Wojny Klonów

The Clone Wars


Tytuł oryginału: The Clone Wars
Reżyseria: Dave Filoni
Scenariusz: Henry Gilroy,
Steven Melching, Scott Murphy
Producent: Catherine Winder
Muzyka: Kevin Kiner
Montaż: Jason Tucker
Czas trwania: 98 min.
Premiera USA: 15 sierpnia 2008
Premiera Polska: 26 września 2008


Recenzja Rusisa

Gwiezdne Wojny kolejny raz zawitały do kin, tym razem w postaci animacji. „The Clone Wars” jest swoistym eksperymentem, nie tylko jest bowiem pierwszym filmem animowanym ze świata Gwiezdnych Wojen, który wyszedł w kinach ale jest przede wszystkim pilotem nowego serialu animowanego. George Lucas przyzwyczaił nas do tego, że z każdym filmem z sagi wprowadza do kin nowe elementy, za jakiś czas się przekonamy zatem czy taka formuła rozpoczynania seriali się przyjmie i będzie kontynuowana przez innych twórców. Mimo, że jest to swoisty eksperyment, to Lucasfilm nie ryzykuje zbyt dużo. Niewiele więcej kosztuje bowiem stworzenie filmu kinowego wprowadzającego w serial, gdy ma się już przygotowany ten serial.

„The Clone Wars” jest filmem kinowym ale warto zwrócić uwagę, że nie jest oficjalnie kolejnym epizodem. Sprytnym zabiegiem jest związanie go z większą całością i umiejscowienie między dwoma epizodami. Dzięki temu nie ma możliwości nadania temu filmowi kolejnego numerka, a Lucas mógł go wprowadzić do kin jednocześnie nie nazywając go epizodem. W ten sposób postąpił zgodnie ze swoimi wcześniejszymi zapowiedziami, że kolejnych epizodów nie będzie już.

Z uwagi na to, że odchodzi nam w przypadku tej części ocena gry aktorskiej i efektów specjalnych, to cały ciężar wizualnego oczarowania widza spoczywa na animacji CGI. Obawiałem się czy animacja będzie w stanie w sposób przekonywujący przedstawić wojnę – jak się okazało niepotrzebnie. Dużym plusem jest przedstawienie otaczającego świata i to niezależnie czy mowa jest o tle na którym znajdują się bohaterowie, czy też o krótkich scenach ukazujących z innej perspektywy miejsca w których ma się toczyć akcja. W obu przypadkach jest ona nie tylko dopracowana, wraz z drobnymi szczegółami ale przede wszystkim klimatyczna. Ujęcia dolnych partii Coruscant niosły za sobą więcej klimatu Gwiezdnych Wojen niż sceny zawarte w „Ataku Klonów”. W przypadku miejsc w których toczyła się walka widać było nie tylko zniszczenia ale i cały brud związany z wojną – co prawda bez drastycznych ujęć ale jednak przekonywujący.

Największym plusem tej animacji jest jednak pokazanie obiektów w ruchu. Wszelkiego rodzaju roboty i pojazdy poruszają się podobnie jak zapamiętaliśmy to z filmów aktorskich, a nawet momentami płynniej. Smaczku temu widokowi dodaje zadbanie o takie elementy jak namalowanie na kanonierce Twilekanki – co nawiązuje do podobnej praktyki w naszym świecie. Bardzo dobrze zobrazowano również ruch postaci, czy to klonów, czy użytkowników Mocy czy innych bohaterów. Jest on nie tylko naturalny ale i nie odbiega specjalnie od tego co prezentowano w filmach – w przeciwieństwie do tego co było pokazane w serialu „Clone Wars” Tartakovskiego. Również pokazanie użycia Mocy nie jest przerysowane tylko podobne do tego co widzimy w filmach aktorskich. Animacja w całym „The Clone Wars” nie pokazuje niczego, czego nie byliby w stanie zrobić w filmie aktorskim tak aby wyglądało realnie.

Animacja w „The Clone Wars” posiada również jednak wady i to dosyć mocno rzucające się w oczy. Chodzi mi przede wszystkim o twarze ludzkich bohaterów i włosy, brody oraz wąsy na tych twarzach – szczególnie przy zbliżeniach oraz podczas rozmów. Wyglądają one niestety sztucznie. Włosy zdają się być kompletnie zlepione i przyczepione na sztywno do postaci, a ich ruch jest nienaturalny. Niestety włosy, brodę czy wąsy podzielono na zbyt duże fragmenty, przez co podczas ruchu przesuwają się sztywno, jakby były kawałkami drewna. Szczególnie rzuca się to w oczy przy zbliżeniach na twarz Obi-Wana, któremu wąsy zachodzą sztywno na brodę i wszystkie poruszają się w ten sam sposób. Chciałoby się aby chociaż w przypadku głównych postaci to dopracowali.

Największe obawy przed obejrzeniem „The Clone Wars” miałem odnośnie scenariusza. Wynikało to po części z tego, że szedłem na film zaznajomiony ze wszystkimi spoilerami, informacjami i trailerami jakie były w sieci, nie do końca wiedząc co i w jakim stopniu się potwierdzi. Wychodząc z kina miałem jednak wrażenia pozytywne odnośnie tego co zobaczyłem, nie jest to może wymarzona produkcja ale również nie jest zła.

Film na samym początku nie wita nas przelatującymi przez ekran napisami wprowadzającymi w akcję, do których przywykliśmy. Zamiast tego mamy jednak narratora, który te napisy odczytuje a w tym czasie widzimy krótkie scenki przedstawiające to co narrator odczytuje. Dzięki temu zabiegowi nowi widzowie mogą od razu zaznajomić się z postaciami występującymi w filmie. Z uwagi na to, że ta animacja jest skierowana do młodszej części widowni to ten zabieg jest ciekawym rozwiązaniem, gdyż z jednej strony uniknięto problemu z czytaniem napisów przez dzieci, z drugiej strony są one w filmie, tylko w innej formie. Jako starszy widz przyznaję, że byłbym szczęśliwszy widząc je tak jak były zawsze przedstawiane, jednakże przedstawienie ich w tej formie, sprawia, że nie czuję się zbytnio pokrzywdzony.

Sam scenariusz jest nieskomplikowany, a wszelkie niuanse mamy podane dosyć szybko, tak aby ich nie przeoczyć. Biorąc pod uwagę jednak, że jest to animacja, która ma być zrozumiała dla młodszego widza oraz przypominając sobie scenariusz do wspomnianego już wcześniej „Ataku Klonów” to nie wypada on źle. Szczególnie jeśli potraktować film jako wstęp do serialu animowanego. Scenariusz jest w końcu w dużej mierze pretekstem do pokazania akcji, która ma być widowiskowa. Bohaterowie – zarówno znane nam postacie jak i nowe jak Ahsoka Tano czy Rex – potrafią przekonać do siebie widza i ładnie wpasować się w akcję. Szczególnie w przypadku Ahsoki jest to ważne, gdyż jest ona swoistą odskocznią od głównego wątku i poświęcono jej sporo czasu. To właśnie poprzez jej postać (a raczej jej młody wiek i brak doświadczenia) wprowadzono do filmu sporo wątków humorystycznych.

O ile jednak humor wprowadzony przez Ahsokę jest naturalny o tyle ciężko zaakceptować wykorzystanie robotów do tworzenia sytuacji komicznych. Niestety droidy bojowe w „The Clone Wars” mają problemy ze wszystkim: od zapamiętania prostych rozkazów, poprzez utrzymanie równowagi aż do poprawnego wykonywania tych rozkazów. Cały czas przy tym ze sobą rozmawiają w sposób kompletnie irracjonalny biorąc pod uwagę, że mamy doczynienia z maszynami. Jak dla mnie ich zachowanie jest bardzo naiwne i całkowicie niezrozumiałe. Niestety naiwności w filmie jest trochę więcej, co prawda w każdym wypadku obliczonej na stworzenie humorystycznych sytuacji ale czasem ciężko wytłumaczalnej – jak Obi-Wan negocjujący przy herbatce w środku bitwy z generałem wrogiej armii aby zdobyć potrzebny czas. Fakt, że film jest dla młodszego widza sprawia, że również w przypadku ofiar walk okazuje się, że czasem wystarczy tylko pomoc medyka, bano się wprowadzić mocniejsze sceny aby nie trzeba było wprowadzać ograniczeń wiekowych.

Dla fana ciekawym elementem scenariusza są nawiązania. Tu musze przyznać, że Dave Filoni spisał się bardzo dobrze. Otrzymujemy nie tylko nawiązania do filmów ale również do całego Expanded Universe. Często nie są one nawet wprost przedstawione w filmie ale z materiałów okołofilmowych możemy się dowiedzieć, że np. wprowadzona postać była Vigiem Czarnego Słońca. Subtelnie przedstawione nawiązania są pięknym ukłonem w stronę fanów.

Jak już pisałem wcześniej oglądając film porównywałem go do tego co wyczytałem o nim przed seansem. To porównanie w dużej mierze wyszło na plus dla filmu. Film skrócono w porównaniu z pierwotnymi założeniami, dzięki czemu akcja jest szybsza. Jak się również okazuje oszczędzono widzom obecnych chociażby w „Shreku 3” gagów odwołujących się do czynności fizjologicznych, które zapowiadano wcześniej, a humor stał na trochę wyższym poziomie. Może również dzięki temu, że przyjąłem do siebie to co przeczytałem przed seansem film mi się bardziej podobał, bo byłem mile zaskoczony niektórymi momentami.

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów Gwiezdnych Wojen jest muzyka. Do pracy przy „The Clone Wars” zatrudniono Kevina Kinera. Stworzona przez niego muzyka momentami nawiązuje oczywiście do prac Johna Williamsa ale w zdecydowanej większości jest stworzona od podstaw. Niestety te fragmenty, które Kiner stworzył samemu nie współgrają z klimatem Gwiezdnych Wojen, z tym co pamiętałem z poprzednich filmów. Momentami miałem wrażenie, ze podłożono soundtrack z całkowicie innego filmu.

Pierwszy raz od wielu lat widziałem w kinie produkcję spod znaku „Star Wars”, której reżyserem nie był George Lucas i mimo moich obaw muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z niej. Może film Filoniego nie jest najwyższych lotów jeśli patrzeć na to jako na osobny projekt ale jako wstęp do serialu i animacja sprawdził się dosyć dobrze.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 7/10
Klimat: 8/10
Animacja: 8/10
Muzyka: 4/10



Recenzja Lorda Sidiousa

Niektórzy twierdzą, że najlepsze części Gwiezdnych Wojen nie zostały wyreżyserowane przez George’a Lucasa (czyli „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi”). Teraz na ekrany całego świata wchodzi kolejny film z cyklu, jeśli można to tak nazwać, tym razem nie tylko reżyserią zajął się ktoś inny, ale rola Flanelowca została naprawdę zredukowana i bynajmniej wychodzi to filmowi zdecydowanie na dobre. George zajął się głównie nadzorowaniem projektu, zatwierdzaniem pewnych pomysłów, konceptów, wyznaczaniem kierunków i pilnowaniem czy wszystko trzyma wystarczająco wysoki poziom i trzeba przyznać, że jako doglądający sprawdził się znakomicie, nowy film nie tylko nie odstaje od poziomu prequeli, ale w wielu miejscach unika błędów, które tam zostały popełnione, tworząc coś co naprawdę miło się ogląda i jedynie miejscami pojawia się żal, czemu wcześniej nam nie dano czegoś takiego.

W ogóle cała historia „Wojen Klonów” jest bardzo ciekawa, bo z jednej strony przecież Lucasfilm zapowiadało, że nie będzie kolejnych epizodów, ale na pocieszenie dostaniemy seriale, animowany – właśnie „Wojny Klonów” i aktorski. Z tym, że nagle ktoś wpadł na pomysł, by pilot do serialu pokazać w kinie jako osobny film, tym samym spełniając oczekiwania tych, którzy czekali na siódmy epizod Gwiezdnej Sagi. Czy nowy film można jednak tak traktować? To pytanie właśnie chyba najbardziej podzieli wszystkich, bo z jednej strony ma on trochę inną poetykę, jak choćby brakuje charakterystycznych żółtych liter wprowadzających w akcję, z drugiej strony są one doskonale zastąpione klasycznym telewizyjnym streszczeniem poprzedniego odcinka serialu. Choć forma może jest trochę inna, zarówno klimat jak i przede wszystkim przekaz pozostają identyczne. Podobnie jest z grafiką komputerową, film jest w całości animowany, ale z drugiej strony w prequelach też animowano praktycznie, co się dało – w tym R2-D2, a w niektórych scenach nawet normalne postaci. Jednak, to co najważniejsze to fakt, że przy tej nowej formie, nadal czuje się klimat przygody, nadal czuje się odległą galaktykę, kto wie czy nawet nie bardziej niż w ostatnich dwóch filmach. Wiele osób narzekało, że w „Ataku klonów” brakowało bitwy gwiezdnej a w „Zemście Sithów” bitwa na ziemi była dość słabo pokazana. Z drugiej strony w prequelach wielu osobom przeszkadzał Jar Jar czy wątek miłosny... I tu najważniejsza rzecz, wszystko to zostało naprawione w „Wojnach Klonów”. Tu przede wszystkim postawiono na walkę i przygodę, owszem na ile pozwala na to kategoria wiekowa, ale jak się chce można pokazać naprawdę dużo. Jak choćby głowy łowców nagród wniesione do pałacu Jabby, bez krwi, bez śladów walki, ale jednak odcięte, czy uwydatnioną Twi’lekkankę namalowaną na jednym z pojazdów klonów. Wszystko to kwestia subtelności, w wielu miejscach pozostawienia raczej efektów w sferze domysłów niż pokazania na ekranie, to coś co w pewien sposób przypomina trochę klasyczną trylogię, ale tam wszystko wynikało raczej z ograniczeń technicznych, tu jest to efekt zamierzony. W każdym razie jak na film skierowany przede wszystkim do młodszej publiczności, jest w nim naprawdę dużo dobrze zrealizowanej walki, zarówno na planetach jak i w kosmosie, a także wiele pojedynków. I to jest właściwie punkt wyjścia zarówno dla filmu, ale pewnie także i dla serialu, co mu naprawdę bardzo dobrze wróży. Jeśli serial zostanie zachowany w tym klimacie, to będzie to jedno z najbardziej widowiskowych przedsięwzięć telewizyjnych. Przy tym wszystkim można by się zastanawiać na ile jest to reklama serialu, na ile popłuczyny po filmach, ale najlepiej pasuje tu chyba inne słowo – substytut. I tym właśnie jest ten film (i oby okazało się, że także i serial), idealnym substytutem kinowych epizodów, filmem dobrym, pełnym akcji, acz z pewnością nie tak widowiskowym i medialnym, jak było to z sześcioma podstawowymi częściami.

Owszem „Wojny Klonów” to pilot serialu, skierowanego do dzieci, to w pewien sposób widać w scenariuszu, gdzie znajdzie się trochę naiwnych rzeczy, ale też i bohaterów. W tym przede wszystkim młoda padawanka – Ahsoka Tano, która będzie się szkolić pod okiem Anakina Skywalkera. Jest sprytna, rezolutna, chętna do walki no i oczywiście włada Mocą, dzięki czemu droidy nie mają z nią szans. Ale ekipa Henry’ego Gilroya (główny scenarzysta serii) doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w animacji zbyt łatwo można przerysować postaci czy wydarzenia (tak jak zrobiono to w poprzednim serialu „Wojny Klonów” Genndy’ego Tartakovsky’ego). Dlatego młodziutka Ahsoka może wymiatać, ale w starciu z prawdziwym przeciwnikiem, jak władająca Mocą Asajj Ventress, padawanka jest bez szans. I to, co w tym filmie jest najpiękniejsze to właśnie dbałość o szczegóły, dbałość o realizm świata. Prawdą jest, że Jedi mogą wyczyniać przeróżne rzeczy, ale też są w pewien sposób ograniczeni. I choć dla mnie początkowo dziwnym wydał się fakt, że Republika tak szybko decyduje się pomóc Jabbie, to jednak sami twórcy nie zapominają o tym, że Huttowie nie należą ani do postaci przyjemnych, ani lubianych w galaktyce, co zresztą sprytnie wykorzystuje też hrabia Dooku. Twórcy dołożyli wielu starań, by całość się zgrała i to im wyszło bardzo dobrze. Sam scenariusz, choć skoncentrowany na akcji i walkach, jest mimo wszystko spójny i przede wszystkim zamknięty, nie wymaga żadnych dopowiedzeń, broni się sam, a fani, którzy lepiej znają uniwersum Gwiezdnych Wojen znajdą tu kilka ciekawych nawiązań. Część z nich to oczywiście postaci, wspomniana już wcześniej Asajj Ventress, ale też Wulff Yularen (oficer w białym mundurze na Gwieździe Śmierci w „Nowej Nadziei”). Wiele rzeczy zaś będzie nowych, także dla fanów, w tym młody hutt Rotta, syn Jabby, wokół którego niejako kręci się akcja filmu. Sam młodzik to właściwie niemowlak, który nie za bardzo orientuje, co się dzieje wokół niego, w każdym razie aż dziw bierze, że może z niego wyrosnąć takie szkaradne coś jak jego rodziciel. W każdym razie w aspekcie scenariusza jedyną rzeczą, która odstaje od największych hitów animacji ostatnich lat jest drugie dno. Praktycznie od „Shreka” standardem jest wrzucanie żartów, które rozumieją raczej rodzice niż dzieci, tu tego nie ma. Dave Filoni (reżyser), Catherine Winder (producentka) oraz Henry Gilroy (główny scenarzysta serii) zdecydowali, że smaczki będą skierowane przede wszystkim do fanów. Mnie to odpowiada, mało tego, możliwe, że w ten właśnie sposób zbudowano klimat, który z pewnością znajdzie swoich odbiorców wśród starszych fanów serii.

To, co natomiast ewidentnie odstaje od standardów Lucasa to strona audio-wizualna. Kevin Kiner, nawet czasem nawiązując do Williamsa, czy muzyki z gier komputerowych niestety nie stworzył jednorodnej oprawy muzycznej, wpadającej w ucho i klimatycznej. Raczej eksperymentuje, owszem czasem mu to wychodzi, acz nie jest to muzyka, która może wyjść śmiało poza ekran i żyć własnym życiem. Jeszcze gorzej wypada animacja, która miejscami jest niestety niedorobiona (np. picie napojów). Owszem jeśli weźmiemy pod uwagę, że to serial telewizyjny, trudno narzekać, bo to i tak niebotyczny poziom, ale w kinie, gdzie komputerowych animacji wchodzi coraz więcej, „Wojny Klonów” pozostają niestety w tyle za konkurencją. I to głównie ze względu na szczegóły, o ile sceny akcji, pełne klonów i droidów, walk i eksplozji ogląda się świetnie, tam faktycznie dopilnowano najdrobniejszych elementów, odbarwień, rys i tak dalej, o tyle mimika postaci i przede wszystkim ich włosy pozostawiają wiele do życzenia. Niestety powoduje to, że niektóre postaci, jak choćby Obi-Wan wyglądają dość sztucznie, a jak dodamy jeszcze pewne problemy z głosem, który w jego przypadku w początkowych scenach brzmi dość dziwnie, nie wygląda to najlepiej. Można się przyzwyczaić, ba nawet po jakimś czasie tylko niektóre elementy już denerwują, ale to nie jest wyznacznik standardu, do którego przyzwyczaił nas Lucasfilm. A skoro już przy głosach jesteśmy warto wspomnieć, że do filmu udało się ściągnąć takie gwiazdy jak Samuel L. Jackson (Mace Windu), Anthony Daniels (C-3PO), Matthew Wood (Grievous i droidy) czy Christopher Lee (hrabia Dooku), którzy podkładają głosy pod postaci, które odgrywali w filmach. Dodatkowo (np. w przypadku Obi-Wana (James Arnold Taylor)) grają też aktorzy znani z serialu Tartakovsky’ego, co pewien sposób nadaje klimatu i nawiązuje do tamtego dzieła.

Wspomniałem, że w filmie nie ma Jar Jara, ale czy to znaczy, że nie ma irytujących momentów? Niestety takie też bywają i niestety to jest powtórka z tego, co znamy z „Zemsty Sithów” tylko w większej skali, a mianowicie droidy bojowe. Nie dość, że rozmawiają ze sobą, to są głupie i irytujące (w zamierzeniu śmieszne), do tego stopnia, że nie tylko widz jest nimi rozdrażniony, ale też i postaci (np. Asajj Ventress). Jednak trzeba pamiętać, do kogo jest to dzieło przede wszystkim adresowane, nawet Jar Jar czy Ewoki zdobyły olbrzymią popularność wśród najmłodszych. I tak pewnie też będzie z droidami. Choć ja przyznam szczerze, że zdecydowanie bardziej wolałem wygłupy Jar Jara niż droidów, jemu można było wybaczyć więcej.

George Lucas i jego ekipa to z pewnością pionierzy i wizjonerzy, którzy od lat rozwijają technologię i zmieniają kino. W klasycznej trylogii udało się stworzyć podstawy kina nowej przygody, w nowej rozruszano marketing i kontrolowane przecieki, tym razem poszli jeszcze dalej. Oto największa reklama serialu sama na siebie zarabia, ale co ważniejsze Imperium Lucasa prosperuje i ma się o wiele lepiej niż to mogło wyglądać trzy lata temu przy okazji „Zemsty Sithów”. Nie tylko Gwiezdna Saga trwa nadal, ale pomimo zmiany formy bynajmniej nie traci na treści, a nawet można rzec, że zyskuje. Ten film śmiało można porównywać z prequelami, bez szkody dla tej animacji. W niektórych aspektach ekipa Filoniego sprawiła się o wiele lepiej niż ekipa Lucasa, pozostaje zatem czekać na serial. I jak patrzy się choćby na próbę reaktywacji Indiany Jonesa, to widać, że twórcy wielkiej przygody nie są już w stanie dorównać swoim największym osiągnięciom, ale okazuje się, że wcale nie tak trudno znaleźć naśladowców, którzy zdecydowanie lepiej czują tamten klimat. I jeśli tak wygląda pilot serialu, który przez „przypadek” i małym kosztem trafił do kin, to pozostaje czekać na kolejne produkty Lucasfilm Animation, które według zapowiedzi mają być przeznaczone specjalnie pod duży ekran. I niekoniecznie muszą to być Gwiezdne Wojny.

W odległej galaktyce rozszalały się Wojny Klonów. Obie strony starają znaleźć się sposób na przezwyciężenie wroga, hrabia Dooku postanawia postawić wszystko na jedną kartę, wprowadzić do gry Huttów. W tym celu zleca porwanie syna Jabby Hutta, ale to dopiero początek planu, który ma zdyskredytować Jedi. Nie wie jednak, że Republika do tej krytycznej misji wyznaczy Obi-Wana Kenobiego, Anakina Skywalkera oraz jego nową padawankę Ahsokę Tano...


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 9/10
Klimat: 9/10
Animacja: 7/10
Muzyka: 6/10




Jeżeli i wy checie ocenić "Wojny Klonów" powinniście zaglądąc w to miejsce.


Tagi: The Clone Wars (252)
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.