Twórczość fanów

Dwie bitwy o Vispazar

Autor: Nadiru Radena



3958 oraz 20 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci

**********


Miasto Vispazar miało w sobie coś z pogranicza fantastyki i realizmu, jednak niezależnie od punktu widzenia, można je było nazwać perłą pośród szarych otoczaków. Wciśnięte między dwa łańcuchy górskie i niezliczone szczyty mieniące się w słońcu blaskiem swoich śnieżnych kapturów, wydawało się być sennym i milczącym stworzeniem, które tylko czekało na rychłe przebudzenie.
Sieć ulic w przemyślny sposób oplatała niskie, kolorowe budynki mieszkalne wdzierające się na co łagodniejsze zbocza gór, parki z bujną roślinnością i błękitno-zielonymi oczkami wodnymi, fantazyjne i z pozoru naginające prawa fizyki siedziby korporacji i banków oraz potężne, lecz niezbyt monumentalne gmachy rządowe. Jedynym elementem szpecącym Vispazar była odrapana, poszarpana wieża wysoko strzelająca w niebo, usytuowana w samym centrum miasta. Budowla miała blisko cztery tysiąclecia, a pozostawiono ją w stanie nienaruszonym, na przestrogę kolejnym pokoleniom, po wielkiej bitwie, która niegdyś się tu rozegrała — mieszkańcy w swej mądrości uznali, że sam widok tej ruiny obrzydzi każdej istocie myśli o próbach rozpętywania wojen.
Nadiru Radena, Mistrz Jedi i Generał Wielkiej Armii Republiki, choć był bez wątpienia realistą, wciąż chował w głębi duszy nadzieję, że pod koniec dzisiejszego dnia starożytna wieża pozostanie jedyną budowlą w Vispazarze, która doświadczyła na sobie destruktywnego wpływu działań wojennych.
Ciemnowłosy mężczyzna westchnął ciężko, opatulił się swoim płaszczem. Nawet gdyby miał ze sobą dwa razy większe siły, nie zdołałby uchronić miasta od zniszczeń. To było zwyczajnie niemożliwe.

Ciężkie, czarne chmury rozwiały się. W prześwicie ukazał się przerażający krajobraz pola bitwy, który nie miał w sobie nic z holonetowej aury „honorowej i chwalebnej walki o lepsze jutro”. Przeryte dywanowymi bombardowaniami postrzępione góry, które dotąd kryły Vispazar, sprawiały ponure wrażenie. Pożoga przetaczająca się po szczątkach budynków, ulic i parków syciła się tysiącami różnobarwnych blasterowych smug, prześlizgujących się między płomieniami w całym mieście. Vispazar było niczym jezioro ognia, nad którym niespokojnie krążyły obłoki ebonitowego dymu.
Jedna budowla, wysoka wieża z wierzchołkiem w kształcie odwróconego stożka, w szczególności rzucała się w oczy — jej płonące, podziurawione ściany, z których raz za razem dobywały się karmazynowe wiązki plazmy, były niby upiorny koszmar.
Arun Radena, Mistrz Jedi i dowódca oddziału komandosów Republiki Galaktycznej, choć widział już wiele — zbyt wiele nawet jak na Jedi — poczuł się, jakby wlatywał w sam środek mitycznego piekła, a iglica była straszliwym, ognistym tronem samego władcy ciemności, rzucającego swoje pioruny na prawo i lewo, we wszystko co oddychało.
Ciemnowłosy mężczyzna zamknął oczy, wyobrażając sobie jak dzięki odniesionemu tu dzisiaj zwycięstwu Vispazar przeistoczy się w piękne miasto, idylliczną krainę będącą marzeniem każdej istoty ceniącej sobie spokój i ciszę.

— Generale Radena, siły Separatystów zbliżają się od wschodu.
Mistrz Jedi skinął głową, rzucił ze swojego wzgórza ostatnie, tęskne spojrzenie na panoramę miasta i dał się poprowadzić zakutemu w zbroję szturmowcowi-klonowi do punktu dowodzenia obrony Vispazaru.

— Przygotujcie się! — krzyknął Arun Radena do wyborowych komandosów Piątego Regimentu w brązowych pancerzach z elementami złota i czerwieni na hełmach, czekając aż transporter osiądzie na spieczonej ogniem ziemi. Po chwili rozległ się zgrzyt i wrota ładowni otworzyły się. Mistrz Jedi wyskoczył z maszyny, a żołnierze podążyli za nim.

**********


— Separatyści przełamali południowy odcinek linii obronnej — zakomunikował komandor Neritz, wskazując opancerzonym ramieniem na miejsce odległe o kilometr od punktu dowodzenia, skąd nagle zaczęły docierać przytłumione odgłosy zaciętej walki. Z trzy kilometry dalej, spomiędzy zabudowań, wyrastały cztery rdzawe sylwetki transporterów MTT.
Nadiru Radena skrzywił się. Zerknął na oddział szturmowców-klonów naznaczonych błękitnymi pasami elitarnego 501 Legionu. Ci bez słów pomaszerowali za nim, gdy ruszył biegiem w kierunku, gdzie panował największy bitewny zgiełk.

— Gdzie jesteśmy?
— Na południowowschodnim skraju miasta, sir.
Głęboko na terytorium Imperium Sithów, pomyślał Arun Radeba. Odwrócił wzrok od chmary republikańskich transporterów piechoty, które lądowały właśnie w śródmieściu, wzmacniając tamtejsze oddziały, a jednocześnie odciągały uwagę od jego komandosów.
— Idziemy — rozkazał. Puścił się sprintem do ruin osiedla domów wielorodzinnych, uważnie badając Mocą swoje otoczenie.

— Sir, tam.
Nadiru skinął głową. Miejsce wydawało się być idealne: gąszcz tarasowych domów między skwerem, gdzie republikańskie wojsko zbierało cięgi od droidów bitewnych, a szeroką aleją, którą przewalały się czołgi AAT i inne opancerzone maszyny. Konfederacja szykowała się do okrążenia na placu oddziałów obrońców miasta.
Mistrz Jedi mocno zacisnął palce na rękojeści miecza świetlnego, ale nie aktywował energetycznego ostrza. Zamiast tego powiódł klony do celu, starając się cały czas pozostawać poza zasięgiem sensorów robotów wroga. Odkryci, nie zdołaliby bowiem zadać skutecznego ciosu w plecy najeźdźcy.

— Muszą być gdzieś tam... tak, są tam!
Na ustach republikańskiego żołnierza rozkwitł zawadiacki uśmiech. Arun nie wykazywał jednak żadnych oznak zadowolenia. Moździerze, którymi się mieli zająć, były rozmieszczone w innym miejscu niż powinny; dalej, bo nieopodal silnie ufortyfikowanego budynku dawnej szkoły. W końcu udało mu się wypatrzyć dość obiecujące przejście pomiędzy zgrupowaniami wroga zarejestrowanymi przez satelitę szpiegowskiego tuż przed ich lądowaniem.
Była to pokaźna gromadka stłoczonych domów, z których tu i ówdzie buchały pojedyncze płomienie.
Mistrz Jedi wyprowadził komandosów z ukrycia i błyskawicznie poprowadził do namierzonego celu.

Seria z działek blasterowych złamała szyk szturmowców-klonów, jednego powalając na beton z rozerwanym gardłem. Nadiru przebiegł obok charczącego w przedśmiertelnych konwulsjach klona.
— Kryć się!
Odbił fioletową klingą dwie szkarłatne wiązki i bez większego zastanowienia pchnął Mocą dwa Superdroidy Bitewne, które zaskoczyły ich tuż przed osiedlem. Po chwili zza jednego z domów wynurzyła się kolejna para srebrzystych robotów.
— Za mną! — krzyknął Radena, wykonując mieczem młynek, którym zgarnął lecący w niego blasterowy promień. Szturmowcy-klony wykonali rozkaz, rozpoczęli istny slalom pomiędzy skonstruowanymi w pozornym nieładzie budynkami.

Dwóch szturmowców Sithów wyszło nagle zza pobliskiego zwaliska gruzów i zanim Arun powstrzymał swoich ludzi, ci poszatkowali wrogów sztychami szmaragdowego ognia.
Mistrz Jedi przeklął w myślach nadmierne wyostrzony refleks podwładnych i rozkazał im, by rozproszyli się po ruinach, do których właśnie dotarli. Rozległy się kolejne strzały i okrzyki bólu. Pod nogi Aruna zatoczył się postrzelony komandos, obficie brocząc krwią z okropnej rany na brzuchu. Rycerz zacisnął zęby i przeskoczył nad nim, jednocześnie parując niespodziewaną serię, która nadeszła od jego prawicy. Stojącego tam szturmowca wyeliminował poderwaną Mocą z ziemi cegłą.
Sith zachwiał się po trafieniu w bark i wypuścił z rąk swój karabin. Radena doskoczył do niego i szybkim cięciem pozbawił życia. Bez zwłoki ruszył w kierunku skąd dobiegł go charakterystyczny świst wystrzeliwanych moździerzowych pocisków.

— Gdzie reszta?
— Zostaliśmy tylko my — oświadczył klon. Obok niego kucał drugi, podtrzymując rannego w nogę kompana.
Nadiru powstrzymał się od wyplucia z ust pewnego mandaloriańskiego przekleństwa, którego nauczył się od komandosów z Drużyny Sigma. Zamiast tego twardo spojrzał na szturmowców i powiedział:
— Wycofajcie się. Sam się tym zajmę.
— Tak jest, sir — odparł bez wahania żołnierz. Od razu zabrał się za realizację swojego nowego zadania.
Po chwili Radena został sam.

Arun z wysiłkiem zepchnął dwie blasterowe wiązki z ich torów lotu, ale to pomogło tylko jednemu z komandosów, którzy chronili się za jego plecami, wypełniając powietrze zielonym ogniem. Drugi został trafiony prosto w głowę, zginął na miejscu. Pierwszy dał się zaskoczyć w momencie, gdy nieopatrznie wyszedł poza parasol ochronny purpurowej klingi miecza świetlnego.
Mistrz Jedi stęknął, wyskoczył wysoko w górę, o mało co nie zgarniając przy okazji rubinowego pocisku i wylądował na chybotliwym kawałku ściany zburzonego domu. Zeskoczył na drugą stronę i zaklął cicho.

Generał Radena strząsnął z czoła pot, próbując się zorientować gdzie teraz stoją cztery MTT. Nie wiedział, co drzemało w ich trzewiach, i po prawdzie nie chciał się tego dowiedzieć — niestety z każdą upływającą minutą szansa na to malała, a on sam tracił wiarę, że w pojedynkę zdoła wyeliminować kwartet rdzawych transporterów Federacji Handlowej.
Ze swojego punktu obserwacyjnego — spadzistego dachu domu — wyniósł jedynie wiedzę o tym, jak ominąć zmierzających na pierwsze linie walki stalowych piechurów Separatystów. Droga wiodła przez sam środek kolejnego osiedla mieszkaniowego.

Z wciąż potężniejącego tumultu, który docierał do jego uszu, Arun Radena wiedział, że bitwa przybrała na sile, a z licznych sygnałów od Mocy dochodzących od walczących żołnierzy, że Republika powoli, ale systematycznie — zapewne z niemałą pomocą nowych posiłków — spycha Imperium Sithów do tyłu. Miał jednak nadzieję, że nie za szybko, gdyż nie chciał, aby wojska Republiki wpadły w deszcz granatów wystrzelonych przez te same moździerze, które miał za zadanie zniszczyć. Mimo że nie miałby nic przeciwko, lepiej było nie liczyć, że siły powietrzne uzyskają przewagę nad Sithami i go wyręczą.
Poczekał aż grupa kilkunastu żołnierzy w srebrzystych pancerzach przebiegnie przez ulicę. Wychynął ze swojej kryjówki i zagłębił się w gęstwinie zrujnowanych domów jednorodzinnych.

Słysząc mechaniczny grzechot kilkunastu stalowych nóg, Nadiru Radena nie głowił się długo co zrobić. Mocą błyskawicznie otworzył sobie drzwi do najbliższego domostwa i skrył się w środku. Dostrzegł kątem oka dwie postacie — dziecko i mężczyznę — siedzące nerwowo nieopodal wejścia, tuż obok gotowej do użycia rusznicy blasterowej. Przysunął palec do ust. Mężczyzna skinął głową, zaś dziecko uśmiechnęło się na widok miecza świetlnego.
Generał Wielkiej Armii, nie czekając aż droidy Konfederacji znikną na dobre, podszedł cicho do mężczyzny i półgłosem rzekł:
— Proszę się gdzieś schować, najlepiej do piwnicy, jeżeli taką macie. — Radena w zasadzie powtórzył to, co powiedział w odezwie do mieszkańców tuż przed bitwą, ale widać nie wszyscy musieli ją usłyszeć, albo nie dostosowali się do poleceń. — Broni proszę użyć tylko w ostateczności, rozumie pan?
Wyraźnie podniecony obecnością Rycerza Jedi w domu, co na swój sposób zwalczyło nieco lęk, potrząsnął głową i z nadzieją spytał:
— Wygrywamy?
— Jeszcze nie, ale niedługo to się zmieni — zapewnił Radena, posyłając jemu i dziecku pewny siebie uśmiech. Nie miał pojęcia, czy rzeczywiście szala bitwy już przechylała się na ich stronę, ale skoro mógł komuś dodać otuchy swoimi słowami, nie wahał się przed uczynieniem tego. Chwilę później wyskoczył z budynku przez jedno z okien i przedzierając się przez dzielnicę w opatentowany przez siebie sposób, powoli zbliżał się do swojego celu.

Ruiny dzielnicy mieszkaniowej, w których, jak wyczuł, wciąż jeszcze tliło się mnóstwo ognisk życia, były dla żołnierzy obu stron zarówno przekleństwem, jak i darem z niebios. Z jednej strony toczyły się tu najcięższe i na ogół nieefektywne walki, a z drugiej łatwo było się tędy przemykać niezauważonym, nawet w większym oddziale.
Niestety, Arun Radena doświadczył z początku tylko tego pierwszego. Już po paru krokach jego nos wychwycił w powietrzu smród, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Niemal od razu wywołał u niego odruch wymiotny, lecz doświadczony Mistrz Jedi zdołał zapanować nad żołądkiem, chociaż z ogromnym trudem przyszło mu przejść między rozkładającymi się ciałami tak sojuszników, których upiorne twarze spozierały na niego złowrogo, jak i wrogów, którzy byli okryci pancerzami, co w pewien sposób sprawiało, że wyglądali bardziej jak zniszczone roboty, a nie istoty ludzkie.
Kiedy tylko minął pobojowisko, natknął się po raz pierwszy na mieszkańców Vispazaru — w tym wypadku umorusaną dziewczynę z włosami w nieładzie i starszego człowieka z brodą noszącego podartą koszulę. Oboje siedzieli na materacu w kącie jednego z nielicznych wciąż jako tako zachowanych domów. Oboje też, jak tylko zorientowali się kim jest Radena, obrzucili go nienawistnymi spojrzeniami.
Arun z początku chciał do nich podejść, ale prędko zmienił swe zamiary, dostrzegając w oczach tej dwójki głęboką odrazę zmieszaną z pretensją; zarówno dziewczyna, jak i mężczyzna jednoznacznie oznajmiali mu swoją postawą, żeby się jak najszybciej wyniósł z ich domu. Mistrz Jedi skwapliwie spełnił życzenie, nie zaprzątając sobie głowy roztrząsaniem ich zachowania. Rozumiał je doskonale.
Dla nich to była wojna Jedi z Jedi, konflikt nadistot, których nic nie obchodziły szaraczki.

Nadiru wyczuł zagrożenie w tej samej sekundzie, w której postawił swą stopę na malutkim placu pokrytym rozłożystymi drzewami i bujnymi krzakami. Pobudził do życia ametystową klingę, w górze z wyciem silników przeleciały dwa myśliwe V-19 Torrent i stanął naprzeciw pary robotów bojowych, których jeszcze dotąd nigdy nie widział na oczy.

Arun zorientował się, że czeka go przeprawa z trudnym przeciwnikiem, ledwo wyrwał się z ruin i przykucnął pod ścianą zamienionej w gruz fabryki śmigaczy. Pospiesznie włączył purpurowe ostrze, kilkadziesiąt metrów nad nim eksplodował myśliwiec Aurek i stanął naprzeciw Ciemnego Jedi.

Generał Wielkiej Armii nie zdążył się nawet zastanowić na co natrafił, gdy elektropałki w chwytakach dwumetrowych, srebrzystych humanoidalnych droidów rozbłysły na obu końcach błękitnym światłem pola elektrostatycznego.

Mistrz Jedi pobieżnie zlustrował sylwetkę mężczyzny okrytego granatowo-czarną tuniką z kapturem, gdy ten wykonał prowokacyjny młynek rubinowym ostrzem swego miecza świetlnego.

**********


Padły pierwsze ciosy i świetliste klingi zakreśliły fioletowe łuki, by je odbić. Grad uderzeń zalał bariery purpurowego ognia, które ani na moment nie zostały przebite. Pozwoliwszy wyszumieć się oponentom, Mistrzowie Jedi przeszli do kontrataku. Rękojeści ich mieczy świetlnych zrobiły się gorące od silnych uchwytów doświadczonych mężczyzn i choć dzieliły ich tysiąclecia, w prawie idealniej synchronizacji rzucili się do ataku. Droid rozcięty na pół pionowym cięciem grzmotnął o poryta odłamkami ulicę, na której wylądował także, szorując plecami, Ciemny Jedi. Drugi robot cofnął się, na pokaz młócąc przed sobą elektropałką, a Sith poderwał się na nogi z wściekłym okrzykiem w ustach.
Rycerze Jedi zabrali się za akt drugi pojedynków. W okamgnieniu doskoczyli do wrogów. Purpurowa energia rozcięła powietrze na wysokości kilkudziesięciu centymetrów nad ziemią. Błękitne pole elektropałki zaiskrzyło, a rubinowa klinga głośniej zabuczała. Dwa ciosy — jeden w głowę, drugi w brzuch — zdezorientowały przeciwników Jedi.
Ostrze Nadiru Radeny poszatkowało serwomotory i generator energii droida, rozkładając go na części, a Aruna Radeny przepaliło muskuły i kości Ciemnego Jedi, pozbawiając go życia.
Dwaj Mistrzowie Jedi wyłączyli miecze świetlne.

**********


Generał Republiki niepostrzeżenie minął pędzące dokądś z zawrotną prędkością czołgi Konfederacji, przebiegł pod kolumnadą jakiegoś reprezentacyjnego gmachu i stał się świadkiem tego, czemu chciał zapobiec.
Z wnętrza czterech MTT powoli zaczęły się wysuwać ramy transportowe, każda przenosząca po sto dwanaście złożonych Droidów Bitewnych. Mistrza Jedi, który bezsilnie obserwował rozładunek, nie pokrzepił fakt, że z maszyn Federacji Handlowej nagle nie wypadły Droidy Niszczyciele lub nowe roboty z elektropałkami.
Wtem uprzytomnił sobie, że słyszy znajomy dźwięk silników prędko zbliżających się pojazdów. Nadiru Radena uśmiechnął się. Wszędzie poznałby ten cudowny odgłos.
Pół eskadry republikańskich kanonierek LAAT/i zatańczyło nad MTT. Chwilę później z kawałków porozrzucanych dookoła rdzawych pancerzy buchały wysokie płomienie.

Zorientowanie się, że jego cele — czyli moździerze — były w istocie mobilnymi samobieżnymi działami zajęło Arunie Radenie tylko odrobinkę więcej czasu od zrozumienia, że Sithowie najwyraźniej pomału wycofują się z Vispazaru. Wskazywało na to co najmniej parę czynników: ilość republikańskich myśliwców Aurek szybujących ponad jego głową, głośność eksplozji i blasterowgo jazgotu, a także nerwowość wyczuwalna u mijanych oddziałów szturmowców Sithów.
W końcu rzekome moździerze zamilkły, tym samym zaś Republika wyręczyła Radenę, gdy jemu samemu i komandosom Piątego Regimentu nie udało się sprostać misji.
Spojrzał na wieżę pośrodku miasta i uśmiechnął się. Padające z niej wystrzały zmieniły swą barwę z czerwonych na zielone — był to niezaprzeczalny znak rychłego zwycięstwa Republiki.

**********


Dwaj Mistrzowie Jedi przedzierali się przez obszary miasta znajdujące się wciąż pod kontrolą wrogów, pojmując, że ich desperackie i z gruntu bardzo optymistyczne w zamierzeniach misje nie przyniosły Republice żadnych realnych korzyści; było wręcz odwrotne. Być może dzięki ich obecności w innych miejscach Vispazaru, bitwy skończyłyby się prędzej.
Nie pozwalali sobie jednak na zasypywanie umysłu stosem wyrzutów. Już nie pierwszy raz w trakcie swoich wojen podejmowali ryzykowne, źle wykalkulowane decyzje. Takie rzeczy się zdarzały.
Jedi dotarli do dzielnicy mieszkaniowej, licząc że tutaj spotkają swoich sojuszników. Nadiru wbiegł do opuszczonego domu, zaś Arun wskoczył do dziury w ścianie zrujnowanego domu. Obaj dotarli do drzwi i asekuracyjnie zerknęli przez próg.
Rycerze spojrzeli w czarne wizjery hełmów szturmowców.
Nadiru Radena poczuł ulgę i uśmiechnął się lekko. Arun Radena na wpół odruchowo zamachnął się mieczem świetlnym. Szturmowcy-klony opuścili broń. Karabiny blasterowe szturmowców Sithów wypluły z siebie krwistoczerwone porcje energii. Jedna fioletowa klinga zgasła, druga zaś rozmyła się w serii obronnych bloków.
W tym momencie sytuacje odwróciły się.
Karmazynowe smugi pomknęły w stronę jednych szturmowców, zaś szmaragdowe w stronę drugich.
Superdroidy Bitewne uderzyły na klony, natomiast żołnierze Republiki natarli na Sithów. Teraz już obaj Mistrzowie Jedi intensywnie nakreślali powietrze i ciała wrogów purpurowymi płomieniami.
Pół minuty potem ostatni robot runął głucho na nawierzchnię ulicy, a ostatni szturmowiec Sithów z chrzęstem zbroi rozłożył się obok swych pokonanych kolegów. Mistrzowie Mocy głęboko odetchnęli i skinęli głowami sojusznikom w podzięce za pomoc, a następnie ruszyli z nimi w drogę powrotną.

**********


Bitwy o Vispazar dobiegły końca. Siły Konfederacji Niezależnych Systemów, otrzymując cięgi z wyrzutni rakiet kanonierek i dział laserowych AT-TE, wycofały się. Wojska Imperium Sithów, przyjmując ostatnie ciosy z działek laserowych myśliwców Aurek i wyrzutni rakiet transporterów opancerzonych, brały nogi za pas.
Vispazar dogasało, choć inaczej widział to Nadiru, a inaczej Arun.
Dla pierwszego płomienie liżące ściany budynków znikały pod naporem hektolitrów lodowatej wody. Dla drugiego ognie pełgające po szczątkach gmachów znikały z braku paliwa, które mogłoby je podsycić. Dla pierwszego zniszczenia były jedynie wyspami pośród lśniącego oceanu. Dla drugiego zniszczenia byłby właśnie tym oceanem, choć nie był lśniący i wspaniały, lecz odrażający i bezlitosny. Dla pierwszego tłumy mieszkańców radowały się. Dla drugiego garstki tubylców ze strachem wyczekiwały powrotu przerażających machin wojennych.
Arun Radena chciałby móc zapewnić ich, że ten koszmar właśnie się zakończył i już nigdy nie powróci. Chciałby ich pocieszyć, lecz wiedział, że dałoby im w ten sposób fałszywą nadzieję.
Bo wcześniej czy później, to wszystko się powtórzy. Dwie potężne armie zetrą się ze sobą w Vispazarze i historia zakręci kółko.
Nadiru Radena stał się tego świadkiem i tak jak jego przodek, spoglądający na to samo pole bitwy cztery tysiąclecia wcześniej, nie miał wątpliwości, że pewnego dnia na tym wzgórzu stanie ktoś podobny do niego i patrząc na płomienie, w których będzie pogrążone miasto, zanurzy się w ponurych rozważaniach o okrutnej cykliczności wojen.


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (28)

Bardzo spodobał mi się pomysł na opowiadanie - ukazanie niezmienności wojny, na podstawie losów pierwszego i ostatniego przedstawiciela rodu Radena. Z wielką płynnością przechodziłeś z okresu wojen Sith do czasów Wojen Klonów, za co należą Ci się wielkie brawa. Przedstawienie Arun i Nadiru jako opozycyjnych stron w bitwie ( agresor, obrońca ) także bardzo przypadło mi do gustu. Z wielką lekkością opisywałeś ich ,,wspólne" fragmenty.

Jest rzecz jasna parę mankamentów, jak choćby następujące zdanie:

,,Ci bez słów pomaszerowali za nim, gdy ruszył biegiem w kierunku, gdzie panował największy bitewny zgiełk." - ciekawe, jak bardzo w tyle ich zostawił? Mocno rzuca się w oczy.

,,Chciałby ich pocieszyć, lecz wiedział, że dałoby im w ten sposób fałszywą nadzieję." Co by im dałoby tą fałszywą nadzieję?:)
Mocno mnie zirytowało także określenie ,,dzielnica mieszkaniowa". Wiem, wiem, jest to wersja poprawna, ale aż się niedobrze robi, ją czytając.

Ponarzekałem sobie, więc mogę już spokojnie z czystym sumieniem wystawić ocenę 9/10 :)

nie kumpel, a inkarnacja...

Nie mozna już McIntyre lubić?

Oho, kolejny kumpel Onomy przystąpił do ataku. Zdradziłeś się Vondą McIntyre.

Dlaczego Nadiru ciągle pisze o sobie??

Opowiadanko całkiem niezłe, chociaż dosyć póżno się kapnąłem, że rozgrywa się w dwóch ramach czasowych, ale to nie wina autora, tylko moja. Całkiem niezłe, chociaż trochę za mało czasu poświęciłeś opisom myśli i odczuć postaci. Opowiadanko niezłe, chociaż bywały lepsze w twojej pisarskiej karierze na Bastionie.7/10

radena mistrzu komu dać 1/10 :D? służe uprzejmie :D

The One -> A, zapomniałbym: uważaj, jak będziesz mi teraz odpowiadać (jeśli będziesz), bo tytymek to zawistny gość i przy twoim następnym opowiadaniu da 1/10. Albo 10/10, na złość mnie, z tegoż względu że właśnie to napisałem. Tacy jak on już tak mają, niestety.

The One -> Ano jesteśmy. Wiem, powinienem ignorować tego debila, bo ponoć takie coś tylko napędza jemu podobnych do działania, ale skoro on i tak będzie mi cały czas dawać 1/10, to niech przynajmniej inni się dowiedzą jakie pobudki nim kierują. Jeśli ktoś to w ogóle czyta, znaczy się.

Radena skoro tak to wierze iż wprowadzając swoje słowa w życie nie odpowiesz mi na tego komenta.

Otóż, twój styl jest obrzydliwy, egzaltowany i arogancki, to tyle.

Jesteście słodcy :D

Jest, ale tylko dla ludzi, którzy się tym zawodowo zajmują, czytaj: są co najmniej polonistami, którzy na dodatek musieliby się mocno zagłębić w tekst. A ty się do tej grupy nie zaliczasz, więc nie gadaj głupot.

Reasumując: nie masz ŻADNYCH pozapersonalnych argumentów, które mogłyby usprawiedliwić danie mi pod rząd kilku ocen 1/10. Powiedziałbym coś jeszcze, ale szkoda mi słów. Wszystko co o tobie myślę zostało już zawarte w poprzednich moich komentach.

Jeżeli myślisz że styl pisania jednej osoby jest nie do odróżnienia to jesteś w błędzie.

Tytymek, kogo ty oszukujesz? Chyba tylko siebie, na dodatek pogrążając się coraz bardziej w swoich niedorzecznych komentach.

Niezależnie od tego jak i co napiszę, zawsze dasz 1/10. Dam przykład: stylowo "Kodeks Jedi", "Podróż", "Bitwa o Neum", "Dwie bitwy o Vispazar" i "Przypadki pisarza" różnią się niemal WSZYSTKIM. Każde opo jest napisane inaczej, w innym stylu, pod inny gatunek literacki. Gdyby nie fakt, że pojawiają się tam imiona z "Radeną", zapewne nigdy byś nie zgadł, że pisała je ta sama osoba.

Radena ty bez przerwy piszesz w tym samym stylu, jeżeli on mi się nie podoba, a ty nic w nim nie zmieniasz, tylko dodajesz więcej Raden to ocena pozostaje taka sama.

Nie obrażasz mnie? A pamiętasz może komenty pod "Podróżą"? Insynuacje, że niby nie jestem Jugosłowianinem? To jest obraza, za którą nie przeprosiłeś, jak to kulturalnie zrobił Baca.

Nikt cię nie zmusza do czytania moich opowiadań - jeśli w ogóle je czytasz to tylko po to, żeby znaleźć jakiekolwiek argumenty na odgórne wystawienie oceny 1/10. Widać to za każdym razem, bo to się po prostu rzuca w oczy.

Radena, ja cię nie obrażam, jedynym epitetem jakim cię obrzuciłem to "pisarz" za co powinieneś być wdzięczny, bo piszesz naprawdę dużo. Co do samego opowiadania, nie oceniłem go nim nie przeczytałem, po prostu nie zrozumiałem podziału na dwie daty.

Ostatnia sprawa, Radeni już mi się przejadli, nie mówie za innych, niech się sami wypowiedzą, to opowiadanie jest bardzo chaotyczne, opis walk, pogrążony w chaosie, a pieniaczem jesteś ty o ile mam ci przypominać twój udział w konkursie galaxy.

"Tu akurat niezbyt trafiłeś, bo książki AS-a są redagowane po kilkanaście razy, wszystko jest konsultowane z autorem."

Ech, żeby tak traktowali innych pisarzy... Ekhm, w każdym razie miałem na myśli fakt, że trafiło się u niego parę zdań długich na pół strony i gdzieś w połowie można się było zgubić. Co nie zmienia tego, że AS wielkim pisarzem jest, heh.

"Wbrew pozorom, nie jest to wcale taki dziwny argument na minus - mówi Ci coś sformuowanie "Mary Sue"?"

Wielokrotnie słyszałem, nigdy się jednak tym nie zainteresowałem.

"To uważasz, że autorów ficków nie powinno się krytykować? Przecież o to chodzi, żeby w kolejnych opowiadaniach tych samych błędów nie popełnić."

Chodzi o słuszność tego ganiania, bo krytykę konstruktywną to ja lubię. Czasem mam po prostu wrażenie, że gania się fanfikowców za błędy, których nie ma tudzież za coś, co czytelnikowi - z racji czytania tekstu amatorskiego - wydaje się być błędem, a czego by ów czytelnik nie zauważył czytając profesjonalny tekst.

"No cóż, niestety tak jest, że człowiek raczej skupia się na tych"

Sporo traci, to mu mogę powiedzieć.

"(...)ale jeśli pojawią się nowe, możesz na mnie liczyć."

Pojawią się, pojawią.

"Odnośnie zdań wielokrotnie złożonych - utarł się schemat, by autorów fanfików za to ganić, bo nie są profesjonalistami. "Dziwnie mi to brzmi, za długie to jest - no to coś musi być nie tak". Tymczasem jak czytam wielu profesjonalistów to widzę zdania wielokrotnie złożone, które niczym się od moich nie różnią, ba, zdarzają się takie – również u mistrzów słowa jak Sapkowski – które są po prostu nie do przeczytania."

Pokaż mi takie zdanie u Sapka. Tu akurat niezbyt trafiłeś, bo książki AS-a są redagowane po kilkanaście razy, wszystko jest konsultowane z autorem. A że AS lubi sobie napisać długie zdanie, to inna sprawa ;]

"Wiem, że tego nie wiesz, dlatego wyjaśnię, że mój nick pochodzi od imienia i nazwiska postaci Nadiru Radena - nie odwrotnie (postać zaś powstała w 2002 roku, pierwsze opo o niej było w 2004 roku. Zobacz sobie "Bitwę o Geonosis"). Poza tym nie jestem jedyną osobą, która w fanfikach używa własnej ksywki. Dziwny to argument 'na minus'."

Rozumiem. Wbrew pozorom, nie jest to wcale taki dziwny argument na minus - mówi Ci coś sformuowanie "Mary Sue"?

"Odnośnie zdań wielokrotnie złożonych - utarł się schemat, by autorów fanfików za to ganić, bo nie są profesjonalistami. "Dziwnie mi to brzmi, za długie to jest - no to coś musi być nie tak"."

To uważasz, że autorów ficków nie powinno się krytykować? Przecież o to chodzi, żeby w kolejnych opowiadaniach tych samych błędów nie popełnić.

" To co widzicie w "Dwóch bitwach..." jest zaczepione na trzech ideach: ukazania niezmienności wojen, próbie poprowadzenia akcji równoległej w dwóch czasach, grze kontrastów. Szkoda, że tego nie zauważacie, koncentrując się za bardzo na właściwej fabule."

No cóż, niestety tak jest, że człowiek raczej skupia się na tych "właścowych fabułach" ;]

"Nigdy mnie nikt i nic nie zniechęci do pisania, choćby miało się skończyć tylko na internetowych publikacjach, jak to jest teraz."

I za to wieeeelki plus :)

" Największe siły wkładam w pisanie opowiadanie nie-StarWarsowych."

A szkoda.

Cóż, tym że podjąłeś rzetelną dyskusję o swoim
ficku zyskałeś sobie nowego czytelnika. Co prawda nie będę raczej czytał wszystkich już ukazanych 27 (!) opowiadań, ale jeśli pojawią się nowe, możesz na mnie liczyć.

Pozdrawiam
Orion

Orion -> Wybacz, ale tytymek nie jest czytelnikiem, a zwykłym pieniaczem zaślepionym, zdaje się, jakimś kompleksem w stosunku do mojej osoby. Trudno powiedzieć, tu by się jakiś psycholog przydał. Dość rzecz, że najpierw wystawia ocenę 1/10, a dopiero potem (może) pobieżnie czyta.

Wiem, że tego nie wiesz, dlatego wyjaśnię, że mój nick pochodzi od imienia i nazwiska postaci Nadiru Radena - nie odwrotnie (postać zaś powstała w 2002 roku, pierwsze opo o niej było w 2004 roku. Zobacz sobie "Bitwę o Geonosis"). Poza tym nie jestem jedyną osobą, która w fanfikach używa własnej ksywki. Dziwny to argument 'na minus'.

Odnośnie zdań wielokrotnie złożonych - utarł się schemat, by autorów fanfików za to ganić, bo nie są profesjonalistami. "Dziwnie mi to brzmi, za długie to jest - no to coś musi być nie tak". Tymczasem jak czytam wielu profesjonalistów to widzę zdania wielokrotnie złożone, które niczym się od moich nie różnią, ba, zdarzają się takie – również u mistrzów słowa jak Sapkowski – które są po prostu nie do przeczytania. Faktem jest natomiast, że niezbyt długo siedziałem przy poprawkach tego opowiadania, które, nawiasem mówiąc, powstało chyba z półtora roku temu.

Fabuła płytka? Raczej nieoryginalna. Nieprzemyślania? W żadnym wypadku. To co widzicie w "Dwóch bitwach..." jest zaczepione na trzech ideach: ukazania niezmienności wojen, próbie poprowadzenia akcji równoległej w dwóch czasach, grze kontrastów. Szkoda, że tego nie zauważacie, koncentrując się za bardzo na właściwej fabule. Widać wina leży po mojej stronie, bo zrobiłem opowieść zbyt osobistą – czy raczej: opartą o własne widzimisię paru spraw.

Nigdy mnie nikt i nic nie zniechęci do pisania, choćby miało się skończyć tylko na internetowych publikacjach, jak to jest teraz. Człowiek się rozwija, ja wyrabiam teraz i formę i warsztat, być może następne opowiadanie fanowskie lepiej to zobrazuje (nie publikuję bowiem chronologicznie). Największe siły wkładam w pisanie opowiadanie nie-StarWarsowych.

Jeśli mnie pamięć nie myli jest tu bodaj 27 moich opowiadań. To oczywiste, że kilka z nich uznano za świetne (np. "Śmierć Luke'a Skywalkera", "Koniec Jedi" czy "Ostatni pojedynek"), kilka zaś za słabe. Ostatnio, dzięki tytymkowi, żadne nie jest w stanie osiągnąć porządnej średniej w ocenach, ale oceny mi kompletnie wiszą i powiewają – liczą się słowa wypowiedziane w komentarzach.

Chewie_Wookie -> Nie zmieniłem niczego w nazwach, tu są same Radeny, heh. A co do jechania po twoim opowiadaniu, to na mnie nie licz. Jeśli po kilku zdaniach odpadłeś od tekstu napisanego jak najbardziej poprawną polszczyzną – może z paroma błędami – to złe to daje o tobie świadectwo. Bo nie sądzę, żeby odepchnęła cię fabuła. Trudno o to po przeczytaniu paru zdań, nieprawdaż? A mniemam też, że nie należysz do osób, które sugerują się czyimiś opiniami podczas wyrażania własnego zdania.

Przeczytałem kilka zdań i odechciało mi się. Niezbyt oryginalny pomysł z dawaniem nazwisk postaciom przerabiając swój nick np Radena i Radeba. Co za porażająca różnica :). Strasznie też nie podobało mi się "zbieranie cięgów". Trochę to nie pasuje do opowiadania. Już lepiej by było baty zbierać :P Ale co tam ciekawe jak mnie pojedziecie :)

"Nadiru Radena · 2008-04-29 07:21
Może inni ci wyjaśnią dlaczego (z tymi datami i wojnami, bo reszta zarzutów jest cudownie wręcz debilna). Mnie i tak byś nie posłuchał, bo za bardzo mnie nienawidzisz / mną pogardzasz, heh."

o_O

Najpierw negatywy:

Autor opowiadania umieszczanego na publicznym forum, powinien raczej sam wyjaśniać czytelnikom sporne kwestie, a nie wysługiwać się innymi.

Już same nazywanie postaci swoim nickiem zahacza o grafomanię pierwszej wody, a jeśli nie umie się pisać zdań wielokrotnie złożonych, stanowczo powinno się ich unikać. Z przykrością stwierdzam, że niestety albo tego nie potrafisz, albo zupełnie nie starałeś się pisząc tego ficka.

Za tą ostatnią opcją przemawia też sama fabuła - płytka i nieprzemyślana. Jestem już trzecią osobą, która Ci to zarzuca, więc chyba jest coś na rzeczy, hmm?

Są oczywiście też pozytywy:

Przede wszystkim to, że zdecydowałeś się coś napisać i wystawić to na widok publiczny. Mam nadzieję, że mój dość ostry komentarz nie zniechęci Cię od pisania - wręcz przeciwnie - obyś zaczął pisać więcej, lecz staranniej.
Plusem też jest dobra oczywiście znajomość realiów SW.

Ogólnie moja ocena to 3.

Mam nadzieję że następnym razem bardziej się postarasz, bo z tego co pamiętam, kiedyś czytałem jakieś Twoje opowiadanie, które mi się naprawdę spodobało.

Pozdrawiam
Orion

radena juz 2 osoby ci zarzucają chaos, może coś w tym jest pisarzu?

O ile sam pomysł z dwoma epokami i Jedi z jednego rodu podoba mi się nawet bardzo. Bo lubię historie w takim stylu :) To niestety wydaje mi się, że nie do końca wykorzystany był ten pomysł. Chyba chciałabym czegoś więcej. A może po prostu historie "tylko" o bitwach po prostu nie należą do moich ulubionych.
Momentami wydawło mi się zbyt chaotyczne.
Ogólnie jednak całkiem nieźle:)

Nic dodać, nic ująć - normalnie Oscar w kategorii "Robienie z siebie idioty"...

dobra, zauważyłem dopiero teraz że opowiadanie jest pocięte czasowo, także dodatkowy minus.

Ech, tytymek, nie dość żeś zawzięty, to jeszcze czytać nie umiesz i ignoranta - znowu - z siebie robisz. Może inni ci wyjaśnią dlaczego (z tymi datami i wojnami, bo reszta zarzutów jest cudownie wręcz debilna). Mnie i tak byś nie posłuchał, bo za bardzo mnie nienawidzisz / mną pogardzasz, heh.

1. Chaos w całym opowiadaniu

2. Nadmiar Raden i nijakość postaci

3. Błąd z datą? Napisane jest że akcja toczy się3958 oraz 20 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci a opisy przypominają wojny klonów tak jak i nazwy pojazdów i statków.

5. Wszystkie twoje opowiadania bez ustanku mówią o heroicznych mistrzach jedi z Radena w nazwisku

1/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.