Twórczość fanów

Spotkanie z Jedi

Autor: Nadiru Radena



3954 rok przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci

**********


Kalee śledziła go już od dobrych kilkunastu minut. Wydawał jej się jakiś dziwny. Miał mniej niż dwa metry wzrostu, chodził w dobrych butach i cały był opatulony brązowym płaszczem. No dobrze, może nie był aż tak dziwny, jak by się mogło wydawać, bo wielu gości w końcu ubiera się podobnie. Nie, on był raczej dziany. Tak, na pewno nie zbywało mu kredytów. Kalee wyczuwała takich jak on na kilometry. Chodzili zgarbieni, rozglądali się wkoło jak spłoszony szeptokotek i ściskali coś pod tymi swoimi płaszczami, jakby od tego czegoś zależały ich życia.
W pewnym sensie była to prawda. Jak na Metellosie nie miałeś kasy, ginąłeś. Jak ją miałeś, też ginąłeś, ale wtedy już nie z głodu, a od wibronoża wbitego w plecy. Śmierć jak śmierć. Kalee naoglądała się tego tyle, że nie robiło to na niej większego wrażenia.
Nieznajomy skręcił w wąską alejkę miedzy dwoma piętrowymi ruderami, z których sterczały zardzewiały pręty zbrojeniowe. Kalee odtrąciła ręką jakiegoś namolnego żebraka i ostrożnie podążyła za swoją ofiarą, uważając, by przypadkiem nie wdepnąć w czyjeś ekskrementy. Co jak co, ale dla niej — urodziwej żółtoskórej Twi’lekanki parającej się doliniarstwem dopiero od jakichś paru tygodni — miało spore znaczenie to, aby nie uprzykrzać się innym istotom swoim zapachem i prezentować się w miarę powabnie. Nie dlatego, że miłowała bliźnich — po prostu łatwiej było pomóc komuś pożegnać się z walutą, gdy się ładnie wyglądało. Na zatęchłym, brudnym Metellosie piękno przyciągało uwagę, a dzięki temu zwinne palce szybciej obrabiały „klienta”. Czysty pragmatyzm.
Kalee schowała się za wywieszoną z jakiegoś okna szmatą. Nieznajomy zatrzymał się, zerknął w tę i we w tę, i wreszcie zniknął w drzwiach zrujnowanego zakładu produkcyjnego, nad którym widniał wyblakły szyld: „BrexoCorp”.
Dziewczyna wykrzywiła usta w sardonicznym uśmiechu. Znała to miejsce jak własną kieszeń. Zresztą, jak każdy Twi’lek, miała świetny zmysł przestrzenny. Szybko wślizgnęła się do środka i odnalazła nieznajomego w momencie, gdy ten wchodził do pomieszczenia, które dawniej służyło za biuro prezesa zakładu.
Zawahała się. To mogła być pułapka. Może to ona była ofiarą, a on łowcą, który podstępnie zaciągnął ją do tej rupieciarni? Kalee po chwili namysłu uznała, że to mało prawdopodobne i przybliżyła się. W tym momencie usłyszała zgrzytanie, a tuż po nim metaliczny trzask. Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła. Nieznajomy ukrył się w podziemiach.
Dwie minuty później dotknęła czołem zakurzonej kratki szybu wentylacyjnego, przez który przecisnęła się z niemałym poświęceniem, i spojrzała do wnętrza ciasnego pomieszczenia oświetlanego tylko przez mdłe światło żarówki przymocowanej byle jak do jednej ze ścian. Nieznajomy był odwrócony do niej plecami, kiedy odchylił kaptur i głośno westchnął. Kalee ujrzała żółtą szczecinę na głowie mężczyzny, ale prędko straciła zainteresowanie jego tożsamością, gdyż całą jej uwagę pochłonęło coś innego.
Nieznajomy wyciągnął spod swego płaszcza jakiś błyszczący, cylindryczny przedmiot i obróciwszy się na moment, położył go na szafce położonej pół metra pod kratką. Kalee mało nie dostała zawrotów głowy, nie wierząc w swoje szczęście. Miała przed sobą — właściwie to: pod sobą — najprawdziwszy miecz świetlny! Miecz świetlny!
Nagle gdzieś w górze rozległ się jakiś brzęk. Nieznajomy zerwał się na nogi i chwilkę nasłuchiwał. Twi’lekance zdało się, że w kąciku jego ust rozkwitł uśmiech, ale nie była tego pewna i tylko zmarszczyła czoło, z napięciem czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziła, że potoczą się dla niej tak fortunnie; tajemniczy mężczyzna otworzył klapę i wspiął się po drabince. Będąc już na górze, otrzepał się i spuścił pokrywę.
Serce Kalee dudniło z podniecenia tak mocno, że bez nanosekundy zastanowienia otworzyła kratkę i drżącą ręką sięgnęła po rękojeść broni. Jak tylko poczuła jej chłód w swojej dłoni, schowała ją chciwie do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki. Z wysiłkiem odwróciła się w ciasnym szybie i czym prędzej ruszyła w drogę powrotną, niesamowicie się pocąc z zaaferowania i jakiegoś podświadomego lęku, który niespodziewanie ją ogarnął.
Po minucie, która wydała jej się całą wiecznością, wygramoliła się z szybu wentylacyjnego. Cała w pajęczynach, co bardziej przylepnych śmieciach i podobnego typu rzeczach, rzuciła się do najbliższego wyjścia.
— Hej ty! Stój!!!
Kalee nie wiedziała, czy to głos nieznajomego i tak naprawdę nie chciała się tego dowiedzieć. Wyskoczyła z ruin zakładu i po prostu pognała przed siebie, zwinnie wymijając wszystkich przechodniów, pijaków i żebraków. Odważyła się zerknąć za siebie tylko raz — ale ten jeden raz sprawił, że zatrzymała się i ujrzała coś, co było dla niej jak puszczona w zwolnieniu scena z holofilmu.
Nieznajomy biegł, roztrącając wszystkich na swojej drodze i raptem wpadł na wyjątkowo muskularnego Devaronianina. Obok niego stało dwóch podobnych osiłków. Mężczyzna z utraconym mieczem świetlnym szybko stanął na nogach po odbiciu się od klatki piersiowej czerwonoskórego rogacza, ale w tym momencie z tyłu rzuciła się na niego jeszcze jedna parka oprychów. Zaatakowany wbił łokieć w brzuch pierwszego i wykonał gest, po którym drugiego poderwało w powietrze i poniosło na ścianę najbliższej lepianki.
Devaronianin i jego kumple postanowili się nie patyczkować. Błyskawicznie wyciągnęli blastery i rozstrzelali nieznajomego nim ten zdołał cokolwiek przedsięwziąć.
W fioletowych oczach przerażonej Kalee wciąż odbijały się błyski czerwonych blasterowych pocisków, kiedy rzuciła się do dalszej ucieczki, niemalże na załamanie karku, byle jak najdalej od pięciu oprychów i ich ofiary — Jedi.
Ani na chwilę na przestała przyciskać rękojeści miecza świetlnego do swego boku.

**********


— Fierfek!
Kalee niemal wdusiła nogą hamulec w ramę swoopa. Złocisto-czarna maszyna z potrójną turbiną zlewającą się z owiewką ścięła jej drogę tak nagle, że Twi’lekańska pilotka nie miała okazji uczynić nic sensowniejszego. Teraz za karę oglądała zad opływowego pojazdu swojego oponenta, z którego buchały błękitne płomienie silników odrzutowych. Cholerny Rebel SR był i zwrotniejszy, i szybszy od jej pomarańczowego, odrapanego i starego jak Stacja Centerpoint Blasta-34H. Obiecała sobie, że kiedyś zdobędzie takie cacko, ale tymczasem miała na głowie większy problem. W tym wyścigu zwycięzca brał wszystko.
Dziewczyna zdjęła stopę z hamulca i z całej siły docisnęła nią pedał gazu, lewą dłonią nacisnąwszy czerwony guzik święcący się na czubku drążka sterowniczego. Dodatkowy dopalacz dał takiego kopa, że przyspieszenie wbiło ją w fotel. Momentalnie odzyskała utraconą prędkość i znalazła się tuż za ogonem Rebela. Natychmiast odłączyła paliwożerny mini-dopalacz.
Dwie maszyny idealnie weszły w wiraż, a potem w zgodnym rytmie pokonały serię wzniesień i gwałtownych zakrętów. Kalee spokojnie prowadziła swoopa za ogonem przeciwnika, wyczekując na dotarcie do odcinka trasy, na którym mogła przypuścić skuteczny atak. Miała ów fragment toru prawie przed oczami, tak dobrze zapamiętała go z poprzednich okrążeń: był to głęboki, ale stosunkowo szeroki kanion z rzeczułką wijącą się u jej dna i ścianami, z których wystawały ostre jak brzytwy półki skalne.
Kilka sekund później byli już na miejscu. Twi’lekanka zmrużyła oczy i przejechała językiem po górnej wardze, w olbrzymim skupieniu przygotowując się do wymierzenia przeciwnikowi jednego, precyzyjnego ciosu. Wystarczyło jedno stuknięcie, i było po draniu. Jedno małe stuknięcie, jedno malutkie...
Omsknęła kciukiem czerwony klawisz i nagle ściągnęła ster w lewo. Przód jej swoopa musnął boczny spoiler Rebela. Czarno-żółta maszyna szarpnęła się w powietrzu i wpadła w turbulencję. Chwilę później obróciła się o dziewięćdziesiąt stopni i z przeraźliwym zgrzytem wbiła przednimi płozami w ścianę kanionu.
Kalee przyciągnęła do siebie drążek, o włos przelatując nad płonącym wrakiem, który w końcu z hukiem runął w potok.
— Juuuhuuu! — wrzasnęła i uśmiechnęła się triumfalnie.
Nie istniało nic wspanialszego od zwycięstwa w klasycznym wyścigu swoopów — no i kredytów, które się za to zgarniało, ma się rozumieć. Te ostatnie może nie były aż tak ważne odkąd miesiąc temu na czarnym rynku sprzedała miecz świetlny, ale nigdy nie szkodziło ich mieć więcej. Tym bardziej, że życie na Corsinie, pięknej acz niekiedy niebezpiecznej planetce usytuowanej w głębi Rejonu Ekspansji, nie rozpieszczało jej luksusami.
Kiedy w swym fioletowo-złotym kombinezonie wkroczyła dumnie do rdzawego, parterowego budynku na skraju miasta, w którym tętniło serce swoopowego biznesu, tłum zebranych w środku widzów przywitał ją gromkimi oklaskami, okrzykami i przeciągłym wyciem na jej cześć. Twi’lekanka rzucała promiennymi uśmiechami na prawo i lewo, ignorując mniej lub bardziej lubieżne próby dotknięcia jej podejmowane przez osobników płci męskiej najróżniejszych ras, aż wreszcie przecisnęła się do kontuaru, za którym urzędował srebrzysty droid protokolarny.
— Sypnij walutą, Seenine — burknęła do niego, próbując wyłapać z powolutku uspakajającej się gawiedzi kogoś, kto szczególnie intensywnie zawieszał na niej oko, i to wcale nie dlatego, że była ładna. Potrafiła bez trudu poznać kolesia, który patrzył na nią, bo podobały mu się jej kształty, od takiego, którego bardziej interesowało co się kryje w ubraniu wdzięcznie okrywającym jej ciało.
Udało jej się wychwycić dwóch jełopów łasych na jej kredyty. — No, ruchy, Seenine!
Gdyby droid potrafił na nią spojrzeć z oburzeniem, na pewno by to uczynił, tymczasem jednak podał dziewczynie wygraną i powiedział z nutką urazy w głosie:
— Proszę bardzo.
— Dziękuję bardzo — odparła tym samym tonem Kalee. Natychmiast ruszyła do drzwi wyjściowych. Dwaj potencjalni złodzieje wstali ze swoich miejsc, ale byli dla niej zbyt wolni — mimo, że było jeszcze całkiem widno, żółtoskóra Twi’lekanka nie miała problemu ze zgubieniem ich w gąszczu domów leżących na przedmieściach Trianny. Wprawdzie jeszcze nie do końca znała całą topografię najbliższej okolicy, ale co ważniejsze zakamarki już dokładnie pozwiedzała; jeżeli chciała unikać złych przygód, taka wiedza była niezbędna.
Idąc jedną z ulic, nagle poczuła, że ktoś ją bacznie obserwuje. Rozejrzała się dookoła, ale nie zdziwiła się, że nikogo nie dostrzegła; za przyciemnionymi oknami, charakterystycznymi dla piramidalnych domów na Corsinie, i tak nic nie było widać. Zdziwiła się natomiast, że uczucie się nasiliło, jakby ktoś nie tyle wpatrywał się w nią, co dosłownie zaglądał do jej wnętrza.
Kiedy tak puszczała za siebie niepewne spojrzenia, w pewnym momencie usłyszała chrapliwy głos:
— Wybieramy się gdzieś?
Kalee zatrzymała się gwałtownie. Popatrzyła przed siebie i zobaczyła umięśnionego, wysokiego Trandoshanina. Nie minęło parę sekund, a z czterech stron była otoczona przez karków identycznego asortymentu, uzbrojonych w pałki.
— Eee, o co chodzi?
— Pan Duce nie jest z pani zadowolony — powiedział wysoki gad.
— Pan Duce? — Twi’lekanka nerwowo przełknęła ślinę. Znała to imię. Trianna mogła się wydawać sennym, czarującym miasteczkiem, ale nawet w takim miejscu nie brakowało gangsterów; ten jeden był szczególnie drażliwą bestią. I chyba domyślała się już dlaczego mogła mu się narazić...
— Aha. Panu Duce nie spodobało się, jak pani potraktowała jego przyjaciela, pana Us’tasha.
W oczach Kalee odmalowało się przerażenie. Us’tash był pilotem czarno-złotego Rebela SR.
— To był...
— ...uczciwy wyścig? — dokończył za nią Trandoshanin. Roześmiał się sykliwie. — Ależ oczywiście. Ale zasady są zasadami.
Twi’lekanka nie zorientowała się, że było to hasło do uderzenia. W zasadzie nawet nie wiedziała skąd nadszedł atak. Po prostu poczuła ostre ukłucie w obu lekku i straciła przytomność zanim jeszcze runęła na ziemię.

**********


Kalee nigdy nie piła wyskokowych napojów. Może czasem jakieś piwko, ale nic poza tym — taki nawyk swooperki, która uwielbiała dociskać gaz, ale nie cierpiała być na gazie. Dlatego też za nic nie była w stanie pojąć czemu głowa jej pękała z bólu, a oba lekku były tak sztywne, że nie mogła nimi poruszyć. Rysy jej twarzy wykrzywiła kwaśna mina. Zgrabiałą ręką sięgnęła do czoła i opuszkami palców dotknęła lodowatego okładu, który ktoś tam położył. Szybko zrezygnowała z poronionego pomysłu zdjęcia go, a zamiast tego postanowiła otworzyć oczy.
To też nie był dobry pomysł. Dopiero po jakimś czasie jej rogówki przyzwyczaiły się do mdłego, ale dla niej i tak zbyt silnego światła, które panowało w miejscu, gdzie leżała. Patrząc jedynie na szaro-biały sufit, nie potrafiła stwierdzić co to było za miejsce, a nie miała dość odwagi, by przyjąć na siebie kolejną dawkę bólu i poruszyć głową. W końcu zdecydowała się, że użyje swojego zasuszonego gardła:
— Hhh... — Chrząknęła parę razy i podjęła: — Hej... jest tu kto?
Najpierw usłyszała jakiś szelest lub szuranie, a następnie słowa:
— O, widzę że już się obudziłaś.
Łagodny, spokojny głos z całą pewnością należał do kobiety, choć Twi’lekanka mogła się mylić. Było tyle dziwacznych ras w galaktyce... W tym momencie okazało się, że dobrze myślała. Pochyliła się nad nią urodziwa kobieta rasy ludzkiej, z długimi brązowymi włosami, zaciekawionymi szmaragdowymi oczami i delikatnym uśmiechem wymalowanym na ustach. Nie wyglądała na więcej niż czterdzieści pięć lat. Kalee od razu odniosła wrażenie, że było w niej coś bardzo, bardzo osobliwego — i nie miało to bynajmniej związku z jej wyglądem.
— Minęło trochę czasu odkąd bawiłam się medycyną, ale na szczęście jako tako orientuję się w fizjologii Twi’leków — powiedziała z odrobinką wesołości kobieta, poprawiając okład na jej czole.
— Eee, trochę, czyli ile? — zaniepokoiła się Kalee.
— Ze dwa lata — wzruszyła ramionami i odsunęła się. Dziewczyna odruchowo chciała powieść za nią spojrzeniem, ale zniechęcił ją do tego piekący ból w skroni. — Leż spokojnie. Chłopcy Duce nieźle cię łupnęli w lekku. Mocno im podpadłaś, Kalee.
Dziewczyna ściągnęła brwi.
— Hej, skąd znasz moje imię? — spytała nieco zbyt szorstko. — I tak w ogóle coś ty za jedna?
— Przecież jesteś tą znaną swooperką — rzekła z rozbawieniem kobieta. Twi’lekanka poczuła się nieco głupio. — Nazywaj mnie Alari. A wracając do sprawy, obłupili cię z kredytów i zostawili dla ciebie kartkę flimsiplastu.
— A to wielkie zaskoczenie — mruknęła sarkastycznie. — I co tam ciekawego napisali?
— Że masz kłopoty.
— Może tak konkretniej, co?
Alari roześmiała się cicho i czymś chłodnym dotknęła jej ramienia.
— Na razie będzie lepiej jak nieco się wyśpisz — powiedziała dziwnym tonem. Mimo że Kalee bardzo chciała dowiedzieć się, jaką informację zostawili jej siepacze Duce, poczuła narastającą senność.
— Hej, co ty mi dałaś?! — krzyknęła. Z każdą sekundą jej powieki robiły się coraz cięższe, a zainteresowanie kartką gasło. — Wcale... nie chcę...
Po chwili Kalee smacznie zasnęła.



(1) 2 3


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (16)

A ja Nadiru Rene lubię i szanuje. Dlatego za opowiadanie 8/10, a że to on napisał to 10/10

Samo opowiadanie technicznie dobre, choć są wyjątki ( zbiera się na wymociny... trzymałbym się wersji ,,zbiera się na wymioty". Mocno drażniło mnie też szafowanie słowem ,,impostor" ). Ale w wersji fabularnej opowiadanie ma sporo niedoróbek. Przede wszystkim - kradzież przez Kalee miecza świetlnego. Jaka doliniara udaje się za celem do jakiegoś pomieszczenia, gdzie cel jej ataku będzie sam? Doliniarze działają w tłumie, i w ten tłum się następnie wtapiają. Bezsensem dla mnie był ten zabieg za śledzeniem w rupieciarni. Nie mówiąc już o tym, że ów Jedi jej nie wyczuł.

Dwa - wybuch śmiechu po wyznaniu Kalee. Rozumiem, jakiś smutny uśmiech, czy coś w tym stylu - ale wybuch ( nawet cichego ) śmiechu? To Kabaret Moralnego Niepokoju czy pani Sunrider?

Dalej:
,,ząstką świadomości, nawet teraz gdy z wysiłkiem mogła myśleć, wiedziała że bez cudownej interwencji Vimy Sunrider już byłaby trupem. A to znaczyło zobowiązanie, wyjawienie paskudnego sekretu."

Nie rozumiem, z czego miałoby wyjawić imperatyw wyjawiania sekretu, ale mniejsza z tym. Ten akapit wydaje się dodany na siłę, i nielogiczny, gdyż Vima co najmniej raz wcześniej uratowała już Twilekance życie, ogłuszając bandę Trandoshian, a ta dopiero teraz to sobie uświadamia. W następnej części twego opowiadania sama zresztą mówi o trzykrotnym uratowaniu życia. Niespójność...

Aha - ,,Prawdziwy plan polegał na tym, żeby to wykorzystać, brakowało nam tylko sposobu na dostanie się do środka bez wycinania w pień każdego po drodze"

A nie wytniętego każdego w pień po drodze, koniec końców? Rzeź, jakiej dokonała Vima, plus atak policji nie oznaczały razem masakry? Kolejna nielogiczność wg mnie.

Opowiadanie czyta się miło, ale to za mało. 6/10

Spoko, naprawdę mnie wciągnęło. Ale ta końcowa rozmowa jakaś taka nijaka. Dałbym 8/10...gdybym mógł;D

Musiał - w kontekście moich poprzednich opowiadań, zwłaszcza "Wygnania" i staruteńkiej "Ostatniej Bitwy" i "Polowania na Jedi", gry PBF RPG, którą prowadzę. Zresztą, idea związku Vimy Sunrider i Aruna Radeny istniała u mnie od samego początku, bo w swoich fanfikach połączyłem rody Radenów i Sunriderów w jeden. Nie jest to więc żadna nowość, więcej: zachowuję ciągłość w "swojej" gałęzi kanonu. No retcons, heh.

powiedziałeś, że komentarze są najważniejsze a więc te opowiadanie jest słabeco z żalem przyznaje. Dużo powtórzeń inny styl jakoś wszystkie twoje opowiadania mi się podobały a te akurat nie. Plusem na pewno jest to, że w końcu mamy głównego bohatera kobiete. Tytymek ma tu troche racji, związek musiał być z Radenem?

Yeleniu -> Ano ma, dwóch czy trzech. Zesmapowali całe The Outer Rim i teraz wszyscy mają pięknego bana.

Aquenral -> Cóż, całkiem zapomniałem o tym grievousowskim Kalee, heh. Następnym razem jak będę wymyślał nazwy to na wszelki wypadek wrzucę je do Wookieepedowskiej wyszukiwarki.

Kasis -> Chciałem napisać coś z kobietami w głównej roli właśnie dlatego, że ich tak mało dają w opowiadaniach. Drugim powodem było stworzenie historyjki z Kalee i Vimą w rolach głównych (w ramach mojej gry PBF RPG "Polowanie na Jedi").

BTW, Kasis ogromnie dziękuję za spełnienie mojej prośby o usunięcie możliwości wystawiania ocen moim opowiadaniom. Przy takich typkach jak tytymek, jak już pisałem, nie miało to już żadnego sensu. Zresztą, i tak najważniejsze są komentarze. Sama ocena nic mi nie mówi...

Nadiru -> nie ma co się przejmować, u nas też długo miejsca nie zagrzeją takie osoby.

to onoma ma kolegów??

Nadiru, "Onoma i jego koledzy"? :D To ilu ich tam zbanowałeś? :D

chaotyczne, niedopracowane, plusem pojawienie się mistrzyni jedi, minusem jej reakcja na opowieść o tym jak kalee zabiła jedi, także jesj związek oczywiście musiał być z którymś z Raden, dałbym 5/10 ale dla Radeny mam specjalne względy więc 1/10 jak ulał :)

Niestety, Onoma i jego koledzy ruszyli na krucjatę przeciwko Nadiru Radenie, który ich wszystkich zbanował na The Outer Rim.

W tym momencie możliwość dawania ocen na Bastionie przestała mieć jakikolwiek sens - nie przy takiej ilość wrogów, których sobie narobiłem na TOR wykonywaniem swojej moderatorskiej pracy.

onoma?

Dobrze się czytało. Plusem dla mnie było to, że główne postacie to kobiety:) Bo nie czarujmy się, najczęściej wszyscy piszą o mężczyznach.
Ale jedno zdanie to muszę Ci wytknąć:
"tym większe stały się łańcuchowe wybuchy kolejnych ognisk bólu w jej sponiewieranym ciele." Masakra:P Przedobrzyłeś;) I jak dla mnie w tej ostatniej rozmowie to nagłe przejście do pytania o partnerów było trochę zbędne.

Fierfek, nie zauważyłem drugiej i trzeciej strony xD Teraz inaczej sie wypowiem :)
Pojawienie się Vimy Sunrider to dobre posunięcie :) Tylko uważaj na panów od Jeepa, którzy biegają po sądach za używanie tegoż nazwiska :] Opowiadanie dobre, ale bywały lepsze :D
Jak to się mówi... Moc z Tobą?

Uuu... FAN STAR WARS2 ma jakiś uraz do Radeny :P
Coś okrojone to opowiadanie, takie... Hm... Niedokończone? A Kalee to nazwa ojczystej planety Grievousa, więc można było użyć innego imienia :)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.