierzchnia Yavinu zaczęła się coraz bardziej zbliżać...

* * *

Kapitan Fangens był wyraźnie poddenerwowany. Teraz, kiedy ta niedojda Veers prysnął jak vrelt przed światłem, to ja będę tu za wszystko odpowiadał, pomyślał. Oczekując w hangarze na lądującego skyhooka wymyślał właśnie wersję wydarzeń odciążającą go od wszelkiej winy. W końcu zdecydował: przecież nie muszę niczego wymyślać. Wszystkiemu winien jest ten dureń Veers, nikt inny. To on dał się nabrać na tą pieprzoną sztuczkę i to on powinien ponieść karę!
Nie, tak łatwo nie będzie. Vader, nie mogąc posłużyć się Veersem jako przykładem wybierze jego. Co za nędzny tchórz z tego Veersa! Będę miał cholerne szczęście jeśli wyjdę z tego w jednym kawałku.
Jego rozmyślania jak wibroostrze uciął dźwięk lądującego skyhooka i otwierającego się włazu. Z czeluści statku wyłoniła się postać będąca prawą ręką Imperatora, koszmarem ze snów każdego oficera. W hangarze rozbrzmiał odgłos sztucznie wspomaganego oddechu. Mroczny Lord Sith w swoim czarnym kombinezonie i błyszczącej masce tego samego koloru zszedł po stopniach Skyhooka i stanął na powierzchni hangaru.
- Panie... – Fangens przemówił drżącym głosem przyjmując klęczącą pozycję.
- Do rzeczy – Sith machnął lekceważąco ręką. W przeciwieństwie do Palpatine’a, Vader żywił głęboką pogardę dla dworskich gestów i formułek. – Czy to wy macie tych dwóch rebeliantów?
- Tak, lordzie Vader... A właściwie mieliśmy.
- Co masz na myśli, kapitanie? – spytał Vader głosem, który byłby w stanie spowodować obfite opady śniegu na Tatooine.
- My... to znaczy komandor Veers pozwolił im uciec.
To dlaczego nie rozmawiam teraz z komandorem Veersem?
- Komandor Veers... Uciekł. – odpowiedział Fangens z miną, jakby chciał dodać: „To nie moja wina!”
- Chcesz powiedzieć, że na okręcie doszło do dezercji?
- Tak, lordzie Vader. Komandor Veers dość często dawał pokaz swojej... Nieudolności. - gdy poczuł na swoim gardle zaciskającą się pięść zorientował się, że posunął się za daleko. Nie przekraczaj swoich kompetencji, kapitanie Fangens. Nie do ciebie należy ocena pracy oficerów, na dodatek wyższych stopniem od ciebie.
Fangens z trudem łapał oddech, próbując wykrzsztusić słowa odpowiedzi.
- Tak... Jest...
Oczy Fangensa zaczęły zachodzić mgłą. Krew przestała dochodzić do mózgu, przez co powoli tracił świadomość. Chyba się z tego nie wygrzebię, pomyślał. Jedyne co zaczynał widzieć to ciemne plamy, przez które majaczyła zniekształcona rzeczywistość.
Po krótkiej chwili, która dla Fangensa wydawała się wiecznością, niewidzialna siła zwolniła swój morderczy uścisk. Kapitan nabierając łapczywie życiodajne hausty powietrza opadł na kolana. Vader bez słowa obrócił się i wraz ze swoją obstawą skierował się do mostka dowodzenia. Pewnie chce ustalić pełen przebieg wydarzeń, pomyślał Fangens. Tego już chyba nie przeżyję...

* * *

- Kapitanie, Rix wrócił!
X’aar leniwie podniósł ociężałe powieki. Budząc się z pijackiego snu, dostrzegł sylwetkę swojego rodiańskiego asystenta, Keebo. Przez chwilę wpatrywał się w niego błędnym wzrokiem, by w końcu przypomnieć sobie, o co chodzi tej zielonej niezdarze.
- Co? Rix... Ach, tak, Rix, nerfia jego mać! Czekaj na mnie w mostku dowodzenia, łamago! Tak jest, kapitanie! – Zasalutował Rodianin i opuścił kajutę. X’aar jęcząc podniósł się z twardej koji, po czym efektownie poślizgnął się na jednej z wielu leżących na podłodze pustych butelek po alderaańskim piwie. Podniósł się, klnąc szpetnie po huttańsku, i ubrał swój „mundur”, którym była stara, wyświechtana, zielona kurtka. Przeglądając się w pękniętym lustrze wygładził tłuste, niemyte od wielu tygodni włosy. Spoglądając po raz ostatni w zwierciadło, zrobił najbystrzejszą minę, jaką potrafił. Najwyraźniej jednak uznał, że z intelektem mu nie do twarzy, zaraz bowiem wrócił do stanu normalnego, przy którym trudno go było odróżnić od Gamorreanina. X’aar, mimo, że był człowiekiem raczej wolno myślącym, dorobił się uznanej sławy wśród piratów. Dzięki swojej brutalności i bezwzględności jego krążownik, „Pazur Zemsty” zyskał sobie ponurą sławę w galaktyce.
Nie brakowało też jednak problemów. A największym z nich było przeludnienie statku. Załoga spała w przeładowanych jukach, w smrodzie potu, uryny i taniego alkoholu. Może wreszcie złapiemy jakąś grubszą sztukę, która nadawałaby się na drugi krążownik, rozmyślał X’aar, kierując się do mostka dowodzenia. Jego umysł powoli wracał do pracy nękany porannym kacem. Dowódca piratów nalał sobie wody do szklanki, po czym jednym haustem wypił całą jej zawartość. Wyrzucił za siebie szklane naczynie, które rozbiło się pod nogami Keeba. Rodianin zaczął zbierać kawałki szkła, kalecząc przy tym swoje niezdarne, zielone palce, co wywołało ogólną wesołość załogi mostka. Na wielkich, fioletowych oczach dostrzec można było kropelki łez.
- Spieprzaj stąd, mazgaju! – bezceremonialnie warknął X’aar – To nie miejsce dla takich frajerów jak ty.
- Tak jest, kapitanie... – drżącym głosem odpowiedział Keebo, po czym oddalił się do swojej koi.
- Jakie są wieści od Rixa? – X’aar zapytał się łącznościowca.
Rix melduje, że w pobliżu Yavina krąży osamotniony, słabo uzbrojony Acclamator. Mówi, że byłby doskonałym celem. Podczas zwiadu natrafił na jednego TIE, jednak zdołał go zestrzelić.
- Trzeba się będzie śpieszyć – powiedział dowódca piratów. Acclamator nadałby się jak ulał do jego planów i nie mógł przepuścić takiej okazji. Miał wystarczająco liczną załogę, żeby dokonać abordażu. Zdobyte TIE po przeróbce jeszcze bardziej wzmocniłyby jego siłę uderzeniową, szczególnie, że już teraz brakowało myśliwców dla niektórych pilotów – Pobrać wytyczne od Rixa i dokonać skoku w nadprzestrzeń, natychmiast!
Zaczynał już snuć plany o potędze i władzy. Wyobrażał sobie siebie jak stoi na czele floty pirackiej, szerzącej gwałt i terror w galaktyce. Zdawał sobie sprawę, że zdobycie Acclamatora będzie go kosztowało wiele wysiłku. Z pewnością straci wielu ludzi, jednak miał nadzieję, że co mądrzejsi imperialni przyłączą się do niego. Reszta, niestety, będzie musiała bliżej zapoznać się z lokalną przestrzenią kosmiczną, pomyślał.
Usłyszał sygnał alarmowy, nakazujący przygotowanie się do skoku w nadprzestrzeń. Po chwili w „Pazurze zemsty” można było poczuć gwałtowne szarpnięcie, po którym gwiazdy w iluminatorach zmieniły się w podłużne białe smugi. Tak, ta wyprawa wiele zmieni, pomyślał X’aar.
Nawet nie wiedział jak bardzo.

* * *

Vader przechadzał się wściekły po mostku dowodzenia. Po raz kolejny wymknęli się ważni Rebelianci, a to wszystko przez niekompetentną załogę. Gdyby tylko miał pozwolenie od Imperatora, już dawno wysłałby ich w pustkę kosmiczną bez skafandrów próżniowych. Takiego pozwolenia niestety nie miał.
- Kapitanie Fangens, przejmuje pan dowodzenie nad tym okrętem. Jeśli podczas następnej inspekcji spotkam się z takim bałaganem, zaręczam, nie będę tak wyrozumiały.
- Tak jest, Lordzie Vader – odparł podenerwowany Fangens.
Tymczasem Vader odwrócił się do jednego ze swoich agentów.
- Nie możemy też tolerować dezercji komandora Veersa. Za kilka godzin w Holonecie ma się znaleźć informacja o nagrodzie za jego głowę w wysokości stu tysięcy kredytów. Dodaj przy tym, że żywy nie jest nam konieczne potrzebny.
- Tak, jest. – zasalutował prężnie agent.
Czarny Lord skierował spojrzenie na drugiego tajniaka.
- To, z czym nie mogła sobie poradzić nieudolna załoga tego okrętu, także zrobią za nich łowcy głów. Czy znamy tożsamość pilota statku, który nam uciekł?
- Prawdopodobni nazywa się Sol Kyrken – odpowiedział szpieg – To szmugler, najemnik, szuler, typowy zawadiaka z Nar Shaddaa.
- Może on wyjawi nam kryjówkę Rebeliantów. Wyznaczcie za niego nagrodę dwa razy wyższą niż za Veersa. Zaznaczcie przy tym, że dezintegracja nie wchodzi w grę – martwy na nic się mi nie przyda.
- Tak jest, Panie – skłonił się służalczo agent.
Gdy obaj tajniacy odeszli, Vader z zadumą zaczął wpatrywać się w iluminatory okrętu. Otwarta przestrzeń kosmiczna zawsze skłaniała go do przemyśleń. Wraz z nastaniem Nowego Ładu era Jedi zakończyła się. Nieliczni z rycerzy Zakonu, którzy przeżyli rozkaz sześćdziesiąty szósty i póżniejsze polowania Vadera, albo utracili kontakt z Mocą, albo stracili wszelką nadzieję i zaszyli się na Odległych Rubieżach starannie ukrywając swoją tożsamość. A to oznaczało, że lista potencjalnych godnych przeciwników dla sługi Sidiousa zmalała niemal do zera. Od kiedy zabił ostatnich Jedi, którzy próbowali odbudować zakon, nikt nie stanowił dla niego poważnego zagrożenia. Pogłębianie tajników Ciemnej Strony, nie mogąc wykorzystać ich w walce, doprowadzało go do frustracji.
Miał jednak nadzieję, że nie wszyscy zginęli. Liczył, że w końcu wyjdą z ukrycia, a wtedy czerwona klinga jego świetlnego miecza znów skrzyżuje się z barwnym ostrzem Jedi. Może nawet sam Yoda się ujawni? Sidious nie zabił go przecież podczas walki w Rotundzie. Może któryś z nich okaże się na tyle silny, by stać się jego uczniem? Może po tylu latach służby u Palpatine’a on sam stanie się mistrzem? Razem ze swym sprzymierzeńcem zabiliby podstarzałego Sidiousa i on, Lord Vader, zasiadłby na tronie Imperium Galaktycznego. Od ponad dziesięciu lat czekał na taki moment. Czasem tracił nadzieję, że kiedykolwiek wyrwie się z mrocznych sideł swojego mistrza. Czasem jednak widział, jak szybko wzrasta jego potęga. Gdy dokonywał mordu w świątyni Jedi, był jedynie marionetką w pokrętnych dłoniach Ciemnej Strony. Teraz był już Sithem. Był potężniejszy, niż mógł to sobie wyobrazić będąc Jedi. Mógł kontrolować moc, a nie tylko wykorzystywać jej działanie, jak zwykł robić to w Zakonie. To nie on był sługą Mocy, lecz Moc służyła jemu.
Ciemna Strona bywała też kapryśna. Wystarczyło spojrzeć na Palpatine’a. Moc zniszczyła jego ciało w takim stopniu, że stał się nie tyle człowiekiem, co jego wrakiem i karykaturą. Vader nie miał najmniejszego zamiaru podążać jego śladem. Przeciwnie, już teraz wykorzystywał Ciemną Stronę, żeby wyrwać się ze swojej czarnej zbroi, utrzymującej go przy życiu. Co prawda na razie wytrzymywał poza nią niecałą minutę, jednak wiedział, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym będzie mógł ją po prostu wyrzucić. A wtedy stanie się równie potężny co sam Imperator.
Jego rozmyślania przerwał kapitan Fangens.
- Lordzie Vader, zostaliśmy zaatakowani przez piratów!
Vader spojrzał ponownie przez iluminator i zobaczył chmary jednostek pirackich ostrzeliwujących okręt. Mostek dowodzenia zadrżał od trafień torped protonowych.
- Otworzyć hangary! Przygotować myśliwce do ataku! – zabrzmiał jego złowieszczy, generowany przez wokoder głos.
W tej samej chwili wszyscy doznali gwałtownego wstrząsu, o wiele silniejszego od poprzednich.
- Lordzie Vader! – odezwał się jeden z techników – Właśnie straciliśmy wszystkie silniki, a w głównym hangarze wylądowała duża jednostka piracka!
- Szykują się do abordażu. – domyślił się Vader, a widząc Fangensa zamierzającego zejść ze swoimi ludźmi do hangaru, zatrzymał go gestem dłoni. – Nie, kapitanie. Ja się tym zajmę – powiedział przywołując do siebie eskortę, składającą się z ośmiu szturmowców.
Może przybycie tu nie było aż tak bezowocne, pomyślał.

* * *

X’aar był naprawdę zadowolony. Jego ludzie zdołali zdezaktywować silniki nadświetlne i podświetlne Acclamatora jeszcze zanim wszystkie myśliwce TIE zdążyły opuścić hangar. Teraz wszystko powinno pójść jak z płatka. Razem ze swoimi najlepszymi ludźmi podchodził do lądowania pokładową korwetą w głównym hangarze okrętu. Abordaż powinien przejść szybko i bezboleśnie. Załoga takich jednostek zazwyczaj nie jest przeszkolona do walki bezpośredniej. Lekkie szarpnięcie oznaczało, że ich pilot, Sullustianin Yencko, posadził maszynę na powierzchni hangaru. Właz wyjściowy z donośnym sykiem otworzył się przed X’aar’em ukazując mu pedantycznie czyste wnętrze Acclamatora. On sam nigdy nie dbał o higienę na pokładzie „Pazura Zemsty”, dlatego takie widoki zawsze wprawiały go w stan obrzydzenia. Niedługo wszystko się tu zmieni, pomyślał.
Jako pierwszy wyszedł z dusznej korwety. Jego nozdrza zaatakowało wysterylizowane powietrze, wypełnione nieprzyjemnym zapachem środków dezynfekujących. X’aar ścisnął mocniej w dłoniach swój wysłużony karabin laserowy, gotów godnie przywitać wroga. W hangarze panowała jednak głucha cisza, a oprócz pirackiego statku znajdował się tam jedynie osamotniony myśliwiec TIE i Skyhook. Za X’aar’em wyszli następni piraci, w tym jego najbardziej zaufani ludzie, którzy stanęli po jego bokach: Abyssin Ko’dor, nerwowo poruszający swoim jedynym okiem i dzierżący w swoich muskularnych ramionach sporych rozmiarów działo laserowe, dwaj ludzcy bliźniacy, Jon i Cal Jersen’owie, byli łowcy nagród, Wookie Lasyyr, wymachujący groźnie wyglądającą kuszą i Dug Kastare, który oprócz blastera, świetnie władał wibroostrzami.
Taka ferajna mogła wzbudzić strach u najgroźniejszego przeciwnika. Pozostali piraci zajęli pozycje za nimi. Z ich oczu pałała żądza mordu i zdobycia pokaźnych łupów. Pierwszy cierpliwość stracił Wookiee. Zaryczał i już miał zamiar popędzić do przodu w poszukiwaniu przeciwnika, jednak X’aar zatrzymał go.
- Ostrożnie , Lasyyr. To może być pułapka. – Na jego twarzy malowało się zaniepokojenie. Dlaczego nikt do nich nie przyszedł?
Cisza stawała się nie o zniesienia. W końcu można było usłyszeć kroki nadchodzących żołnierzy.
- Jest ich około dziesięciu. – stwierdził Cal Jersen.
- Tylko tylu? – Zdziwił się X’aar.
Po paru chwilach okazało się, że Cal nie pomylił się. Przybyszów było dziewięciu, w tym ośmiu szturmowców i jeden idący na czele osobnik, ubrany w czarną, błyszczącą zbroję. Można było słyszeć jego mrożący krew w żyłach, miarowy oddech wspomagany przez urządzenia medyczne wewnątrz kombinezonu. Gdy zbliżył się do piratów na odległość kilku metrów, przeniósł wzrok na ich dowódcę. X’aar poczuł chłód przenikający całe jego ciało od stóp do głów. Reszta załogi także zamarła. Z ust Jona Jersen’a bezwładnie upadł na podłogę na wpół spalony skręt z alderaańskich konopii.
X’aar pierwszy odzyskał głos.
- To ty jesteś dowódcą tego złomu?
- Można to tak określić. – basowy głos nieznajomego wspomagany przez wokoder wprowadził piratów w jeszcze większe przerażenie. X’aar uznał, że musi dać przykład załodze. W takim razie już niedługo. Albo poddasz się dobrowolnie, albo przerobimy twoją zbroję na sedes w mojej kajucie.
- Na twoim miejscu zastanowiłbym się, do kogo mówisz, piracie. – odparł tajemniczy osobnik, grożąc X’aar’owi palcem ukrytym w czarnej rękawicy.
- Kim właściwie jesteś? Człowiekiem? Androidem? A może zwykłym robotem? – zapytał X’aar. Jestem postacią z twoich najczarniejszych snów, kimś, kogo potęgi nie jesteś w stanie sobie nawet wyobrazić.
- Widzę, że jesteś mocny w gębie, przyjacielu. – odpowiedział X’aar. Zauważył panel kontrolny na piersi przeciwnika. Jest pewnie odpowiedzialny za urządzenia podtrzymujące go przy życiu, pomyślał. Wystarczy jeden strzał. Zdziwiło go, że ten dziwak nie nosi przy sobie blastera, lecz urządzenie, wyglądające na rękojeść jakiegoś archaicznego miecza. – Zobaczymy, co z tego jest prawdą. – I wystrzelił.
Wymierzył starannie i precyzyjnie, lecz jego przeciwnik wykazał się nadludzkim refleksem i zdołał zablokować strzał wyciągniętą na sztorc dłonią. To niemożliwe żeby miał tak mocny pancerz, pomyślał X’aar. Nie miał jednak czasu na dłuższe zdziwienie, ponieważ walka rozgorzała na dobre. Ko’dor zrobił użytek ze swojego działa. Pancerz trafionego w klatkę piersiową szturmowca rozleciał się na kawałki a jego ciało przeleciało w powietrzu parę metrów, zanim z głuchym hukiem upadło na podłogę. Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było przestrzenią całkowicie otwartą dlatego obie strony strzelały do siebie jak na strzelnicy. Tajemniczy osobnik w czarnej zbroi chwycił rękojeść miecza, z której wysunęła się szkarłatna laserowa klinga, wydająca nieprzyjemny, buczący dźwięk. Jej właściciel ruszył w samo centrum walki, bez trudu odbijając mieczem smugi laserowych wystrzałów. Zaatakował Lasyyra, który już mierzył w niego wyciągniętą ręką z kuszą. Wookiee był jednak zbyt wolny. Po chwili jęczał, trzymając się jedną ręką za kikut włochatego ramienia. Czarny rycerz niedbałym cięciem uciszył lament Lasyyra, pozbawiając go głowy. W tym czasie za jego plecami Kastare szykował się do wbicia tajemniczemu wojownikowi wibroostrza w plecy. Ten jednak wyczuł to, jakby jego zbroja pozwalała mu odwracać wzrok o sto osiemdziesiąt stopni. Wykonał błyskawiczny obrót, przecinając Kastare’a wpół. Po chwili bracia Jersenowie leżeli martwi na podłodze hangaru. Szturmowcy strzelali do przerażonych piratów, jakby byli na ćwiczeniach. Ko’dor, podobnie jak garstka ocalałych z rzezi, uciekł z powrotem do korwety. X’aar zorientował się, że został sam wśród zbiorowej mogiły. Z przerażeniem spostrzegł, że czarny rycerz zbliża się do niego. Ogarnęła go panika, do jego oczu zaczęły napływać łzy. Upadł bezwładnie na kolana i zaczął błagać szlochającym głosem:
- Panie... Daruj mi życie... – jego słowa zanikły pod wpływem niewidzialnej siły, ściskającej mu tchawice z niewyobrażalną siłą. Czuł, jak krew przestaje dochodzić do mózgu, jak powoli uchodzi z niego życie...
Nagle poczuł że stalowy uścisk puszcza jego gardło. Był tak skoncentrowany na odzyskiwaniu tchu, że dopiero po chwili zorientował się, że unosi się nieco ponad metr nad powierzchnią hangaru. Z jego ust wydobył się jęk przerażenia, który przemienił się w niewyobrażalny wrzask, gdy pchnięty niewidzialną siłą, wylądował z olbrzymią prędkością w swoim statku. Poczuł trzask łamanych żeber. Nie tracąc czasu wrzasnął jak opętany:
Yencko! Spieprzamy stąd! Natychmiast!
- Nie musi mi pan tego dwa razy powtarzać! – odkrzyknął Sullustianin.
X’aar doczołgał się do kabiny pilota, gdzie przebywała reszta ocalałej załogi.
- Na wszystkich sługów Xendora, co to było!? Wyglądał trochę jak Jedi, ale oni zostali zabici!
- To był Sith – odparł równie rozdygotany Ko’dor. Jego jedyne oko poruszało się jeszcze szybciej, niż zwykle – Na mojej planecie sporo się o nich mówiło. Czerwony miecz, piekielne umiejętności... Tak, to musiał być Sith.
- Tym gorzej dla nas. Yencko! Daj sygnał do odwrotu naszym myśliwcom!
- Już się robi, sir.
- Pora się stąd zwijać...

* * *

Kiedy Vader powrócił na mostek dowodzenia z sześcioma ocalałymi szturmowcami, podszedł do niego zaniepokojony kapitan Fangens.
- Lordzie Vader, nasze jednostki przegrywają...
- W tej chwili to już bez znaczenia, kapitanie. – przerwał mu Vader – Ci piraci nie stanowią już dla nas zagrożenia.
Jakby na potwierdzenie jego słów pirackie myśliwce przerwały walkę i rozpoczęły odwrót. - Jak sam pan się przekonał, bitwa dobiega końca. – kontynuował mroczny lord Sith – Teraz przejmuje pan dowództwo nad tym okrętem. W pierwszej kolejności zajmie pan się bałaganem w hangarze, następnie dokona pan niezbędnych napraw i stawi się u Moffa Tarkina w wyznaczonym przeze mnie sektorze. I niech pan pamięta: kolejne niepowodzenia tej żałosnej załogi nie będą już traktowane tak pobłażliwie. Czy wyraziłem się jasno, kapitanie Fangens?
- Tak, jest Lordzie Vader!
- To dobrze. – odpowiedział Vader i gestem przywołał swoją eskortę po czym bez słowa oddalił się w kierunku swojego Skyhooka.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,00
Liczba: 1

Użytkownik Ocena Data
mgmto 9 2007-08-01 11:34:34

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (1)

Nice. Nie wiem czemu Vader nie wytłukł ich wszystkich, ale i tak mi się podoba. Ciekawe czy Veers przeżyje...

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.