Twórczość fanów

Raz tu, raz tam

Autor: Nadiru Radena



1000 lat przed zniszczeniem Pierwszej Gwiazdy Śmierci


**********


— Przyjaraliśmy ka’hi tym cholernym repkom, aż się, ver, po nich kurzy!
Gahiz au’ki mogą nam tera obci...
Pułkownik Lad Kar przyciszył interkom z szerokim uśmiechem, który tylko nieznacznie pogłębił kilka zmarszczek widocznych na jego idealnie wygolonej twarzy. Jej łagodne rysy silnie kontrastowały z ognistym spojrzeniem zielonych oczu i krótkimi, kędzierzawymi włosami, lecz to ani trochę nie mąciło bijącej od Kara aury zwycięstwa, siły, bezwzględności i niezwyciężonej pewności siebie — cech, dzięki którym już od dobrych paru lat był niekwestionowanym liderem największej grupy pirackiej z Norulaca, Czerwonych Kolcożmij.
Parodiując dworskie gesty, pułkownik ostentacyjnie wygładził poły swego karmazynowego uniformu, tu i ówdzie ozdobionego złotymi pasami i gwiazdkami, po czym ze smętną, przepraszającą miną odwrócił się do stojącej obok kobiety.
— Proszę wybaczyć moim chłopcom te niecenzuralne zwroty — powiedział z udawanym smutkiem. — Wie pani jak to jest po bitwie...
— Nie przeginaj pały, Kar — ostrzegła go szorstkim tonem Belisa, urodziwa pani kapitan Bractwa Ciemności, odziana w wymuskany, szaro-granatowy mundur. — Zabieraj swoją bandę do roboty, bo możesz przypadkiem nie wyjść z tej wojny na plusie.
Kobieta obdarzyła go szyderczym uśmieszkiem i w towarzystwie dwóch posępnych ochroniarzy, opuściła mostek „Szarańczy”, okrętu flagowego Czerwonych Kolcożmij.
— Wredna au’k — syknęła Rashia, wysoka smukła Catharka o długiej kremowej sierści i zadziwiająco pięknej, niemalże ludzkiej twarzy, a przy tym pierwszy oficer na pokładzie „Szarańczy”, bezszelestnie podchodząc do Lada Kara.
— Ty też jesteś wredna, moja droga — stwierdził, spozierając na nią za półprzymkniętej prawej powieki.
— Dlatego mnie tak bardzo lubisz — Catharka uśmiechnęła się uwodzicielsko, z charakterystycznym błyskiem w purpurowych oczach.
— Między innymi.
Pułkownik wyminął ją z ustami wykrzywionymi półuśmieszkiem, przemierzając całą długość gwarnego mostka, od sekcji łączności, aż do umiejscowionej tuż przed głównym iluminatorem statku komórki sensorów. Poklepał po plecach przylepionego do monitorów Durosjanina i zerknął za pancerną taflę transparistali, na ciemnozieloną kulę Taanaba, a w szczególności pole szczątków wiszące na jego niskiej orbicie, kilka kilometrów przed dziobem „Szarańczy”.
— Wyłowiłeś jakieś cenne rybki, Huli?
— O, nawet kilka, szefie. — Durosjanin entuzjastycznie pokiwał swą pociągłą, rdzawo-niebieską głową z wyłupiastymi czerwonymi oczami. — Mam dwa całkiem niezłe Bivouace, jedną rozłupaną na dwa fregatę i — Huli wyszczerzył pożółkłe zęby — jednego pięknego Hammerheada bez główki.
Pułkownik zmrużył oczy i po chwili intensywnego lustrowania pola bitwy, dostrzegł dryfujący bezwładnie wrak zazwyczaj podobnego do gigantycznego młotka okrętu Republiki, z którego został sam „trzonek”. Nie licząc urwanego mostka i brakującego prawego silnika, wyglądał naprawdę świetnie.
— Dobra, bierzemy się za niego. „Rój” i „Trucizna” zgarną resztę — oznajmił Lad Kar, odwracając się do swojej załogi. Rashia pochwyciła jego spojrzenie i po delikatnym skinieniu głowy, ryknęła na cały głos, aż zadudniło w ścianach:
— Słyszeliście dowódcę, Kolcożmije! Ruszamy nasze ciężkie ka’hl na tą przerdzewiałą kupę osika! Kurs 2-4-1, przygotować promień ściągający, śluzy, grawiciaki...
Kiedy Catharka wykrzyczała pierwszą serię rozkazów, pułkownik był już w połowie drogi do zbrojowni, zbierając ludzi do ekipy poszukiwawczej, którą miał zamiar sam poprowadzić. Nie lubił marnować szans na osobiste łupienie okrętów takiej wielkości jak Hammerhead.

**********


Pułkownik ostatni raz sprawdził hermetyczność swego ciemnoczerwonego skafandra próżniowego i uniósł kciuk. Stojący przy śluzie Forel, kościsty Phindianin w śmiesznym, białym kombinezonie i hełmie ściśle dopasowanych do jego nietypowej czaszki, wcisnął jakiś klawisz. Piraci usłyszeli charakterystyczny świst rozprężonego powietrza. Stalowa przegroda na ich drodze schowała się do ściany.
Członkowie grupy, jeden po drugim, powoli wkroczyli do wnętrza wraku. Chociaż w środku nie było krzty powietrza, na co dobitnie wskazywały zastygłe w koszmarnych pozach ciała leżące tu i tam, sztuczna grawitacja została bardzo prędko przywrócona, do czego silnie przyczyniły się generatory ciążenia zamontowane na „Szarańczy”.
— Pułkowniku. — W słuchawce zatrzeszczał głos Davora, młodego technika-samouka z Taris. — Na pokładzie trzecim i czwartym wykryłem kilka oznak życia. Wygląda na to, że wciąż mają tam powietrze... albo wyciągnęli skądś jakieś skafandry, choć to mało...
— Dzielimy się na cztery grupy po pięciu — przerwał mu Kar. — Ja, Kier, Łysy, Davor i Forel idziemy na pokład trzeci.
Przywódca piratów przydzielił wszystkim zadania i, nie zapomniawszy o wyciągnięciu blastera z kabury, ruszył w wyznaczony przez siebie samego region, kierując się odczytami skanerów Davora. Po drodze minęli kilka całkiem strzaskanych i rozhermetyzowanych przedziałów, ale też i takie, które zdołały się utrzymać w dość dobrym stanie. Tam członkowie załogi zazwyczaj umierali z braku powietrza, ostatkami sił starając się zaczerpnął życiodajnej dawki tlenu. Nie był to przyjemny widok, lecz Led Kar widział już tysiące podobnych i znacznie gorszych, toteż zupełnie nie zwracał uwagi na co rusz zagradzające mu drogę zwłoki. Zresztą, byłoby czymś dziwnym, gdyby się przejmował ciałami zabitych — między innymi przez siebie — wrogów.
Dotarcie do pokładu trzeciego nie zajęło im więcej niż minutę. Zadowolony ze swojej pracy Davor już sięgał ręką do przełącznika obok grodzi, kiedy przed zrealizowaniem zamiaru otwarcia grodzi powstrzymał go pułkownik.
— Co jest? — zdziwił się chłopak. — Przecież tu jest hermetycznie, sprawdziłem.
— Nie o to chodzi — Lad Kar uśmiechnął się lodowato zza osłony hełmu. — Rashio, kotku, pobaw się nieco z naszymi gospodarzami.
— Z przyjemnością — syknęła z chichotem Catharka. Moment później po drugiej stronie grodzi rozległa się seria głośnych dudnięć, grzechotów, klapnięć i zgrzytów. Kakofonia umilkła po paru sekundach i dopiero wtedy pułkownik pozwolił podwładnemu zrobić swoje.
Ich oczom ukazało się porządnie zdewastowane pomieszczenie, w którym wszędzie walały się jakieś przedmioty: pudła, kontenery, szczątki komputerów, rozbite monitory i poprzewracane fotele. Pośród całego tego rozgardiaszu leżało kilka skulonych, jęczących z bólu postaci ubranych w mniej lub bardziej obszarpane mundury Republikańskiej Marynarki Wojennej.
Jedna z nich była na tyle przytomna, by odszukać swój pistolet blasterowy i nawet zdążyć go unieść, nim w jej czaszkę wwierciła się rubinowa błyskawica. Ciało runęło na podłogę z głośnym rumorem.
— Zmiana wektora grawitacji — powiedział z uznaniem Davor, dokładnie obejrzawszy pomieszczenie. — Bardzo sprytnie, szefie.
Lad Kar nie odpowiedział, kierując lufę swojego leciutko rozgrzanego blastera na sylwetkę kolejnego republikańskiego żołnierza.
— Wstawać, repki, wstawać! — krzyknął, dla otuchy strzelając w podłogę tuż obok kolana młodego, śmiertelnie przerażonego Mirialanina. — Ustawić się rządkiem. Ruchy, ruchy, au’ki!
Kiedy już pozostałych czterech ocalałych członków załogi Hammerheada, dwóch ludzi, Sullustanin i Rodianin, dokuśtykało do siebie, pułkownik stanął przy pierwszym z ludzi i spytał z udawaną uprzejmością:
— Kto był kapitanem tej łajby?
Człowiek zacisnął zęby, hardo spojrzał na Kara. Ten wzruszył ramionami, podniósł pistolet do głowy żołnierza i bez wahania pociągnął za spust. Czterech pozostałych Republikan jęknęło i skuliło się w sobie, gdy połowa czaszki ich kolegi eksplodowała, a kawałki kości oraz mózgu rozprysły się we wszystkich kierunkach.
Pułkownik stanął przed trzęsącym się jak galareta Rodianinem.
— Za wolno. To jeszcze raz: kto był kapitanem tej łajby?
Rodianin wylał z ust potok huttyjskich słów. Lad Kar skrzywił się, jakby przegryzł coś wyjątkowo gorzkiego. Po chwili zielonoskóra istota leżała na podłodze z potężną dziurą w piersi, w miejscu, gdzie zazwyczaj znajdowało się serce.
— Nie cierpię huttyjskiego — mruknął Kar z odrazą.
— Pułkowniku! — W hełmie rozległ się roześmiany głos któregoś z piratów. — Tu Ryf, jesteśmy w zbrojowni. Wszystko jest, vor, na miejscu i aż się świeci nowością. Ze dwie godzinki będziemy to wynosić!
Dowódca „Szarańczy” uśmiechnął się triumfalnie i wskazał Łysemu — tak wszyscy nazywali posępnego czarnoskórego faceta rodem z Haruun Kal — na trzech wciąż żywych załogantów Hammerheada. Pirat bez mrugnięcia okiem wypalił po dwa czarne otwory w każdym z nich ze swojej ciężkiej rusznicy blasterowej typu FC.
— Szefie? — Do pułkownika podszedł nieco zdezorientowany Davor. — Czemu ich szef zabił przed wyciągnięciem informacji?
— Informacji? A, chodzi ci o tego kapitana! — Roześmiał się i poklepał chłopaka po ramieniu. — To było tak dla zabawy...
— Szefie.
— Co jest grane, Czerwony? — Kar momentalnie wyczuł po napiętym tonie głosu podwładnego, że sprawa może być poważna.
— Rage znalazł jakąś repkową au’k i się, ver, uparł, że ją weźmie ze sobą.
— Rzeczywiście ver — zaklął herszt, przewracając oczami. — Ładna przynajmniej?
— Dla mnie brzydka jak cholera.
— Taa, Quarreńskie gusta to dyskusyjna kwestia — mruknął pod nosem i po chwili dodał głośniej: — A niech se bierze, naiwny di’kut, byle ją trzymał krótko.
— Jasne, szefie. Co z resztą repków?
— Pozwólcie im dołączyć do swoich kolegów — powiedział wesoło. Rozkaz został wykonany ochoczo, gdyż nie minęła sekunda, a w słuchawkach usłyszał blasterową kanonadę. — Uwielbiam te norulackie eufemizmy.

**********


Dwie roznegliżowane ponętne Twi’lekanki — jedna czerwona, druga pomarańczowa — wiły się ekstatycznie w różnobarwnych snopach światła, przemykających przez chmury sinego dymu i sylwetkach podpitych osobników kilku ras, wlepiających w dziewczyny swojego oczy (lub inne narządy sensoryczne). Między podziurawionymi przez blastery ścianami falowały rytmiczne dźwięki ogłuszającej muzyki, ale mało kto zwracał na nią uwagę, zajęty własnymi sprawami.
Śmiejąc się do rozpuku, Lad Kar skierował wzrok z powrotem na rozweselone oblicza swoich podwładnych, rozwalonych na ławkach wkoło stolika.
— Kocham Taanab!
— A mnie nie? — Siedząca mu na kolanach Rashia zatrzepotała figlarnie powiekami.
— Muszę się zastanowić — stwierdził z zadumą. Najpierw otrzymał silny cios pod żebra, który wydusił mu z płuc powietrze, a potem długi, namiętny pocałunek, po którym przez dobrych parę sekund łapczywie czerpał tlen. Uśmiechnął się krzywo. — Chyba tak.
Zakasłał ze dwa razy, wkrótce jednak zmienił kaszel na przyciszony śmiech po tym, jak Catharka połaskotała go po piersi swoimi bardzo ostrymi pazurami. Pułkownik, zanosząc się mimowolnym chichotem, w końcu odepchnął dłoń Rashii.
— Dobrze, wystarczy już.
Jego słowa, choć wypowiedziane lekkim tonem, były wszelako rozkazem i dlatego też po chwili Catharka ześlizgnęła się z jego kolan i usiadła obok, gdy w tym czasie pozostali piraci z wyczekiwaniem wbili spojrzenia w swego przywódcę.
— Dobra, zabawiliśmy się, teraz czas na interesy — powiedział, odkładając niedopitą szklankę brandy z Naboo. — Ile towaru zgarnęliście, Jo’rk?
— Będzie z piętnaście tracy’uure TP-7, trochę kabelków i takich tam osików, alor — odpowiedział sztywno kapitan „Trucizny”, umięśniony Mandalorianin o wiecznie ponurym wyrazie twarzy. Jak zwykle nadużywał swojego ojczystego mando’a.
— Tu to samo — powiedział szybko dowódca „Roju”. — Rozsmarowało tą fregatę, że nie było co zbierać. Trafiło, gahiz generator.
— Co z towarem z młotka? — spytała Rashia. — Ktoś to policzył?
— Nasadziliście nam tego poodoo tyle, że cały rok będziemy to, ver, liczyć! — zarechotał nieco już podpity Kier, co chwila rozlewając piwo ze swojego wielkiego kufla. — Te fe’shi są, ver, dziane jak...
— Pułkowniku!
— ...cholera — dokończył Kier. — Ot co, cholera idzie.
Donośny krzyk, który doszedł piratów od strony wyjścia z kantyny, postawił ich w stan gotowości. Dopiero po chwili przebijania się wzrokiem przez tumany dymu, Lad Kar spostrzegł znajomą postać nadchodzącą w ich stronę spiesznym krokiem. Wszyscy momentalnie wrócili do poprzedniego stanu.
— Hej, Dav, co jest grane?
Zdyszany chłopak po chwili usiadł obok Jo’rka i powiedział poważnym głosem:
— Mam informację.
— No to gadaj, ver! — bąknął Kier.
— Sithowie dostali w ka’h na Ruusan.
— No i co z tego? Sithowie dostają tam, repki gdzie indziej... bylebyśmy mieli kredyty, a mamy to w głębokim ka’h, nie?
Jo’rkowi odpowiedział tylko tubalny śmiech Kiera. Pułkownik potężnym kopniakiem wymierzonym w schlanego pirata skutecznie zachęcił Davora, by mówił dalej.
— Ten Kaan, Mroczny Lord, czy jak mu tam, wyparował ze swoimi Lordami. Wszędzie gadają, że Jedi rozwalili co do jednego wszystkich Sithów na Ruusan. Co do jednego! — podkreślił chłopak, dokładnie artykułując każdy wyraz. Po twarzach piratów przemknął jakiś cień; każdy popatrzył na każdego i nagle wszyscy w tym samym czasie zaczęli coś mówić.
— Zamknąć ryje! — krzyknął Lad Kar. Wrzawa ucichła niby ucięta wibronożem. — Chcesz powiedzieć, że całe dowództwo Bractwa Ciemności poszło się grzać w piekle? Może to jakaś plota?
— Szczera prawda — rzekł z oburzeniem Davor. — Widziałem na własne oczy jak kanclerz repków to ogłaszał. Sithowie leżą i kwiczą. Wojna zaraz się skończy.
— Ver.
To jedno słowo Kiera było najdoskonalszym komentarzem fatalnej sytuacji, w której nieoczekiwanie znalazły się Czerwone Kolcożmije. Odkąd istnieli, ich organizacja czerpała wszystkie profity z wojny i łupienia niszczonych wespół z Sithami okrętów Republiki. Koniec wojny oznaczał koniec zysków, a koniec Bractwa Ciemności bardzo, bardzo krwawą zemstę Republiki. Każdy z piratów, niezależnie od stopnia upojenia alkoholowego, zaczął sobie zdawać sprawę z implikacji wydarzeń na Ruusan.
Tylko Lad Kar nie miał na twarzy wypisanej wściekłości. Tylko on głęboko w głowie uruchamiał już właściwe trybiki i kombinował, co zrobić, aby nie skończyć w próżni, jak Sithowie. Rashia pierwsza spostrzegła jego zadumanie i to jej pierwszej pułkownik zaprezentował promienny uśmiech, w którym jak żywo rysowało się poczucie zwycięstwa.
— Co powiecie na to, żeby na pożegnanie pogrzebać w zabawkach naszych drogich przyjaciół z Bractwa?
Dobry humor przywódcy od razu udzielił się jego podkomendnym, którzy zaczęli energicznie kiwać głowami.
— Uwielbiam demokrację — stwierdził Lad Kar.

**********


Natrętny brzęczyk interkomu wyrwał Kara ze snu szybciej niż miecz świetlny kauteryzuje ranę. Strząsnął z piersi kosmatą rękę smacznie śpiącej Rashii, której — dla odmiany — nie zbudziłby nawet wybuch nuklearny, zeskoczył z łóżka i doparł do niewielkiego holograficznego terminalu. Kiedy zobaczył kto się chce z nim skontaktować, zaklął, wyłączył podgląd wizualny, po czym nacisnął klawisz odbioru.
— W czym moja skromna osoba może wspomóc wszechpotężne Bractwo Ciemności? — zadrwił na powitanie.
— Zamknij jadaczkę i słuchaj — warknęła pani kapitan Belisa. — Przenosimy nasz garnizon z Taanabu na nową planetę...
— O, uciekamy? — wtrącił pułkownik, udając całkowite zaskoczenie.
— Jeszcze jedno słowo Kar, a przysięgam...
— Pokornie słucham — odparł, dusząc w gardle śmiech.
— Za godzinę twoja flota ma być gotowa do drogi. Oczekujcie mojego przybycia pięć minut przed tym czasem.
W głośniczkach rozbrzmiał trzask oznaczający przerwanie transmisji.
Pułkownik zerknął na chronometr, uśmiechnął się szelmowsko i zaczął szybko naciągać na siebie kolejne części porozrzucanej po kabinie garderoby.
— Kotku, czas się zbierać i pomóc pani kapitan w przenosinach cennego sprzętu wojskowego.
Catharka mruknęła coś niewyraźnego w odpowiedzi. Mniej więcej pięćdziesiąt minut później, oboje stali już od pół godziny na mostku, dopinając na ostatni guzik swoje ambitne plany nader hucznego wycofania się z wojny.

**********


Belisa przybyła na miejsce punktualnie co do sekundy, rzucając na boki groźne, oziębłe spojrzenia. Tak jak zwykle dreptało za nią dwóch osiłków w czarnych zbrojach i z karabinami wielkości adekwatnej do ich muskułów.
Pani kapitan wskazała ramieniem na usytuowaną przed „Szarańczą” flotę Sithów, składającą się z trzech krążowników, dwóch niszczycieli i kilkunastu mniejszych jednostek, z czterema pudłowatymi transporterami typu Ajunta gdzieś na szarym końcu.
— Ustawcie się na lewej flance, obok krążownika „Złość”.
— Się robi. Rashia?
Catharka zabrała się za wydawanie poleceń, a w tym czasie Lad Kar zagadał do Belisy:
— To dokąd ucie... oczywiście, taktycznie się wycofujemy?
— Na Uluum. I wcale się nie wycofujemy — podkreśliła z pogardliwym grymasem na ustach — lecz dokonujemy przegrupowania po unicestwieniu Armii Światła na Ruusan.
— To Jedi przegrali? — Zdumienie pułkownika nie było autentyczne; wiedział, że Belisa kłamie, bądź też sama nie zna prawdy. — Myślałem, że to Sithowie nieźle tam oberwali.
— To cud, że w ogóle potrafisz myśleć, Kad — zadrwiła i zagrzmiała: — Ustawić kurs na Uluum. Skaczemy z trzysekundowym opóźnieniem.
Lekki uśmiech El-kala z sekcji nawigacyjnej był znakiem, że polecenie Belisy zostało zignorowane, lecz dla niepoznaki wszyscy robili to, czego od nich oczekiwano przy normalnym skoku w nadprzestrzeń.
Kiedy rozbłysła cyfra trzy, dwa niszczyciele zadrżały w pseudoruchu i wystrzeliły do przodu jak błyskawice. Sekundę potem dołączyła do nich para krążowników i kilka mniejszych okrętów.
Silniki transporterów zajaśniały silnym, błękitnym blaskiem — i nagle każdym wstrząsnęła miniaturowa eksplozja. Belisa szeroko rozwarła oczy.
— Co tu się dzieje? — spytała lodowatym tonem.
— Postanowiliśmy zakończyć naszą współpracę. — Lad Kar w okamgnieniu dobył blastera i wbił jego lufę w szyję Belisty. — Obawiam się, że permanentnie.
Pociągnął za spust i mniej więcej w tym samym momencie na mostku rozległy się trzy blasterowe wystrzały — po jednym dla każdego z Sithów, którzy bez życia runęli na płyty pokładu.
— Hej, ja miałam ją zabić! — syknęła z wyrzutem Rashia.
Pułkownik przeniósł wzrok z ciała kobiety na rozczarowaną minę Catharki i przepraszająco się uśmiechnął.
— Wybacz, kotku, na śmierć zapomniałem.
— Szefie, „Złość” nie skoczyła z resztą Sithów i zaraz nas zaatakuje! — krzyknął ktoś z załogi.
— Zdradzieckie au’ki — prychnął Kar, schowawszy blaster. — Włączyć osłony, wypuścić myśliwce... to, co zwykle. „Szkwał” i „Żądło” niech się zabiorą za transportery. My i reszta pokażemy „Złości” kto ma większe działa.
Pierwsza seria z turbolaserów niesymetrycznego zlepku wielokątnych brył, którym był krążownik Sithów, rozprysły się na dziobowych tarczach okrętu flagowego Czerwonych Kolcożmij. „Rój” i „Trucizna” momentalnie podpłynęły pod bakburtę „Złości” i z minimalnej odległości zaczęły go okładać rakietami udarowymi. Purpurowe warkocze dziesiątków pocisków rozlały się w bursztynowe kule ognia, wyrywając potężne kęsy pancerza z kadłuba krążownika. Osłony okrętu zniknęły i „Złość” przechyliła się na bok, niezdolna do utrzymania swojej pozycji. Myśliwce przechwytujące Sithów przestały istnieć parę chwil wcześniej i zwycięskie jednoosobowe stateczki piratów ruszyły na krążownik, zasypując go gradem świetlistych bełtów.
— No, mam nadzieję, że to już koniec nieprzyjemnych niespodzianek — rzekł pułkownik, z obrzydzeniem odrywając od swojego munduru kawałek kręgosłupa Belisy, którego dotąd nie zauważył przy czyszczeniu ubrania. — Jak tam postępy „Szkwału” i „Żądła”?
— Za chwilę zadokują przy Ajuntach.
— No i świetnie.
Zadowolony Lad Kar podszedł do przedniego iluminatora i, kątem oka obserwując jak krążownik wroga rozpada się na trzy bezkształtne fragmenty żużlu, popatrzył na niezbyt odległe sylwetki dwóch pirackich fregat biorących w objęcia dwa razy mniejsze transportery Bractwa.
— Powetujemy sobie stratę paru ludzi.
— Z nawiązką! — dodał entuzjastycznie Durosjanin Huli.
Ni stąd, ni z owąd iluminator wypełnił się oślepiającym ogniem. Transparistal w ułamku sekundy automatycznie pociemniała i po chwili wróciła do swej naturalnej przezroczystości. Szczęka pułkownika sama z siebie opadła.
Cztery transportowce Sithów przeistoczyły się w gigantyczne sfery płomieni, momentalnie pożerając kadłuby dwóch fregat. Tarcze i pancerz uległy przerażającej sile detonacji i moment później oba okręty zostały rozszarpane na drobne kawałeczki, dołączając do rozdartej wcześniej „Złości” na drodze do spalenia w atmosferze Taanabu.
Na mostku „Szarańczy” przez dobrych kilka sekund panowała absolutna cisza. Potem zaczęło się rzucanie pierwszych przekleństw i lamenty nie tyle nad załogą fregat, co cenną zawartością gwiezdnych maszyn — niemałą częścią łupów zebranych w ciągu paru miesięcy potyczek z Republiką. Teraz nie dość, że utracili to wszystko, to na dokładkę niczego w zamian nie uzyskali.
Przywódca Czerwonych Kolcożmij zacisnął palce na poręczy odgradzającej go od iluminatora, ale poza tym on sam wyglądał niczym marmurowy posąg. Dopiero pieszczotliwe dłonie Rashii wędrujące po jego plecach, i nieco poniżej nich, wymusiły na jego twarzy jakąś reakcję: w tym przypadku blady uśmiech.
— Daliśmy się, ver, wykiwać — powiedział gorzko, przymglonymi oczami obserwując szczątki maszyn niespieszni zmierzających w atmosferę planety. — I to na samym końcu gahiz gry.
— Pomyśl optymistycznie, Lad — rzekła Catharka, delikatnym ruchem dłoni obróciwszy twarz pułkownika w swoją stronę. — Mamy ładownie pełne fantów i kilkaset mniej gęb do wykarmienia. Znajdziemy nowych, kupimy parę stateczków i będzie po staremu.
— T-tak — mruknął Kar, kiwając głową. — Masz rację.
Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie — i był to ostatni gest, którym przywódca piratów wyraził żal z powodu utraty ludzi, maszyn i kredytów. W tym bowiem momencie odwrócił się, a na jego ustach rozkwitł bezczelny uśmiech, za którym poszedł okrzyk:
— Dobra, rozbeczane au’ki, koniec mazania się! Raz nas Sithowie wycwanili i raz wystarczy. Zaraz pewnie zawitają tu repki, a że nie mam ochoty robić im powitalnej imprezki, lecimy w nowe miejsce.
— Ale gdzie, szefie? — spytał niezbyt entuzjastycznie Huli.
Pułkownik objął Rashię w pasie i roześmiał się głośno.
— Jak to gdzie? Do domu, na Norulac!


Glosariusz:

alor — mando’a: przywódca, szef
au’k [l.p.] au’ki [l.m.] — norulacki: prostytutka
di’kut — mando’a: kretyn, idiota
fe’shi — norulacki: wulgarne określenie przesadnie wypielęgnowanych mężczyzn
gahiz — norulacki: pieprzony i wulgarniej
ka’h [l.p.] ka’hi [l.m.] — norulacki: tyłek
osik — mando’a: łajno, gówno
poodoo — huttyjski: łajno, gówno
repki — żołnierze Republiki
tracy’uure — mando’a: blastery
ver — norulacki: wulgarny przerywnik



Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (9)

0/10

Fajne, mało oklepane ciekawy pomysł wg mnie 9/10.

Świetne. Naprawdę świetne. Bardzo dobre dialogi, bardzo dobre opisy, bardzo dobry pomysł na fabułę. Ach, Lad Kar, nasz galaktyczny Czarnobrody :) Cholernie mi się podobało. 9,5/10

Dawno czegoś tak dobrego nie czytałem!
Oczywiście można się przyczepić do paru szczegółów, ale mi nie przeszkadzają!
A dodatkowo te StarWarsowe języki!
Jak by powiedział mój ojciec: [b]MIODZIO![/b]
10/10!!!

Timonaliza1 -> Trzy ostatnie moje opowiadania w momencie premiery miały po kilkanaście miesięcy na karku. Nie publikuję tekstów zgodnie z chronologią ich powstawania.

Skoro już przy tym jestem, to ostatnie opowiadanie SW, które napisałem to "Bitwa o Endor" (czytałe/aś?). Od pięciu miechów zajmowałem się tylko opowiadaniani nie-SW.

Jakby powiedział to mój tata "Wiesz, szału nie było...". Taki komentarz cały czas ciśnie mi się na usta. Twoje starsze prace były genialne, świetne itp. Dzisiaj natomiast jesteś (dla mnie) cieniem samego siebie. Z żalem, ale 7.5/10.

Fajna historia, słowa z obcych języków wiec dodatkowy plusik, trzymasz dobry poziom Nadiru. Dam 9,5/10

Czytało się bardzo przyjemnie, szczególnie podobało mi się to pirackie poczucie humoru, które udało ci się bardzo dobrze odtworzyć. Można by się przyczepić do paru rzeczy, ale większość z nich to drobnostki, o których nie warto wspominać. 9/10

Dobrze się czytało. Zwłaszcza, że na bohaterów wybrałeś piratów. Jednak muszę przyznać, że postacie, dialogi momentami były jakieś zbyt "teatralne". Nie wiem jak to inaczej ująć, bo to było dość ulotne wrażenie.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.