Twórczość fanów

Opowiadanie Jetha

Autor: Jeth

Rozdział I


Nad Rhomm City zaczęło świtać. Słońce oświetliło wypełnione ciałami ulice. Od czasu wojny z bogatszymi sąsiadami na Rhommamool pozostała tylko jedna osada. Zamieszkiwana przez wyjątkowo biednych ludzi. Reszta planety została spustoszona przez rakiety, i bomby przeciwników. Zmusili oni również mieszkańców Rhommamool do uległości. O tej porze ludzie zwykle przychodzili do siebie po nocnych libacjach. W ten sposób sfrustrowani mieszkańcy Rhomm spędzali cały ostatni rok. Gdy wojna między tymi dwiema planetami się skończyła Nowa Republika nie miała ani sił, ani czasu by zareagować w tym systemie. Prawie dzicy mieszkańcy Rhomm nie znali nawet powodu. Przez całą wojnę z nowoczesną Osarią liczyli na jak najszybszą pomoc Nowej Republiki, ale ku ich zdziwieniu ta pomoc nie nadeszła. Teraz pozostało im tylko parę kredytów, efektywnie wydawanych w jedynej knajpie na całej planecie należącej do pewnego Hutta. Jedynym podawanym tam napojem było piwo o dość niewdzięcznej nazwie, która po przetłumaczeniu na wspólny brzmiałaby mniej więcej "Ślina Hutta", albo jeszcze gorzej "Wydzielina Hutta". Sądząc po tym, jak często ludzie zwracali ten napój, wprost na podłogę, lub na siedzącą niedaleko osobę podobnie smakowało. Jednak było na tyle mocne, że przez wspaniałe kilka godzin ludzie potrafili zapomnieć o nieszczęściu jakie ich spotkało. Pieniądze na ten napój dawno by im się skończyły, gdyby nie interes, jaki rozkręciło kilku Osarian. Każdy z "panów swego domu" dostawał po 20 kredytów za jeden dzień, przez który wypożyczy im swoją żonę. A ponieważ dzięki wpływowi "Śliny Hutta" więzy rodzinne nie były brane pod uwagę więc bardzo wiele kobiet z Rhommamool zostało wywiezionych na Osarie, gdzie raz po raz były wykorzystywane przez bogatych klientów. Nikt nie dbał też o pożywienie. Raz na tydzień Osarianie zrzucali skromne dawki starczające tylko na kilka dni. Dodatkiem były więc małe dzieci, które o ile same nie umarły zostały zabite przez głodujących rodziców, lub też dorośli ludzie umierający z wielu powodów, najczęściej jednak przesadzali z alkoholem.

Nikt więc się nawet nie ruszył, gdy na planecie wylądowało kilka innych niż zwykle statków, i wysiadło z nich wiele innych niż zwykle istot. Kilka osób podbiegło wyciągając ręce po żywność. O tym, że te istoty nie mają wobec nich przyjacielskich zamiarów dowiedzieli się tracąc je. Yuuzhanie nie dali im jednak czasu by rozpaczać po stracie rąk, gdyż te osoby zostały zabite w pierwszej kolejności.
Gdyby przyjęli ból czekałby ich znacznie lepszy los. Osobom pijanym nie dano jednak nawet takiej szansy. Vongowie najczęściej obcinali im głowy. Po niespełna dwudziestu minutach Rhommamool stało się całkowicie martwą planetą. Nawet Yuuzhanie przenieśli się na Osarię.

Gdy tylko w systemie pojawili się Yuuzhanie cała jej flota obronna została postawiona w gotowość bojową. Składała się ona z dwóch starych Kalamariańskich krążowników, jednego Vicory II Destroyera, oraz kilku okrętów wspomagających. Wraz z eskadrami myśliwskimi. Całą flotą dowodził admirał Ewfle, rosły człowiek, doskonale orientujący się w swoim fachu. Bardzo szczegółowo znał wszelkie typy statków, o jakich przyszło mu słyszeć. Wiedział więc że jego działa dysponują znacznie większym zasięgiem, niż działa Yuuzhan. Posłał więc w ich kierunku wszystkie eskadry myśliwców jakie posiadał. A następnie kazał artylerzystom znaleźć tyle punktów na największym statku przeciwnika, ile dział posiadała cała flota.

Dowódcą Eskadry Torped był Cowd'a'Loor. Dowództwo nad eskadrą objął dopiero po zniszczeniu Stolicy, i jego rodzinnego miasta. Z całego serca nienawidził Yuuzhan. Pomyślał, że mimo iż w tej walce przyjdzie mu zginąć pomści mamę, tatę, siostrę, żonę, oraz swoich dwoje dzieci. Nigdy nie chciał zostać pilotem. Był żołnierzem. Komandosem. Jednym z najlepszych. Ale teraz zapotrzebowanie na komandosów znacznie zmalało. Najważniejsza stała się sztuka pilotażu. I jak się okazało ma wrodzony talent.
Dostroił komunikator do częstotliwości taktycznej Torped i powiedział. - Ustawić skrzydła w pozycji bojowej. Lasery skonfigurować tak, by były w stanie nieprzerwanie strzelać do przeciwnika, najpierw lewy górny, potem lewy dolny, następnie prawy dolny, a na końcu prawy górny. I tak w kółko. Admirał Ewfle kazał nam wyrżnąć co do jednego Koralowe Skoczki, ale jak będziecie blisko statków nieprzyjaciela nie oszczędzajcie ognia. Gdy tylko zaczęła się walka X-Wingi z eskadry Torped od razu poszły w rozsypkę. Łatwiej było znaleźć po bokach dwa Koralowe Skoczki, nieraz trącające cię tak byś obijał się do jednego do drugiego, niż X-Winga. Już po pięciu minutach walki R2 Cowd'a'Loor'a wyświetlił mu dane o walce. Z całej jego formacji przetrwało tylko dwóch pilotów, a ze wszystkich innych eskadr przeżył tylko jeden pilot. Teraz nadał komunikat na ogólno dostępnej częstotliwości.
- Sformować jedno skrzydło. - Niedługo potem obok niego pojawił się jeden X-Wing, a za nim dwa kolejne. - Nie damy rady tym wszystkim skoczkom. Mój R2 wyświetla, że jest ich... 1300. - Ale te wyniki nie są dokładne dodał w duchu. - Ale możemy zabrać ze sobą choć jedną kanonierkę. Uśmiechnął się krzywo. Domyślał się że jedna kanonierka to bardzo optymistyczna wersja. Miał nadzieję, że uda im się choćby dolecieć do statków Yuuzhan. Dolecą nie dolecą wielu z ich przeciwników czeka śmierć.

Gdy tylko wyszli z cienia jednego z księżyców zginął skrzydłowy Cowd'a'Loor'a, a jego samego tarcze skurczyły się do rozmiarów mózgu Yuuzhanina. Jednak wytrzymał. Namierzył pierwszą kanonierkę, i popchnął do oporu manetkę akceleratora. Robiąc beczki, pętle i ósemki dotarł w pobliże największego statku Yuuzhańskiej Floty. Właśnie tam X-Wingi jego podopiecznych zamieniły się w ognistą kulę, które trafił w skoczki, zmieniając je w obłok pary. Cowd'a'Loor nie ustawał w wysiłkach. Nie brał już niczego na cel, po prostu strzelał. Jednak dovin basale przechwytywały, i wchłaniały jego strzały, a Yuuzhańscy piloci zasypywali jego tarcze plazmą. "Zginę" - pomyślał. "Ale zniszczę tylu ilu zdołam". Te słowa choć nie optymistyczne dodały mu trochę sił. Wyleciał spod statku rażąc laserami pierwsze dwa skoczki, i posyłając torpedę w kierunku trzeciego. Gdy oddalił się od tego statku dostatecznie daleko, z wieloma skoczkami na ogonie, nacisnął do oporu jeden pedał co spowodowało, że statek został w miejscu, ale zmienił kierunek i orientację pionową. Teraz leciał prosto na krążownik przeciwnika. Gdy był wystarczająco blisko odpalił wszystkie torpedy protonowe jakie mu pozostały, a następnie katapultował się. Rozpędzony X-Wing wpadł na statek niosąc za sobą małą serię wybuchów. Kapsułę w której się znajdował skierował też skierował w kierunku krążownika i przyspieszył.
Gdy już się zbliżał do statku coś szarpnęło kapsułą, a on sam stracił przytomność, wyrażając wcześniej nadzieję że umiera.

Ogień floty Osari cały czas raził statki Yuuzhan. Dzięki nieokreślonej ilości strzałów naraz Yuuzhański dovin basal nie był w stanie wytworzyć wystarczającej liczby anomalii. Dzięki temu przeciwnicy stracili już dwa mniejsze statki, i jeden duży krążownik. Byłą to jednak flota tak liczna, że w miejsce każdego straconego krążownika wchodził nowy, większy i lepszy, a oni sami zniszczyli już wszystkie statki z wyjątkiem Kalamriańskiego Krążownika - "Siły". Artylerzyści raz po raz brali na cel któryś z mniejszych Yuuzhańskich statków, i zwykle ta jedna salwa starczyła by je zniszczyć. W końcu tarcze "Siły" odmówiły posłuszeństwa, a w kierunku statku pomknęły setki strzałów, szybko zamieniając piękny krążownik w palący się wrak, który opadając zniszczył jeszcze dwie mniejsze Yuuzhańskie kanonierki.

Cowd'a'Loor leżał na materiale do złudzenia przypominającym skałę. Nad nim stało kilka humanoidów, które wcześniej widział tylko na hologramach. Ciała pokryte tatuażami, i bliznami, na głowie maski, a w rękach żywe noże. Na ziemi wiły się węże. "Więc tak wygląda piekło" - pomyślał, lecz zaraz przyszło mu do głowy że trafił w ręce agentów piekła - Yuuzhan. Jeden z jego przyjaciół podczas misji na Tynnie trafił w ich ręce. Zresztą Cowd'a'Loor wiedział co oni robią z jeńcami, szczególnie tymi których uznawali za godnych, a mimo iż Cowd'a'Loor nigdy się śmierci nie bał, to jednak wolałby trafić w ręce Yavethów niż tych...
- Panie. Obudził się.
- To dobrze.

Nad Cowd'a'Loor'em pochylił się najwyższy Yuuzhanin jakiego kiedykolwiek widział. Był również najbrzydszy.
- Wstań - rozkazał.
Pilot mimo iż domyślał się co go czeka postanowił go usłuchać.
- Okazałeś się godnym by stanąć przed bogami nie jako śmieć-heretyk lecz jako jeden z nas. Niech śmierć w cierpieniu odkupi twoje heretyczne dotąd życie.
Podeszły do niego dwie kobiety, które mimo ogromnego strach uznał za bardzo ładne. Pchnęły go na ziemie, a następnie, każda z nich zabrała się do powierzonego jej rytuału. Już po chwili, która wydawała mu się wiecznością Cowd'a'Loor wrzeszczał: "Zabijcie mnie". Marzył o tym by stracić przytomność. Nieraz w życiu znosił wiele bólu, ale nigdy takiego. Najpierw obcinali mu palce. Jeden po drugim, a następnie zasypywali je dziwną substancją. Potem bardzo mocno bili go w te miejsca, wykolili mu oczy, i obcięli język. Tortury te trwały bardzo wiele czasu, aż w końcu Cowd'a'Loor, który był teraz śmieszną i obrzydliwą parodią człowieka umarł.

(1) 2 3 4


Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.