Twórczość fanów

Dobrzy, źli ludzie

Autorem opowiadania jest Grzegorz Wiśniewski,
któremu za "Dobrych..." w 2000 r. przyznano nagrodę Elektrybałta.
Opowiadanie zostało opublikowane w 4 nr Framzety (Esensja).

I traveled on far and wide
But now it seems I`m just stranger to myself
And even things I sometimes do
It isn`t me but someone else

1.

Szum w uszach był pierwszą rzeczą, która dotarła do otępiałego umysłu Keitha Galvina. Po chwili szum przemienił się w bolesne tętnienie, pulsujące wewnątrz głowy w takt wirujących pod powiekami tęczowych kręgów. Prawa dłoń Galvina odpięła rzepy hełmu, a lewa zdjęła go, pozwalając opaść głowie na murawę. Nozdrza zaatakowały intensywne zapachy lasu: pni, gałęzi, gleby, porządkując chaos myśli i przywracając sprawność umysłowi.

Powoli, starannie szukając dłońmi oparcia, Galvin podniósł się na klęczki ostrożnie kręcąc bolącą głową. Mrówki bólu rozpełzły się też po karku. Otworzył oczy. Pulsowanie w okolicach obu skroni stało się nieprzyjemnie wyraźne, zupełnie jakby tętnice skroniowe tłoczyły ciecz o konsystencji błota. Przejechał dłonią po krótkich włosach i natrafił na źródło największego bólu - prawą stronę czoła, gdzie pojawił się guz, pokryty zakrzepłą krwią. Miał wielkość orzecha paso, ale bolał jakby był z dziesięć razy taki. Galvin uniknął wstrząsu mózgu, ale miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zaaplikował sobie z wiszącego przy pasie zasobnika środek przeciwbólowy. Pulsowanie w głowie natychmiast osłabło, a i ucho środkowe zaczęło wracać do równowagi.

Pierwszą rzeczą, której przyjrzał się dokładniej był hełm, ściągnięty przed chwilą z głowy. Białą, polinanomidową, pleksialuminiowa konstrukcję z jakby owadzio zaprojektowanymi wizjerami szpeciło wgniecenie i siatka pęknięć. Miał szczęście. Ostatnim co pamiętał było nagłe uderzenie w pierś, które zmiotło go zza sterów prowadzonego gravskutera wprost na drzewo. Przy prędkości z jaką leciał powinno oznaczać śmierć.

W tym samym momencie, kiedy to sobie uświadomił odskoczyła ostatnia zapadka w przyblokowanej szokiem pamięci. Przypomniał sobie kim jest i co robi w tej leśnej głuszy rozciągającej się we wszystkie strony.

Jako sierżant 6 karnego Legionu Oddziałów Szturmowych brał udział w pułapce zastawionej na grupę buntowników, którzy mieli zamiar opanować i zniszczyć generatory pól deflekcyjnych, chroniących imperialną Gwiazdę Śmierci przed atakiem. To miała być kolejna rutynowa potyczka w trwającej od kilkunastu lat wojnie podjazdowej, kolejna łatwa akcja, po której ogłupiali rebelianci sami bezradnie rzucaliby broń. Zaklął gniewnie w myślach, ostrożnie siadając na leżącym obok pniaku.

Z początku wszystko szło świetnie. Dzięki danym wywiadu Galvin i dwa tuziny innych zwiadowców z 1 plutonu nie mieli najmniejszych problemów z wykryciem i namierzeniem przeciwnika. Rebeliantów było niewielu, nie mieli dokładnego rozpoznania i działali nerwowo. Zaatakowali zgodnie z przewidywaniami, w momencie kiedy ich flota wyszła z hiperprzestrzeni i w szyku Pika/Ekran ruszyła do ataku na Gwiazdę Śmierci.

Przygwożdżono ich bez trudu. Ale kiedy wyprowadzono tę słabą, rozbrojoną grupkę z bunkra kontrolnego wszystko zaczęło się nagle psuć. Skraje polany niespodziewanie zaroiły się od owych niewielkich, niedźwiedziowatych stworzeń żyjących w tutejszych lasach, a które zdaniem Sztabu były całkowicie niegroźne. Nim ktokolwiek z oficerów zdążył zareagować na ustawionych po bunkrem szturmowców runął grad strzał, oszczepów i kamieni. Broń ta nie była wprawdzie szczególnie groźna dla pancerzy szturmowych, ale jej napór ilościowy częściowo równoważył brak skuteczności. W eterze zapanował chaos i zaczęto wydawać wzajemnie sprzeczne rozkazy. Trzeci pluton stojący na lewo od wyjścia z bunkra rzucił się do lasu, w ślad za umykającymi stworzeniami. Żołnierze Floty stojący obok natychmiast runęli do bunkra, zasuwając za sobą wrota ochronne, jakby zaatakował ich cały pułk przeciwników. Pozostali szturmowcy rozproszyli się po drugiej stronie polany pozwalając grupie rebeliantów odzyskać broń i, co najgorsze, inicjatywę. Ktoś, Galvin nie pamiętał kto, wezwał zaczajonych za wzgórzem zwiadowców na gravskuterach i posłał ich w gęstwinę po zachodniej stronie lasu, w wyniku czego większość z nich się rozbiła. Galvinowi jako jednemu z nielicznych udało się uniknąć zderzenia z drzewem, ale to, że zwolnił uczyniło go świetnym celem dla przeciwnika. Chwilę później coś strąciło go z maszyny wprost na drzewo.

Ponownie zaklął. Przysiągł sobie odnaleźć oficera, który był odpowiedzialny za skierowanie tylu ludzi wprost w ramiona śmierci. Rozejrzał się wokół usiłując ustalić gdzie jest.

Stał w niewielkim zagłębieniu porośniętym szczelnie bujnymi paprociami. Paprocie te częściowo zamortyzowały jego upadek. Śledząc ich połamane łodygi można było wywnioskować z jakim impetem się po nich przetoczył. Podniósł wzrok nieco wyżej, wprost na widoczną w prześwicie zielonego stropu tarczę słońca. Był ranek następnego dnia po owej fatalnej potyczce.

Zastanowił się nad jej wynikiem. Ile czasu mogło zabrać batalionowi szturmowców wyposażonemu w kroczące, szturmowe AT-ST i osłanianemu przez zwiadowców na gravskuterach rozgromienie grupki buntowników i uzbrojonych w archaiczną broń tubylców? Z pewnością niewiele. W takim razie dlaczego nikt go jeszcze nie odnalazł? Zdezorientowany sięgnął do pasa po sygnalizator i pokręcił głową ze złością. Sygnalizator zniknął, musiał zsunąć się z zaczepu podczas upadku. Bez sygnalizatora odnalezienie kogoś leżącego bez przytomności w dywanie paproci byłoby cudem, a Galvin swój limit cudów wyczerpał już wcześniej.

Wlał do gardła parę łyków z manierki, resztą wody spłukując twarz, Poczuł się nieco lepiej. Ustalił właściwy kierunek marszu sprawdzając namiernik orbitalny na przegubie. Zrobił kilka kroków naprzód, zataczając się. Nadal nie czuł się zbyt pewnie. Poluźnił zapięcia munduru przy szyi i głębiej odetchnął. Tętent pod czaszką nie ustał wprawdzie całkowicie, ale osłabł wystarczająco.

Ponaglając samego siebie w myślach wspiął się po łagodnym zboczu zagłębienia ruszając w kierunku bazy. Wybierał najprostszą drogę, a gdzie musiał - przedzierał się przez krzaki. Omijał grube jak domy pnie drzew oraz otwierające się niekiedy w ziemi wyrwy. Kiedy wdrapał się na dość stromy pagórek i spojrzał na znajdującą się za nim polanę, zatrzymał się zdumiony.

Polana była właściwie płytką kotliną w kształcie nieco nieforemnej elipsy, rozpościerającą się w kierunku zachodnim. Na jej dnie trwało rozrzuconych kilkanaście wraków. Część z nich była rozpoznawalna jako AT-ST, przechylone pod dziwacznymi kątami lub leżące na bokach strzaskanych wieżyczek. Wiele dymiło jeszcze, podobnie jak osmalone strzępy gravskuterów powbijanych w niektóre drzewa, znaczących ich pnie ciemnymi plamami. Widok poniszczonych maszyn był jednak niczym wobec zaściełającego przestrzeń kotliny dywanu ciał, jakby uzupełnienia połamanego leśnego poszycia. Galvin ogarnął zdezorientowanym wzrokiem otoczenie i uświadomił sobie nagle, że większość zabitych ma na sobie białe pancerze szturmowe. Gdzieniegdzie migały też szare mundury oficerów, leżących ramię w ramię ze swoimi podkomendnymi. Niewielkie podwyższenie mniej więcej w środku kotliny było całe poorane wybuchami, a sylwetki szturmowców leżały rozmiecione wokół jak płatki białego kwiatu. Wyglądało to na ostatni posterunek.

Bitwa musiała być zajadła sądząc po pniach okolicznych drzew, podziurawionych, popalonych, a niekiedy nawet rozszczepionych trafieniami z plazmowych dział i karabinów. Skończyła się dawno, pięć albo i sześć godzin wcześniej, bowiem wszystkie płomienie, jakie musiały zostać wzniecone teraz co najwyżej się tliły.

Galvin ostrożnie, tak aby nie naruszyć ciszy, spowijającej kotlinę niczym całun, zsunął się na jej dno i ruszył przez pobojowisko. W mijaniu coraz to nowych ciał i strzaskanych metalowych konstrukcji kryło się coś bardzo dostojnego, niczym w odwiedzaniu galerii sztuki, lecz Keithowi nie przyszedł do głowy taki punkt widzenia. Opanowała go nagła obawa, bardzo nie sprecyzowana, że sytuacja wygląda gorzej niż przypuszczał. Błąkając się w gąszczu ciał i wraków szukał odpowiedzi, które mogłyby go upewnić o czymś przeciwnym, jednak wnioski jakie wyciągnął do tej pory nie napawały go optymizmem.

Zauważył cztery różne totemy kompanijne widoczne na mundurach zabitych szturmowców, dokładnie tyle ile oddziałów brało udział w akcji przechwycenia rebelianckiego rajdu. Sądząc po rozproszeniu poszczególnych plutonów jednostki nie zachowały podczas walki dyscypliny i szyku, a jedynymi powodami takiego zachowania mogła być utrata łączności z dowództwem lub, co bardziej prawdopodobne, panika. Nastąpiła katastrofa, sytuacja wymknęła się spod kontroli i nie znalazł się nikt kompetentny, kto zdołałby ją opanować. Bitwa, która rozegrała się w kotlinie, Galvin aż zatrzymał się oświecony tą myślą, wcale nie miała na celu odepchnięcia atakujących stworzeń i garstki rebeliantów z powrotem do lasu. Miała ocalić całą grupę operacyjną Imperium przed zagładą, pozwolić batalionowi szturmowców przedrzeć się do bazy i dotrzeć na kosmodrom. Nie powiodło się to jednak i oddział skonał w starciu.

Coś było jednak nie w porządku. Tej masakry nie mogły dokonać uzbrojeni w kamienną broń tubylcy, nawet wspierani przez tuzin rebeliantów, tak jak udało im się to z trzema plutonami pilnującymi bunkra. Aby tego dokonać potrzeba było poważniejszych sił, co najmniej pułku. Skąd one się wzięły? Co zatem stało się z bunkrem kontrolnym i Gwiazdą Śmierci?

Galvin zerknął w górę usiłując przebić wzrokiem baldachim liści, ale nie mógł dostrzec stacji bojowej. Jego pewność co do faktu, że Gwiazda Śmierci nadal tam jest została nagle zachwiana. Zaklął i ruszył naprzód zerkając na kompas, aby uchwycić właściwy kierunek. Otumanienie i pewna beztroska, które towarzyszyły mu od momentu ocknięcia się teraz zniknęły bez śladu. Pozostała tylko niepewność.

Zawsze uważał się za urodzonego żołnierza, chociaż nikt z jego najbliższych nie miał większej styczności z wojskiem. Kiedy po roku nauki rzucił studia medyczne, aby zaciągnąć się do jednego z Legionów imperialnych, rodzina odcięła się od niego jak od trędowatego. Kiedy był młodszy pogardzał ich niemal fetyszystycznym kultem wiedzy, a decyzję o zaciągu podjął pod wpływem impulsu. Teraz, po paru latach zrozumiał ich punkt widzenia, ale i on miał swoje racje. Robił to co lubił.

Owszem, zdarzały się zgrzyty, i to dość często, gdy nadchodziły rozkazy pacyfikacji osiedli i kolonii niezbyt uległych względem Imperium. A wiadomo, rozkaz to rozkaz. Galvin nie był jednak sadystą i nie lubił sadystów. Wiadomość o spacyfikowaniu przez 12 Legion Oddziałów Szturmowych miast na planecie Sylidon wywołała w nim głęboki niesmak. Przede wszystkim dlatego, że z tego powodu do Rebelii przyłączyło się następne pięć systemów. Imperium wydawało się popełniać błąd za błędem.

Dosłużył się stopnia porucznika, ale ponieważ raziły go wzajemne animozje w dowództwie Legionu, przeniesiono go do 6 Karnego Legionu Oddziałów Szturmowych i zdegradowano. Stanowisko dowódcy plutonu dla człowieka o jego umiejętnościach taktycznych było jak policzek. W dodatku 6 Legion był jednostką wsławioną różnymi brudnymi i brutalnymi akcjami na obszarze całej Galaktyki. Jego autorstwa była między innymi masakra tatooińskiego osiedla Anchor Heat oraz atak na dyplomatyczną korwetę senacką na orbicie tej planety. Kiedy fakty te dodano do wcześniejszych zbrodni popełnionych przez tę jednostkę - 6 Legion stał się najbardziej znienawidzonym spośród wszystkich jakie Imperium posiadało. Teraz, na porośniętych paprociami polanach tej planety nadszedł czas zapłaty.

Rozmyślania przerwał Galvinowi nagły szelest gdzieś z boku. Mógł go spowodować jakiś przedstawiciel licznej tutaj fauny, ale Keith wolał nie ryzykować. Uskoczył za najbliższe drzewo wydobywając z kabury przy kolanie mały miotacz laserowy, by chwilę potem wyjrzeć ostrożnie z bronią gotową do strzału. Jego uwagę przyciągnął sterczący opodal wrak kroczącego AT-ST. Maszyna miała całkowicie skruszone lewoburtowe systemy hydrauliczne i pęknięty wspornik. Był to rezultat zderzenia z pniem ściętego drzewa zepchniętym z prawej strony kotliny.

Oprócz tego salwy z cięższej broni wybiły w pancerzu kilka otworów, których poszarpane, popalone brzegi przypominały otwarte do krzyku usta. Szczeliny obserwacyjne w górnej części kadłuba były martwe, ale Galvin był przeświadczony, że to właśnie stamtąd doszły go szelesty. Postanowił zaczekać chwilę.

Nie czekał długo. Z włazu umieszczonego na górze kadłuba wraku nagle wychyliła się jakaś sylwetka i zręcznie ześlizgnęła się po boku maszyny. Keith bez trudu rozpoznał mundur tamtego, głęboka czerń charakteryzowała operatorów-pilotów Korpusu Zmechanizowanego. Postaci brakowało tylko zdobiącego głowę rozłożystego hełmu. Opuszczając miotacz wyszedł zza drzewa.

- Hej - zawołał w kierunku żołnierza - Co tu się ...?

W połowie wypowiedzi głos uwiązł mu w gardle. Tamten bowiem niespodziewanie rzucił na ziemię trzymany pod pachą pakunek, dobył broni i dwukrotnie nacisnął spust rzucając się desperackim szczupakiem za osłonę. Galvin wykonał rozpaczliwy unik i obie czerwone, opalizujące igły przemknęły obok niego osmalając pobliskie drzewo. Klnąc na czym świat stoi wczołgał się za stertę spróchniałych gałęzi.

- Zwariowałeś? - ryknął - Omal mnie nie zabiłeś!

Operator-pilot musiał także przeżyć chwilę konsternacji, bo odezwał się dopiero po chwili.

- Kim jesteś?

- Sierżant Keith Galvin, 2 kompania 6 Legionu - odparł nieco spokojniej Keith wodząc lufą miotacza po okolicach schronienia przeciwnika - A tyś co za jeden?

Znów nastąpił moment ciszy.

- Varini. Hesser Varini, kapral, 1 sekcja wsparcia. Podejdź tu to pogadamy.

- A dlaczego sam nie podejdziesz?

- Bo ci nie ufam.

- To miło z twojej strony.

Od strony Variniego nic nie nadbiegło w odpowiedzi. Zapadła cisza wróżąca impas w rozmowie. Galvin postanowił jednak za wszelką cenę czegoś się dowiedzieć.

- Hej, jesteś tam jeszcze?

- Tak - mruknął Varini czujnie.

- Kręciłeś się trochę po tym pobojowisku, więc może mi powiesz co się tutaj stało? - zapytał Keith rozglądając się.

- Najpierw ty mi coś powiedz - energicznie nakazał Varini nie wychylając się nawet o cal zza osłony - Podaj hasło specjalne z akcji na Andal Andara.

Galvin zastanowił się chwilę.

- Andal Andara? Szkoła oficerska Floty? Oddziały Szturmowe nie miały nic wspólnego z tą pacyfikacją. Flota zrobiła to na własną rękę. - odpowiedział spokojnie - Czy o to ci chodziło?

Po drugiej stronie znad połamanych paproci ostrożnie wychynęła postać przyciskająca do ramienia miotacz i zataczając łuki jego lufą postąpiła kilka kroków naprzód. Galvin uczynił podobnie, ale wstając zdecydował się schować miotacz do kabury. To czyniło go wprawdzie bezbronnym, ale pomogło przełamać nieufność tamtego.

- Jeszcze chwila, a odstrzeliłbym ci łeb - mruknął Varini opuszczając broń - Ale powiedzmy, że na razie ci wierzę.

Zrobił kilka kroków wstecz i podniósł upuszczoną wcześniej paczkę. Galvin zasalutował mu pobieżnie, mimo, że Varini w zasadzie powinien zrobić to pierwszy, i spróbował nadać swojemu głosowi besztający ton.

- Co pan do cholery wyprawia, kapralu? - powiedział dobitnie - Mógł mnie pan zabić. Od kiedy to przestała obowiązywać na polu walki procedura rozpoznania ?

Varini spojrzał na niego z mieszaniną zaskoczenia i złości.

- Do diabła, sierżancie - wycedził - To lepsze niż dać się ustrzelić lub złapać patrolom rebeliantów.

- Co takiego? - wykrztusił Galvin natychmiast pojmując sens wypowiedzianych przez operatora słów - Opowiadaj człowieku, opowiadaj!

- O czym? - Varini podejrzliwie zmrużył oczy.

- O tym, co się stało! - dodał Keith zataczając ręką łuk w kierunku zamarłych wokół nich wraków i ciał - Dostałem czymś w łeb na samym początku i nie mam pojęcia w jakim świecie się obudziłem.

- Nie ma co opowiadać - mruknął Varini z trudną do zdefiniowania miną - To koniec. Wszystko szlag trafił.

- Wszystko? W jaki sposób?

- Chcesz szczegółów? Proszę bardzo. Pamiętasz jak zwiała ochrona bunkra?

- Nie. Mówiłem, że ...

- Dobra, słyszałem. Jak tylko zaatakowały te podobno niegroźne miśki, zapanował chaos - totalny chaos. Plutony przy bunkrze rozbiegły się w cholerę po lesie, a jedyny, który został na miejscu zaskoczony rozproszył się i rebelianci umknęli. Okopali się przy wejściu do bunkra i odpierali wszystkie ataki jakie udało się zorganizować. Jakiś debil odwołał wszystkie AT-ST do pościgu, ale ponieważ ruszyły w jednym kierunku - przeszkadzały sobie wzajemnie, zderzały się, grzęzły w prymitywnych pułapkach. Naszych w lesie wkrótce wyrżnięto. Może siedziało tam więcej rebeliantów? Potem w jakiś sposób jeden AT-ST przeszedł w ręce wroga i dobił resztki naszych szturmujących pozycje rebeliantów pod bunkrem kontrolnym. Wtedy rebelianci wdarli się do bunkra i wysadzili emiter pola. Wtedy flota Rebelii rozprawiła się z Gwiazdą Śmierci, gdzieś około dwudziestej czasu uniwersalnego. Ale to nie był koniec. Wówczas nadleciały transportowce pełne wojska. Rebelianci odbili lądowisko i budynki koszar, a potem zepchnęli do tej kotliny resztkę garnizonu i zmiażdżyli. Wystarczy?

Keith wpatrzył się z zastanowieniem w Variniego. W ciągu dnia zaledwie dumne Imperium otrzymało najcięższy chyba cios w całej swojej historii. A przecież na Gwieździe Śmierci był podobno sam...

- Czy Imperator się uratował? - zapytał Galvin spoglądając mimowolnie w górę, w miejsce, gdzie kiedyś unosiła się stacja bojowa.

- Nie mam pojęcia - Varini zadumał się nieco - Meldunki nic o tym nie wspominały, przynajmniej do chwili kiedy mogłem je jeszcze odbierać. Kiedy zobaczyłem lądujące transportowce rebeliantów rzuciłem w krzaki swój komunikacyjny złom i zwiałem w las. Wolałem nie ryzykować śmierci lub niewoli. Nie wiadomo co gorsze...

Keith milczał. Wciąż trawił wiadomość o zniszczeniu Gwiazdy i prawdopodobnej śmierci Imperatora. Nie, żeby czuł jakiś sentyment do Imperium, owego megatotalitarnego tworu wielkiego samowładcy - senatora Palpatine. Wiedział jednak, że upadek starego porządku spowoduje wiele zmian. Niekoniecznie na korzyść. Jako żołnierz byłych Oddziałów Szturmowych nie miał czego szukać w armii rebelianckiej. A nawet gdyby miał - nie był pewien, czy skorzystałby z szansy. To oznaczało weryfikację, zdradę przysiąg, skazę na honorze, a być może pościgi za dawnymi przyjaciółmi i sądy w imię nowo pojmowanej sprawiedliwości i w odwecie. Czuł wstręt do tego rodzaju podchodów. Kochał walkę, bo w niej wszystko było proste, czarno-białe. Zabijasz lub giniesz. Nie wymagano podejmowania skomplikowanych decyzji, zwłaszcza moralnych. W takim punkcie widzenia było coś szczeniackiego, wiedział to, ale nie potrafił i nie chciał go zmienić. Wcześniej często bywał świadkiem perfidii osób uznawanych za dojrzałe i poważne, w porównaniu z którą walka na bagnety, noże czy chociażby ordynarna strzelanina była kwintesencją szczerości. Śmierć w walce wydawała mu się o niebo czystsza od powolnego konania w otoczeniu osób perfekcyjnie udających współczucie.

- A co z tobą? - zapytał nagle Variniego - Co zamierzasz zrobić?

Operator-pilot spojrzał na niego przenikliwie i odpowiedział spokojnym głosem:

- Mam zamiar przeczekać. Miesiąc, może dwa. Tak długo, dopóki rebelianci będą utrzymywali tu stan wysokiego pogotowia. Potem spróbuję przekraść się na jakiś statek i zwiać dokądkolwiek. Może mi pomożesz? We dwóch będzie nam łatwiej. I zdążymy zebrać więcej racji żywnościowych. Tu niedaleko mam niezłą kryjówkę, wystarczy dla nas obu.

- Uważasz, że to dobry pomysł? - Keith spojrzał na niego z namysłem.

- Dlaczego nie - wzruszył ramionami Varini - Rebelianci przetrząsają las jak wściekli. Jednocześnie przez radio i wzmacniacze nadają gwarancje bezpieczeństwa, a mimo to co jakiś czas wybucha strzelanina. Patrole to pewnie sami nowi rekruci, takich zawsze rzucają do piechoty planetarnej. Mają bardzo nerwowe palce na spustach.

Galvin potaknął głową spoglądając na najbliższy wrak, poczuł nagle wewnętrzną pustkę, jakby sytuacja, w której się znalazł nie miała wyjścia. A może nie miała ?

- Jesteś ze mną? - ponowił propozycję Varini.

Keith obrócił się w jego kierunku.

- Jasne - rzucił nieco bez przekonania - Jesteśmy obaj w takim położeniu, że musimy sobie pomagać. Bylebyśmy zdołali wydostać się z tej planety. I to jak najszybciej.

- Racja. - przytaknął energicznie operator-pilot i rozejrzał się wokół - Musimy zgromadzić jak najwięcej żarcia w jak najkrótszym czasie. Nie wiadomo ile czasu będziemy czekać.



(1) 2 3 4 5 6 7 8 9


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,33
Liczba: 12

Użytkownik Ocena Data
Peterbog 10 2012-04-12 22:43:03
Martis 10 2011-01-26 12:45:29
Darth Cadeus 10 2008-06-07 13:59:40
Kale Cral 10 2007-05-15 15:24:49
Jenth23 10 2006-12-16 20:10:58
Sten 10 2006-11-12 20:11:28
Nadiru Radena 10 2005-09-13 13:11:43
Mitth`raw`nuruodo 10 2004-07-10 22:21:46
Nexus-6 10 2004-06-27 12:01:24
Gemini 9 2006-01-22 15:21:46
Alexis 8 2007-04-14 18:24:47
Shedao Shai 5 2005-01-28 21:39:57

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (15)

Bardzo ciekawe odwrócenie ról, rebelianci w miejsce barbarzyńców trakujących wrogów niczym Imperium za czasów świetności i bezsilność małych i niezorganizowanych sił pozostałych po doborowych żołnierzach Imperium.
Wątek "miłosny" też dodaje smaku.
Świetne opowiadanie. 10/10

heh to pierwsze opowiadanie które przeczytałam na bastionie dawno, dawno temu w ogległej galaktyce... :D i mam do niego pewien sentyment... jest bardzo dobre po prostu :) 10/10

Bardzo fajne opowiadanie, szkoda że tak krótkie. Daje 10/10. Tylko tak dalej. :)

Te opowiadanie jest świetne!!!!!!! daje 10/10

Świetne opowiadanie. Niebanalna historia i zaskakujące zakończenie. Jedynie trochę fałszywe jest zachowanie Martine w ostatniej akcji. W końcu była porucznikiem , więc jakoś powinna zachowac się rozsądne / uciekanie w bok , a nie na wprost./ No i po drugie mimo ostrzeżenia Keitha wyłażi zza pnia. W takoim wypadku człowiek chowa sie w mysią dziure "bo strzelaja" a nie pokazuje sie. Ale poza tym to opowiadanie zasługuje na DUZĄ pochawałe. A tak a propos. Widzę że juz jakiś czas jest tu umieszczone , ale następnych nie widać ? Gorąco zachęcam autora o rozwijanie swego talentu. A może są inne strony z opowiadaniami ?

Czytałem to z trzy razy i za każdym razem książka ta przypomina mi film "Pluton" opowiadający o wojnie w Wietnamie.....ale tak wogule to zajebiste!!!

Zajebiste
Najlepsze, jakie tutaj dotąd czytałem. Co prawda jestem świeżym fanem i przeczytałem dopiero 50% tego, co tu jest, ale te jest naprawdę zajebiste.

Super!!!Śmiało tego fana można nazwać mistrzem.Opowiadanie naprawdę wciaga,ciekawa historia,sceny walk,przekleństwa(ludzkie zachowania) i pokazanie Imperium i Rebelii od innej strony(gdy to czytałem byłem za szturmowcami).Te opowiadanie zasługuje na rozwinięcie jego do powieści.10/10.

Bez watpienia najlepszy polski fanfic jaki kiedykolwiek powstal - 8 lat pracy nie poszlo na marne. Teraz, gdy przeczytalem je po raz drugi dostrzega sporo minusow (odejscie od kanonu w kewstii np. imperialnych mundorow, drewnine dialogi, wpychanie sie narratora z oczywistymi wnioskami, zbyt wiele przyslowkow (kto czytal "Jak pisac" S. Kinga ten wie) i ten patetyczny ton), ale i tak jest to dzielo ze wszechmiar godne uwagi (no i jeszcze nawiazanie do "Procesu" Kafki w zakonczeniu, plus za znajomosc klasykow). Polecam!

Szczerze mówiąc opowiadanie wywarło na mnie ogromne wrażenie.
Niebo dla honorowycj szturmowców-..Mmm świetne dla mnie 10 i jeszcze więcej. Bezbłędne i dopracowane w każdym calu. Oby tak dalej!

hm... ciężko się czyta... ale może być...

Bardzo ciekawe podejście do tematu, moim zdaniem zbyt dużo tych mordobić co akapit :-). I w zasadzie od momentu przesłuchania szkoda mi to było czytać, bo miałem przeczucie że któreś z tych dwojga zabijesz. :-(

Dobre i to przez duże "D". Warto było
tyle czasu siedzieć przed kompem.
Wciągające dialogi. Jak dla mnie to bez
namysłu 10.

No no rzeczywiście super. A tak swoją
drogą zastanawiam się ilu udało się całe
to opowiadanie przeczytać. Muszę
powiedzieć, że czytając je nie widziałem
żadnej różnicy w stosunku do twórczości
autorów piszących SW. Naprawde widać
talent autora. Kawał dobrego opowiadania.
Ciekaw jestem czy przyjdzie nam jeszcze
przeczytać coś napisanego piórem
Grzegorza Wiśniewskiego

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.