Twórczość fanów

Przypadki pisarza

Autor: Nadiru Radena



Savo Milošević pochodzi z Jugosławii. Oczywiście, drogi Czytelniku, nie chodzi o Miloševicia-zbrodniarza (ten bowiem na imię miał Slobodan), ani tym bardziej Miloševicia-piłkarza, który na spółkę z Kluivertem zdobył koronę króla strzelców Euro2000. Nie, muszę cię srodze zawieść, ten Milošević to „tylko” fan Star Wars — ale nie byle jaki fan, oj nie! Prawda, z wyglądu to odmiana klasycznego geeka — chudy jak szczapa, zero tkanki mięśniowej, potargane włosy, błędny wzrok, słowem: obraz bidy i nędzy — ale stanowczo należy to podkreślić, a najlepiej jeszcze pogrubić: to nie jest zwykły nerd.
To Redaktor (koniecznie z dużej litery!) trzeciego największego gwiezdnowojennego portalu The Inner Rim, w skrócie TIR (brzmi dumnie, nieprawdaż?), Mistrz Gry (patrz wyżej) prężnego PBF RPG, oraz, fanfary, autor sześćdziesięciu pięciu fanfików Star Wars. Sześćdziesięciu pięciu! Można się tylko zgiąć w pasie i pogratulować pracowitości.
No dobrze, przejdźmy już do sedna tej historyjki. Otóż pewnego pochmurnego dnia, gdy ciężkie, burzowe obłoki spacerowały leniwie po ołowianym nieboskłonie, nasz Milošević-pisarz siedział przy swoim sfatygowanym biurku i pochylał zmarszczone czoło nad pachnącym nowością (czytaj: obrzydliwym klejem) pustym zeszycikiem. Nerwowo obracał w palcach swój poobgryzany ołóweczek, próbując od godziny wycisnąć z mózgownicy pomysł na sześćdziesiąte szóste opowiadanie. Że symboliczna to liczba, to i fabuła musiała olśniewać, przeto trud większy. Męczył się i męczył, aż w końcu rzucił swoje narzędzie pracy na blat.
— Tak łatwo się nie poddam! — Pogroził zeszytowi i podjął z biurka plastikową, własnoręcznie wykonaną replikę rękojeści miecza świetlnego. Replika to może słówko odrobinkę na wyrost, bo ów przedmiot był zaledwie kawałkiem starej rury od odkurzacza, niemniej Savo z poważną miną wstał i zaczął nim wywijać na wszystkie strony.
— Ziuuum! Bzzz! Tss! Zium, zium, bzz!
Na wstępie zapomniałem dodać szanowny Czytelniku, iż nasz Milošević ma dwadzieścia pięć lat i ciągle mieszka w domu swoich kochających rodziców. Nie, żeby to było jakoś specjalnie istotne — fan to fan, swe dziwactwa ma. W każdym razie z pomocą niewidzialnej klingi rozpoczął walkę z niewidzianym przeciwnikiem.
Oszczędzę ci, drogi Czytelniku szczegółowych opisów, gdyż szkoda Twego cennego czasu. Wystarczy rzec, iż Savo zakończył niby-pojedynek z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Nie dlatego, że ją wygrał, ma się rozumieć — nasz geek nie jest AŻ TAK zdziecinniały — lecz dlatego, że doznał olśnienia, tj. stał się ofiarą tzw. weny twórczej. Diabolicznie chichocząc pod nosem w stylu Palpatine’a, uchwycił zmizerniały ołówek i zabrał się za pisanie.
Uff, ależ to było pisanie! Słowa „płynęły”, związki frazeologiczne same wskakiwały między wyrazy, prawie czuć było Moc. Aż Savo ręka rozbolała go od znoju.
Po dwóch godzinach harówki otarł czoło z potu, wypuścił z ust skomasowane powietrze. Ukończył dwie kartki A5, niemalże pobił swój rekord, kiedy to dawno, dawno temu... wybacz, szanowny Czytelniku, nie ta bajka... pięć lat temu naskrobał dwie i pół strony.
Nagle Savo poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Ponieważ był stuprocentowo pewien, że w jego pokoju nie było nikogo, uznał że to jego wybujała imaginacja robi mu psikusa. Ale nie, tuż za fotelem przygarbionego i strudzonego fana stał wysoki, przystojny mężczyzna w brązowej szacie Jedi, który nosił swoje długie, kruczoczarne włosy spięte z tyłu głowy.
— Zenit Polona!
Na dźwięk swojej ksywki — pardon: pseudonimu artystycznego — Savo poderwał się do góry niczym rakieta, po czym gwałtownie szarpnął poręczą obrotowego fotela. Tak go zamurowało, że krzesło trzykrotnie bezwładnie się okręciło nim wreszcie z irytującym zgrzytem zatrzymało się. Gdy Milošević z rozszerzonymi źrenicami łypnął na tajemniczego przybysza, zrazu zdało mu się, że skądś go zna — ale skąd? Tego biedak jeszcze nie wydedukował, zatem mógł tylko pytająco jęknąć:
— Yyy?
— Nie udawaj, że nie wiesz kim jestem! — Jedi naburmuszył się, podparł ręce o biodra. — Jestem Zenit Polona, durniu! Stworzyłeś mnie i sadystycznie nazwałeś na swoją, tfu, cześć!
— Yyy? Ale ty...
— ...nie istniejesz? Ha, niespodzianka! — warknął Polona. — Dawaj ten zeszyt!
— Ale...
— Dawaj!
Wystraszony i zarazem skołowany Savo uczynił co mu kazano. Zenit popatrzył na zeszyt z nieskrywaną nienawiścią i pogardą, następnie włączył swój miecz świetlny i z satysfakcją graniczącą z obłędną radością przypisywaną najczarniejszym z Lordów Sithów, zaczął metodycznie unicestwiać bogu ducha winny kajet z opowiadaniem.
— Hej! — Savo rozpaczliwie zaprotestował, ale na nic mu się to zdało. Początek jego wiekopomnego sześćdziesiątego szóstego fanfika pożarł purpurowy płomień klingi Zenita.
— Ulżyło mi — westchnął ów Jedi, z wyszczerzonymi zębami obserwując jak ostatnie skrawki papieru lądują na podłodze. — Czysta przyjemność!
— Ale...
— Zamknij ryja! — ryknął Polona, niebezpiecznie wymachując mieczem. Milošević omal literalnie nie stracił głowy. — A teraz słuchaj, bo nie będę się powtarzał! Masz skończyć z tym grafomaństwem! Tego gówna nie da się czytać, ty narcystyczny imbecylu! Nie rozumiesz, co ja muszę przez ciebie przechodzić? — W oczach Zenita pojawiły się autentyczne łzy, ton jego głosu złagodniał, lecz nadal był przesycony złością i skrajną urazą. — „Giń, mroczny władco ciemności, Mroczny Lordzie!”, „Ha! Tu cię mam, ty paskudny zły Sithu!”, „Och, moja ukochana, kocham cię tak, że sam już nie wiem jak!” Co to za szajs, do jasnej Mocy?! To jest bardziej drętwe od Anakina „Drewno” Skywalkera! Wyobrażasz sobie, jaki to obciach pieprzyć takie głupoty?!
— Yyy. — Zszokowany, skulony w sobie i blady jak ściana Savo nie dał rady zaprząc strun głosowych do pracy.
— W ogóle to jak ja się nazywam, do cholery? Durne imię, durne gadki, durne przygody, to mi dałeś ty pokrako! Przynajmniej dobrze wyglądam, bo inaczej... — Nie dokończył groźby, wziął haust powietrza. — Jeszcze raz cię zobaczę, jak coś majstrujesz z tym ołówkiem albo stukasz coś na klawiaturze, przysięgam, zakatrupię cię!
Zenit, ku uldze Savo, zgasił miecz, ale jego oczy wciąż posyłały w geeka gromy.
— Kończ waść, wstydu oszczędź! Mnie i sobie. Załatw sobie inne hobby albo dziewczynę najlepiej, wtedy na pewno nie wpadnie ci do tej twojej pustej łepetyny... ech, co ja się tu będę produkował! — Machnął ręką. — Spadam stąd.
Rycerz efektownie załopotał swoim brązowym płaszczem, ale zatrzymał się w połowie drogi do drzwi.
— I tak w ogóle, to skończ te studia, trzepiesz trzyletnie kolegium szósty rok, kasztanie! I naucz się do siedmiu Huttów mówić wreszcie w tym swoim języku, ofiaro życiowa!
— Serbsko-chorwackim — powiedział nieśmiało Savo.
— Whatever, byleś mi już nie mieszał w życiorysie.
Savo Milošević jeszcze długo po tym traumatycznym spotkaniu z wytworem własnej wyobraźni trząsł się jak galareta. Wydarzenie to tak wielce nim wstrząsnęło, że wyrzucił precz wszystkie zeszyty, komputer sprzedał, a ołówek spalił w lesie. Zaprzestał swej działalności w fandomie, co w konsekwencji zakończyło się spektakularnym upadkiem gry PBF RPG, portalu The Inner Rim i całej społeczności fanfikowców. Po tym wszystkim, jak po ruinach budowli starożytnych Rzymian, hulał już tylko lodowaty wiatr...
Wniosek z tej historyjki jest taki, mój drogi Czytelniku, że nie trzeba do zmasowanej krytyki podchodzić zbyt poważnie. To nie blaster, nie zastrzeli cię jeśli nadal będziesz robić to, co robisz — co nie oznacza z kolei, że masz pozostać głuchy i ślepy na cenne rady, jakie nierzadko są ci dawane przez mądrych ludzi. Konstruktywna krytyka zawsze jest mile widziana — nie zapominaj o tym!


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (20)

Szczerze mówię że opowiadanie średnie. Bez rewelacji. 5/10. Nic specjalnego.

Autoironiczny tekst, który niestety nie bawi czytelnika. Nie sprawia mu przyjemności. Nawet ciekawy pomysł nie sprawi, aby dłużej, niż na parę godzin zagościł w pamięci. Jednym słowem mówiąc, niewypał.

Ale może następna autoironia spełni wymagania czytelnika?

Ptometeusz -> Od jakiegoś czasu zastanawiam się co miałeś na myśli pisząc to zdanie: "0 za robienie z twórczości fanów burdelu". Może mi to wyjaśnisz, skoro już drugi raz tu zaglądasz?

gówno nie z tej ziemi

Ech.. Dziwne te opowiadanie. Komentarze zresztą też. A ocenić tego fanarta chyba sie nie da - przynajmniej ja nie mogę.

Co to ma być? 0 za robienie z twórczości fanów urdelu. A to ma być twoja autoreklama
Nadiru Radena?

No cóż. Opowiadanko lekkie i miłe dla wygładzonych fałd mózgowych jak u mnie. Normalnie oczywiście nie dałbym tak wysokiej oceny, ale skoro tytymek wali 1/10, to proszę, ja daję 10/10 i dorzucam Kozakiewicza :)

The One -> Aaa, w tym sensie. No, nie patrzyłem na to z tej strony, ale pewnie coś w tym jest.

Wybaczcie ale wasze posty niosą tyle wartościowej treści, iż nie wiem co w obliczu tego natłoku niezbędnych informacji zrobić, och.

Spoko, na pewno pokażę.

""Ale pisanie takich opowiadań to lekkie przegięcie bo wielu uzna, że to jest po prostu forma Twojej autoreklamy, ja sam odniosłem takie wrażenie"

Ja po prostu lubię pisać historie umiejscowione w uniwersum Star Wars. I już. A że ludzie lubią je czytać, to nie przestaję ich pisać. Czy to podchodzi pod autoreklamę? Pojęcia nie mam, może gdzieś tam na dnie umysłu siedzi mi taka myśl, że jeśli kiedyś wydadzą powieść przeze mnie napisaną (zakładając, że napiszę takową), to więcej osób ją kupi, bo gdzieś mnie tam już znają. Problem w tym, że takie coś może działać w dwie strony. Jak się moje fanfiki nie spodobają, to mniej ludzi kupi tą teoretyczną książkę – więc co to za autoreklama? Raczej antyreklama, heh."

Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś, nieściśle się wysłowiłem :/ Chodzi mi o konkretny typ opowiadania jaki mamy na górze. Ten, do którego są niniejsze komenty :P Właśnie takie coś ludzie mogą uznać za autoreklamę. Pokazujesz, że potrafisz się z siebie śmiać i jednocześnie chcesz, żeby ludzie zobaczyli, że to pokazujesz. To wkurza :)

Więcej takich tekstów, ludzie, bierzcie przykład z The One.

"...których nazwy nie wyjawię..."

Niech się zainteresowani pomęczą, right. Znajdą niewątpliwie bardzo ciekawe miejsca, gdzie można poczytać sporo dobrych tekstów.

"Ty to wiesz i ja to wiem. No i bardzo dobrze, że taki jesteś, bo ja też taki jestem :) I chyba każdy młody pisarz taki jest."

No, wydało się, kurde. Już po nas, hehe. Tylko z tym 'skrajnie przewrażliwionym' bym się nie zgodził. Gdybyśmy byli tacy, wykorkowalibyśmy po paru negatywnych reckach tudzież niskich ocenach. Ja sobie zresztą mówię, że nie mam talentu pisarskiego – dzięki temu udaje mi się samego siebie nakłaniać do większego wysiłku.

"Tylko u Ciebie najwyraźniej to jest bardziej wyeksponowane. I to niektórych ludzi drażni.
(...) a tak naprawdę bardziej niż Twoje pisanie wkurwia ich forma w jakiej prezentujesz swoją osobę"

Jest wyeksponowane z tego względu, że tak dużo piszę (a jeszcze konkretniej: publikuję) – i to chyba najbardziej ludzi denerwuję. No bo, powiedzmy szczerze, gdybym publikował trzy razy mniej fanfików, to by mnie nie było tak widać. A kiedy kogoś nie widać, to jest mniej powodów, by ów ktoś kogoś innego wkurzał.
Damn, też bym pewnie wpadł w jakiś kompleks, gdyby jakiś ziomal co miesiąc publikował jedno opowiadanie – i to nie tylko na Bastionie, a wszędzie gdzie się da, "nachalnie" można wręcz rzec.

"Ale pisanie takich opowiadań to lekkie przegięcie bo wielu uzna, że to jest po prostu forma Twojej autoreklamy, ja sam odniosłem takie wrażenie"

Ja po prostu lubię pisać historie umiejscowione w uniwersum Star Wars. I już. A że ludzie lubią je czytać, to nie przestaję ich pisać. Czy to podchodzi pod autoreklamę? Pojęcia nie mam, może gdzieś tam na dnie umysłu siedzi mi taka myśl, że jeśli kiedyś wydadzą powieść przeze mnie napisaną (zakładając, że napiszę takową), to więcej osób ją kupi, bo gdzieś mnie tam już znają. Problem w tym, że takie coś może działać w dwie strony. Jak się moje fanfiki nie spodobają, to mniej ludzi kupi tą teoretyczną książkę – więc co to za autoreklama? Raczej antyreklama, heh.

"Daję 7/10. I tak Ci średnią podwyższę :P"

Hej, a gdzie solidarność zawodowa, co?

"Chcesz pisać hurtowo opowiadania tylko z SW? Proszę bardzo, ja mogę Ci najwyżej powiedzieć, że marnujesz talent."

Tą kwestię zostawiłem na koniec. Powiem ci, że już dobrych kilka miechów temu przerzuciłem wszystkie siły na pisanie opowiadań nie-SW. "List z wyspy Vis" to pierwszy efekt tych działań, bardzo zadowalający zresztą, ale na tym nie poprzestanę.

BTW. Pochwaliłbyś się na GG swoimi nie-SWowymi tekstami.

Nadiru, bracie mój, powiedzmy sobie szczerze - jesteś młodym, niedoświadczonym pisarzyną, skrajnie przewrażliwionym na punkcie swojego talentu, twórczości, a ponad wszystko własnej osoby, czułym na najlżejsze słowo pochwały czy krytyki, desperacko walczącym o uznanie swojej raczkującej twórczości za coś wartego uwagi zarówno na stronach poświęconych tej tematyce (Bastion) jak i innych o tematyce ogólnopisarskiej (których nazwy nie wyjawię, ale obaj wiemy o czym mówię :)) Ty to wiesz i ja to wiem. No i bardzo dobrze, że taki jesteś, bo ja też taki jestem :) I chyba każdy młody pisarz taki jest. Tylko u Ciebie najwyraźniej to jest bardziej wyeksponowane. I to niektórych ludzi drażni. Mnie osobiście nie. Chcesz pisać hurtowo opowiadania tylko z SW? Proszę bardzo, ja mogę Ci najwyżej powiedzieć, że marnujesz talent. Na szczęście ostatnio napisałeś coś nie z SW i z tego co widziałem to ludzie się tym zachwycali, więc nie jest z Tobą tak źle :) Z tego też powodu nie rozumiem naładowanych agresją wypowiedzi niektórych ludzi, którzy Cię oskarżają o grafomaństwo, a tak naprawdę bardziej niż Twoje pisanie wkurwia ich forma w jakiej prezentujesz swoją osobę. Vide Baca i tytymek. Tylko, że Bacy należy się pochwała o tyle, że jego komentarze niosą za sobą jakąś treść i za to, że przeprosił za swoje zachowanie. W przeciwieństwie do tytymka, którego komenty nie niosą ze sobą kompletnie niczego...
Ale pisanie takich opowiadań to lekkie przegięcie bo wielu uzna, że to jest po prostu forma Twojej autoreklamy, ja sam odniosłem takie wrażenie. Toteż chcę Cię uprzedzić, że przez publikowanie takich rzeczy grono Twoich antyfanów będzie rosnąć z każdym dniem :)
A sam tekst mi się nawet podobał. Śmieszny, ale bez szczękopadu. Daję 7/10. I tak Ci średnią podwyższę :P

Kop dalej do swojej bramki, tytymek, jest przynajmniej niezły fun z ciebie.

nie nie boli mnie to, żal to słowo pasuje do ciebie. Opowiadanie nie jest opowiadaniem próbującym być nawet na tematy star wars, zrobileś z fanficów bastionu swoją stajnie po prostu.

Nie, chodziło mi o zwroty typu "szanowny czytelniku" itp. Jakoś tak w podobnym stylu pisane są "Szkice węglem", i mi sie skojarzyło. ;)

Chodzi ci o zastosowanie słów typu "zrazu" czy "przeto"? Fakt, to celowa (lekka) stylizacja językowa, ale z Sienkiewiczem wiele wspólnego nie ma.

czy to jest celowa stylizacja na Sienkiewicza? ;P Bardzo miło się czytało. 7,5/10

Opowiadanko całkiem fajnie się czytało, choć spodziewałem się czegoś innego :D. Tym niemniej jednak nie mam najmniejszego pojęcia jak to ocenić, zatem ten element sobie daruje :D

Co, tytymek, boli cię, że umiem się z siebie śmiać? Ano widzisz, umiem. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem na tyle nadęty, żeby bez przerwy jechać po jednej sztancy - a w twoim wypadku jest to wlepianie mi za każdym razem 1/10.

Oj, żal mi ciebie, chłopcze, żal. Robisz z siebie przeraźliwe pośmiewisko.

co to ma być? 1/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.