Twórczość fanów

Podróż

Autor: Nadiru Radena



3921 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci

**********


— Zapnij pasy. Zaraz wejdziemy w atmosferę.
Nienawidziłem tego. Zrób to, zrób tamto, uważaj na to, nie rób tego. Miałem już tego serdecznie dość. I nic mnie nie obchodziło, że „prawdziwy” Jedi nie powinien był myśleć w taki sposób.
W całej Świątyni Jedi mówili, że byłem ciężkim uczniem: upartym, niechlujnym i aroganckim. Jakby tego było mało, bez przerwy zasypywali mnie wyrazami fałszywego współczucia i spojrzeniami pełnymi udręki. No i jeszcze te ich żałosne próby wytłumaczenia mojego zachowania tym, że miałem już czterech mistrzów. To prawda, wszystkich dopadło to „szczęście”, że pożegnali się z życiem właśnie wtedy, gdy zacząłem ich nieco lepiej poznawać. Więcej, każdy jeden ginął na moich oczach — zawsze na moich oczach.
Tego też nienawidziłem. Wielu rzeczy nienawidziłem.
Podobno nienawiść prowadzi na Ciemną Stronę. Wszyscy bez przerwy nawijali o tym jak pokrętna, zdradliwa i zła jest Ciemna Strona Mocy, że robi z Jedi potwora i tak dalej, i tak dalej. Żeby nie ten nieznośny patos, to jeszcze jakoś by mogło być, ale już przy drugim mistrzu miałem tych lektur po dziurki w nosie. Kiedy pytałem o dowody, każdy z nich patrzył na mnie zdumionym wzrokiem i wymieniał imiona Exara Kuna, Ulica Qel-Dromy i paru Darthów, tak jakby miało mi to coś powiedzieć. Pytałem: „Kim oni byli?” i zawsze dostawałem tą samą odpowiedź: „Jak to, nie wiesz? Niczego się nie nauczyłeś na lekcjach historii?” Ignoranci. Czy mistrzowie nie są właśnie po to, by odpowiadać na takie pytania? Inna rzecz, że nienawidziłem teoretycznych lekcji, a już w szczególności historii — jaki pożytek z niej, skoro po tej całej Czystce Jedi, o której na okrągło mówili Jedi, liczyło się tylko to, aby jak najlepiej wymachiwać mieczem świetlnym?
Rada Jedi wielokrotnie dawała mi do zrozumienia, że najchętniej wyrzuciłaby mnie precz — nie zrobiła tego tylko dlatego, że byłem już za stary. Wiedziałem zbyt wiele o Mocy, by ze mnie rezygnować. Co za hipokryzja!
Kiedy zginął mój czwarty mistrz, nikt mnie nie chciał. Moje fatum było powszechnie znane i żaden z Rycerzy nie zamierzał stać się „tym piątym”.
Tego także nienawidziłem.
W końcu z litości wziął mnie pod swoje skrzydła Ruan Radena. Chociaż miałem prawie dwadzieścia lat, ubzdurał sobie, że jestem jakimś smarkaczem. Co gorsza traktował mnie jak dzieciaka.
— Dobrze, mistrzu — burknąłem. Nonszalancko zapiąłem pasy, spoglądając spode łba na trzydziestodwuletniego Mistrza Jedi — chyba tylko z tytułu — Radenę, który kierował nasz statek w stronę jakiejś rdzawo-zielonej planetki. Umarłbym z nadmiaru snu, gdyby nie ów cudowny statek — kanonierka typu Firefly, piękna jednostka o wspaniałych osiągach i niesamowitej zwrotności; inne seryjnymi maszyny tej klasy odpadały przy niej w przedbiegach. Poza Firefly’em każdy inny element misji był aż do bólu standardowy i nudny jak patrzenie na obrady Galaktycznego Senatu.
Wylądowaliśmy, zaliczyliśmy komitet powitalny, udaliśmy się do jakiegoś hotelu i poszliśmy spać. Następnego dnia czekało nas spotkanie ze stronami konfliktu. Zgodnie z moimi przewidywaniami po godzinie czy dwóch spór został rozwiązany, mistrz Radena w glorii i chwale pożegnał się z politykami tudzież generałami i ruszyliśmy do gwiezdnego portu, aby raz na zawsze opuścić ten nędzny glob.
Wówczas to właśnie sytuacja się porypała niczym bankiet Huttów, na który przypadkiem wprosił się funkcjonariusz lokalnej policji.
Konferencja pokojowa okazała się wielką farsą, my natomiast wpadliśmy w sam środek działań wojennych. I żeby było śmieszniej, między nami, a portem nagle zmaterializowało się parę repulsorowych czołgów, którym — a jak! — asystowała cała chmara piechoty.
Uśmiechnąłem się szeroko. No, najwyższy czas na jakąś ciekawą akcję!
Nie widząc innego wyjścia, zaczęliśmy się przedzierać przez formację żołnierzy, wykorzystując Moc do przeskakiwania z jednego miejsca na drugie, a miecze świetlne do odcinania rąk, które dzierżyły broń. Taktyka sensowna, aczkolwiek nie uratowała od zguby mojego mistrza.
Kiedy wydawało się, że jesteśmy już bezpieczni, zaskoczyło nas kilka pożegnalnych salw z blasterów. Były oddane na chybił-trafił, lecz jeden z energetycznych pocisków przedarł się przez błękitną zasłonę klingi Ruana Radeny i ugodził go prosto w pierś.
Przyznam szczerze, mimo różnych awersji do niego, poczułem ukłucie żalu. Po chwili jednak, nie chcąc skończyć jak on (żołnierze, widząc ustrzelonego Jedi, ryknęli dziko, zatrzymali się i zawrócili), darowałem sobie bezsensowną próbę powrotu. Po pewnym czasie dotarłem do portu.
Tu czekała na mnie niespodzianka. Przed głównym wejściem wisiał w powietrzu ciężko opancerzony rydwan bojowy, a wokół niego kręciło się przynajmniej kilku strażników. Na domiar złego cała ich uwaga natychmiast skupiła się właśnie na mnie. Oczywiście uwaga nie była jedyną rzeczą, która się we mnie skierowała.
Bez chwili refleksji zanurkowałem za najbliższą zasłonę, płonący wrak śmigacza towarowego. W miejscu, gdzie przed chwilą stałem skrzyżowało się parę blasterowych błyskawic. Nie minęła sekunda, a krwistoczerwone smugi zaczęły okładać zniszczoną maszynę razami, literalnie przerabiając stal i tworzywa sztuczne na parę. Wcisnąłem guzik aktywatora na rękojeści miecza świetlnego z nadzieją, że mój umęczony mózg znajdzie jakiś sposób, by ocalić resztę ciała.
Długo szukać nie musiał, gdyż wybawienie, jakkolwiek nieoczekiwane, spadło prosto z nieba. Dwa trójkątne kształty śmignęły nad moją głową, prując z działek laserowych we wszystko, co się ruszało. Kiedy do moich uszu dotarł skądinąd radosny huk eksplozji, wyskoczyłem zza wraku i popędziłem w stronę, gdzie stała brama — a właściwie w stronę, gdzie znajdował się krater po niej oraz poczerniały szkielet rydwanu bojowego.
Po przelocie bombowców połowę portu okalały chmury dymu dobywające się z wściekle trzaskających żółto-pomarańczowych płomieni. Na całe szczęście nasz — to jest: mój — statek był bezpiecznie zaparkowany w drugiej połowie lądowisk.
Do czasu, gdy zasiadłem na fotelu kanonierki, nie zastanawiałem się co zrobię po opuszczeniu planety. Ba, byłoby czymś niezwykłym, gdybym w ogóle nad czymkolwiek dłużej podumał. Przyjdzie na to czas, pomyślałem i chwyciłem stery w dłonie.
Będąc w strefie walki „neutralnym obiektem”, rychło stałem się celem dwóch myśliwców — być może nawet tych samych, które pomogły mi wejść do portu. To byłoby zabawne, ale nie zamierzałem się z nimi pojedynkować. Wydusiłem z silników co się dało. Te marne, prowincjonalne stateczki nie miały najmniejszych szans z Firefly’em.
Na orbicie panował spokój; żadna ze stron konfliktu nie miała niczego zdolnego do lotu w przestrzeni kosmicznej. To źle, uznałem, gdyż oznaczało to, że musiałem wreszcie pomyśleć co ze sobą zrobić.
Pierwszą decyzję podjąłem bardzo prędko: nie wracam na Coruscant. Co to, to nie! Jak już wspomniałem, miałem Jedi powyżej uszu. Zresztą, gdybym im zakomunikował o stracie kolejnego mistrza, oni też niewątpliwie mieliby mnie dość.
Ale skoro nie Jedi, to... co lub kto?
Po pięciu sekundach intensywnych deliberacji, nagle wyprostowałem się w fotelu i uśmiechnąłem szelmowsko. Znalazłem odpowiedź.

**********


Ruan Radena miał mnóstwo wad, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość — przynajmniej raz naprawdę mi się przysłużył: opowiadając o przygodach swojego ojca, Aruna, na stacji Vukovar — szkaradnej plątaninie rur, platform i hangarów poskręcanych z wrakami kilku statków kosmicznych. Podobno już od setek lat szczyciło się mianem „siedliska występku”: zbrodni, hazardu, niewolnictwa i całego tego galaktycznego szamba. Innymi słowy było to miejsce, które doskonale nadawało się do roli pierwszej przystani na mojej nowej drodze życia, życia bez Jedi, rzecz jasna.
Po wymianie uprzejmości z kontrolerem-idiotą, posadziłem kanonierkę na ciasnym lądowisku, ledwo wślizgując się między dwa zrupieciałe frachtowce. Ubrany w proste spodnie, prostą koszulę i prostą kurtkę, czyli jeden ze strojów przygotowanych na misje „ku chwale Zakonu”, przypasałem sporych gabarytów pistolet blasterowy i opuściłem rampę Firefly’a.
Zaatakowała mnie koalicja duchoty, oparów i smrodu, ale ja pozostałem niewzruszony wobec tej bezczelnej inwazji na moje nozdrza. Pokonałem labirynt korytarzy i dumny z faktu, że udało mi się prawidłowo odczytać zardzewiałe tablice informacyjne porozwieszane po drodze w całkiem przypadkowych miejscach, wkroczyłem do serca Vukovaru — kantyny.
Przybytek ten był tak paskudny, odrażający i odpychający, że od razu go polubiłem. Niektórzy w Zakonie twierdzili, że sterylne komnaty Świątyni Jedi są wzorem pomieszczeń zamkniętych, ale ja wiedziałem swoje — pokoje bez życia były straszliwie nudne.
Śmiało podszedłem do baru i zamówiłem pierwszego lepszego drinka. Ledwo barman uporał się z zamówieniem, już wiedziałem gdzie chcę skierować swoje nogi. Kantynę Vukovaru wypełniali przedstawiciele dziesiątek ras inteligentnych, lecz mnie w szczególności zainteresowała istota mojej własnej rasy, z tym że przeciwnej płci. Siedziała przy stoliku na skraju zadymionego pomieszczenia. Widziałem jedynie tył jej głowy i długie, brązowe włosy upięte tuż powyżej linii ramion okrytych — jak zresztą całe jej zgrabne ciało — jakiegoś rodzaju kombinezonem. Jak tak na nią z ciekawością spoglądałem, coś mi natrętnie szeptało do ucha, że zaraz mogę stracić szansę swojego życia. Wprawdzie tajemniczy głos nie wyjawił o jaką szansę chodziło, ale skwapliwie posłuchałem jego rad, aby nie stać jak kołek.
Zgarnąłem z baru wysoką szklanicę z krwistoczerwonym płynem, niedbale usiadłem naprzeciw kobiety i cała moja pewność siebie odpłynęła w siną dal. Po prostu mnie zatkało.
Wspominałem już o tym, że nienawidziłem też tego, że Zakon nie przygotowywał nikogo do normalnego życia i nie uczył, na przykład, jak powinien się zachować Rycerz Jedi, kiedy stanie oko w oko z olśniewająco piękną dziewczyną?
No dobra, przesadziłem. Owszem, dziewczyna była piękna, ale w taki, można rzec: zwyczajny sposób. Co i tak nie zmieniłoby, że zamiast niedbale trzasnąć szklanką o blat stolika i wyskoczyć z jakąś porywającą gadką, zacząłem się bez słów wpatrywać w jej stalowoszare oczy, które już po chwili taksowały mnie z mieszaniną rozdrażnienia i znudzenia podchodzącego jednak pod rozbawione zaintrygowanie.
— Na twoim miejscu nie piłabym tego — powiedziała sucho, wskazując palcem na trunek.
— Takie mocne, co? — wydusiłem. Pozorowanie wyluzowania jakoś mi nie szło.— Nie takie rzeczy już piłem.
Wychyliłem pół szklanki za jednym pociągnięciem. Natychmiast tego pożałowałem. Wydając z siebie nieludzki skrzek, wyplułem na bok resztę płynu, którą nie zdołałem połknąć za pierwszym zamachem i poczułem w gardle pieczenie tak ogniste, jakbym trzymał w nim zapalone ostrze miecza świetlnego.
— Nie wątpię — skomentowała sarkastycznie moją walkę z alkoholem. — Ostrzegałam. Ten napój jest przeznaczony dla Wookieech.
Gorączkowo pokiwałem głową, próbując zapanować nad odruchem wymiotnym, a dziewczyna zmrużyła oczy, jak gdyby zastanawiała się nad czymś. Przywołując na oblicze przyjazną minę, pochyliła się do mnie. Kosmyki włosów cudownie opadają jej na czoło, pomyślałem wtedy, czując falę gorąca rozpływającą się po moich plecach.
— Czym tu przyleciałeś? — zapytała. Godziła we mnie takim specyficznym, onieśmielającym spojrzeniem. Uśmiechnąłem się blado, ale jednocześnie dumnie.
— Kanonierką typu Firefly.
— Firefly, co? — Dziewczyna z uznaniem skinęła głową. Serce mocniej mi zabiło. — Dobra maszyna. Widzisz, tak się składa, że potrzebny mi transport na Harakasi.
— Na Harakasi. — Udałem, że znam tą nazwę od urodzenia. W rzeczywistości zachodziłem w głowę gdzie u Sitha znajdowała się ta planeta. Żeby nie wypaść ze swojej roli i przypadkiem nie zostać uznanym za altruistę, zmarszczyłem nos, pochyliłem się lekko do przodu i spytałem na tyle beznamiętnie na ile dałem radę: — Co z tego będę miał?
— Moją dozgonną wdzięczność — powiedziała z nieszczerym ciepłem w głosie — a do tego dwa tysiące kredytów. Co ty na to?
— Uczciwie — skłamałem; zupełnie nie orientowałem się ile piloci brali sobie za takie kursy. — Ale mam lepszy pomysł. Co powiesz na to, żebyśmy zostali partnerami?
— Ho, ho, ho!
Dziewczyna zaniosła się śmiechem i odchyliła do tyłu na swoim krześle. Ruch ten sprawił, że kilkadziesiąt niesfornych włosów w przepiękny sposób zafalowało w powietrzu i opadło wzdłuż jej policzków. Serce zabiło mi jeszcze mocniej. Fierfek, co za dziwne uczucie, pomyślałem. Nie mogłem oderwać spojrzenia od jej twarzy. Niesamowite, jak wiele rzeczy mnie ominęło przez tych świętoszkowatych Jedi.
Tymczasem dziewczyna przestała się śmiać. Przyjrzała mi się krytycznie.
— Nawet nie wiesz kim jestem — prychnęła, ale od razu uniosła dłoń, bym nic nie powiedział. — Wyręczę twój umysł przeciążony próbami odgadnięcia tej tajemnicy: jestem łowcą nagród, a łowcy nagród nie działają w dwójkę.
— Czyli mówisz „nie”? — spytałem z tak ogromną dawką smutku, jaką tylko potrafiłem włożyć w swoje usta.
W tym momencie poczułem coś dziwnego, delikatne uszczypnięcie Mocy, zmarszczkę na jej dotychczas gładkiej i spokojnej tafli. Dziewczyna niespokojnie się poruszyła i wyraźnie zawahała, zanim rzekła niezobowiązująco:
— Zobaczymy. Rozumiem, że mam transport?
— Tak jest, prze pani.
— No to idziemy — odparła z pewnym niewysłowionym napięciem w głosie. Wstała od stolika.
— Hej, skąd ten pośpiech?
Dziewczyna nie odpowiedziała, toteż poderwałem się z krzesła jak opętany. Omal przy tym nie rozlałem resztek „wooczego” drinka. Jeszcze by tego brakowało, żebym zaplamił nowiutkie ubranie tym paskudztwem!
Podążyłem za dziewczyną... i zderzyłem się z jakimś Chadra-Fanem, który wylał na mnie całą zawartość swojej szklanki.
— Żeby to... — chciałem zakląć, lecz zamilkłem. Ze zdumieniem wysłuchałem serii najbardziej obraźliwych i plugawych przekleństw, jakie chyba kiedykolwiek padły w tej galaktyce. Nie mogąc wyjść z szoku, że z tak małej istoty wydobyłby się tak wymyślne wyrazy, nawet niespecjalnie zwróciłem uwagę na to, że spływający po koszuli płyn systematycznie plamił mi nogawki spodni.
Na sczerniałe kości Malaka, kimkolwiek on był. Naprawdę mało wiedziałem o tej galaktyce.
— Chodź.
Dziewczyna pociągnęła mnie za rękaw, jednocześnie demonstrując swą miną i irytację, i rozbawienie. Świetnie, pomyślałem sobie, dobrze wiedzieć, że w ten sposób reagują na mnie piękne kobiety. Świetnie.
Mimo wszystko uznałem, że to interesujące, że chociaż tak nieprzychylnie na mnie patrzyła, natychmiast ją polubiłem. Ale z drugiej strony, może to tylko jej uroda tak na mnie działała...?
Kiedy znaleźliśmy się na korytarzu, a ja wreszcie wysunąłem się na przód, aby ją poprowadzić ku właściwemu hangarowi, spytałem:
— Czemu chcesz polecieć...?
— Zostawiłam tam statek — odparła pospiesznie, z ledwie wyczuwalną nutką zażenowania.
„Hej, kto tu jest Jedi tak w ogóle?”, chciałem sam do siebie rzec, dziwiąc się nie tyle szybkością reakcji dziewczyny, co raczej jej odpowiedzią. Jeżeli jej statek był na tamtej planecie, to po kiego Hutta przyleciała tutaj? A zresztą nieważne. Za mało wiedziałem o prawdziwym życiu, żeby roztrząsać tą sprawę. Co nie oznaczało jednak, że nie miałem do niej pewnych zapytań.
— Od jak dawna jesteś łowcą nagród?
— Odkąd pamiętam — odrzekła wymijająco. — A dokładniej rzecz ujmując...
Nagle zza rogu korytarza wyskoczył Rodianin i z wycelowanym w nas blasterem krzyknął:
— Stać i ręce do...!
Pomieszczenie na moment rozświetlił czerwonawy blask.
— ...od dnia, kiedy moi rodzice się pozabijali — dokończyła spokojnie dziewczyna. Schowała pistolet do swojej kabury i, jak gdyby nic się nie wydarzyło, ruszyła w dalszą drogę.
Stałem jak zaklęty, spozierając tępym wzrokiem na dymiącą dziurę w piersi Rodianina. Nerwowo gładziłem rączkę blastera, o którym nawet nie zdążyłem pomyśleć, a co dopiero mówić o użyciu go.
— Pozabijali? — powtórzyłem niezbyt przytomnie, zbierając do kupy rozkołatane myśli. — Jak ty to... to zrobiłaś?
Dziewczyna zrobiła minę w rodzaju „takie rzeczy to ja robię na co dzień”.
— Idziesz?
— Acha.
Pół minuty później, wciąż w stanie oszołomienia, doprowadziłem ją do kanonierki. Jak tylko dziewczyna wkroczyła na pokład, wyraźnie się rozluźniła, jakby ktoś zdjął z jej pleców bardzo ciężki plecak. Nastrój zdecydowanie jej się poprawił.
— Zakosiłeś to cacko Jedi? — spytała niespodziewanie. Wycelowała wskazujący palec w wewnętrzną ścianę ładowni, na której było namalowane karmazynowe godło Zakonu: dwa skrzydła rozpostarte po bokach miecza świetlnego.
Zamurowało mnie. Nie miałem pojęcia co powiedzieć.
— Nieźle, nieźle — stwierdziła ze szczyptą szacunku. Uśmiechnąłem się zadziornie. Nie dość, że łatwo wykaraskałem się z kłopotu, to jeszcze zarobiłem parę punktów u dziewczyny. Coraz lepiej!
U dziewczyny, u dziewczyny... Ściągnąłem brwi. Coś było nie w porządku z tą frazą. Tylko co...? Jak wpadłem na odpowiedź, poczułem się naprawdę głupio.
— Skoro już okazało się, że pobędziemy ze sobą jakiś czas — zacząłem, usadawiając się na fotelu pilota — to może mi powiesz chociaż jak się nazywasz? Ja jestem Mael Lacm.
— A ja Kaay. — Dziewczyna zgięła się w pasie w parodii dworskiego ukłonu i rozsiadła na drugim fotelu. — Jak już przy czasie jesteś, to aż tak długo ze sobą nie pobędziemy. Harakasi jest w sąsiednim sektorze, pół dnia lotu stąd.
— Wiem — skłamałem i obdarzyłem ją szelmowskim półuśmieszkiem. — Miałem na myśli naszą współpracę... to się znaczy: naszą przypuszczalną współpracę.
— Ach tak. A tymczasem zabierz się za pierwszy punkt programu naszej wycieczki, dobrze?
— Z przyjemnością.
Wyprowadziłem maszynę ze zdezelowanego hangaru stacji kosmicznej. Niestety, nie było nam dane spokojnie odlecieć. Po jakimś kilometrze wyczułem, że coś jest nie tak. Wrażenie po chwili potwierdził ekran taktyczny, na którym trzy szare kropki oderwały się od Vukovaru i zaczęły podążać naszym śladem.
— Mamy towarzystwo. — Pstryknąłem przełącznikiem tarcz ochronnych. — Twoi kumple?
— Tak jakby. — Kaay w śliczny sposób przygryzła dolną wargę. — Masz tylko standardowe uzbrojenie?
— Wiesz, nie zdążyłem jeszcze...
Raptem kanonierką silnie zatrzęsło; kątem oka spostrzegłem dziesięcioprocentowy ubytek energii osłon energetycznych, a także mrugającą lampkę na pulpicie łączności. Odruchowo nacisnąłem ulokowany obok guzik. Na ekranie ukazała się zielonkawa twarz Rodianina.
— Mamy was na celowniku! — oznajmił z nieukrywaną satysfakcją obcy. — Wyłączcie silniki i przygotujcie się do dokowania!
— Nie gadaj z nimi — syknęła Kaay, ale zignorowałem ją.
— Po tej stronie kapitan Rehnols. — Przykleiłem na usta sztuczny uśmiech. W tym czasie dziewczyna nie próżnowała, pospiesznie wstukiwała do komputera nawigacyjnego koordynaty Harakasi. — O co chodzi? Czyżbym się czymś panu naraził?
— Zabiciem mojego brata! — ryknął Rodianin.
— A, to faktycznie ciężka sprawa — burknąłem i zerknąłem z wyrzutem na moją pasażerkę; dziewczyna wzruszyła ramionami. No tak, pomyślałem, dla niej zabicie jakiegoś Rodianina to chleb powszedni. — Słuchaj no pan, nie...
— Poza tym masz coś, co ja bardzo chciałbym mieć — kontynuował obcy. — Jak nam oddasz...
— Słuchaj ty zielona gnido! — warknęła Kaay, wepchnąwszy się w obiektyw kamery. Wypowiedziała kilkanaście wyzwisk niemniej barwnych niż te, które usłyszałem z ust Chadra-Fana, po czym rozłączyła się.
— Nie uważasz, że...
Kanonierką powtórnie zakołysało.
— Rób uniki do cholery! — krzyknęła. Na pierwszy ogień wziąłem korkociąg, który ostatecznie przerodził się w szaleńczą beczkę. Na moich licach rozkwitł kwaśny grymas. Shabla, za dużo ćwiczeń w symulatorze, za mało w realnej przestrzeni.
Po kilku ekwilibrystycznych manewrach nie byliśmy nawet o centymetr dalej od naszych prześladowców, za to „zgubiliśmy” z połowę energii osłon.
— Ile do skoku?
— Minuta!
Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Gwałtownie ściągnąłem do siebie stery. Świeca wgniotła mnie w fotel z taka siłą, że przez chwilę nie mogłem złapać oddechu.
— Co robisz? — wysapała Kaay. — Mamy lecieć tam, a nie z powrotem!
— Bez paniki. Wiem co robię.
Właściwie powinienem był rzec: „chyba wiem co robię”, ale po co niepotrzebnie denerwować urodziwą pasażerkę? Vukovar ze swoją gęstwiną rur i innych tego typu rzeczy rósł w oczach z każdą sekundą.
— W tym czymś bez trudu ich zgubię — próbowałem sam dodać sobie otuchy.
— Albo nas pozbijasz — zepsuła moje wysiłki Kaay, z niepokojem obserwując zbliżającą się konstrukcję.
— Myślałem, że łowcy nagród lubią podejmować ryzyko — zakpiłem nerwowo, czując narastający lęk, który dodatkowo wzmocnił fakt, iż straciliśmy tarczę ochronną. — Trzymaj się!

**********


Gwiazdy rozciągnęły się w długie linie, a potem w błękitno-biały wir nadprzestrzeni.
— To było głupie, wiesz?
Nie odpowiedziałem. Wciąż miałem przed oczami obraz myśliwa wbijającego się w ścianę stacji, a w uszach przeraźliwy odgłos zgrzytania kadłuba kanonierki o jakiś wystający element Vukovaru. Po chwili zorientowałem się, że z całej siły zaciskam palce na sterach. Rozluźniłem uchwyt.
— Tak jakby — zgodziłem się. Wreszcie oderwałem spocone ręce od drążków. — Ale poskutkowało.
Dziewczyna parsknęła, ale odniosłem wrażenie, że zaimponowałem jej tym szaleńczym manewrem. To przekonanie szybko legło w gruzach wraz z jej cierpkimi słowami:
— Następnym razem daj stery komuś, kto JUŻ umie latać.
Wstała z fotela, a ja spurpurowiałem. O nie, tego już za wiele! Lubię ją, choć sam nie wiem czemu, ale nie będę pozwalał sobą tak pomiatać. Co to, to nie! Oburzony, podniosłem się z siedzenia, otworzyłem usta...
— Tylko żartowałam, Mael.
Uśmiechnęła się tak uroczo, że na samą myśl, że chciałem ją zrugać poczułem się jak ostatni kretyn. Zamknąłem usta, ale zanim odpowiedziałem jej identycznym uśmiechem, Kaay zniknęła za grodziami.
— Te kobiety — westchnąłem jakbym cokolwiek się na tym znał. Zresztą, perspektywa spędzenia z nią przynajmniej kilkunastu godzin była naprawdę przyjemna...

**********


— Coś taki zasępiony?
— Ja? Wydaje ci się.
Przepełniała mnie frustracja. Zbliżała się już pora wyjścia z nadprzestrzeni, tymczasem wszystkie moje nadzieje na bliższe zaznajomienie się z Kaay runęły niczym piramidka z kart paazaka.
Szlag! Zerknąłem na dziewczynę i bezsilnie stuknąłem pięścią o poręcz fotela. Nie udało mi się nawet raz z nią porozmawiać! Nawet raz w ciągu jedenastu godzin, pomimo iż czyhałem na każdą okazję i pilnowałem się, by za długo nie spać. W końcu zacząłem ją podejrzewać o to, że mnie unikała — co chyba nie byłoby wcale dziwne zważywszy, że zaufanie w międzygwiezdnych przestworzach to towar deficytowy.
Niestety fakt ten ani trochę nie łagodził mojej irytacji. Kiedy jednak kolejny raz spojrzałem na Kaay, pomyślałem że do odważnych galaktyka należy i zagaiłem:
— Dobrze ci się spało?
— Co? — Wyrwana z letargu dziewczyna widać jeszcze nie załączyła trybu „sarkazm i ironia”, gdyż odpowiedziała: — A, tak, było w porządku.
— Nie wiem, czy powinienem cię o to pytać — podjąłem po chwili nazbyt natarczywego wpatrywania się w ciemnobrązowy kombinezon, który tak wspaniale okrywał jej ciało, zamiast w przyczepioną do jej pasa kaburę — ale to chyba nie jest cały twój arsenał?
— Bynajmniej. Reszta została na statku.
Rozmowa znowu stanęła w miejscu. Gorączkowo rozmyślałem o co ją zapytać, aż wreszcie wystrzeliłem z najgłupszym pytaniem, jakie można zadać:
— Z jakiej planety pochodzisz?
— Z Alderaanu. — Dziewczyna nareszcie zwróciła na mnie uwagę. — Czemu pytasz?
— Tak sobie. — W gardle raptem mi zaschło. — Mówili prawdę, że z Alderaanu pochodzą najpiękniejsze kobiety.
Kaay popatrzyła na mnie takim wzrokiem, że nabrałem ochoty zapaść się pod ziemię.
— Skąd bierzesz te teksty?
Policzki zaczęły mnie palić żywym ogniem.
— Z głowy?
— Tak myślałam — westchnęła ciężko.
Postanowiłem już więcej się nie odzywać. Nie byłem jednak w stanie dotrzymać tego wewnętrznego przyrzeczenia, bo parę sekund później dziewczyna ponownie westchnęła.
— Słuchaj, Mael, wiem że bardzo ci się podobam, a do tego ja też cię lubię — zrobiłem wielkie oczy; czy ja się przypadkiem nie przesłyszałem? — ale jak chcesz zostać moim partnerem, to musisz sobie dać spokój z podrywaniem mnie. Rozumiesz?
Ostrożnie kiwnąłem głową.
— To dobrze.
Zdało mi się, że Kaay chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zobaczyła błyskającą lampkę na pulpicie i zrezygnowała ze swoich zamiarów. Pięć sekund później nadprzestrzeń przemieniła się z powrotem w znajomy obraz upstrzonej gwiazdami przestrzeni kosmicznej i nieco mniej znajomy widok błękitno-złocistej planetki osnutej gęstymi pasami srebrzystych chmur.
— Skieruj się na księżyc Ratson. To ten szary, po lewej.
Podała mi dokładne współrzędne i odgarnęła niesforny kosmyk włosów za ucho. Zacisnąłem szczęki. Po kiego Sitha zgodziłem się na ten jej warunek?
— Nie powiedziałam ci czegoś — oznajmiła Kaay zakłopotanym głosem, kiedy Firefly wlatywał w cieniutką atmosferę satelity Harakasi. — Ten statek, o którym wspominałam... eee, straciłam podczas ostatniej misji. Problem w tym, że trzyma go u siebie tutejszy król oprychów i...
— ...chciałabyś, żebym pomógł ci go odzyskać? Zgoda.
Kaay z rozbrajającą miną utkwiła we mnie dwie szmaragdowe tęczówki.
— Co?
— Ale mam warunek: zostajemy partnerami.
Dziewczyna uniosła brew.
— Odważny jesteś. Albo głupi — dodała z tajemniczym uśmieszkiem. — Jesteś tego na sto procent pewien? Ganianie różnych typków po całej galaktyce to ciężka robota, niewdzięczna, czasem nielegalna i moralnie dwuznaczna, a do tego...
— Starczy, starczy. Rozumiem aluzję. Jestem pewien.
— Siedemdziesiąt procent dla mnie, reszta dla ciebie — powiedziała szybko, ledwo skończyłem mówić.
W ostatniej chwili powstrzymałem się przed wzruszeniem ramionami; gdybym nie martwił się o kredyty, byłoby to mocno podejrzane.
— Pięćdziesiąt.
— Sześćdziesiąt.
— Pięćdziesiąt pięć.
— Niech ci będzie.
Podałem jej dłoń. Kaay bez wahania ją ujęła, pieczętując tym samym tą dziwaczną umowę. Poszło mi zbyt łatwo, pomyślałem, definitywnie zbyt łatwo.

**********


— ...to chociaż mogłaś mi powiedzieć, że na tym zapomnianym przez Moc księżycu nie ma tlenu!
— Nie pytałeś — usłyszałem w słuchawkach wmontowanych w hełm razem z maską tlenową i goglami ochronnymi.
Byłem wściekły i nie zmieniały tego nawet moje burzliwie formujące się uczucia do Kaay. Misja zmieniła swój charakter z prostego przedarcia się do niedostępnej zwykłym szarakom części kosmoportu, w istny rajd komandosów na silnie strzeżoną fortecę wroga. Do tego dochodziła zbyt słaba grawitacja, skalista powierzchnia księżyca i denerwująca pewność siebie Kaay. Koszmarne połączenie! Dobrze przynajmniej, że nie musieliśmy się przebierać w skafandry ciśnieniowe.
— A oto nasz cel — rzekła w pewnym momencie. Skierowała się w stronę gładkiej ściany, która sprawiała wrażenie, jakby dosłownie wyrastała z okolicznych skał. Około stu metrów dalej, za wierzchołkiem naturalnego wzniesienia, widać było czubki anten, odbiorników i wszelkiej maści innych urządzeń komunikacyjnych.
— Tylne wejście — mruknąłem. — Zastanawiałaś się kiedyś czemu wszyscy źli faceci budują wielkie bazy, obładowują je gigantycznymi działami i uzbrojonymi po zęby żołnierzami, a potem dobudowują takie „supertajne” coś, które zawsze wykorzystują ich wrogowie?
— Co? Coś mówiłeś?
— Mniejsza z tym. — Przewróciłem oczami. — Wpisuj ten „tajny” kod i zabieramy się za twój statek.
Wspomniany kod, zdobyty gdzieś przez Kaay w zestawie ze starym planem technicznym księżycowego portu i zarazem warowni „króla oprychów”, zademonstrował swą wartość i po chwili niewielka śluza powietrzna pośrodku ściany rozwarła się.
Przecisnęliśmy się przez otwór i od razu po uszczelnieniu się pomieszczenia, z radością zdjęliśmy z głów hełmy. Nie sądziłem, że z takim utęsknieniem będę czekał na powrót w objęcia standardowej grawitacji; delektując się nią zauważyłem, że Kaay ma rozpuszczone w nieładzie włosy. Wyglądała fenomenalnie, może nawet lepiej niż w typowym dla niej uczesaniu.
— Chodź, w tym rejonie nie ma kamer ani strażników.
Jak gdyby zaprzeczając swoim słowom, wyjęła z kabury pistolet blasterowy. Uczyniłem to samo, przy okazji upewniwszy się, że miecz świetlny jest dobrze ukryty w wewnętrznej kieszeni kurtki. Obiecałem sobie, zresztą już nie pierwszy raz, że po całej tej akcji wyjawię dziewczynie kim jestem — to jest: kim byłem. Miałem nadzieję, że Jedi nigdy nie nastąpili jej na odcisk, bo to by raczej nie wpłynęło dobrze na moją sytuację.
Kaay wyciągnęła z kieszeni czarnobiały wydruk planu, a ja mruknąłem jakąś kąśliwą uwagę pod adresem tutejszych dekoratorów wnętrz.
— Chciałbyś może różowe ściany w żółte kropki? — spytała na wpół żartobliwie, na wpół prowokacyjnie.
— A żebyś wiedziała!
Srebrzystoszare mury i ostre oświetlenie lejące się z rzadka porozmieszczanych lamp, znowu nasunęły mi na myśl znienawidzony „wystrój” Świątyni Jedi.
Kaay przytknęła palec do warg i bardzo ostrożnie podeszła do załomu korytarza. Po chwili wyjrzała zza niego i zaklęła cicho, zezując z pretensją na swój plan.
— Tu nie miało być ściany! — warknęła i kilkoma dosadnymi zwrotami określiła zarówno świstek flimsiplastu, jak i osobę, od której go kupiła.
Podszedłem do niej, zerknąłem zza ramienia na arkusz, potem na ścianę, której „nie powinno być”, i z iście profesorską miną obróciłem plan do góry nogami.
— Wracając do moich tekstów: mówili prawdę, że ludzkie kobiety nie mają dobrej orientacji przestrzennej — oświadczyłem z niemałą satysfakcją.
Kaay odrobinę się zarumieniła, ale tym razem nie pozwoliłem jej dokonać złośliwego kontrataku. Wyrwałem plan z jej rąk i przejąłem dowodzenie. Po długiej, bodaj kilkudziesięciogodzinnej przerwie, postanowiłem również skorzystać z potęgi Mocy.
Zgodnie z zapewnieniami informatora Kaay, z którymi dziewczyna mnie zapoznała, położony na obrzeżach pewnego księżycowego miasta port-baza — i tym samym hangar, gdzie tkwił statek — broniło zaledwie paru znudzonych strażników. Większość kamer zainstalowano na zewnątrz obiektu, w środku wykorzystując je jedynie do monitorowania pokoju kontroli lotów — Moc była mi zatem potrzebna do lokalizowania ochroniarzy, a co za tym szło, unikania ich.
Przeprowadziłem nas przez dwa niewielkie magazyny, ale sprawy zaczęły się komplikować, kiedy uświadomiłem sobie, że tuż za kolejnymi grodziami stoi... no, ktoś, i nie zamierza się stamtąd ruszyć. Poczułem falę ciepła ogarniającą mnie od pasa w górę. Nie było alternatywnego przejścia, a przecież nie mogłem ni stąd ni zowąd powiedzieć Kaay, że za drzwiami wyczuwam jakąś dżentelistotę.
Należało improwizować.
Otworzyłem grodzie i znalazłem się twarzą w twarz z Givinem ubranym w kombinezon... sprzątacza, który ciągnął za sobą wózek z niezbędnymi narzędziami do wykonywanie swojego fachu.
— Kim jesteś?
— Eee, strażnikiem — wyjąkałem i dla potwierdzenia swoich słów potrząsnąłem przed nim blasterem.
— Nie powinieneś być w magazynie aurek?
— Eee, nie, robię tu rutynowy patrol.
Givin, gdyby oczywiście mógł, na pewno zmarszczyłby czoło.
— Cóż, muszę tu posprzątać.
— Eee, nie możesz — palnąłem. Myśl, myśl, ponagliłem sam siebie. Opanowałem odruch natychmiastowego starcia wielkiej, drażniącej kropli potu, która właśnie skraplała się tuż powyżej mojego prawego oka. Że też w dziedzinie decepcji nie byłem zbyt mocny. — Mam tu nikogo nie wpuszczać.
— Co? Kto wydał to polecenie? — obruszył się obcy.
Nim zdołałem skonstruować w miarę logiczną odpowiedź, zza moich pleców wyskoczyła Kaay. Posłała z blastera błękitny, ogłuszający strzał prosto w sam środek piersi Givina. Sprzątacz z głośnym rumorem zwalił się na podłogę, a razem z nim kilka szczotek i płynów czyszczących, które były przymocowane do jego wózka.
— Ja — burknęła Kaay i zgromiła mnie wzrokiem. — Po jaką cholerę się z nim bawiłeś? Trzeba go było od razu załatwić!
— Hej ty, wielka pani wojownik — zachmurzyłem się — nie wszyscy...
Raptem dobiegł nas okrzyk:
— Le’wi, to ty?
W okamgnieniu moja złość ulotniła się.
— Wciągaj go — sarknąłem. Złapałem nieprzytomnego Givina za nogę. Wspólnym wysiłkiem wciągnęliśmy obcego do pogrążonego w mroku magazynu.
— Fierfek, jego wózek...
Nieznany osobnik powtórzył swoje pytanie. Kaay na migi pokazała mi, żebym stanął za grodziami i zastrzelił tego kogoś, gdy wejdzie. Stuknąłem się dwa razy palcem w czoło i złapałem swój blaster za lufę. Gdy parę sekund później strażnik rozłożył się bezwładnie obok Givina z potężnym guzem na czubku głowy, uśmiechnąłem się triumfująco do dziewczyny.
— Dobra, dobra, jąkający się bohaterze, prowadź dalej.
Gdy Kaay się złościła, również wyglądała cudownie. W sumie, zreflektowałem się, w mało której sytuacji tak nie wyglądała...
Doprowadziłem nas w jednym kawałku pod same wrota hangaru. Szczęśliwym trafem architekt, który zaprojektował to miejsce, pomyślał o iluminatorach w ścianach, dzięki czemu można było zerknąć na to, co za nimi stało. W tym przypadku był to niebiesko-czerwony, lekki frachtowiec Cyberine T-800.
— Oto i moje maleństwo — oznajmiła z nieskrywaną dumą Kaay. — „Ukojenie”.
— Czekaj, czekaj, to twoja maszyna?
— Hej! — Dziewczyna niedelikatnie uderzyła mnie pięścią w bark. Dosłownie kipiała gniewem. — Ty sobie uważaj, dobrze? To świetna maszyna!
Pokręciłem głową, lekko skołowany zarówno nagłym wybuchem, jak i urazą, którą wyłowiłem w jej ostrym tonie.
— Nie o to chodzi — powiedziałem wolno. — Łowcy nagród zazwyczaj nie latają lekkimi frachtowcami...
Dziewczyna zatrzepotała powiekami.
— Ach, o to... — urwała i uśmiechnęła się przepraszająco. Chyba zdała sobie sprawę, że jej zachowanie musiało wydać się dziwne. Po chwili zrozumiałem, że Kaay zaatakowała mnie, bo sądziła, że nabijam się z jej ukochanego statku. Sam miałem bzika na punkcie gwiezdnych maszyn i w sumie mogłem trochę inaczej, nie tak dwuznacznie, się wyrazić. — Zrobiłam parę modyfikacji, ale mniejsza o to. Wyciągnij tą przecinarkę i zmywamy się stąd.
— Co?
— No, miecz świetlny. — Poklepała moją kurtkę dokładnie w miejscu, gdzie schowałem rękojeść. — Chyba nie chcesz szukać kodów do zamka, co?
Zatkało mnie.
— Skąd wiedziałaś? — wykrztusiłem.
— Co? O mieczu? — Uśmiechnęła się z politowaniem. — Lot trwał dwanaście godzin. A teraz otwieraj te drzwi.
Czerwieniąc się z zażenowania, z wahaniem wyciągnąłem miecz świetlny, a potem, pozorując nieporadność, zatopiłem jego szmaragdową klingę w stalowej płycie. To cud, że jeszcze nie domyśliła się kim jestem — to jest: kim byłem.
Po dwóch minutach pracy ciężki kawał gródź z metalicznym hukiem spadł na podłogę. Wyłączyłem broń. Wychwyciłem jakąś zmianę w Mocy. Coś się stało, ale nie uzmysłowiłem sobie co, gdyż Kaay zaciągnęła mnie do środka. Rozbieganymi oczami szukała terminala do ręcznego otwierania górnej pokrywy lądowiska.
Wtedy właśnie wyczułem, że we mnie — i w Kaay — wlepione są spojrzenia co najmniej kilku istot.
Byliśmy otoczeni.
— Tam! — krzyknęła dziewczyna i pokazała mi terminal. Nie była świadoma zagrożenia.
— Kaay, obawiam się, że jesteśmy...
— Jesteście otoczeni! — ryknął jeden z dziesięciu strażników, którzy niespodziewanie zmaterializowali się w pomieszczeniu. Wypełźli zza najróżniejszych kontenerów zalegających pod ścianami. Moment później dołączyli do nich czterej inni; ci z kolei zaszli nas od pleców. — Rzućcie broń!
Wyplułem z ust litanię przekleństw i zrobiłem co mi kazano. Kaay zmierzyła mnie osobliwym wzrokiem.
— No co? — wzruszyłem ramionami. — Nauczyłem się tego na Vukovarze.
— Nic nie mówiłam.

**********


— Ostrzej nie łaska?!
Kaay otrzymała odpowiedź w formie grzmotnięcia zamykanych drzwi i metalicznego stuknięcia zasuwanej blokady. Bezsilnie kopnęła kilkunastocentymetrową płytę odgradzającą nas od wolności. Zaklęła głośno.
Rozejrzałem się po naszej malutkiej celi, w której z trudem mieściły się prycza, kran ze zlewem i prosty sedes. Prawie jak Świątynia Jedi, tylko że tam byłem zamknięty w całym budynku, a nie w jednym pokoju. Wspomnienie lat treningu, powtórzone teraz na swój przewrotny sposób, obudziło przyczajoną na dnie świadomości złość. Nie pomogło nawet spojrzenie na wściekającą się dziewczynę.
— Coś ty zrobiła temu gostkowi?
— Rąbnęłam jednego z jego ludzi — odparła z ociąganiem. Wtedy uświadomiłem sobie, że było coś nienaturalnego w sposobie, w jaki wypowiedziała te słowa. Zdziwiłem się swojemu zdziwieniu i sięgnąłem po radę Mocy, kiedy zapytałem:
— Jakiś ważniak, jak mniemam? Ile za niego zgarnęłaś?
Kaay zerknęła na mnie. Z mojej twarzy mogła wyczytać tylko ciekawość.
— Marne dziesięć tysięcy. — Wzruszyła ramionami. Kłamała, sygnał od Mocy był aż nadto jasny. Zaskoczony swoim odkryciem, zaśmiałem się pod nosem. Para z nas oszustów, pomyślałem sobie.
— A tobie co?
— Zupełnie nic. — Zacząłem się jeszcze głośniej śmiać. Ależ byłem naiwny! — Dobra jesteś, naprawdę dobra.
Dziewczyna uznała to za przytyk — i zaczęło się. Emocje trysnęły z niej jak lawa podczas wybuchu wulkanu.
— Słuchaj no ty! — Momentalnie poczerwieniała na licach, a ton jej głosu zmienił się nie do poznania. — Jak ci się nie podoba, to po jaką cholerę się przy mnie plątasz? Spodobał ci się mój tyłeczek, to teraz chodzisz za mną, żeby się na niego napatrzeć, co?
Naprawdę chciałem pohamować swój gniew, ale nie dałem rady. Wytoczyła zbyt ciężką artylerię.
— O, nagle przestałaś mnie lubić, tak? Dobra, tak, chodzę za tobą, ale dlatego, że cholernie mi się podobasz, masz piękną twarz, piękne oczy i piękne włosy, a nie tyłek! — Przez pół sekundy milczałem, lekko skołowany własną szczerością. — I tak, pchałem się tu za tobą. Niepotrzebnie, jak się okazuje, pani „łowco nagród”!
— Ty...! — Kaay podeszła do mnie i niemalże trzaskając piorunami ze źrenic, warknęła w swoim własnym przypływie szczerości: — Jestem przemytniczką, na mnie polują łowcy nagród i chciałam cię od samego początku oszukać. Teraz zadowolony?! Sam nie jesteś lepszy, zwykły złodziej statków uważający się za jakiegoś ważniaka!
— Nic takiego nie mówiłem! — żachnąłem się.
— Ale tak myślisz! — krzyknęła, dźgając mnie palcem w pierś. — Tylko czekałeś, żeby mnie wykorzystać i po wszystkim zwiać!
— Nieprawda — powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Straciłem cierpliwość. Nikt nie będzie mi wmawiał nieczystych intencji!
Złapałem Kaay w ramiona i z całych sił ją pocałowałem. Nasze usta były ze sobą złączone kilka cudownych sekund, tak długo, że przez myśl przemknęło mi, czy przypadkiem nie użyłem jakiejś tajemniczej techniki Mocy.
— Ty rzeczywiście się we mnie zakochałeś — zdumiała się, zarzuciła mi ramiona na szyję i tym razem to ona mnie pocałowała.
— Jakoś tak wyszło — przyznałem podczas kolejnej przerwy między pocałunkami.
— Wiesz — szepnęła — złamałeś swoje przyrzeczenie. — Miałem cię nie podrywać — rzekłem z uśmiechem. — Nie było nic o całowaniu.
— I dobrze — stwierdziła i ponownie mnie pocałowała. — Co teraz?
Pogładziłem ją po policzku. Miała cudownie gładką skórę.
— O czymś ci nie powiedziałem. — Chrząknąłem i przywołałem na wargi krzywy uśmieszek. — Dobrana z nas para, nie uważasz?
— Zapewne — przyznała. Uniosła brwi w oczekiwaniu na moją „spowiedź”.
— Jestem, to znaczy byłem, Jedi.
— Że co?
Jej mina była tak komiczna, że musiałem się roześmiać. Nie wyczułem w dziewczynie żadnej złości, żadnej negatywnej emocji. Uścisnąłem ją z radością i równocześnie ulgą.
— To długa historia i kiedyś ci ją opowiem. — Sama myśl o tym wypełniła mnie jakimś takim wewnętrznym ciepłem. — W każdym razie ten miecz był mój, a Firefly, który „zakosiłem”, tak naprawdę należał do mojego, martwego już, mistrza.
— Kto by pomyślał — mruknęła Kaay i popatrzyła na mnie... no, jakoś tak inaczej niż dotychczas. Nie z szacunkiem, bo wątpiłem aby dziewczyna, mimo wszystkich swych zalet, kogokolwiek lub cokolwiek darzyła tym uczuciem, ale za to na pewno z zafascynowaniem.
Zaczerwieniłem się z zakłopotania i skinąłem na drzwi celi.
— Skoro już się wydało, to pozwolę sobie na małą demonstrację...

**********


— Dzięki.
— Nie ma za co.
Uśmiechnąłem się i otrzymanym właśnie karabinem trzasnąłem nabiegającego Zabraka w potylicę. Strażnik z cichym jękiem osunął się na podłogę, tuż obok swojego kolegi potraktowanego z podobną delikatnością moment wcześniej.
— To mówisz, że możesz ich wyczuć? — spytała Kaay, sprawdzając czy dwa oprychy mają przy sobie coś cennego.
— Przeważnie — bąknąłem, przypomniawszy sobie hangar i co najmniej dziesięć luf wycelowanych we mnie i dziewczynę. — T-taa, przeważnie.
— A rozkład pomieszczeń?
Pokręciłem głową.
— Tego nie umiał nawet sam Revan. — Kimkolwiek on był, dodałem w myślach, machinalnie powtórzywszy to słynne wśród młodych Jedi powiedzonko. — Ale bez obaw. W końcu od czegoś ma się tą mózgownicę.
Dziewczyna zaprezentowała mi sardoniczno-rozweseloną minę i zaśmiała się triumfalnie. Wyciągnęła spod nieprzytomnego Zabraka znajomy, metalowy cylinder.
— Masz. — Rzuciła mi miecz świetlny, a sama zabrała pęk kluczy i kart dostępu oraz własny pistolet blasterowy, który zacisnęła mocno w dłoni. — Prowadź.
Poprowadziłem — tyle, że prosto na grupkę sześciu obładowanych bronią ochroniarzy, którzy wznieśli okrzyk na nasz widok i zaczęli chaotycznie strzelać.
Odbiłem błyskawicznie zapaloną klingą miecza ze dwa blasterowe bełty i wycofałem się, z satysfakcją patrząc, jak dwóch nieprzyjaciół pada po szybkiej serii z blastera Kaay. Na tym jednak nasze sukcesy się zakończyły. Przebiegliśmy całą długość jednego korytarza, następnie drugiego, minęliśmy kolejny załom i za naszymi plecami odezwał się gromki jazgot blasterowej kanonady. Co gorsza, tuż przed nami wyczułem następną garstkę istot.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że Kaay wpadła na mnie i zaklęła.
— Są przed nami i za nami — wyjaśniłem pokrótce. Wbiłem energetyczne ostrze w metalową ścianę w desperackiej próbie wycięcia przejścia do innego pomieszczenia.
— Jesteście otoczeni! — krzyknął ktoś nagle.
No i mamy powtórkę z rozgrywki, pomyślałem smętnie, zorientowawszy się, że zarówno z jednej, jak i drugiej strony czyha na nas czterech wyjątkowo wkurzonych i nieprzyjemnie wyglądających strażników.
— Zrób coś — szepnęła dziewczyna. Pocałowałem ją w policzek i zgasiłem miecz.
— Nic się nie da... — wychwyciłem zmysłami silne zakłócenie w Mocy — ...zrobić.
W tym momencie w samym środku wrogiej bandy z przodu rozbłysło błękitne ostrze miecza świetlnego, tnąc gangsterów na prawo i lewo aż miło. Nie zastanawiając się kto, po co i jakim cudem przybył nam na pomoc, powtórnie włączyłem swoją broń. Wrzeszcząc do Kaay, by nie oszczędzała energii w blasterze, ruszyłem do szturmu na drugi kwartet oprychów. Ostrzał dziewczyny zredukował ich liczbę do dwóch, nim wreszcie zdali sobie sprawę z natury zagrożenia i odpowiedzieli na nie w jedyny sensowny sposób — wzięciem nóg za pas, ma się rozumieć.
— Ha! — krzyknąłem radośnie i obróciłem się, aby spojrzeć na swojego wybawcę.
Moja twarz momentalnie spopielała, a uśmiech spełzł z niej tak szybko, jak się pojawił.
— Mistrz Radena?

**********


Wspominałem może, że nienawidziłem zakłopotania i zawstydzenia? Te dwa uczucia kołatały się we mnie, gdy po brawurowej ucieczce z księżyca, do frachtowca Kaay zadokowała kanonierka Firefly i stanąłem naprzeciw swojego „martwego” mistrza.
Nie śmiałem nawet podnieść wzroku.
— Wiesz ile mnie kosztowało dotarcie tutaj i uratowanie twojego nędznego tyłka? — spytał, z trudem hamując się przed wybuchnięciem. — Myślałeś że mnie tam zabili, tak? Otóż nie, żyję i mam się dobrze, nie licząc takiej drobnostki, że jestem na ciebie wściekły!
Zerknąłem kątem oka na Kaay, która stała pod ścianą ładowni. Zamiast dodać mi otuchy, czy wstawić się za mną, bezgłośnie chichotała. Tak jakby było się z czego śmiać, pomyślałem z rezygnacją.
— Masz szczęście, że na każdym Firefly’u Jedi zamontowali nadajnik. Inaczej już byś był trupem!
Przełknąłem ślinę. Co fakt, to fakt. Ruan Radena nie mógł się pojawić w lepszym czasie, a to, że sam musiałem to przyznać, jeszcze bardziej podkreślało jego osiągnięcie. Schowałem urażoną dumę do kieszeni. Czując coraz szybciej uchodzące ze mnie powietrze, zapytałem:
— Co teraz?
— Co teraz? — powtórzył cynicznie Radena. — Ty mi powiedz! W końcu to ty postanowiłeś zabawić się na Vukovarze, znaleźć sobie kompanię — wskazał kciukiem na rozbawioną, ale wciąż milczącą Kaay — i wpakować się w sam środek wielkiego, śmierdzącego poodoo!
Lekko zdarłem głowę i posłałem dziewczynie zrozpaczone spojrzenie. Uśmiechnęła się ciepło — to mi w zupełności wystarczyło.
— To nie ma sensu — westchnąłem i wyprostowałem się. Wbiłem spojrzenie w błękitne oczy Mistrza Jedi. Teraz albo nigdy. — Odchodzę z Zakonu.
Nie czekając na reakcję Radeny, podszedłem do Kaay, demonstracyjnie pocałowałem ją w usta, po czym objąłem ramieniem i odwróciłem się z powrotem do mistrza. Momentalnie wyczułem delikatną zmianę w jego nastawieniu... i ulgę. Ulgę! Uśmiechnąłem się.
— Nie nadaję się na Jedi i dobrze o tym wiesz — powiedziałem, delikatnie gładząc opuszkami palców włosy dziewczyny. — Licząc ciebie, miałem pięciu mistrzów. Dla czterech ostatnich byłem ciężarem, którego chcieli się za wszelką cenę pozbyć, tak samo jak Rada Jedi, nawiasem mówiąc. Koniec tego.
Ruan Radena przyjrzał mi się bacznie, błądząc oczami także na dziewczynę. Z powagą wypisaną na twarzy skinął głową.
— Nie pytam, czy jesteś tego pewien — zaczął, przywoławszy w końcu na usta lekki uśmiech — bo nawet jeżeli masz jakieś wątpliwości, dla nas obu i Zakonu Jedi będzie najlepiej, jak ograniczymy naszą znajomość do absolutnego minimum. Inaczej mówiąc wracam na Coruscant zanim zmienisz zdanie.
Po raz pierwszy od zetknięcia się z mistrzem Radeną, roześmiałem się. Kiedy rycerz zaczął się zbierać do wyjścia, prędko wyjąłem miecz świetlny i podetknąłem mu go pod nos.
— To chyba jest taki zwyczaj, co? Że ci, co odchodzą z Zakonu oddają miecz, prawda?
Ruan Radena uśmiechnął się z przekąsem i odsunął moją rękę.
— Tradycja tradycją, ale ta broń bardziej ci się przyda niż sądzisz. Bez obaw, wymyślę jakąś historyjkę.
Cofnąłem dłoń i popatrzyłem na niego pytająco.
— Wszyscy mają swoje sekrety — rzekł tajemniczo. Zerknął ukradkiem na Kaay, poklepał mnie po ramieniu, a następnie opuścił statek i wsiadł na pokład Firefly’a.
— Myślisz, że on też ma dziewczynę? — spytała nagle Kaay.
Wzruszyłem ramionami i uścisnąłem ją. Teraz na dobre rozpoczęło się moje nowe życie i jeśli wydarzenia ostatnich kilku godzin wziąć za jego przedsmak, zapowiadało się ono wyjątkowo ciekawie.
— Zmywajmy się stąd.


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (59)

Bardzo dobre opowiadanie przygodowe, napisane z przymrużeniem okiem. Miłe, łatwe i przyjemne, z odpowiednio wykorzystanymi schematami. Wszystko na swoim miejscu, w odpowiednich proporcjach. Jak najbardziej, kiedy chcesz poczytać coś dla rozluźnienia. 9/10

Średnio mi się podobało, a co do dyskusji to nie mam słów, jak dzieci z piaskownicy -_- (mówię o obu stronach)Opowiadanie - 7/10

To widać, ale... ee... ten... raczej do true ficów temu raczej brakuje...

eeee... a co to ma być?

No, na 100% poważnie to nigdy nie było. To opowiadanie to typowa przygodówka, w której - jak wiadomo - sporo rzeczy trzeba przyjąć z tymże przymróżeniem oka.

Uaa. dopiero teraz ten fanfic zauważyłem. Gdyby go brać na poważnie, byłoby marnie. Ale jeśli brać z przymróżeniem, oka to jest fajny i naprawdę zabawny.

He, he, można pośmiać - fajne poczucie humoru. Ale fakt, że strasznie schematycznie, kolejny Jedi który sie znudził Zakonem (i słsuznie) i Han Solo w wersji lady.

Popieram Geminiego. wstęp i końcówka diablo wciągające. Ciekawy też pomysł narracji z punktu widzenia nastoletniego Jedi, który nie popiera nauk Zakonu. Ogólnie dobry, ale środek akcji lekko drętwy. Mimo wszystko bardzo, ale to bardzo mi się podobało.

baca co ci :D?

Obrzucanie się błotem nikomu nie służy - ani adwersarzom, ani całemu fandomowi, dlatego jestem bardzo zadowolony, że owo otrzeźwienie w końcu jednak przyszło.
Mam nadzieję, że już więcej takich konfliktów nie uświadczymy ani tu, ani gdzie indziej.

Chcę z tego miejsca przeprosić za moją niewłaściwą postawę i słowa godzące w inne osoby. Był to wybryk nieuprawniony i gówniarski. I bardzo się go wstydzę. Przepraszam za wszelkie epitety jakie skierowałem wobec SethBahla i Jedi Nadiru Radeny. Jak również za obrażanie Czytelników opowiadań JNRa.
Cieszę się, że otrzeźwienie jednak przyszło. Życzę dobrej nocy. Pozdrawiam.

Tę samą treść zamieściłem w dziale Star Wars na Polterze

No i po lekturze. Muśzę przyznać , że wstęp i zakończenie mi się podobały. Natomiast "środek" opowiadania trochę mniej. Jest zbyt schematyczny i uproszczony; łatwo przewidzić co będzie dalej. Tym niemniej warto przeczytać.

Długa dyskusja , jak nigdy. Muszę się wziąc za czytanie i samemu wyrazic swą opinie

o kurwa ale dyskusja.

i tyle.

hau hau.

i tyle.

Ubliżyłem ci tym? Jeśli tak, to pomnóż to uczucie przez 10 i wtedy zrozumiesz, co ja czułem, kiedy TY mi ubliżyłeś.

"Zastanawiam się co to za cioty muszą być z takich ludzi"

najpierw przeczytaj co sam piszesz

Tytymek, weź ty się zastanów co ty tu wygadujesz, do jasnej Mocy.
To już nie jest dyskusja na temat opowiadania - to jest bezczelne i świadome ubliżanie mojej godności. Za takie rzeczy niektórzy nadgorliwcy mogliby cię posłać do sądu.

Radena rozumiem że rada ta pochodzi od ciebie bo sam się do niej zastosować nie potrafisz "cioto"?

Kto jeszcze chce dołączyć do Ligi Impertynenckich Ignorantów? Baca i tytymek serdecznie doń zapraszają.

Zastanawiam się co to za cioty muszą być z takich ludzi, którzy - pragnąć wyzłośliwić się na maksa i pokazać siebie w jak najgorszym świetle - pragną wmówić rodowitemu Jugosłowianinowi, że... nie jest Jugosłowianinem. Takiego kretynizmu jeszcze nie widziałem, ale jestem młody, więc pewnie nie raz mi się jeszcze takie coś przytrafi.

Powiem ci coś, tytymek, tak na dowidzenia: zanim się odezwiesz, użyj mózgu. To nie boli.

radena weż się za coś pożytecznego lepiej. Baca ma rację, nie jesteś jugosłowianinem.

Gas Xar -> Nie wiem, czy o to ci chodziło, ale powiedz: jak byś się czuł, gdyby ktoś próbował ci wcisnąć, że nie jesteś Polakiem? Bo ja traktuję takie coś jak zniewagę równie wielką, co nazwanie matki pewnym słowem na "k".

Baca -> Człowieku, żal mi cię, po prostu mi cię żal.
Po tym co tu powiedziałeś zdecydowanie nigdy się do ciebie nie odezwę. Bezczelne, bezmyślne i ignoranckie ubliżanie jest bardzo łatwe, gdy rozmawia się przez Internet. Ciekaw jestem, czy odważyłbyś się powiedzieć mi to wszystko w cztery oczy. Całe szczęście, że się nie spotkamy na żywo. Nie wiem co by się wtedy wydarzyło, ale raczej nie skończyłoby się na wymianie słów.

Tytymek -> Z tobą też szkoda gadać, więc uczucia są wzajemne. Ja już powiedziałem: jak ci się moje teksty nie podobają, to ich nie czytaj. Dopóki mnie nie obrażasz, jak Baca, wszystko jest OK.
I jeszcze w gwoli wyjaśnienia: to kim jestem rzeczywiście w żaden sposób nie zmienia tego, jak piszę - i tego argumentu nigdy nie użyłem i wcale nie zamierzam użyć.

PS. Taka zagadka dla Bacy na sam koniec: Jeśli ktoś ma matkę-Chorwatkę i ojca-Serba, a urodził się w Bośni, to kim jest? Dodam zaś, że takich ludzi w ex-Jugosławii żyje/żyło (bo częśc wyemigrowała) bardzo wielu.

Wybaczam Ci, tylko dlatego, że jesteś bezbrzeżnie głupi.

Powtórzę NIE JESTEŚ narodowości jugosłowiańskiej, bowiem takowa NIE ISTNIEJE.
Dlaczego - już napisałem. Jeśli jedynym argumentem jaki masz na poparcie swojego zdania jest - jestem, bo tak mówię - to wszystkiego najlepszego.

I nikogo nie obrażam, co najwyżej abstrakcyjnie pojmowaną inteligencję, poprzez rozmowę z takim matołem nie potrafiącym się przyznać do językowo-logicznego błędu, który wynika z tego, że słabo posługuje się językiem polskim i nie rozumie najprostszych terminów.

Jugosławia była federacją zamieszkaną przez różne, zantagonizowane, narodowości. I jeżeli mówisz, że jesteś zarazem Chorwatem, jak i Serbem, to albo kompletnie nie masz pojęcia o stosunkach między tymi nacjami, albo nasłuchałeś się lewackiego bełkotu o braterstwie, równości i tego typu gównie.

I tym samym kończę już dokumentnie odzywanie się w jakikolwiek sposób na Twój temat. Cytując, klasyka, T. Lisa: Z debilami, kurwa, nie robię.

A na koniec pożegnam się szalenie czule, gdyż nigdy nie zamienimy ze sobą już ani słowa.
Buziaki. Pa.

radena szkoda z tobą gadać.

oczywiście że część przyjmowali ale skoro to jego nty mistrz to znaczy że on sam jest conajmniej 10 lat w zakonie.

nie trzyma się kupy, źle się czyta, a ty możesz by ć zydem, jugoslowianinem, bucem albo debilem ale to niczego nie zmienia.

O Boże, jakie problemy...

Baca -> Przestań z siebie robić ostatniego kretyna i na dodatek przy tym obrażać mnie (i przy okazji tysiące ludzi, których nie znasz) bo w tej chwili właśnie to czynisz, twierdząc że nie jestem Jugosłowianinem. Kto jak kto, ale ja wiem kim jestem. I mój ojciec, i mój brat. BTW jeśli narodowość jugosłowiańska nie istnieje, to ja ci w takim razie gratuluję totalnej ignorancji i nieznajomości tematu. Więcej kultury i poszanowania czyjejś narodowości ci życzę, bo widzę że masz z tym duże problemy.
To jest właśnie żenada, Baco.

Tytymek -> "Nowe Wojny Sith zmieniły zakon ale nie w tak wielkim stopniu jak ty to robisz z zakonu przed kotorem2 i po nim."

Patrz niżej tj. pod kolejnym cytatem.
PS. Zakon Luke'a Skywalkera bardzo się różnił od starego Zakonu. Analogicznie Zakon po KotORze 2 mógł (powtarzam: mógł) się sporo różnić od Zakonu sprzed Pierwszej Czystki.

"Taka postać jak główny bohater podrózy nigdy by do zakonu się nie dostała, a jeżeli nawet to miałby wyprany mózg po 20 latach"

Ach tak? A pamiętasz może, że przed Bitwą o Ruusan, a w szczególności w czasach KotORów i TotJ przyjmowano do Zakonu nawet dzieci z dwucyfrową liczbą wiosenek na karku (a i czasem dorosłych)? Nie? A to przepraszam, myślałem że znasz EU. Widać nie bardzo.

7 opowiadań to dużo, no może nie dla ciebie bo ty je produkujesz częśćiej niż wychodzą harlequiny.

Nowe Wojny Sith zmieniły zakon ale nie w tak wielkim stopniu jak ty to robisz z zakonu przed kotorem2 i po nim.

Taka postać jak główny bohater podrózy nigdy by do zakonu się nie dostała, a jeżeli nawet to miałby wyprany mózg po 20 latach szkolenia wystarczająco dobrze by z zakonu tak łatwo nie odchodzić. Z resztą jest on chyba jedi z najgłupszymi kwestiami i rozterkami o jakich słyszałem

Aj, ugryzłem się w język. Powiesz, że też nie mówię konkretów.

Chodziło mi rzecz jasna o to, że nie odnosisz się do treści a atakujesz formę.
Buziaki.

Nota bene: podoba mi się to, że jedynym argumentem jaki wobec mnie stawiasz jest "kiczowaty sposób wypowiedzi". A gdzie konkrety, mistrzu słowa, pióra i ciętej riposty. 8)

Nie ma czegoś takiego jak narodowość "jugosłowiańska". To tak jak powiedzieć, że jest narodowość "wielkobrytyjska".

Jugosławia to było państwo zrzeszające RÓŻNE narodowości (Chorwatów, Serbów, Czarnogórców, Macedończyków, Słoweńców, Bośniaków itd.).

Jeżeli mój pradziad żył w tzw. Galicji za C-K , to ja nie mówię, że z pochodzenia jestem tak samo: Polakiem, Czechem, Austriakiem i Węgrem. Bo to jest debilizm.
Który z kolei analogicznie popełniasz.

Żenada.

Baca -> Teraz mnie obraziłeś w sposób, o który cię dotąd nie posądzałem. Rozumiem twój "wypierdol" na moje opowiadania, bo każdy człek inny gust ma, rozumiem też, że masz taki a nie inny charakter, także kiczowaty sposób wypowiedzi, ale twoje teksty w związku z moją narodowością to już nie jest nawet bezczelne chamstwo. To jest coś gorszego.

Nic nie wiesz o tym kim jestem i nigdy nie pojmiesz dlaczego ja - i mnóstwo innych ludzi z ex-Jugosławii - uważam się za Jugosłowianina [dla niewiedzących: jestem też, rzecz jasna, całym sercem Polakiem]. Wpisywanie takich kretynizmów jak "każdy prawdziwy Chorwat jak i prawdziwy Serb, jakby usłyszał tę teorię, pomyślałby tylko i wyłącznie o solidnym wpierdolu dla osobnika wygadującego takie bzdury" świadczy tylko o tym jak wielkim jesteś ignorantem. Nigdy więcej się nie wypowiadaj na temat mojej narodowości, bo wyraźnie nie masz pojęcia o czym piszesz.

Tytymek -> "Skąd wiesz czy exile'ki uczniowie w tym Disciple zrobili ten zakon na twoją modłe?"

Nie wiem i nikt tego nie wie - na tym się opiera to opowiadanie, na braku danych. Zresztą, twój zarzut o niespójność nie byłby uzasadniony w żadnej erze SW. Czemu? Bo nasz bohater zrezygnował z bycia Jedi, nie wiążą go więc jego reguły. To, co się wydarzyło w "Podróży" równie dobrze mogłoby się stać np. w roku 50 BBY. Kanon nie zostałby naruszony.

"A jeżeli tak to zaon ten bardzo dziwnie ewoluował w ten z prequeli."

Takim wielkim znawcą EU jesteś, a nie wiesz, że przez prequelami doszło do Nowych Wojen Sithów. Zakon z prequeli jest tworem powstałym po doświadczeniach sprzed Bitwy o Ruusan, a nie bezpośrednim przedłużeniem tego, co ustanowili uczniowie Wygnanej Jedi.

"To że główne postacie (...) są zawsze radenami"

Mocno uogólniasz, dwaj Radenowie (bo Ruan odgrywa w "Podróży" rolę statysty) są głównymi postaciami zaledwie 5 opowiadań, zaś w bodaj 2 są tylko wspomniani imionami.

Timonaliza1 -> Thx za słowa poparcia. Początkowo miałem zamiar nie reagować na owe zaczepki, bo Baca i tytymek to prowokatorzy jakich mało, ale jestem tylko człowiekiem i w pewnym momencie nie mogłem już nie zareagować. A już w szczególności teraz, kiedy Baca poddaje w wątpliwość moją narodowość.

Schowaj ten nr gg. Nie rób z siebie słonia, jeny...

O eu to ja wiem wszystko, no może tufa nie czytałem bo jeszcze nie wyszedł i 4 tomów legacy -.-

Skąd wiesz czy exile'ki uczniowie w tym Disciple zrobili ten zakon na twoją modłe? A jeżeli tak to zaon ten bardzo dziwnie ewoluował w ten z prequeli.

To że główne postacie, potężni mistrzowie jedi niezachwiani, pełni patosu, egzaltowani itd są zawsze radenami to już przemilcze.

Timonaliza skoro chcesz by ludzie załatwiali osobiste wasnie na privie, to proszę oto mój nr gg 5527295.

Pan to pewien "kompozytor".
Ale skoro Pan/-i tak mówi...
Wszakże, pozostaję pokornie uniżony, pozdrawiam.

Uhm.
Panie Baca używając zwrotów
"A pisz dla bezguść."
Obraża Pan wielu ludzi. Prosze się liczyć ze słowami. Prywatne sprzeczki prosze załatwiać przez gg albo Skypa i na przyszłość prosze się liczyć z tym że Pana zdanie nie jest jesdynym i na pewno trafnym. Od krótkiego czasu jestem na forum, ale widze że za każdym razem wybucha kłótnia o ocene. Może warto przestać złośliwie albo i nie wytykać błędy i stawiać uporczywie 1. Chowanie się za słowami "Mam w to wyjebane" nie rozwjązują problemu. Niestety jest zachowanie niegodne przyzwoitego człowieka który na pewno Pan jest. To samo tyczy się Pana Tytymka który pisze ale nie do końca wie o czym.
Panie Radena mi osobiście opowiadania się podobają i mysle że niereagowanie na zaczepki powinno wyładować sytuacje choć nie uważam że nie ma Pan racji prosząc o przykłady.

:) Od początku.

Cwaniaczki to piszą do każdego per "pan", bo myślą, że w ten prostacki sposób obrażają innych. Poza tym, że mają widocznie jakiś kompleks niższości.

Cwany to jest lis, a nie mieszałbym go z cwaniakami, o cwaniaczkach nie mówiąc.

Wierzę w inteligencję, którą prawdopodobnie masz. Piszę o zjawiskach, które w tekstach występują. Jeśli, będąc z samego założenia najlepszym znawcą własnych płodów,nie potrafisz dopasować tych terminów do odpowiednich fragmentów, to o czym w ogóle mówimy - kury szczać prowadzać, nie literata udawać.
[Ale miej próbkę:
dialogi na poziomie drętwości polskiego serialu

"Spodobał ci się mój tyłeczek, to teraz chodzisz za mną, żeby się na niego napatrzeć, co?"

Która żywa, prawdziwa, nie ze zdjęcia, kobieta, choćby blachara, powiedziałaby w taki sposób?]

"Kwieciste zwroty", "cytaty", "stek bzdur" - LOL - aż tak zazdrościsz mi elokwencji i erudycji?

Nie chcesz pokazać. Twoja strata. Ja mówiłem - mam wyjebane.

Mania wielkości jest wtedy, kiedy istota nie mająca podstaw do pretendowania do pewnych funkcji, uważania się za kogoś, podejrzewania się o pewne przymioty, mimo tego wszystkiego robi to. Przykładem jesteś.

Chyba się nie zdziwię, bo nie wiem nawet jak się nazywasz ziom, a nie sądzę, żebyś był aż takim idiotą, żeby w (domniemanej) przyszłości podpisywać się "JuNioR".

A pisz dla bezguść. Ale to przyznaj chociaż. Skończ z obłudą.

Ciągle nieudolnie próbujesz mnie obrazić, ale na podstawie kodeksu Boziewicza (z tego co wyliczyłem podpadasz pod dwa punkty) nie jesteś kimś, kto jest w stanie. Inaczej już bardzo dawno temu spotkalibyśmy się osobiście. Dziwnym jesteś nienacjonalistą. Przy każdej okazji spuszczasz się z radości, że urodziłeś się na Bałkanach. Rodzi się raz (ale mnie "filozoficznie" naszło). Po co o tym ciągle mówić? I jeszcze bzdury, że jesteś zarówno Chorwatem, jak i Serbem (a czemu nie pół-Czarnogórcem i pół-Słoweńcem). Zresztą chyba każdy prawdziwy Chorwat jak i prawdziwy Serb, jakby usłyszał tę teorię, pomyślałby tylko i wyłącznie o solidnym wpierdolu dla osobnika wygadującego takie bzdury.

Nie ma za co ", heh".
_____
Małe to okienko, niewygodnie się pisze, kruca bomba.

Tytymek
Niespójność ze światem SW? Buhahaha, dobre. Może tego nie wiesz, ale Zakon Jedi nie zawsze był taki, jak ten pokazany w filmach. Więcej, Zakon powstały po KotoRze 2 to Zakon stworzony przez uczniów Wygnanej Jedi. Nic o nim nie wiadomo, więc spokojnie można moje opo umieścić w tym czasie i nie ma żadnych konflików z kanonem. Co do Radenów - tego możesz nie wiedzieć, ale w moich fanfikach Sunriderowie i Radena to jeden i ten sam ród, który dotrwał aż do Dark Empire. Znowu brak sprzeczności z kanonem.
Żałość to jest panie tytymek w tym, że pan nie wie wiele o EU - i potem wychodzą panu głupoty.

Baca
"Show me."

Takiś cwany panie Baco? Skoro nie masz ochoty na wskazanie mi konkretnyh błędów, jakie popełniam w opowiadaniach, to ja nie mam ochoty powiedzieć ci gdzie masz szukać tych wypowiedzi.

"Gardzę miernotami gloryfikującymi swoje średniactwo."

A ja gardzę cwaniaczkami, którzy za parawanem kwiecistych zwrotów, cytatów i steku bzdur sarkastyczno-ironiczno-złośliwie wypowiadają opinie na każdy temat.

"Tak."

W takim razie gratuluję zrozumienia pojęcia "mania wielkości".

"Chyba, że jest to jedynie marzenie..."

W takim razie prawdopodobnie kiedyś się zdziwisz panie Baco.

"czyż nie znaczy to, że piszesz dla bezguść, które doceniają chłam?"

A czy to ma znaczenie dla kogo piszę? Jeśli komuś dostarczam rozrywki swym pisaniem, to uważam, że jest to już sukces. Jeśli ów ktoś uzna, że dobrze spędził czas przy moim opowiadaniu - cieszę się, bo o to w tym wszystkim chodzi.

"Oczywiście mógłbyś stworzyć "genialną przygodówkę", ale patrząc obiektywnie, nawet to jest niemożliwe."

Ty i obiektywizm to tak, jak ja i nacjonalizm - zupełnie nie do pary. Niedoecnianie ludzi jest zaś przykładem zwykłej arogancji.

PS. Daliście mi pomysł na kolejne opowiadanie, tak więc właściwie powinienem wam podziękować, heh.

>Może się zdziwisz, ale wielokrotnie i na różnych stronach, niekoniecznie SW.

Show me.

>Nawet jeśli ją mam, co ci do tego?

Gardzę miernotami gloryfikującymi swoje średniactwo. Dlatego.

>Tak, mam zamiar kiedyś zostać pisarzem - czy to świadczy o tym, że mam manię wielkości?

Tak. Chyba, że jest to jedynie marzenie z gatunku - "będę królem".

Zresztą wracając do lokalnej odmiany fandomu. Jeśli piszesz, że - to taka konwencja marna, przygodowa; to piszesz dla tych, którym się podoba; a ci piszą, że to genialne - czyż nie znaczy to, że piszesz dla bezguść, które doceniają chłam? Oczywiście mógłbyś stworzyć "genialną przygodówkę", ale patrząc obiektywnie, nawet to jest niemożliwe.

I jeszcze jedno, nie wtykam szpilek, bo to zadanie dla krawcowej ("haha"), poza tym sugeruje, jakbym robił coś specjalnie na złość, co jest oczywistą nieścisłością , gdyż mam wyjebane. Zwracam tylko uwagę na różne przejawy buractwa.
A to się zwykle nie podoba.

Właśnie widać Radena twoje plany na przyszłość, szczerze? to się czyta zbyt prosto, jest słabe literacko i ogólnie o niczym, równie dobrze można by tego nie czytać! Jedi 2 było, 1 odszedł z zakonu i się hajtnął, to jest cała historia a ten cały bełkot, niespójności ze światem star wars - ród radenów który sobie wymyślasz utwierdzajac się w swojej'wielkości' jako pisarza.

żałość.

"Czy któryś z nich podał cokolwiek sensownego ZA?"

Może się zdziwisz, ale wielokrotnie i na różnych stronach, niekoniecznie SW. Stąd biorę przeświadczenie, że nie masz racji w tym, co sobie tu pisujesz. Jak już gdzieś mówiłem twoim ulubionym hobby jest wtykanie szpilek wszędzie tam, gdzie się da, w związku z tym twoje opinie nie mają dla mnie żadnego znaczenia - przynajmniej dopóki nie napiszesz czegoś sensownego, a to ci się drogi panie Baco nieczęsto zdarza.

"Sory, ziom, ale mówię szczerze - to co ciągle robisz to mainstreamowe popłuczyny."

Sorry, "ziom", ale mi to wisi i powiewa, czy to dla ciebie literatura wysoka, czy zwykłe poodoo. Nie chcesz - nie czytaj.

"No i mania wielkości"

Nawet jeśli ją mam, co ci do tego?
Tak, mam zamiar kiedyś zostać pisarzem - czy to świadczy o tym, że mam manię wielkości? Jeśli tak, to mylisz pojęcia.

:)

Dodam jeszcze: "dialogi na poziomie drętwości polskiego serialu".

Z całym szacunkiem dla "ostatnich kretynów", analogicznie, jesteś jednym z nich słuchając kultystów ze swojego fandomu. Czy któryś z nich podał cokolwiek sensownego ZA?

Poza tym, ja tego i tak nie czytam, co najwyżej "rzucam okiem". Po pierwsze: tego się czytać nie da, po drugie: szkoda czasu na wyciąganie cytatów.

Mówisz ciągle, że konwencja, że Gwiezdne wojny itd. No właśnie. I o tym wspominam. Twoja pisanina to imitacja polskich tłumaczeń książek SW (czyli literatury, nie oszukujmy się dość marnej, tak, że i tłumacz wiele nie pomoże (Pani Matko cała Kwiatowa i pół Mokotowa liczy na Panią). Do tego kukurydziana mowa nierzeczywistych dialogów, niestonowana emfaza opisów, kłopoty z wieloma polskimi zwrotami.

No i mania wielkości: "czy coś z tego wyjdzie, heh."

Sory, ziom, ale mówię szczerze - to co ciągle robisz to mainstreamowe popłuczyny. Nie literatura.

Jeśli chcesz, rób to nadal. Tylko wówczas nazywaj rzecz po imieniu: "piszę pulpę."
Mam wyjebane na to co robisz i wcale mnie to nie złości. Śmieszy mnie jedynie całe nadęcie wokół tej działalności.

Gunilopa już kiedyś radził, żebyś się zrestartował. Posłuchaj.

Tytymek & Baca - gdybym się przejmował waszymi ocenami "że poziom jest żałosny" itp. itd., musiałbym być ostatnim kretynem tudzież człowiekiem słabej woli. Dopóki ludzie chcą czytać moje opowiadania, a większości się podobają (bądź co bądź), nadal będę je pisał. Dla siebie i dla nich, nie na złość wam.

PS. Wy najwyraźniej nie wiecie co to jest konwencja, a w tym opowiadaniu wyraźnie widać konwencję przygodową, z uproszczonymi opisami i narracją oraz pewną dozą nieprawdopodobieństwa, które zresztą cechuje całe Star Wars. "Językowe kalki", "nieporadności stylistyczne", "niespójność"... ojej! Dostanę zawału!
Zamiast rzucać mięchem i robić z siebie wielkich mędrców, wskażcie je - a jeśli nie chcecie, to darujcie sobie czytanie moich tekstów, przynajmniej nie zmarnujecie czasu.

PS2. Macie coś do KotORów? Albo Radenów? Te pierwsze stworzyły najlepszą erę w EU, a ci drudzy są liczącym 4 tysiące lat rodem (wybór więc jest ogromny, samym Arunem i Nadiru sie nie żyje).

Yontom Yowar - Nawiązania muszą być, a jak! Jest i Firefly, jest, i Terminator, i ex-Jugosławia.

Nie wspominając o wepchnięcu tego w czasy po kotorze 2, niespójność i wręcz nieprawdopodobność tej całej podróży padawana jak i zachowań mistrza *kolejnego radeny.

"poziom radena" ?
A może Raidena? Niebezpiecznie zbliżamy się do Mortal Kombat...

A poziom ten sam...

Narracja rodem z komiksów z Bravo Girl; językowe kalki; nieporadności stylistyczne; żenujący kult kolejnego Jedi Radeny.

Firefly, Mal Raynolds... eee... Rehnols.
Taaa... :) Normalnie tylko Reaversów w tle brakuje :)
Ale baaardzo mi się podoba tak czy owak :)

poziom radena, jest żałosny wg co poniektórych użytkowników ;)

Taki mam zamiar, zobaczymy czy coś z tego wyjdzie, heh.

Powinieneś zostać pisarzem. Masz realny talent.

Bardzo mi się podobało, może dlatego, że mam dziwną słabość do słowa "podróż" :D. ocena 8/10. Swoją drogą, tytymek przestał być już zabawny...

Co wy żeście nagle z tym 1/10 wyskoczyli? Tytymka rozumiem, bo on bez czytania mi daje 1/10, ale inni? Napisalibyście przynajmniej dlaczego.

Czyta sie doskonale :)

Tytymek, ziom, nigdy mnie nie zawiedziesz. :D

Na Boga! Wspaniałe! Poćwicz jeszcze troche, różne sceny... A może kiedyś książkę popełnisz :>
Masz chłopie talent :) Nie masz pojęcia jak Ci zazdroszczę. Czytało się lepiej niż niejedną książkę. Naprawdę :)
ps. nawet znalazłem to cholerne hasło i zalogowałem sie drugi raz w życiu na Bastionie, by to napisać... =]
10/10

Niezłe! Naprawdę wciąga. Proszę więcej;)

Jak dla mnie jest bardzo dobre. W każdym razie miło się czytało :)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.