Twórczość fanów

Fałszywy wybraniec

Autor: Harpoon

*****************************

Wiele tysięcy lat temu, pierwsi Jedi przepowiedzieli, że pewnego dnia pojawi się Wybraniec. Od tamtego czasu minęło już tyle lat, że zaczęły się w niej pojawiać ciemne plamy, powoli jej fragmenty zostawały zapominane, aż jedyne co pozostało, to że ma to być istota zrodzona z Mocy, która na zawsze przywróci jej równowagę. Żaden z Jedi nie zajmował się jednak znalezieniem owego Wybrańca. Przepowiednia została niemal zapomniana. Do czasu. Kiedy Stara Republika była u szczytu swej potęgi, a Rycerze Jedi strzegli jej obywateli przed wieloma niebezpieczeństwami legenda o wybrańcu powróciła…

1. Trening

- Mistrzu, jak to się stało, że trafiłem do Akademii?
- Dobrze, skoro tak ci na tym zależy, to ci powiem. Trzynaście lat temu, mój stary przyjaciel Kivan Andee przyleciał z synem do systemu Ad`can. Wieźli oni bactę, którą chcieli sprzedać rządowi planety, na której właśnie zakończyła się wojna domowa. Kiedy Kivan rozmawiał z przedstawicielem rządu, jego syn przesiadywał akurat w pobliskim barze. Podeszło tam do niego trzech przedstawicieli rasy Ad`ruhn, rdzennych mieszkańców Ad`can. Powiedzieli, że musi iść z nimi. Wyglądali na groźnych, więc przestraszony Uldar – tak miał na imię syn Kivana – poszedł z nimi. Gdy dotarli na śmietnisko, okazało się, że leżał tam 2-letni chłopiec. Ty. Ad`ruhnowie przekonywali ich, że oni nie potrafią wychowywać ludzkich dzieci, oraz powiedzieli coś, co zadecydowało o twoich dalszych losach: że używałeś Mocy, żeby bronić się przed śmietnikowymi szczurami. Wtedy Kivan postanowił zabrać cię stamtąd i przyprowadził do mnie, kiedy jeszcze byłem na Coruscant. Tam ja przedstawiłem cię mojemu dawnemu nauczycielowi, mistrzowi Ultharowi, który zgodził się na twoje szkolenie i powierzył nauczanie ciebie mnie.
- A kim są moi rodzice?
- Nikomu jeszcze nie udało się tego odkryć. Szczerze mówiąc… nikt jeszcze nie starał się tego odkryć.
- A jeśli się o mnie martwią?
- Mogę cię zapewnić, że nie. Lepiej powróćmy do twojego treningu. – przerwał rozmowę mistrz Jedi Dartt Bros
Obaj przebywali na odległej, kamienistej planecie Tannis V, którą Dartt wybrał jako miejsce szkolenia młodego Oorana. Byli akurat głęboko w ciemnej jaskini, oświetlanej jedynie przez lampę trzymaną przez Dartta. Po chwili do świateł oświetlających wnętrze jaskini dołączył niebieski blask miecza świetlnego Oorana.
- Dobrze, na początek wypuszczę ci droida trzeciej klasy.
- To nie powinno być trudne – odpowiedział pewnie Ooran
Po chwili dało się słyszeć charakterystyczne syczenie droida szkoleniowego i z małego pudła stojącego obok Dartta wyskoczył kulisty robot z małym blasterem podczepionym na dole. Momentalnie droid zaczął posyłać losowe serie wiązek laserowych, na tyle słabych, żeby w razie trafienia Ooran poczuł jedynie lekkie ukłucie. Temu jednak przez myśl nie przeszło, żeby dać się zaskoczyć staremu droidowi szkoleniowemu. Z niezwykłą, jak na swój wiek sprawnością parował każdy skierowany w jego stronę bolt energii. Bardzo się przy tym bawił. Nie zauważył nawet, kiedy jego mistrz uruchomił kolejnego droida, tym razem lepszego, cichszego. Podczas, gdy młody padawan zajęty był odbijaniem kolejnych strzałów, droid cicho przeleciał za jego plecy i w momencie, kiedy były najbardziej osłonięte wystrzelił.
- Ałłł. – Ooran poczuł, lekkie ukłucie między łopatkami.
- Musisz być bardziej czujny. Podczas walki nie możesz skupiać całej uwagi na jednym przeciwniku. Zawsze ktoś może spróbować ataku od tyłu.
- Tak mistrzu.
- Wielu Jedi straciło życie przez atak zza pleców.
- Tak, spróbujemy jeszcze raz?
- Nie, na dzisiaj wystarczy tej walki. Chodź, muszę ci coś pokazać.
- Co takiego?
- Za dużo chciałby wiedzieć, mój młody uczniu. Cierpliwości.
Obaj wyszli z jaskini i wsiedli do stojącego przy wejściu śmigacza. Kiedy to zrobili Dartt wziął opaskę magnetyczną i założył ją Ooranowi na głowę tak, że ten nie mógł nic widzieć.
- No nie, znowu? – zapytał niezbyt zadowolony chłopak.
- Musisz nauczyć się korzystać z Mocy. Bycie Jedi nie ogranicza się tylko do machania mieczem.
- Tak, wiem, tylko mógłbyś wymyślić jakiś lepszy sposób na nauczenie mnie tego.
- Znam inne sposoby, ale nie sądzę, żebyś chciał je znać.
- No pewno, że chcę.
- Za dużo rzeczy byś chciał, Ooranie. A teraz w drogę.
- Gdzie jedziemy.
- Myślisz, że Ci powiem? – Dartt wyszczerzył usta w wielkim uśmiechu i ruszył.
Podczas podróży wiele razy zmieniał kierunek, żeby zmylić swojego ucznia. W końcu, na środku wielkiego pustkowia zatrzymał pojazd i pomógł chłopakowi wysiąść.
- No, to powodzenia mój młody uczniu.
Wsiadł z powrotem do śmigacza i odjechał. Ciekawe, czy wszyscy padawani muszą przechodzić przez coś takiego, zastanawiał się Ooran. No dobra, teraz muszę jakoś dojść do domu. Młody Jedi usiadł i pogrążył się w głębokiej medytacji. Po chwili dotychczasową ciemność wypełnił mu obraz otoczenia. Był on nieco inny, niż ten, który widział normalny człowiek. Wszystko wokół wydawało się świecić własnym światłem. Ooran widział teraz każde żywe stworzenie. Wszystkie te owady ukryte pod ziemią, wszystkie ptaki latające nad głową, każdy miał własne światło. Po dłuższym skupieniu zaczął dostrzegać ciemniejsze plamy, między cząsteczkami powietrza, kamieni i piasku. Miał już właściwy obraz otaczającego go świata. Starał się jednak skupiać dalej. Szukał czegoś. Nagle, dostrzegł jasny punkt w oddali. Tak, to bez wątpienia mój mistrz. Wstał, skierował się w stronę światła Dartta i ruszył przed siebie. Momentalnie wizja zniknęła. Pozostała jednak w postaci uczuć. Teraz zamiast widzieć, czuł każdą otaczającą go istotę, jak również każdą przeszkodę na drodze. Tymczasem jego mistrz zdążył już dojechać do ich domy, małej glinianej chatki. Wszedł do środka, włączył hologram i czekał. Po chwili na hologramie ukazała się zniekształcona przez spowodowane odległością zakłócenia postać mistrza Ulthara.
- Tak, Dartt?
- Mistrzu, mój padawan, zaczyna coraz częściej wypytywać się o swoje pochodzenie. Ja… nie wiem co mu powiedzieć.
- Spokojnie. Nic jeszcze nie jest pewne. Możliwe, że chłopiec jest Wybrańcem. Jednak nie mamy dokładnej pewności.
- Może powinniśmy wysłać jakiegoś Jedi, żeby zbadał jego pochodzenie?
- Nie, przeszłość tego chłopca spowita jest gęstą mgłą. Jeśli jest on Wybrańcem, poszukiwania okażą się tylko stratą czasu i umiejętności. A to, czy nim jest pokażą nam jego czyny. A właśnie, gdzie teraz przebywa twój padawan?
- Jest w drodze do domu. Z opaską magnetyczną na oczach.
- Nie sądzisz, że to zbyt niebezpieczne?
- Nie, zważając na to jak wielką ma w sobie Moc. Tylko, że on jej nie używa. Stwierdziłem, że wyłączając jeden z głównych zmysłów pobudzę jego wrażliwość na Moc. Mam nadzieję, że w końcu zacznie jej słuchać, zamiast tylko wydawać polecenia.
- Słusznie – przytaknął mistrz Ulthar.

2. Statek

Ciekawe, gdzie teraz są moi rodzice, myślał w drodze Ooran. Jeśli wciąż żyją. Jednak zaraz potem odpędził od siebie tą myśl. Nie, oni muszą żyć. Uwaga! Zrobił większy krok o mały włos nie zahaczając o wystającą bardziej niż inne skałę. Ciekawe, czy o mnie teraz myślą, czy w ogóle o mnie myślą. Tak, czy inaczej muszę się dowiedzieć, gdzie się znajdują, co robią. Tylko, że mistrz Dartt mi nie pozwoli. Nigdy jeszcze nie pozwolił mi wydostać się, choć na chwilę, z tej planety.
- Ałłł. – z powodu chwilowego braku skupienia Ooran potknął się i przewrócił.
Nagle zauważył, że zapomniał o opasce. Dziwne, jak człowiek szybko przyzwyczaja się do pozycji, w jakiej się znalazł. No nic, trzeba iść dalej. Wstał, otrzepał się z kurzu, nie chciał, żeby Dartt zauważył, że upadł, skupił się na chwilę, aby odzyskać przerwane połączenie z Mocą i poszedł dalej. Jednak do końca drogi nie przestawał myśleć o swoich rodzicach, gdziekolwiek teraz są. W końcu udało mu się dotrzeć do małej chatki. Robiło się już ciemno, a ze środka poczuł miły zapach smażonego nerfiego mięsa. Nagle uświadomił sobie, jaki jest głodny.
- Mistrzu, możesz teraz zdjąć mi tą opaskę?
- Nie, pozostaniesz z nią do jutra.
- W takim razie idę spać – westchnął zrezygnowany Ooran.
- Jak chcesz, cały posiłek dla mnie. Chyba, że masz ochotę na udko z nerfa? – Dartt podsunął mu mały talerz z posiłkiem.
- No dobra, poddaję się, konam z głodu. Ale potem od razu idę spać.
- Będę mógł wydać poradnik dla rodziców. Sto sposobów na zachęcenie dziecka do pójścia do łóżka. – zaśmiał się Dartt
- Proszę, nie. Nie skazujmy na cierpienie tylu niewinnych dzieci. – Ooran próbował sobie jakoś po omacku poradzić z jedzeniem.
- Czemu nie używasz mocy? Gdybyś chciał, mógłbyś widzieć swój posiłek równie dobrze, jak ja teraz.
- Czy ty zawsze musisz mnie pouczać, mistrzu? Nawet przy jedzeniu?
- Takie mam zadanie. – uśmiechnął się Jedi – Poza tym każda pora jest dobra na naukę.
Reszta posiłku trwała w milczeniu. Później Ooran jak najszybciej wykonał wszystkie niezbędne czynności i położył się do łóżka. Zasnął.
Zbudził go jakiś trzask. Otworzył oczy. Znajdował się w ładowni jakiegoś statku. Wszędzie było ciemno. Miał związane ręce i nogi. W jednej chwili przez jego głowę przeleciało tysiąc myśli. Gdzie ja jestem, gdzie mistrz Dartt, co się dzieje. Ledwo zdążył wstać, a drzwi ładowni otworzyły się z sykiem i do środka wszedł wysoki, barczysty mężczyzna.
- Ty! Idziesz ze mną mały! – warknął do Oorana.
- C…co się stało? Gdzie mistrz Dartt.
- Zamknij się i ruszaj. – ogromny mężczyzna podniósł dotychczas trzymaną z tyłu rękę. Trzymał w niej ogromny bat. – Nie zmuszaj mnie, bym tego użył dzieciaku.
Ooran próbował użyć mocy by rozerwać więzy, lecz nic z tego. Sznury tylko lekko się poruszyły. Zrezygnowany podszedł chwiejnie do drzwi. Mężczyzna zamachnął się i jednym zwinnym ruchem bicza rozerwał sznur pętający nogi chłopaka. Zahaczył przy okazji o lewą kostkę, rozcinając w tym miejscu skórę. Ooran z jękiem upadł na kolana. Mężczyzna chwycił go za koszulę i brutalnie postawił na nogi.
- Teraz pójdziesz ze mną. – powiedział i poszedł wzdłuż wąskiego korytarza.
Chłopiec cały czas rozglądał się na boki w poszukiwania jakiejś drogi ucieczki. Niestety wzdłuż korytarza, którym szli nie było żadnych otwartych drzwi. Jak to się stało, że znalazłem się na tym statku? Co oni zrobili z mistrzem Darttem? Gdzie ja w ogóle jestem? Te pytania cały czas zajmowały jego umysł i nie dawały mu spokoju. Zupełnie nie wiedział, co ma się stać. Nie widział też żadnej szansy na poprawienie swojej sytuacji. Szli tak, a korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, mimo, iż miał zaledwie kilkadziesiąt metrów. W końcu zatrzymali się przy jednych z drzwi. Wysoki mężczyzna wpisał jakiś kod i drzwi błyskawicznie się otworzyły. Była to winda. Gdy weszli do środka winda natychmiast ruszyła w górę. Po kilku sekundach stanęła i oczom Oorana ukazała się ogromna, ciemna sala. Na jej końcu tuż przy wielkim oknie stały dwa fotele. Gdy podszedł bliżej jeden z nich się obrócił.
- Witaj, młody Jedi – odezwał się tajemniczy, stary mężczyzna. – Czekaliśmy na ciebie - Kim jesteście? Co zrobiliście z mistrzem Darttem?!
- Z kim? – zdziwił się mężczyzna – Widocznie ładunek obezwładniający miał za dużą moc jak na takie dziecko.
W tej chwili odwrócił się drugi fotel. Siedziała na nim stara kobieta, ubrana w czarny długo płaszcz. Ooran nie mógł dostrzec twarzy żadnego z nich, jednak czuł, że skądś ich zna. Nagle przez głowę przeszła mu straszna myśl. Muszę o to spytać – pomyślał sobie. Muszę. Zebrał w sobie całą odwagę, na jaką było go wstać i powoli się odezwał.
- Czy… wy… jesteście moimi… … rodzicami? – spytał niepewnie.
- COOO!!! – zdziwili się obaj i wybuchnęli głośnym śmiechem.
- My NIGDY, NIGDY nie mieliśmy dziecka! – odezwał się mężczyzna i zaczął śmiać się jeszcze głośniej.
Ooran poczuł lekką ulgę. Całe szczęście, że to nie jego rodzice. Mimo wszystko nadal czuł, że coś go z nimi łączy. Pomimo wszystkiego, co usłyszał i pomimo tego, że nie chciał, żeby tak było w głębi serca wiedział, że on i tych dwoje ludzi mają ze sobą coś wspólnego. Gdy śmiech umilkł mężczyzna spojrzał groźnie na chłopca, wskazał na niego palcem po czym wykonał dzowiny ruch ręką. Po chwili ze wszystkich stron zaczęli się do niego zbliżać mężczyźni z biczami, tacy sami jak ten, który go tu przyprowadził. Jeden z nich zamachnął się biczem i uderzył chłopca w czoło. Wszystko wokół zrobiło się czarne… Nagle Ooran cały zlany potem obudził się ze strasznego koszmaru. Był cały zlany potem. A więc to był sen. A wydawał się taki realny. Jego serce biło straszliwie szybko i potrzebował trochę czasu, aby uspokoić oddech. Nawet nie zauważył, że ma już zdjętą opaskę z oczu. Chwilę tak posiedział, po czym uspokoił się i ponownie zamknął oczy. Postanowił, że następnego dnia o wszystkim opowie mistrzowi Darttowi.

3. Ostatni dzień na Tannis V

Następnego ranka obudził się dość późno. Dartt nigdy sam go nie budził. Zawsze budził się pierwszy, szykował śniadanie i czekał. Jeśli Ooran wstawał zbyt późno, to zabierał jego posiłek i od razu przechodził do treningu. Właśnie miał tak dzisiaj zrobić. Powstrzymał się jednak, kiedy zobaczył swojego ucznia.
- Nie najlepiej dzisiaj wyglądasz, Ooranie.
- Źle spałem. Miałem straszny sen.
- Hmmm, to ciekawe. Możesz mi go opowiedzieć? – mówiąc to podał mu talerz z jedzeniem.
- Właśnie miałem taki zamiar. – Ooran zabrał się za jedzenie, podczas którego opowiedział swojemu mistrzowi cały sen, ze wszystkimi szczegółami. Gdy skończył Dartt był bardzo zakłopotany tym, co usłyszał.
- Więc ciągle myślisz o swoich rodzicach?
- Jakoś nie potrafię odgonić od siebie myśli o nich.
- Dobrze więc, dzisiaj sobie odpocznij. Jak chcesz, po południu poćwiczyć trochę z droidami szkoleniowymi. Ja muszę porozmawiać z mistrzem Ultharem. Musimy jakoś temu zaradzić.
Widzę, że mistrz bardzo przejął się moim snem. Rzadko kiedy pozwala mi poćwiczyć samemu z droidami szkoleniowymi, pomyślał sobie Ooran.
- Kto powiedział, że samemu? – uśmiechnął się Dartt i wszedł do swojego pokoju. Włączył hologram i czekał. Po chwili pokazał się obraz mistrza Ulthara. Rozmowę zaczął Dartt.
- Mistrzu. Dzisiaj rano, Ooran powiedział mi, że miał sen. Śniło mu się że…

Muszę odnaleźć swoich rodziców, myślał chłopak leżąc na swoim łóżku. Nie wiem jeszcze w jaki sposób, ale muszę się dowiedzieć, gdzie oni są. Tylko co, jeśli mi nie uwierzą, albo, co gorsza mnie odrzucą? Nie. To nie może być prawda. Na pewno gdzieś czekają na mnie, zastanawiają się, gdzie jest ich syn. Tylko, co mają ze mną wspólnego te postacie ze snu? Czy tacy są moi rodzice? Za dużo pytań. „Musisz być cierpliwy, niektóre odpowiedzi przychodzą w odpowiednim czasie”, przypomniały mu się słowa mistrza Dartta. Tak, poczekam, aż nadarzy się odpowiednia okazja, żeby ich poszukać. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale w końcu ta chwila przyjdzie. I dowiem się, kim są moi rodzice.

- A może by tak powiedzieć chłopcu, że to on może być Wybrańcem? – spytał Dartt.
- Nie, to by było zbyt niebezpieczne. Kto wie, co by sobie wtedy pomyślał. Mógłby stać się zbyt pewny siebie. Stałby się coraz bardziej rządny władzy i wkroczyłby na ścieżkę, z której nie ma odwrotu. A jeśli jest wybrańcem, oznaczałoby to wielką katastrofę. Nie, chłopiec nie może się dowiedzieć, że to może on jest wybrańcem. Jeszcze nie teraz.
- Ale coś trzeba zrobić. Nie możemy pozwolić mu zaprzątać swojej głowy myślami o rodzicach, których może nie być.
- Tak, najwyższa pora, żebyś zabrał go ze sobą na jakąś misję. Może ona sprawi, że przestanie myśleć o swoim pochodzeniu. Poszukam dla was jakiegoś zadania. Tymczasem zajmij się Ooranem. Porozmawiamy wieczorem.
- Tak, mistrzu, niech Moc będzie z tobą.
- Niech Moc będzie z tobą.
Rozmowa została przerwana. Dartt posiedział chwilę w milczeniu, po czym wszedł do pokoju Oorana.
- No i jak? – spytał – gotowy na trening z robotem?
- Jak zawsze – odpowiedział uśmiechając się chłopak.
A jednak odpoczynek mu pomógł, pomyślał sobie Dartt. Wziął z półki małe pudełko z droidami, po czym obaj wsiedli do śmigacza.
- Mistrzu, wiesz, co jest najgorsze na tej planecie?
- Nie, co?
- To, że doba ma tu tylko 14 godzin. Ledwo się obudzę, a już zaczyna się robić ciemno.
Wypowiedź ta rozbawiła nieco mistrza.
- To musisz wcześniej wstawać mój młody uczniu. – powiedział Dartt i ruszył w kierunku jaskini.
- Dzisiaj czeka cię nieco większe wyzwanie – powiedział, kiedy dojechali na miejsce. – Będziesz walczył z trzema droidami na raz.
- Wreszcie jakieś wyzwanie – odparł zadowolony Ooran.
- Tylko pamiętaj, użyj Mocy, czuj. Każdy z tych droidów będzie próbował zajść cię od tyłu. Musisz być cały czas czujny.
- Tak mistrzu. Jestem gotów.
Dartt pochylił się nad pudełkiem i po chwili wyleciały z niego trzy droidy szkoleniowe drugiej klasy. Tym razem Ooran walczył lepiej, niż poprzedniego dnia. Gdy tylko któryś z droidów próbował zajść go od tyłu, ten błyskawicznie odskakiwał tak, że z powrotem miał wszystkich przeciwników przed sobą. Po chwili doskoczył do jednego z nich i szybkim pewnym ciosem przeciął okrągłego droida na pół. Zostało dwóch. Na chwilę stanął w miejscu i nie przestając odbijać strzałów skupił się, chwycił miech prawą ręką, a lewą, używając Mocy skierował jednego droida na drugiego. Zderzając się ze sobą droidy przestały na sekundę strzelać, co wykorzystał Ooran rzucając w nie swoim mieczem świetlnym. Gdy szczątki obu maszyn spadały już na ziemię chłopak przyciągnął miecz z powrotem do swojej dłoni.
- Brawo! – odezwał się Dartt. – Teraz czas na kolejne wyzwanie. Uznałem, że masz już dość siły, żeby zmierzyć się ze mną.
- N…naprawdę? – Ooran uznał to za wielki zaszczyt.
- Tak – uśmiechnął się mistrz – tylko najpierw ustaw moc swojego miecza na minimum. Tak, na wszelki wypadek.
- Tak, mistrzu. – odparł chłopak, po czym wyłączył swój miecz, otworzył go i przesunął kryształ jak najdalej od emitera.
- Już.
- Dobrze, spróbuj teraz coś przeciąć.
Ooran zamachnął się i skierował miecz w stronę pudełka z droidami. Kiedy klinga zetknęła się z durastalą momentalnie skróciła się do odległości między rękojeścią, a pudełkiem. - Świetnie, teraz jesteś gotowy.
Mistrz Dartt zdjął swój płaszcz i włączył trzymany od dłuższego czasu miecz świetlny. Klinga jego miecza jarzyła się błękitem. Pierwszy zaatakował Ooran. Wykonywał szybkie, aczkolwiek słabe ruchy mieczem, atakował to z prawej, to z lewej strony. Jednak jego mistrz był na to za dobry. Spokojnie cofał się, blokując wszystkie uderzenia ucznia. Gdy był już blisko ściany, podskoczył pod sam sufit, po czym odbił się od niego i wylądował tuż za swoim uczniem. Ten jednak już stał do niego przodem i wyprowadzał kolejne ciosy. Tym razem mocniejsze i bardziej zaplanowane, niż poprzednie. Dartt jednak nie dawał za wygraną. Blokował każdy cios, teraz jednak ani razu się nie cofnął. Obaj wiedzieli, że walka może skończyć się w każdej chwili. W końcu ich miecze zetknęły się ze sobą, blokując się nawzajem.
- Myśl. Musisz cały czas szukać we mnie jakiegoś słabego punktu. Każdy twój cios ma być próbą pokonania mnie – powiedział Dartt, po czym odepchnął ucznia Mocą.
Tym razem to on przeszedł do ataku. Gdy tylko Ooran wstał, co zrobił jak najszybciej potrafił, zasypany został nieprzerwanymi seriami szybkich, precyzyjnych ataków. Z trudem udawało mu się bronić a z każdym ciosem swego mistrza coraz bardziej cofał się w głąb jaskini. Nagle wykonał efektowne salto w tył, wzbił się w powietrze, przeleciał głową w dół nad Darttem, wykonując jednocześnie cięcie mieczem. Mistrz zdążył jednak wykonać unik i niebieska klinga miecza Oorana o mały włos minęła się z jego głową.
- Dobrze, zaczynasz myśleć. – powiedział mistrz, kiedy chłopak zdążył już wylądować za jego plecami. Ooran zamachnął się, lecz Dartt był szybszy. Zablokował cios, zanim jeszcze zdążył się obrócić. Wtedy zdecydował, że zakończy tą walkę. Zaatakował ucznia z jeszcze większą szybkością i precyzją. Chłopak jednak dzielnie się bronił. W końcu mistrz pozwolił mu zaatakować. Kiedy tylko Ooran podniósł swój miecz do ataku poczuł lekkie pieczenie na brzuchu. Momentalnie zdał sobie sprawę co się stało. Zgasił swój miecz.
- Od samego początku wiedziałeś jak mnie pokonać, tak? – spytał.
- Oczywiście. – uśmiechnął się Dartt – nie bez powodu to ja jestem twoim nauczycielem, a nie na odwrót. Ale mimo wszystko dobrze walczyłeś.
- A już myślałem, że mam nad tobą przewagę.
- Nigdy nie możesz tak myśleć. Tak samo, jak nigdy nie powinieneś ujawniać przeciwnikowi całej swojej siły. Lekceważenie przeciwnika to największy błąd, jaki można popełnić podczas bitwy.
- Tak mistrzu, postaram się to zapamiętać.
- Nie! – powiedział stanowczo Dartt – Nie wolno ci się starać! Musisz to zapamiętać. Od tego może zależeć twoje życie. A teraz chodź, mistrz Ulthar ma nam zapewne coś do powiedzenia.
- Ciekawe, co takiego.
- Znowu. Musisz nauczyć się oczyszczać swój umysł z pytań.
- Tak, mistrzu.
Po tych słowach oboje wsiedli do śmigacza i pojechali do domu. Tam weszli do pokoju mistrza Dartta, który zanim usiadł włączył hologram. Ukazała się im postać mistrza Ulthara.
- Witajcie – zaczął mistrz – czekałem na was.
- I co z naszą misją?
- Misją!? – zdziwił się Ooran.
- Tak, mój młody uczniu, wkrótce wyruszymy na naszą pierwszą wspólną misję. Już na zawsze opuścimy tą planetę. – odparł Dartt.
- Wydaje mi się, że chyba zbytnio nie będę za nią tęsknił.
- Polecicie do systemu Tanthos. Dowiedzieliśmy się, że podobno tamtejszą ludność terroryzuje nieznany morderca. Waszym zadaniem będzie go odnaleźć i aresztować.
- Tak, mistrzu – odpowiedział Dartt.
- Niech Moc będzie z wami. – powiedział mistrz Ulthar i rozłączył się.
- Ale jak się stąd wydostaniemy? – spytał się Ooran.
- A jak myślisz? Tak samo, jak to przylecieliśmy. Moim statkiem.
- Masz swój własny statek?! Nie wiedziałem.
- Bo nie musiałeś wiedzieć. A teraz chodźmy spać, wylatujemy jutro rano.
Misja, myślał sobie w łóżku Ooran. Już na zawsze odlatujemy z tej skały. Zaraz, zaraz. Odlatujemy. Może będę miał okazję poszukać swoich rodziców. Jeśliby tak się wyrwać na jakiś czas… Na razie muszę się wyspać. Wszystko wyjaśni się jutro.

4. Coruscant

Następnego dnia obudził się dość wcześnie, chociaż Dartt i tak był już na nogach. Właśnie pakował ostatnie rzeczy do plecaków. Śniadanie Oorana leżało już na stole. Po zjedzeniu go zwrócił się do swojego mistrza.
- No to gdzie jedziemy?
- Na drugi koniec tej małej planety. Nie powinno to trwać zbyt długo. Dobra, wsiadaj, wszystko już jest gotowe.
- Dobrze, mistrzu. – odpowiedział i wsiadł do środka.
Rzeczywiście, podróż nie była zbyt długa. Jechali raptem dwie godziny.
- To tutaj – powiedział Dartt, zatrzymując się przy wielkiej jaskini po czym obaj weszli do środka. Chwilę później, z wnętrza jaskini wyleciał niewielki statek, „Obrońca słońc”. - Wow, nigdy nie leciałem jeszcze statkiem.
- Leciałeś, tylko tego nie pamiętasz.
- Ach, tak, przecież jakoś musiałem się tu dostać.
- No właśnie.
- A jak stąd wylecimy, przecież wokół tej planety nie ma żadnej boi.
- Nie ma, ale zapisałem w pamięci komputera ostatni kurs, jakim lecieliśmy.
W owych czasach nie było jeszcze komputerów na tyle precyzyjnych, żeby same mogły obliczać kurs. Wokół każdej zamieszkanej planety krążyły więc tysiące boi z danymi nawigacyjnymi, które przesyłały do komputerów pokładowych. „Obrońca gwiazd” miał jednak jeden taki kurs w pamięci, więc mógł skoczyć w nadświetlną bez ryzyka zderzenia się z żadną gwiazdą, czy supernową.
Chwilę później, komputer naprowadził statek na właściwy kurs i jednym ruchem ręki Dartt wprowadził statek w prędkość nadświetlną.
- Następny przystanek, Coruscant. Stamtąd polecimy na Tanthos.
- Długo to potrwa? – spytał Ooran.
- Nie, jakieś dziesięć godzin. Przez ten czas mam zamiar trochę cię pouczyć.
- Dobrze, kiedy zaczynamy?
- Teraz – odpowiedział Dartt – chodź za mną.
Obaj wyszli z kokpitu i skierowali się wąskim, okrągłym korytarzem w stronę pustego holu. - Dobrze, teraz usiądź na środku i skoncentruj się. – Ooran wykonał polecenie swojego mistrza – A teraz podnieś to pudło stojące przy ścianie…

Trening skończył się po pięciu godzinach. Przyzwyczajeni do Tannisańskiego trybu życia obaj Jedi zaczynali już odczuwać senność. Jednak tym razem Ooran nie chciał zasnąć. Cały czas myślał o mapie galaktyki znajdującej się w pamięci głównego komputera. Postanowił, że jak tylko mistrz Dartt zaśnie, przekradnie się do kokpitu i sprawdzi, gdzie leży planeta Ad`can. Minęła godzina, druga. W końcu ostrożnie wstał z łóżka i skierował się w stronę kokpitu. Gdy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi podszedł do głównej konsoli i wystukał prostą komendę. Po chwili na monitorze ukazała się dokładna mapa całej znanej Galaktyki z zaznaczonym położeniem planet Ad`can i Coruscant. Sprawdził jeszcze położenie boi z trasą na Ad`can, po czym wszystko zapisał w swoim cyfronotesie. Potem wrócił do swojego łóżka i położył się spać. Obudził go Dartt. Pierwszy raz w życiu, pomyślał sobie.
- Wstawaj, za dziesięć minut będziemy nad Coruscant. – powiedział Dartt lekko nim potrząsając.
Ooran wstał bez marudzenia i po chwili dołączył do swojego mistrza w kokpicie.
- Mistrzu, jak to jest, że zawsze wstajesz pierwszy?
- Moc jest potężnym, niewyczerpanym źródłem energii. Kiedyś ty też nauczysz się nią żyć, a nie tylko z niej korzystać.
- Tak, a kiedy to się stanie? – to pytanie widocznie zdziwiło Dartta.
- To zależy wyłącznie od ciebie, mój młody uczniu. O, za chwilę powinniśmy wyskoczyć z nadświetlnej.
Po chwili niebieskie plamy za szybą kokpitu zamieniły się w białe pasma światła, a po chwili w pojedyncze gwiazdy. Dartt skręcił statkiem w prawo, na wprost stolicy Republiki. Od razu skierował się w stronę Świątyni Jedi.
- Mieliśmy lecieć do systemu Tanthos – zauważył Ooran.
- Tak, ale najpierw chcę czegoś się o nim dowiedzieć. A gdzie znajdziesz lepsze źródło informacji, jak nie w Archiwach Jedi? – odpowiedział Dartt.
Chwilę później „Obrońca słońc” wylądował w dokach Świątyni. Po opuszczeniu statku mistrz i jego uczeń skierowali się do windy. Gdy tylko Ooran chciał wejść do środka Dartt zatrzymał go ręką.
- Czekaj tu. To nie powinno zająć zbyt dużo czasu, a w trakcie lotu wszystko ci powiem. – powiedział i drzwi windy się zamknęły.
Chyba nadarzyła się okazja, pomyślał sobie Ooran. Mistrza nie ma, jestem tu sam, nie licząc tego droida protokolarnego. Chłopak jeszcze raz rozejrzał się, czy nikogo nie ma i wszedł do sąsiedniej windy. Pojechał na sam dół, po czym skierował się do wyjścia. Teraz muszę zdobyć jakiś transport. Wiem!. Ale najpierw muszę zdobyć trochę pieniędzy. Rozejrzał się dookoła i nagle zauważył, że kilka osób o coś się kłóci. Skoncentrował się i spróbował sięgnąć do ich umysłów. Nic z tego. Był jeszcze za słabo wyszkolony. Udało mu się jednak coś innego. Podszedł do nich ostrożnie i wyciągnął prawą rękę. Po chwili wpadło do niej kilka monet z kieszeni jednej z kłócących się osób. Zaczął szybko, ale i spokojnie się od nich oddalać. Przeszedł jedną ulicę, potem drugą. W końcu, kilkaset metrów nad sobą dostrzegł droida-taksówkę. Wszedł do turbowindy i po chwili wsiadał już do taksówki. Włożył do środka dwie monety i na monitorze pokazał się plan fragmentu miasta. Ooran wybrał publiczne platformy.

W tym samym czasie Dartt zebrał już wszystkie potrzebne informacje i właśnie wchodził na pokład „Obrońcy słońc”. Od razu skierował się do kokpitu, myśląc, że to właśnie tam czeka na niego Ooran. Tam go jednak nie było. Dwa razy przeszukał statek. Nic. W końcu zdał sobie sprawę z tego, co się stało. Młody Ooran postanowił odszukać swoich rodziców. Co zrobić, myślał. Po chwili zdecydował się, że poprosi o radę mistrza Ulthara. Skierował się do najbliższej windy.

5. Poszukiwania

Tymczasem chłopak wysiadał właśnie z taksówki. Świetnie. Na platformach stały trzy statki. Wybrał stary koreliański frachtowiec. Podszedł do włazu i używając mocy spróbował otworzyć właz. Nie udało się. Spróbował drugi raz – też nic. W końcu usiadł i skupiając się zbadał wnętrze statku, po czym zdjął blokadę i właz się otworzył. Gdy wszedł do środka tą samą metodą zamknął drzwi i z powrotem uruchomił blokadę. Przez chwilę krążył po całym pokładzie, szukając miejsca, gdzie mógłby się ukryć…
- Mistrzu, Ooran uciekł. – powiedział Dartt z wyraźnym niepokojem w głosie.
- Spokojnie, mój dawny uczniu. Spodziewałem się tego.
- Naprawdę? – w głosie Dartta wyraźnie dało się słyszeć zdziwienie.
- Tak. Uznałem, że chłopiec jest już gotowy, aby poznać prawdę.
- Więc czemu mu o tym po prostu nie powiedzieć?
- Mógłby nam nie uwierzyć. Poza tym nie mamy pewności, czy o rzeczywiście jest Wybrańcem. - Więc muszę go odnaleźć.
- Nie. – powiedział spokojnie mistrz Ulthar – chłopiec musi sam zadecydować o swoim przeznaczeniu.
- A jeśli da się skusić Ciemnej Stronie?
- Nie, jest zbyt silny. Mimo wszystko ten chłopiec ma w sobie wielką siłę, która pomoże mu oprzeć się Ciemnej Stronie. I która pomoże mu odkryć swoje przeznaczenie.
- Więc co powinienem zrobić?
- Leć do systemu Tanthos i zajmij się sprawą zabójcy. W odpowiedniej chwili chłopiec wróci do ciebie. I razem dokończymy jego szkolenie.
- Tak mistrzu.

… Znalazł je w kokpicie. Za fotelem pilota był mały otwór w ścianie osłonięty durastalową płytą. Wszedł tam, używając mocy zasłonił wejście i czekał. Ciekawe, co teraz robi mistrz Dartt. Pewnie mnie szuka. Prawdopodobnie już wie, gdzie się wybieram. Będę musiał być bardzo ostrożny. Najlepiej jeśli… Rozmyślania przerwał mu dźwięk otwieranego włazu. Chłopak skupił się, wyczulił na działanie mocy. Jedna osoba, nie powinno być problemów, pomyślał i czekał. Właściciel statku przeszedł przez korytarz prosto do kokpitu. Usiadł w fotelu pilota i zaczął włączać wszystkie systemy. Jeszcze nie, pomyślał Ooran, poczekam, aż wystartuje. Tak też się stało, chwilę później pilot zamknął właz i wzbił się w powietrze. Po chwili statek znajdował się w przestrzeni nad Coruscant. Teraz! Ooran jednym szybkim ruchem ręki przesunął durastalową płytę i wskoczył za fotel pilota jednocześnie zapalając swój miecz świetlny. Pilot wyglądał na bardzo zaskoczonego.
- Hej, skąd się tu wziąłeś?! – krzyknął.
- Lecimy na planetę Ad`ruhn.
- Słuchaj mały, odłóż ten miecz, jeszcze komuś zrobisz krzywdę. – powiedział trochę spokojniejszym tonem, ale Ooran tylko się do niego przybliżył i przysunął mu miecz do gardła. Pilot zrozumiał, że chłopak nie żartuje.
- Dobra, w porządku. Tylko lepiej uważaj z tym mieczem, to naprawdę groźna broń.
- Jakbym nie wiedział – odburknął Ooran. Nie tego uczył go mistrz Dartt.
Chłopak wziął głęboki oddech i trochę się uspokoił.
- Dobra, już – powiedział pilot – Koordynaty są już w komputerze, chcesz zobaczyć?
Ooran spojrzał na ekran komputera, wszystko się zgadzało. Po chwili pilot dokonał skoku w nadświetlną.
- Za ile będziemy na miejscu? – spytał.
- Jakieś cztery godziny. Ciekawi mnie, co taki dzieciak jak ty szukałby na jakiejś brudnej planecie?
- Nie ważne. – Były to ostatnie słowa podczas tej podróży.
Przez cały czas Ooran musiał całą swoją uwagę skupiać na pilocie. Ten co chwile się rozglądał, czekając, aż jego „porywacz” spuści go choć na chwilę z oka. Chłopak jednak jak chciał, to potrafił się skupić. Mimo to, cztery godziny lotu dłużyły się w nieskończoność. W końcu dotarli na miejsce.
- I co teraz? – zapytał pilot. Miał już tego wszystkiego serdecznie dosyć.
- Wyląduj w porcie, a potem będziesz mógł odlecieć dokąd chcesz.
- Jak chcesz – odparł pilot, który już coraz mniej bał się swojego „porywacza” Po chwili wylądowali w jednym z wielu doków.
- Chodźmy – powiedział Ooran, kiedy pilot otworzył właz.
- Hej, mówiłeś, że mogę teraz polecieć, gdzie chcę.
- Tak, ale najpierw musisz ze mną pójść do włazu. Skąd mam wiedzieć, że nie zrobisz czegoś żeby mnie obezwładnić, czy nawet zrobić czegoś gorszego?
- Wiesz, należałoby ci się.
Wiem, pomyślał sobie Ooran. Pilot wstał, przeszedł obok chłopaka i skierował się w stronę wyjścia. Ooran poszedł za nim.
- Dobra, czy teraz jestem wolny? – spytał, kiedy doszli do włazu. Ooran zgasił swój miecz i odpowiedział:
- Tak, teraz możesz wracać do swoich zajęć.
Dziwny chłopak, pomyślał sobie pilot kiedy zamknął właz.
No dobra, jestem na miejscu. Co teraz, zastanawiał się chłopak. W jakiś sposób muszę się dowiedzieć, jakie statki lądowały tu 13 lat temu. Najpierw wypytam tutejszych mieszkańców, postanowił. Większość z nich, to Ad`ruhnowie, rdzenni mieszkańcy tej planety. Usiadł w holu i korzystając z Mocy zaczął się wszystkim wyraźnie przysłuchiwać. Większość z Ad`ruhnów mówiła w swoim ojczystym języku, jednak nagle dosłyszał, że troje z nich zręcznie posługuje się basiciem. Podszedł więc do nich i zaczął.
- Dzień dobry, czy pamiętacie może, jakie statki dokowały tu 13 lat temu? – to pytanie wydawało mu się tak głupie, że nie mógł uwierzyć, że je zadaje.
- A może się najpierw przedstawisz? – odparł jeden z nich.
- Jestem… Ooran.
- Ooran?! – zdziwili się wszyscy troje.
- Wyrosłeś przez te 13 lat. – odezwała się samica.
- T.…to wy mnie znacie? – zdziwił się nie bardziej niż oni chłopak.
- Ależ oczywiście. To my cię wychowywaliśmy przez pół roku, zanim oddaliśmy cię w ręce Uldara i Kivana.
- A wiecie może, jak się tu znalazłem? – widocznie Moc mi sprzyja, pomyślał Ooran - Nie do końca. Wiemy tylko, że kiedy cię znaleźliśmy w porcie wylądował duży statek, inny niż wszystkie.
- Tak, od tego czasu przylatuje tu co miesiąc. – chłopak nagle poczuł wielki przypływ radości.
A więc moi rodzice żyją, szukają mnie. W jednej chwili zapomniał prawie o wszystkim, o tym, że uciekł od swojego mistrza, o tym, że najprawdopodobniej zostanie wykluczony z zakony, o wszystkim. Jedyne, co teraz miał w głowie, to spotkać swoich rodziców.
- A kiedy ostatnio widzieliście ten statek? – spytał zadowolony.
- Właściwie, to przed chwilą.
- Tak przyleciał wczoraj. – chłopak nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Najchętniej uściskałby dawnych opiekunów, ale nie wiedział, jak na to zareagują.
- Gdzie teraz są?
- Załoga, nie wiem, ale statek stoi w doku 521. Wystarczy iść cały czas prosto w tym kierunku. – samica wskazała jedną z sześciu kończyn szeroki korytarz.
- Zobaczysz napis na drzwiach. – powiedział jeden z samców.
- Dziękuję – krzyknął w biegu Ooran - …i niech Moc będzie z wami - odkrzyknął jeszcze. Nie mógł wymyślić lepszego pożegnania.

6. Przeznaczenie

Biegł najszybciej jak potrafił. Jest, 521, drzwi były zaryglowane. Nie zważając na to, czy ktoś patrzy, chłopak wyciął mieczem otwór i wszedł do wnętrza doku. Stał tam dziwny, ciemny, wielki statek. Ooran postanowił, że wejdzie do środka i tam poczeka na swoich rodziców. Zaczął ostrożnie do niego podchodzić. Schował się za dużą skrzynią i zerknął na właz. Był otwarty, ale na zewnątrz stał strażnik. Kogoś mi on przypomina, pomyślał i cofnął głowę. Użył mocy, aby uderzyć kamieniem o szybę w budce kontroli doków, co odwróciło uwagę strażnika, który opuścił swoje stanowisko i skierował się w stronę rozbitej szyby. W tym czasie chłopak wskoczył do środka. Znajdował się teraz w ładowni. Wewnątrz statek był jeszcze ciemniejszy, niż na zewnątrz. Nagle z naprzeciwka usłyszał jakieś kroki. Nie wiedział co robić, więc schował się za kolejną skrzynią. Po chwili ukazał się drugi strażnik. Gdy minął Oorana ten najciszej jak mógł poszedł dalej. Ciekawe jak rodzice zareagują na jego widok. Ostrożności jednak nigdy za wiele. Cicho przemknął do kolejnego korytarza. Najdziwniejsze było to, że to wszystko wydawało mu się znajome. Nie wiedział tylko skąd. Postanowił, że poszuka jakiegoś schronienia i poczeka, aż przyjdą właściciele statku. Nagle usłyszał alarm. Obrócił się za siebie i dostrzegł mały czujnik laserowy. Momentalnie po obu końcach korytarza pojawili się strażnicy. Włączył miecz, błyskawicznie wyciął nim mały otwór w najbliższych drzwiach i wskoczył do środka. Niestety, szczęście najwyraźniej się od niego odwróciło. Wskoczył prosto do pokoju ochrony. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył zanim ktoś go nie ogłuszył było kilku śmiejących się strażników.
Obudził nim wstrząs, jaki powoduje start statku kosmicznego. Miał związane ręce i nogi. Zaraz, zaraz… coś mi to przypomina. Aha, już pamiętam. Ten sen. Wszystko jest dokładnie jak we śnie. Myśl ta nie napawała go zbytnio optymizmem. Za chwilę przyjdzie tu ten duży mężczyzna… strażnik z biczem. Muszę coś zrobić. Tym razem muszę rozerwać te więzy. Ooran usiadł i skupił się bardziej, niż kiedykolwiek do tej pory. Po chwili sznury na jego rękach i nogach pękły. Dobra, teraz muszę odzyskać swój miecz świetlny. Chłopak zamknął oczy, i zrobił dokładnie to samo, jak wtedy, kiedy Dartt pozostawił go samego z opaską na oczach. Powoli zaczął wyczuwać wszystko, co dzieje się za ścianami jego pomieszczenia. Strażnik jeszcze nie nadchodził, dobrze. Po chwili dostrzegł silne, ale martwe źródło mocy - Jego miecz świetlny. Otworzył oczy, wstał i podszedł do drzwi. Szybko przypominał sobie cały sen, jak strażnik rozerwał jego więzy biczem, jak zaprowadził go na mostek, jak właściciele tego statku się z niego śmiali i w końcu jak został zaatakowany przez innych strażników. Nagle wyczuł, że ktoś się zbliża. Dobrze wiedział, kto. Ooran spojrzał w górę…
Po chwili do pomieszczenia wszedł strażnik. Taki sam, jak ten ze snu. Rozejrzał się po pomieszczeniu, lecz nie dostrzegł ani śladu po chłopaku. Wszedł głębiej. Wtedy Ooran pościł się rury, zeskoczył na ziemię, używając Mocy pchnął strażnika na ścianę i pobiegł najszybciej jak potrafił w stronę wyjścia. Po drodze przyciągnął do siebie trzymany przed chwilą przez strażnika bicz i wybiegając zamknął drzwi i zniszczył biczem zamek. Tego ma z głowy. Zwolnił. Ostrożnie szedł w stronę miejsca, gdzie znajduje się jego miecz. Kiedy stanął przed drzwiami, użył mocy, żeby sprawdzić, kto jest w środku. Trzy osoby. Wszystkie miały puste ręce. Ooran wziął głęboki oddech, otworzył drzwi i wskoczył do środka pchając jednego ze strażników na ścianę. Od razu dostrzegł swój miecz. Najszybciej jak mógł przyciągnął go do siebie i włączył. W tym czasie jeden z przeciwników zdążył już chwycić mały pistolet blasterowy i posłał w jego kierunku kilka strzałów. Dla chłopaka nie stanowiło to jednak większego zagrożenia. Wyrwał strażninikowi pistolet i rzucił nim drugiego w głowę. Jednego miał już z głowy. Tylko nie wiedział, co zrobić z pozostałymi. Nie chciał ich zabijać, ale też wiedział, że ma mało czasu. Podbiegł więc do jednego z nich i jednym precyzyjnym ciosem miecza zranił go w nogę, a potem w rękę. Strażnik momentalnie upadł na ziemię i stracił przytomność. Potem Ooran doskoczył do drugiego, lecz gdy już chciał zadać cios, przeciwnik się poddał. Użył więc mocy i uderzył go w głowę jakimś narzędziem. Ostatni strażnik zemdlał. Ooran szybko wszystkich związał, schował miecz i ostrożnie wyszedł z pokoju. Postanowił, że teraz uda się na mostek. Do windy nie było daleko. Cały czas jednak dręczyła go jedna myśl. Jeśli wszystko jest takie, jak w jego śnie, to ci ludzie na mostku są jego rodzicami. Jednak musiał mieć pewność. Ostrożnie rozglądając się wokół, chłopak wszedł do windy. W środku zapalił swój miecz. Po chwili drzwi windy się otworzyły. Pomieszczenie wyglądało identycznie jak te ze snu. Tylko, że tym razem oba fotele obróciły się na raz.
- Uwolniłeś się. – powiedział mężczyzna.
- Tak, musze z wami porozmawiać – powiedział pewnie Ooran.
- Słucham – odpowiedział mężczyzna jednocześnie dając sygnały ręką strażnikom, którzy zaczęli okrążać chłopaka.
- Trzynaście lat temu, kiedy przylecieliście tu po raz pierwszy, co zostawiliście na śmietnisku.
- A co się to obchodzi smarkaczu? – warknęła kobieta – na te słowa chłopak stracił panowanie nad sobą, doskoczył do pary i mierząc mieczem to w mężczyznę, to w kobietę powiedział:
- Więcej, niż wam się wydaje. A teraz mówcie.
- Najpierw będziesz musiał poradzić sobie z naszymi strażnikami. – powiedział mężczyzna i dał znać ręką, dokładnie taki sam, jak ten we śnie.
Ooran odwrócił się twarzą do przeciwników. Teraz miał miecz świetlny. Poczekał chwilę, aż się do niego zbliżą i używając Mocy skoczył wysoko nad nimi lądując poza utworzonym przez strażników okręgiem.
- Poddajcie się, albo zginiecie – powiedział, na co strażnicy zareagowali śmiechem – jak chcecie – skończył i rzucił się na pierwszego z nich.
Strażnik był zbyt powolny i zanim zdołał wykonać unik miał wbitą w brzuch klingę miecza świetlnego. Ooran jednym zwinnym ruchem wyciągnął miecz i rozciął kolejnego przeciwnika na pół. Nadal jednak zostało ich wielu. Kolejny ze strażników zginął, kiedy Ooran przeskakując nad nim rzucił w niego mieczem. Gdy wylądował przyciągnął miecz zabijając kolejnego przeciwnika. Wtedy jeszcze inny próbował uderzyć go biczem, lecz ten został rozcięty, zanim dotarł do celu. Bezbronny strażnik rzucił się do ucieczki. Reszta z nich dalej próbowała go okrążyć, lecz za każdym razem Ooran odskakiwał zabijając kolejnego z nich. W końcu zostało ich tylko trzech. Wszyscy stwierdzili jednak, że wolą ocalić życie i skierowali się w stronę windy.
Po tej walce chłopak z powrotem doskoczył do siedzących nadal tajemniczych mężczyzny i kobiety.
- Teraz odpowiecie na wszystkie moje pytania.
- Dobrze więc, odparł mężczyzna. Powiem ci, co zostawiliśmy na śmietnisku Trzynaście lat temu. Było to dziecko.
- Wasze dziecko? – mężczyzna chwilę się wahał z odpowiedzią.
- Czy było to wasze dziecko!?! – coraz bardziej denerwował się Ooran.
- Tak, było to nasze dziecko – powiedziała kobieta.
W jednej chwili Ooran poczuł się, jakby mu ktoś wbił nóż prosto w serce. Powstrzymał się jednak od płaczu.
- Wiecie co? – mówił coraz ciszej chłopak – to byłem ja. JA!!! Wasz syn, którego CHCIELIŚCIE ZABIĆ!!!- czuł, jak wzbiera się w nim nienawiść.
- M…my n…nie wiedzieliśmy – odezwała się kobieta. Ooran podszedł do niej i zbliżył klingę miecza do jej szyi.
- Powiedz mi mamo, czemu mnie tam zostawiliście?! – mówiąc to w oczach miał łzy.
- Dobra, ja ci powiem. – powiedział głośno i pewnie mężczyzna – Ja ci powiem.
- Ja i twoja mama – ciężko przeszło mu to przez gardło – jesteśmy kosmicznymi piratami. Należymy do Czarnego Słońca. I… mieliśmy romans, którego efektem byłeś ty. A nasz szef nie tolerował takich rzeczy. Od razu by nas zabił. Zostawiliśmy cię tam, bo sprawiłbyś za dużo kłopotów. Nie powiem, że mi przykro, bo tak nie jest. Tak to jest w biznesie mały. – po tej wypowiedzi Ooran pożałował wszystkiego, co zrobił, od przylotu na Coruscant. Marzył o tym, żeby znów mógł być z Darttem, trenować na powierzchni Tannis V. To było jednak nie możliwe. Nagle zdał sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł. Nie miał już sił zrobić nic więcej. Wyłączył więc swój miecz położył się i zaczął płakać. Na jego rodzicach nie robiło to jednak żadnego wrażenia. Po chwili na mostek wrócili strażnicy, tym razem z karabinami blasterowymi. Spojrzeli na chłopaka i jeden z nich zwrócił się do jego ojca.
- Co mamy z nim zrobić szefie?
- Wsadźcie go do kapsuły ratunkowej i wypuśćcie w przestrzeń.
- Tak jest. – powiedział strażnik, i ogłuszył chłopaka pojedynczym strzałem z karabinu.

7. Pomoc

Gdy Ooran się obudził był już wewnątrz kapsuły. Sprawdził wszystkie wskaźniki, nic nie działało. Spojrzał, gdzie leci, lecz nie dostrzegł przed sobą żadnej planety. Tylko jedną wielką pustkę. Za sobą zobaczył szybko oddalający się statek należący do jego rodziców. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezsilny. Nie miał pojęcia, co robić. Wszystko działo się tak szybko. Jeszcze tydzień temu ćwiczył z mistrzem Darttem na Tannis V, a dzisiaj siedzi sam w kapsule ratunkowej bez paliwa a jego rodzice okazali się bezdusznymi potworami, którym zależy tylko na pieniądzach. Zaraz… mistrz Dartt… kiedyś mówił mi, że Jedi w stanie medytacji mogą rozmawiać ze sobą. Więc jest jeszcze szansa. Muszę spróbować…
Tymczasem, w systemie Tanthos mistrz Dartt był już bardzo blisko wykonania powierzonego mu przez mistrza Ulthara zadania. Właśnie zbliżał się do kryjówki zabójcy wraz z dziesięcioosobowym oddziałem żołnierzy Republiki. Kryjówką tą było wnętrze wulkanu, do którego można się było dostać jedynie przez krater. Dlatego też cały jedenastoosobowy oddział miał założone plecaki rakietowe.
- Wszyscy gotowi? – spytał Dartt
- Jak zawsze! – odpowiedział dowódca jednostki.
- No to w drogę.
Wszyscy wskoczyli do wnętrza wygasłego wulkanu. Uruchomili silniki dopiero tuż nad ziemią, gładko lądując na twardej powierzchni. Przez chwilę wyglądało na to, że trafili w ślepy zaułek, jednak po chwili Dartt wyczuł obecność zabójcy. Podszedł do jednej ze ścian i pchnął ją mocą. Słabe, gliniane drzwi roztrzaskały się na kawałki.
- Czekajcie tutaj – rozkazał żołnierzom, po czym wszedł do środka.
Wnętrze było skromne, ale zadbane. Właśnie minął półkę z różnego rodzaju bronią i charakterystyczną, mandaloriańską zbroją. Najciszej jak mógł przeszedł dalej. Czuł, że zabójca jest gdzieś blisko. Po chwili zbliżył się do następnego pokoju. Wyciągnął miecz i wskoczył do środka. Niczego nie świadomy mandalorianin czyścił właśnie jedną z broni. Gdy zobaczył Jedi idącego w jego kierunki i zapalającego właśnie miecz świetlny chwycił mały podręczny pistolet. Zanim jednak zdążył wystrzelić, broń wyślizgnęła się mu z ręki i poleciała do tyłu.
- W imieniu rządu Republiki: jesteś aresztowany, pod zarzutem wielokrotnego morderstwa. Bezbronny mandalorianin podniósł ręce do góry a zza pleców Dartta wyszło 10-ciu żołnierzy. - Zajmijcie się nim – rzekł Dartt do żołnierzy - Tak jest, sir. – odparł jeden z nich i wyciągnął kajdanki. Nagle Dartt poczuł coś dziwnego.
Coś jakby zakłócenie Mocy, ale układające się wyraźnie w słowo „pomocy”. Postanowił, że musi coś z tym zrobić.
- Zabierzcie go na Coruscant, ja muszę jeszcze coś załatwić – rzekł do żołnierzy i wyszedł.
Chwilę później był już na pokładzie swojego statku. Usiadł i zapadł w głęboką medytację. Wtedy usłyszał wyraźny, lecz daleki, znajomy głos.
- Mistrzu, potrzebuję twojej pomocy. – bez wątpienia głos należał do jego ucznia, Oorana - Gdzie jesteś – spytał Dartt.
- W systemie Ad`can, tak myślę. Jestem uwięziony w dryfującej kapsule ratunkowej.
- Już po ciebie lecę.
- Mistrzu, ja…
- Pomówimy o tym później. Trzymaj się. – powiedział Dartt, po czym wstał i jak najszybciej wystartował.
Znalezienie odpowiedniej boi zajęło mu trochę czasu, lecz po dwóch minutach „Obrońca słońc” leciał już z prędkością nadświetlną w kierunku systemu Ad`can. Jeszcze pięć godzin. Dartt postanowił, że wróci do holu i przez ten czas porozmawia ze swoim uczniem. Z powrotem usiadł i oddał się medytacji.
- Już do ciebie lecę Ooran, trzymaj się.
- Mistrzu, ja… zawiodłem cię.
- W innych okolicznościach na pewno przyznałbym ci rację.
- Już nigdy tego nie zrobię – zapewniał go płaczliwym tonem Ooran.
- Spokojnie, opowiedz mi o wszystkim.
- Ja… spotkałem swoich rodziców – a więc jednak, pomyślał Dartt – oni są…
- Spokojnie, zacznij od początku… - Chłopak zaczął opowiadać o wszystkim, co go spotkało od ucieczki z doków Świątyni Jedi.
- I wtedy oni powiedzieli, że…
- Czekaj, zaraz dokończymy rozmowę, właśnie wylatuję z nadświetlnej. – przerwał mu Dartt, po czym wstał i pobiegł do kokpitu.
Usiadł w fotelu pilota i skupił się. Po chwili wyczuł swojego ucznia, daleko po drugiej stronie planety. Przełączył całą moc na silniki, i najszybciej, jak to było możliwe poleciał w stronę kapsuły Oorana. Po kilkudziesięciu minutach był już po drugiej stronie. Włączył radar dalekiego zasięgu. Od razu na ekranie ukazał się mały punkt, kapsuła ratunkowa. Po kolejnych kilku minutach był już przy kapsule. Włączył autopilota, który precyzyjnie zadokował do kapsuły a sam poszedł do drzwi awaryjnych. Kiedy tylko komputer oznajmił, że bezpiecznie zadokowali do kapsuły, otworzył pierwszy właz, a potem użył miecza, żeby wyciąć w kapsule dziurę, przez którą wciągnął nieprzytomnego z braku powietrza Oorana. Zamknął właz, położył Oorana na łóżku pozostawiając go pod opieką droida medycznego, po czym skierował się do kokpitu żeby obrać nowy kurs – Coruscant. Potem wrócił do Oorana, który zaczynał już odzyskiwać przytomność.
- Mistrzu… - odezwał się niemal nieprzytomnym głosem Ooran.
- Później, mój młody uczniu. Musisz odpocząć. Obrałem kurs na Coruscant. Mistrz Ulthar postanowił, że razem ze mną dokończy twój trening. Zostaniesz Jedi.
Ooran nic już nie powiedział. Chociaż jedno jego marzenie się spełni. Uśmiechnął się tylko i zasnął.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 6,67
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
Dorg 8 2007-09-03 19:54:02
mgmto 7 2007-08-01 12:33:17
Darth Edziaszka 5 2017-05-30 06:18:31

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (4)

Hę, to po hebrajsku, że od prawej strony?

Dobry pomysł, ale muszę się przyczepić do stylu autora. Mało wyszukane słownictwo. Ale ze względu na fabułę dam mu pozytywną ocenę: 8/10.

Dobry pomysł, ale muszę się przyczepić do stylu autora. Mało wyszukane słownictwo. Ale ze względu na fabułę dam mu pozytywną ocenę: 8/10.

Pomysł niezły, ale wykonanie dużo gorsze. Całe opowiadanie jest jakieś takie... naiwne. Dodatkowym minusem są drętwe dialogi. Mimo to tekst zasługuje na pozytywną ocenę

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.