Twórczość fanów

Szafirowy kupiec

Autor: Nadiru Radena



40 lat po zniszczeniu Pierwszej Gwiazdy Śmierci

**********


W opinii Beo Ber’gaza był to całkiem udany dzień. Zachodził w głowę, czy przypadkiem pogoda nie miała na to jakiegoś tajemniczego wpływu. Na Krylonie nadal wierzono w najróżniejsze, nierzadko dziwaczne zabobony. Ranem nieboskłon przyoblekły srożące się groźnie czarne chmury, tu i ówdzie zakropiło, ale potem przez ołowiane niebo przebiły się promyki słońca i teraz po obłokach nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Jego spotkanie z zarządem gildii kupców zaczęło się od ostrej kłótni, a skończyło na zyskownym dla obu stron konsensusie. Może coś w tym było? Nie wszystkie zabobony były bezsensowne.
Zadowolony z siebie i pełnego niespodzianek żywota handlarza w dawnym imperialnym nadsektorze Bright Jewel, Ber’gaz zmierzał powolnym krokiem w stronę podrzędnego portu gwiezdnego. W warunkach peryferii Środkowych i Zewnętrznych Rubieży „podrzędny” znaczyło tyle co: mały, brudny, śmierdzący, a zarazem tani niczym woda na Mon Calamari.
Istniała taka nieformalna reguła mówiąca, że w cenie za korzystanie z lądowiska — oczywiście leciutko zawyżonej, jeśli owa reguła miała funkcjonować — zawiera się usługa zwana „odganianiem natrętów”. Piloci nie lubili sabotażystów i złodziei, a włodarze portu strzelanin i ewentualnych trupów. Ber’gaz zdziwił się więc niezmiernie, gdy zobaczył pod kadłubem swojego statku sylwetkę wysokiej kobiety w dwuczęściowym ciemnoszarym uniformie. Stała do niego tyłem i swobodnie przyglądała się jego sfatygowanej maszynie. Widział tylko jej długie, proste, granatowoczarne włosy spływające aż za łopatki. Miała ładną figurę i domyślił się, że musi mieć również całkiem urodziwą twarz.
Odwróciła się, słysząc jego buty szorujące o podniszczony permabeton lądowiska. Ber’gaz zatrzymał się nagle, z wyrazem zdumienia błąkającym się w oczach. Nie pomylił się, kobieta była piękna, a przy tym niewiele młodsza od niego — tyle tylko, że nie była człowiekiem, ani nawet żadną ze znanych mu istot okołoludzkich. Jej oczy były całe czerwone, pałające i pozbawione tęczówek, a skóra — jakby dla kontrastu — ciemnobłękitna.
— Czy to pański statek?
Zaniepokoił się. Egzotyczna kobieta zmierzyła go bacznym spojrzeniem.
— Pański YT-1930 ma kilka widocznych defektów — stwierdziła i wyciągnęła ramię w kierunku odrapanego, pokrytego rdzawymi zaciekami lekkiego frachtowca. — Talerz systemu łączności jest nienaturalnie przekrzywiony o kilkanaście stopni. Przy wchodzeniu lub wychodzeniu z zagęszczonej atmosfery mógłby się oderwać, a przy okazji uszkodzić wieżyczkę działka laserowego, która zdaje się nie przechodziła przeglądu od dobrych paru lat. — Kobieta raportowała mu to wszystko suchym, pewnym tonem, ale w tym momencie dodała doń szczyptę nagany. Ber’gaz coraz wyżej unosił swoje brwi. — Od lewej ładowni oderwał się fragment izolacji termicznej, co grozi rozerwaniem statku przy pokonywaniu atmosfery. Drobne ubytki izolacji są również widoczne obok prawej kapsuły ratunkowej i w przednim, lewym skrzydle. Poza tym osłony silników są odgięte do środka, powodując ubytek mocy i tym samym większe zużycie paliwa. Sądząc po stanie technicznym kadłuba dochodzę do wniosku, że sytuacja wewnątrz pańskiego statku przedstawia się tak samo katastrofalnie.
Beo Ber’gaz przez chwilę bezskutecznie usiłował rozszyfrować błękitnoskórą kobietę, ale jej czerwone oczy działały na niego zbyt dekoncentrująco, a zarazem hipnotyzująco. Zaimponowała mu swoją dosadnością, precyzją zadanych ciosów, o co zapewne dokładnie jej chodziło. Niespokojnie potarł szczecinę, która pokrywała jego brodę. Nie golił się już od paru dni i teraz poczuł się z tego powodu niepewnie, nawet głupio, chociaż bardziej powinien się wstydzić nie swojego wyglądu, a wyglądu swojego statku.
— Jak masz na imię? — spytał, kombinując w myślach, jak poprowadzić tą rozmowę.
— Hyra’ydi’nuaro, ale może pan do mnie mówić Aydin.
— Aha — mruknął, nie przestając pocierać brody. — Ja jestem Beo Ber’gaz, ale możesz do mnie mówić Beo... i obejdzie się bez tego „pana” — dodał z uśmiechem. — Można spytać z jakiej rasy się wywodzisz, Aydin?
Oczy kobiety zwęziły się w dwie poziome szparki.
— Nie interesuje cię to, co właśnie powiedziałam o twoim statku?
— Oczywiście, oczywiście, ale myślałem, że... — urwał i zmusił się, by oderwać palce od swojej twarzy. Czuł się tak, jak gdyby samo spojrzenie Aydin, chłodne i wyrachowane, wysysało z niego siły. Przeleciało mu przez głowę, że natrafił na jakąś dziwaczną rasę, która potrafiła robić z ludźmi takie sztuczki, jak sławetni Jedi. — Czemu mi to wszystko powiedziałaś?
— Potrzebuję pracy — oświadczyła bez bawienia się w podchody, bezpośrednio. Spodobało mu się to, ale nie bardzo wiedział, co jej odpowiedzieć.
— Jestem tylko skromnym kupcem, zresztą sama widzisz, jak wygląda mój... — Nie dokończył, zwiesił głowę w zakłopotaniu. To był dość przykry paradoks. Gdyby ją zatrudnił, problem utrzymywania frachtowca w formie by zniknął, ale miał za mało kredytów na to, by ją przyjąć. Z drugiej jednak strony, przydałoby mu się jakieś towarzystwo. Znowu na nią popatrzył. Miała coś w sobie. Tego ducha, tą ikrę, charakterem była całkiem podobna do... Odtrącił tą myśl.
— A więc?
— Nie mogę ci wiele zaoferować — rzekł w końcu, wzruszając ramionami. — Żywność, kajutę na pokładzie, kilkaset kredytów miesięcznie... i to tyle. Przykro mi.
Ku jego zdumieniu, wcale nie uśmiechnęła się pogardliwie i nie odeszła, a powiedziała spokojnie:
— Może być.
— Naprawdę? Z pewnością są tu inni kapitanowie, którzy mogliby ci zaproponować lepsze...
Zamknął usta, Aydin przybrała odrobinę zmieszaną minę. Ale jej kolejne słowa wcale nie brzmiały błagalnie, daleko im było od tego:
— Jestem tylko amatorką, uczę się na błędach. Nikt inny mnie nie przyjmie.
Jakiś głos krzyczał w nim, żeby nie obierać cały czas tej żałosnej, defensywnej pozycji, skończyć dyskusję i od razu skorzystać z okazji, jaka mu się niespodziewanie przytrafiła. Ile razy w swoim życiu otrzymywał tak cenne niespodzianki, jak piękna pani mechanik, która chciała u niego pracować za półdarmo? Pewnie, było w tym coś nietypowego, wręcz podejrzanego, ale co z tego? Chwytaj szansę kiedy się da.
Posłuchał tajemniczego, wewnętrznego głosu.
— No dobrze. Chodź, odprowadzę cię po moim „Jastrzębionietoperzu IV”.

**********


Ber’gaz nie potrafił ukryć rozbawienia, gdy Aydin pierwszy raz ujrzała Eksee. Kobieta wzdrygnęła się, a jej twarz oblała komiczną mieszanką zaskoczenia, niechęci i lęku. Stary, srebrzysty droid Cybot Galactica XC2 był jego towarzyszem odkąd nabył „Jastrzębionietoperza IV”. Chociaż prawie do niczego się nie nadawał, ze swoim administracyjnym oprogramowaniem oraz nieporadnymi chwytakami, Beo bardzo go lubił. Eksee przekrzywił kanciastą głowę w kształcie antycznej klepsydry i przedstawił się. Aydin ostentacyjnie go zignorowała, a kapitan zachichotał pod nosem. Błękitnoskóra kobieta obrzuciła go zimnym spojrzeniem.
Mimo jej wyniosłości i niespotykanej awersji do droidów, Beo uznał, że na swój sposób jest całkiem urocza. Niestety, była też bardzo niedostępna i skryta, a do tego aż do absurdu małomówna, jak przekonał się podczas pierwszych kilku dni ich współpracy. Zdarzało jej się mijać go bez słowa, czy nawet jednego zerknięcia. Niekiedy czuł się przy niej niby powietrze. Parę razy próbował ją zagadać, ale jedynym rezultatem jego starań było uzyskanie odpowiedzi na pytanie o jej rasę. Aydin była Chissanką, lecz to mu niewiele, prawie nic nie powiedziało. Dopiero, jak skonsultował się z bazą danych „Jastrzębionietoperza IV” dowiedział się, że jej rodakiem był słynny Wielki Admirał Thrawn, imperialny geniusz militarny, który zginął, kiedy Beo ledwo raczkował.
Piątego dnia po odlocie z Krylona postanowił przejąć inicjatywę. Odnosił wrażenie, że im bardziej zamknięta w sobie była Aydin, tym bardziej go fascynowała i tym bardziej podziwiał to, co czyniła dla jego poobijanego frachtowca. A czyniła istne cuda.
Klęczał właśnie w bakburtowym kanale serwisowym, biegnącym prostopadle do kokpitu, nie mogąc się nadziwić jakim sposobem Chissance udało się rozplątać setki przebiegających tędy kabli i poskładać to do kupy. Tak jak ongiś panowało tu istne pandemonium, tak teraz wszystko leżało na swoim właściwym miejscu, każda klapa była przymocowane gdzie należy, każdy bezpiecznik z cichym buczeniem, z pełną skutecznością, wypełniał swoje zadanie i nic nie klekotało złowróżbnie przy większym wstrząsie.
Nieprzypadkiem się tu zaczaił. Czekał na Aydin od paru minut, nasłuchując dźwięków dochodzących z wnęki na sterburcie, którą przerobił na miniaturową stołówkę. Wreszcie płyty pokładu odezwały się delikatnymi wibracjami miękkich kroków kobiety i Beo Ber’gaz, niby przypadkiem, wychynął z tunelu.
Idealnie na czas zagrodził drogę Aydin, która z tacką pachnącej świeżo odgotowanym belgadzkim mięsem i telgoriańskimi bruellkami zamierzała, jak zawsze, zjeść posiłek w zaciszu swojej kajuty. Kapitan uśmiechnął się ciepło.
— Co powiesz, żebyśmy dziś zjedli obiad wspólnie? — spytał z nadzieją w głosie, drapiąc się po brodzie. Po chwili zmusił się do opuszczenia ręki.
— Wolałabym zjeść w samotności — odparła sztywno, odrobinę sztucznie. Miała na sobie praktyczny, szary kombinezon roboczy, który idealnie komponował się z jej sylwetką, nieco ją uszczuplając.
— Nalegam, Aydin.
Ber’gaz żałował, że z jej niesamowitych oczu nie potrafił zbyt dużo wyczytać. Dałby blaster z zasilaniem temu, kto nauczyłby go, jak posiąść tą umiejętność. Przestąpił z nogi na nogę, nieświadomie dając jej sygnał swojego zdenerwowania.
— W porządku — zgodziła się z wahaniem Aydin i natychmiast powędrowała do stolika, nie oglądając się na niego. Szybko przyrządził sobie jakąś lekką przekąskę i dołączył do Chissanki.
— Świetnie się spisałaś z uprzątnięciem kanałów serwisowych, prawej ładowni i naprawieniem zamka w sterburtowej kapsule — pochwalił ją, ale nie uzyskał reakcji, jakiej się spodziewał, toteż dodał do tego: — Cieszę się też, że wyczyściłaś zapasowy układ sterowania, chyba nikt tam nie zaglądał od dekad!
Wzruszyła ramionami. Ściągnął brwi.
— Jesteś zbyt skromna. Ja bym nawet ułamka z tych rzeczy nie zrobił w ciągu całego miesiąca — powiedział z autentyczną autoironią. Nie miał talentu do mechanicznych robótek. — Jesteś naprawdę dobra w te klocki.
— Dużo się uczyłam — rzekła zdawkowo, zabierając się za drugi kawałek mięsa. O ile dobrze się orientował, jedzenie jej smakowało. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby się dowiedziała, że sam je przyrządza, z niewielką pomocą Eksee.
— Cieszę się, że jesteś na pokładzie.
Spróbował spojrzeć jej w oczy. Nie wyszło mu to, ale nie zraził się. Najwyższy czas na parę zwierzeń. Zaczerpnął powietrza i zaczął:
— Urodziłem się na Coruscant trzydzieści pięć lat temu, tuż przed oswobodzeniem planety z rąk Imperium, ale słabo ją pamiętam. Po zniszczeniach dokonanych przez klona Imperatora, przenieśliśmy się na Ord Mantell. Jak co drugi dzieciak marzyłem, żeby zostać pilotem, ale rzeczywistość brutalnie mnie trzasnęła w twarz — zaśmiał się gorzkawo, wziął do ust aromatyczny baton ziołowy. — Oblałem połowę testów i pomysł Sithowie wzięli. Do handlowania zaciągnęła mnie moja dziewczyna, Rienna. Była ładna, inteligentna, miała cięty język, idealna kombinacja w naszym zawodzie. — Przez jego oblicze prześlizgnął się cień głębokiego rozgoryczenia. Wolno przeżuł kęs batona i przełknął go. Po chwili nieco się rozchmurzył i na nowo podjął temat: — Jej rodzice byli wściekli jak cholera. Pobraliśmy się i dostaliśmy statek, zrupieciałego YT-1300, od mojego ojca w prezencie. Mieliśmy ciekawe życie, nie powiem. Trochę się pokomplikowało, kiedy najpierw Yuuzhanie wygonili nas z sektora, a potem urodziła nam się córeczka. Później usłyszałem, że prawie cała nasza rodzina zginęła w inwazji, zostali nam jedynie kuzyni rozsiani po galaktyce, których ani razu na oczy nie widzieliśmy. Kiedy wojna się skończyła, Rienna uparła się, żeby wrócić do Bright Jewel. No i wróciliśmy. Wpadliśmy prosto w łapy yuuzhańskich maruderów. Straciłem wszystko. Żonę, dziecko i statek.
Ber’gaz już dawno temu pogodził się z przeszłością, stąd zaprezentował przyglądającej mu się wnikliwie Aydin tylko ciężkie, rozgoryczone westchnięcie.
— W końcu otrząsnąłem się i wróciłem do biznesu. To, co masz dookoła siebie, to cały mój dorobek dekady błąkania się po okolicznych przestworzach. Jesteś pierwszą żywą osobą, prócz mnie, która spędził na tym gwiezdnym wraku więcej niż trzy dni.
Martwa cisza, jaka objęła pokład „Jastrzębionietoperza IV” prędko zrobiła się kłopotliwa. Chissanka spuściła wzrok na swoją tackę, zabrzęczała widelcem, przerywając dalsze rozwarstwianie się milczenia i napiętej atmosfery.
— Dlaczego mi to wszystko powiedziałeś? — spytała beznamiętnym, ale pozbawionym dotychczasowego chłodu głosem.
Beo pochylił się do przodu, utkwił w niej wzrok.
— Bo nie możemy być dla siebie ciągle nieznajomymi. Dzieliny razem ten statek na dobre i na złe. Chcę cię lepiej poznać, móc zaufać ci, uwierzyć, że w trudnej sytuacji nie zawiedziesz mnie.
— Możesz na mnie liczyć.
Potarł lekko brodę. Źle się wyraził, ale pal to Hutt.
— A ja liczę, że kiedyś mi się zrewanżujesz i powiesz coś o sobie. Same deklaracje nie wystarczą, Aydin. — Wstał, nieco zmiękczył swój głos. — Naprawdę chciałbym wiedzieć o tobie więcej, móc zwyczajnie porozmawiać, zrozumieć.
Wycofał się do kokpitu i zostawił ją samą ze swoimi myślami.

**********


— Sooma, fanatyczna pro-imperialna wylęgarnia mistrzów procopiłki. Lepiej, żebyś nie opuszczała statku, tubylcy nie lubią nie-ludzi — oświadczył cierpko Ber’gaz, naprowadzając YT-1930 na kurs wyznaczony przez kontrolera orbitalnego ruchu. — Ktoś tu najwyraźniej nie zauważył, że samo Imperium już od dobrych dwudziestu lat tępi rasizm. A przynajmniej udaje, że tępi.
Aydin jak zwykle milczała. Minęły cztery dni od czasu ich rozmowy — właściwie: jego monologu — przy obiedzie i powoli tracił nadzieję, że kobieta zdecyduje się przeskoczyć przez ten mur obojętności, który wokół siebie wytworzyła.
— „Jastrzębionietoperz IV”, tu kapitan Trull z patrolowca WT-2c Soomskiej Służby Celnej — interkom rozdźwięczał szorstkim głosem człowieka. — Zgaś silniki i przygotuj się do rutynowej inspekcji celnej.
— Przyjąłem, WT-2c — odpowiedział Ber’gaz przewróciwszy oczami. — Zapraszam na pokład.
Niepotrzebnie się odezwał. Zanim skończył, komunikator cichutko trzasnął, sygnalizując przerwanie połączenia.
— Celnicy są wszędzie tacy sami.
— Pozwolę sobie stwierdzić, że to nieprawda — wtrącił się Eksee. — Z moich wyliczeń wynika, że żadni celnicy nie mogą się równać w upierdliwości z Soomianami. Mogę nawet przestawić procenty, jeśli...
— Nie, dzięki — bąknął Beo i wyłączył napęd pojazdu. Przez moment szukał za iluminatorem zbliżającej się sylwety maszyny. Kanciasty patrolowiec kształtem i kolorem hołdujący najlepszym tradycjom dawnego Imperium zatoczył łuk nad gigantycznym kontenerowcem, kilka kilometrów od „Jastrzębionietoperza IV”.
— Chodź, trzeba im wystawić komitet powitalny, bo się poobrażają. Ty, Eksee, zostań tu, bo gotowi ci znowu wypatroszyć bebechy.
— To nie jest śmieszne, szefie.
— Wiem. — Ber’gaz błysnął zębami. — Nienawidzę wyrywkowych kontroli celnych.
Po drodze podjął ze schowka elektronotatnik. Aydin bez słowa podążyła za nim do śluzy cumowniczej na sterburcie. Kapitan wygładził poły swojej lekkiej, skórzanej kurtki i czekał, delikatnie kołysząc się na nogach w przód i tył. Chissanka stała sztywno niby posąg, dumna, nieprzejednana i piękna.
Śluza gwałtownie syknęła rozprężanym powietrzem. Po składanych schodkach wgramolił się do środka czteroosobowy zespół celników na czele z oficerem wystrojonym w płowy, pseudoimperialny uniform ozdobiony granatowymi pagonami. Miał czarne, krzaczaste brwi i spozierał spod nich nieprzyjemnym, taksującym wzrokiem.
— Co pan przewozi na tym statku? — spytał bez wstępów i grzeczności, zezując wzgardliwie na Aydin.
— Głównie futra wyjcojeży i tilovów z Jovana — oświadczył oschle Ber’gaz. Dwaj celnicy za plecami oficera zerkali zaciekawieni na błękitnoskórą kobietę, z błyskami bezczelnie nieskrywanej obleśności w oczach. Beo poczuł nieznaczny ucisk w żołądku i wręczył dowódcy zespołu z patrolowca elektronotatnik. — Tu znajduje się manifest i dziennik pokładowy.
Oficer szybko przegrał informacje do swojego urządzenia i notatnika celnika, który stał obok niego ze znudzoną miną.
— Sprawdzimy, czy jest pan sumienny — powiedział zimno, z nutką groźby, i skinął głową na swoich podwładnych.
— Aydin, pokaż panom ładownię A — poprosił Ber’gaz. Do kobiety podeszli ci sami dwaj celnicy, którzy niemalże ślinili się na jej widok. Nie spodobał mu się ten układ, ale posłusznie doprowadził oficera i jego przybocznego do ładowni B.
Dwaj mężczyźni kończyli drobiazgową inspekcję dóbr zebranych w plastoidowych kontenerach i omiatanie specjalistycznymi skanerami wszystkich ścian, gdy z przeciwległej strony statku doszedł ich jakiś dziwny hałas i głośne szuranie.
— Co tam się dzieje? Draiho, co tam się dzieje? — niemalże krzyknął oficer.
— Nic, kapitanie, wszystko w porządku — doszło ich z oddali. Beo musiał przyznać, że nie brzmiało to przekonywująco.
— Brednie — parsknął dowódca oddziału, który najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku. — Idziemy, poruczniku.
Ber’gaz przełknął ślinę i ruszył pół kroku za nimi. Ledwo półkole korytarza przestało blokować widok, zobaczył szamoczące się bezgłośnie trzy postacie. Pierwsza, celnik, zaciskała dłonie na pośladku i piersiach drugiej, Aydin, a trzecia, kumpel pierwszej, właśnie przymierzała się do oblizania drugiej po szyi. Nim ktokolwiek wydał z siebie jakikolwiek dźwięk, wypadki przyspieszyły niczym myśliwiec zrywający się do skoku w nadprzestrzeń.
Aydin zdzieliła łokciem w twarz pierwszego z mężczyzn, drugiego traktując kolanem w krocze. Celnicy nie zdążyli łupnąć z bolesnym wrzaskiem na podłogę, a Beo miał już w dłoni blaster. Oficer otworzył usta, jego podwładny sięgnął do kabury, ale kapitan „Jastrzębionietoperza IV” wyprzedził ich, dwukrotnie nacisnął na spust. Błękitne promienie obezwładniły obu Soomian. Ber’gaz doskoczył do Aydin i posłał po wiązce każdemu ze znokautowanych celników.
Przez jeden długi, absurdalnie ciągnący się moment, panowała absolutna cisza. Ręka z blasterem w ręce wyraźnie dygotała. Ber’gaz w okamgnieniu pojął, co właśnie bezmyślnie uczynił. Trybiki pod jego czupryną od razu wzięły się do wytężonej pracy.
— Szybko, do drugiej kapsuły z nimi! — krzyknął do Aydin i sam od razu chwycił oficera za nogi, by następnie zaciągnąć go do środka ciasnego pojazdu ratunkowego. Po minucie wspólnym wysiłkiem uporali się z zadaniem. Mimochodem zauważył, że kobieta pobladła, a ścięgna na jej twarzy były nienaturalnie ściągnięte. I słusznie, bardzo słusznie. Był wściekły, pod skórą dosłownie się gotował. Lada iskra wystarczyłaby, żeby eksplodował.
— Odpalaj.
Nie zaprotestowała. Miał w oczach zbyt niebezpieczne błyski. Pognał do kokpitu, równocześnie załączył komunikator i system awaryjnego zamykania włazu cumowniczego. W głębi statku coś głośno zaszumiało i trzasnęło.
— „Jastrzębionietoperz IV”, co...
— WT-2c, tu kapitan „Jastrzębionietoperza IV”. Wasi ludzi zostali uwięzieni w kapsule, którą przed chwilą wystrzeliłem. — W czasie mówienia Ber’gaz aktywował silniki i ujął w dłonie stery. — Jeśli podejmiecie próbę zatrzymania mnie promieniem ściągającym, ostrzelacie, czy choćby ruszycie w pościg, zdetonuję ładunki wybuchowe umieszczone w kapsule. Drugi raz nie zamierzam się powtarzać. Bez odbioru.
Trzepnął przełącznikiem komunikatora, przyciągnął do siebie manetkę akceleratora i zacisnął zęby, modląc się w duchu, żeby celnicy dali się nabrać na jego zaimprowizowany blef. Błyskawicznie odwrócił YT-1300 rufą do planety, przyspieszył do maksymalnej prędkości. Uchwycony na skanerze patrolowiec nie zmienił pozycji. Beo odetchnął głębiej, ale jeszcze się nie cieszył. Wprowadził kurs do komputera nawigacyjnego.
Teraz pozostało mu tylko czekać na koniec odliczania. Aydin cichutko prześlizgnęła się obok milczącego Eksee, potem kapitana, i zasiadła na fotelu drugiego pilota. Nie spojrzeli na siebie. Napięcie zrobiło się wprost wyczuwalne. Na czole Ber’gaza perliły się miniaturowe kropelki potu.
Cała wieczność minęła, nim wreszcie gwiazdy rozciągnęły się w niekończące się, oślepiające kreski i „Jastrzębionietoperz IV” zanurzył się w odmętach innego wymiaru.
Wybuch szybko stał się nieunikniony.
— Straciłem kapsułę. Straciłem klienta. Złamałem prawo. — Z każdym kolejnym słowem ton jego głosu podnosił się, gotował niby podgrzewana coraz gorętszym ogniem woda. — Poniosłem cholernie, cholernie wysokie straty, na które mnie do cholery nie stać! Nie stać!
Uderzył pięścią w podłokietnik.
— Widziałeś co chcieli zrobić — powiedziała chłodno. Tak jak on, wzrok miała wlepiony w wirujący błękit nadprzestrzeni rozpościerającej się z iluminatorem.
— Widziałem. Trzeba było ich olać... nie, wezwać mnie, krzyknąć. Cokolwiek, tylko nie tłuc ich po mordach, do ciemnego Hutta! Mówiłem przecież, że oni tu nie lubią nieludzi, dla nich jesteś warta tyle, co ładny droid astro...
— I dlatego miałam dać im się obmacywać? — wycedziła.
— Zignorować — rzekł z warkliwym naciskiem. — Krzyknąć!
— Mam swoją godność, człowieku! — zagrzmiała, unosząc się z fotela.
— Człowieku? — Wstał i wbił spojrzenie w jej błękitną, ogarniętą niesmakiem twarz. — Co, to teraz przechodzimy na nazywanie się po rasie?
— Jesteś hipokrytą — żachnęła się, jej oczy zabiły przerażającym blaskiem. — To ja jestem winna temu, że się do mnie przyssali, ja jestem winna, że zmusili mnie do obrony? Jak śmiesz ich bronić?!
— Nie bronię ich! — sarknął. Żyły na jego skroniach pulsowały tak, jakby miały za chwilę nie wytrzymać ciśnienia. — Nie cierpię tych nadętych dupków, ich pieprzonego imperialnego fanatyzmu i kretynów, którzy...
— Wcale tego nie widać — przerwała mu ostro, akcentując każdy wyraz.
— Wiesz co? Ciebie nie posądzałem o wyciąganie tej samej retoryki, z której korzystają te sukinsyny, wydałaś mi się zupełnie normalna. Najwidoczniej myliłem się.
— Nic o mnie nie wiesz — parsknęła opryskliwie.
— I właśnie o to chodzi, Aydin! — krzyknął gniewnie, rozkładając gwałtownie ręce. — Jak mam cię rozumieć, skoro nic mi nie chcesz mi o sobie powiedzieć? Nie żądam od ciebie, żebyś się otworzyła na oścież, starczy jeśli choćby trochę się postarasz. Czy to naprawdę tak cholernie dużo?!
Beo Ber’gaz machnął ręką i jak burza przemknął korytarzem do swojej kajuty.

**********


Przysiadła się do niego, kiedy nadziewał na widelec apetycznie wyglądający rogalik z mięsa hleosa, który zostawił sobie na deser. Powiedziała mu wszystko, po kolei, metodycznie, bez zagłębiania się w szczegóły, raczej beznamiętnie. Początkowe drżenie jej głosu i unikanie jego wzroku zdradzały zdenerwowanie, lecz w żadnym momencie nie wyczuł u niej skruchy. On sam fatalnie czuł się z powodu tego, co jej nagadał. Gdy już ulotniły się emocje, a wzburzenie zagrzebał na dnie umysłu, przez chwilę trzymało go w mocy przemożne pragnienie, by natychmiast zerwać się z siedzenia, wpaść do jej kabiny i zacząć wylewnie przepraszać za swoje zachowanie. Ale nie zrobił tego, miał wrażenie, że obraziłby ją czymś takim, zablokował do końca — lub po prostu utwierdził w przekonaniu, że odcięcie się od niego to najlepsze rozwiązanie. Okazało się, że miał rację. Ze słów Aydin wywnioskował, że Chissowie nie darzą wielką sympatią ludzi słabego charakteru, łatwo poddających się i łatwo rezygnujących ze swoich przekonań.
Chissanka została wygnana z terytoriów Chissów. Opisała to spokojnie, bez emocji, ale tylko głuchy nie wychwyciłby całych pokładów zadawnionego żalu i rozgoryczenia, jakie kryły się w jej głosie. Zawsze posiadała dryg do mechaniki, elektroniki i obsługi komputerów, wykorzystała więc swoje naturalne talenty najpierw w zdobyciu wykształcenia, a następnie pracy w cywilnych służbach przydzielonych do elitarnej Floty Defensywno-Ekspansywnej. Błyskawicznie awansowała.
Wspomnienia obudziły w niej utraconą dumę i Ber’gaz na kilka sekund literalnie czuł, jak ważną osobą była niegdyś Aydin, jak gdyby otaczała ją jakaś aura wybitności, wręcz potęgi. Ona naprawdę była w przeszłości kimś — nie to co on, prosty handlarz.
Kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wystarczył jeden błąd i jej kariera załamała się. Zlekceważyła ryzyko, ominęła procedury, a przez jej błędną decyzję zginęło dwóch techników. Nie miała nic na swoją obronę, sama zresztą wiedziała, że to w stu procentach jej wina. Warunki wygnania, najwyższej kary w Dynastii Chissów, były proste: nie wolno jej było zatrudnić się w jakiejkolwiek korporacji, siłach zbrojnych, czy instytucjach państwowych. Dlatego zawsze pracowała u ludzi nieistotnych. Chissowie wierzyli w jej honor, a tym, paradoksalnie, znacznie wyprzedzali ludzi jeśli chodziło o ufność. Ci ostatni najpewniej zamknęliby ją w najmroczniejszym lochu, by nikomu nie wyjawiła żadnych sekretów.
Aydin szybko się uczyła i opanowała wiedzę, której Chissowie nie posiadali, a która była niezbędna do przetrwania na Zewnętrznych Rubieżach. Ale, jak zauważył z uśmiechem, nie stłumiła swojej dozgonnej niechęci do droidów.
Ber’gaz nawet się nie zorientował, jak położył opuszki palców na wierzchu jej dłoni. Aydin wzdrygnęła się niby ukłuta igłą i speszony kapitan wycofał rękę. Oczywiście nie potrzebowała współczucia, ani litości. To był taki ludzi gest, odruchowy. Był ciekaw czy to rozumie — czy w tym samym stopniu, co on jej wstyd i ból niespodziewanego upadku z drabiny społecznej. W tym i ludzie, i Chissowie nie mogli się niczym różnić.
— Dziękuję, że mi to powiedziałaś. Doceniam to, naprawdę — oświadczył.
— Wiem — odparła, pewnie patrząc mu w oczy. Nie uchylił się przed rubinowymi płomieniami jej oczu, nie tym razem. — Dowiodę ci, że jestem godna zaufania.
Pokręcił głową z cieniem uśmiechu na wargach.
— Już to zrobiłaś, Aydin.



(1) 2


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (8)

Świetne jak zawsze, Nadiru. Może to moje niefachowe podejście, ale 10/10.

Jak już napisali przedmówcy - schematy. Ale dobrze napisane. Z jednej strony ,,to wszystko już było" - ale z drugiej ,,to wszystko już było, racja, ale nie w SW". Miłe i przyjemne. 7/10

Jaro, na wyraźną prośbę Nadiru, ponieważ w którymś momencie niektórzy zaczęli dawać mu 1 bez względu na wszystko.

A tak przy okazji, czemu opowiadań Radeny nie można oceniać?

Może i opowiadanie jest przewidywalne, może i jest pisane wobec znanych schematów, może ma jeszcze pare innych wad, ale mnie wydaje się bardzo porządne. Po prostu mi się podoba i to nie dlatego, że napisał je "legendarny weteran" Nadiru Radena, ale po prostu lubię czasem poczytać takie opowiadania z przewidywalnym happy endem. 8/10

Ogólnie 7,5/10. Tak jak napisał Jaro historia była do bólu przewidywalna.

Opowiadanie to czytałem już jakiś czas temu na TOR-ze. Dziwne, że na Bastion trafiło tak późno.

A zatem... czytając je, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jedną z "Opowieści z Imperium". Dokładnie ten sam styl!

Niestety, chociaż stosowany język sprawia dobre wrażenie, to fabuła... no niestety, już zdecydowane nie. Mamy tu powtórzenie schematów wałkowanych od lat świetlnych. Romans (nawiasem mówiąc zboczony - z Chissanką!) jest przewidywalny do bólu. No i pełno w nim dziwnych pomysłów: facet przysiada się do zupełnie nieznanej dziewczyny i ni z gruchy, ni z pietruchy zaczyna streszczać swoje życie, nie pomijając z założenia bolesnych szczegółów. Potem się lekko wkurza (a potem oczywiście wspaniałomyślnie mu przechodzi itd.). Dziewczyna to rzecz jasna nie tylko mechanik, ale też super doświadczony kupiec, która nagle "niespodziewanie" się otwiera przed facetem. Zupełnie niewykorzystany potencjał tego droida, no i Kyle Katarn - jak Jedi, nawet tak wyluzowany jak on, naraża życie przypadkowej załogi, to... no naprawdę!

Daję 4/10, bo w sumie da się bezboleśnie przeczytać, no i też za parę drobnych nawiązań do EU (Toprawa, Konfederacja). Gdyby tylko historia nie była tak cholernie przewidywalna...

Całkiem fajnie się to czytało. Choć końcówka z Katarnem troszkę mnie rozczarowała, tzn. wydał mi się wepchnięty na siłę, zbędny. Mogłeś wplątać ich w inną zadymę. Ale to tylko takie moje odczucie.
Poza tym plusem jest przedstawianie życia zwykłych ludzi, a nie tylko bohaterów. Ja zawsze lubię przeczytać coś w tym stylu.
Choć miejscami wydaje mi się, że Twoi bohaterowie (wielu opowiadań) są trochę za bardzo egzaltowani (to chyba będzie najlepsze sowo).

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.