Twórczość fanów

Rozróba

Autor: Janusz "Carno" Tomaszewski




Była wysoka, tłusta i zdecydowana dać mu dupy.
-Młody, ładny jesteś, a ja też niczego sobie – powiedziała kobieta, lubieżnie oblizując sobie usta, co tylko przyprawiło go o mdłości- Raptem trzydzieści kredytów, i możemy skoczyć zabawić się na górze. Nie pożałujesz!
Łazarz, po raz niewiadomo który, jęknął głośno, spoglądając jednocześnie na swoich dwóch kompanów, siedzących przy nim przy stoliku. Ci, po raz niewiadomo który, parsknęli śmiechem.
-Ty to, brachu, masz powodzenie. Prawie Ci zazdroszczę – rzucił, nie kryjąc rozbawienia, Rybak, wysoki, szeroki w barach blondyn o zielonych oczach. Przeciągnął się na krześle i dorzucił z niewybrednym uśmiechem– Pani proponuje Ci komfortowe ruchanko tam na górze, a ty się opierasz? Dżentelmen się tak nie zachowuje, drogi Panie!
Siedzący obok niego rudzielec, ubrany w gustowny mundur koloru khaki, z narzuconą na niego czarną, skórzaną kamizelką, z trudem powstrzymywał się przed wybuchnięciem gromkim śmiechem. Opanowawszy się, rzekł z kamienną miną:
-Nie no, Łazarz, Rybak ma rację. Prawdziwi dżentelmeni nie odmawiają prawdziwym damom, szczególnie tym z gatunku łatwych i tanich. Jeżeli nie chcesz popsuć reputacji naszemu elitarnemu gronu, pójdziesz zaraz grzecznie za naszą czarującą panią, uiścisz stosowny datek na rzecz sierot wojennych, i z należytym szacunkiem rozchylisz jej nogi i załadujesz ją w dupę, z okrzykiem ,,za naszą wolność i waszą”, jak to stara, oficerska tradycja nakazuje – powiedziawszy, co powiedział, zrobił, co miał zrobić – wypił do końca swe piwo, które w co lepszych miejscach ( na przykład w jakichś zapyziałych dziurach na Zewnętrznych Rubieżach ) nie zasługiwałoby na zaszczytne miano sikacza.
Pięknie, kurwa, pięknie – pomyślał Łazarz – Grunt to przyjaciele. Jedna gnida, owłosiona małpa, zwana Rybakiem, zgrywa bystrzachę, a druga, ruda gnida, jakże oryginalnie zwana Rudym, robi za cholernego dowcipnisia. A żeby tego było mało, to grube dupsko, piastujące zaszczytne miano kantynowej kurwy, nie chciało się od niego odpierdolić. Co jeszcze, bójka z Wookiem? Odetchnąwszy głęboko, postanowił spróbować jeszcze raz polubownego rozwiązania sytuacji z nachalną damą niezbyt ciężkich obyczajów.
-Ile razy mam Ci jeszcze powtarzać, że nie chcę się z Tobą pieprzyć – O, dobrze. Stanowczej niż przedtem. Mocne słowa. Tak trzymaj, Łazarz! – Nie chcę poznawać twych wdzięków, nie chcę, abyś mi zrobiła loda, nie chcę Cię rżnąć, ani teraz, ani nigdy! Jeżeli szukasz dobrej zabawy, zapytaj moich kompanów, oni lubią takie jak ty – ostatnim słowom towarzyszył gest w stronę jego towarzyszy, którzy jednak tylko ponownie się roześmiali.
Niestety, lalunia ponownie nic sobie nie zrobiła z jego przemowy.
-Oj, młody, weź się nie wstydź. Ty się nie wstydź, ja doświadczona, ja z Ciebie zrobię mężczyznę – Prostytutka pochyliła się nad stołem, ukazując obwisły, pomarszczony biust, i uśmiechnęła się, prezentując liczne szczerby między zębami, na co wszyscy zebrani wokół stolika mężczyźni wzdrygnęli się – Ty się nie bój, ja Cię przygarnę, i nawet ze dwa kredyty opuszczę.
Łazarz, wbrew temu co mówiło przywalające się do niego tłuste babsko, nie był wcale taki młody. Miał już w końcu jakieś trzydzieści lat, parę blizn wskazujących na to, że nie był grzecznym chłopcem nawożącym gnój u wujostwa na farmie, ale mającym wiele istnień na sumieniu zabijaką z ponurą przeszłością. No dobra, dla niego nie była ona zapewne wcale taka ponura, zapewne określiłby ją raczej mianem ,,pełnej przygód” ( choć jego kompani, porównawszy jego dotychczasowe doświadczenia ze swoimi, zapewne parsknęli by śmiechem na takie sformułowanie – ale w obronie Łazarza rzecz trzeba, że prawdą a Mrocznym Lordem Sithów, wcale tak mocno im nie ustępował ). Biedaczek był jednak teraz w sytuacji, którą pewien jego znajomy określiłby niewątpliwie jako bycie między pragmatyzmem a romantyzmem. Przyjmując chwilowo tą terminologię, Łazarz ,,romantyczny” wstał by w tym momencie z miejsca, złapał namolną kurwę za chabety, i wypierdolił przez drzwi. Jego wersja ,,pragmatyczna” wzdragała się jednak przed tym rozwiązaniem, świadoma tego, że jego, psia ich mać, kumple, nie daliby mu przez to żyć przez jakieś następne cztery tysiące lat. Nie mówiąc już o tym, że bał się tego, że przez sam dotyk zarazi się jakimś paskudztwem. Krótko mówiąc, najemnik był w kropce.
Zaraz, zaraz, panie majster, Łazarz to najemnik? Ano. Rybak i jego rudy kumpel też? Nie rudy kumpel, tylko RUDY. Po prostu Rudy. Takie imię/ksywa/numer identyfikacji podatkowej, kumacie? Tak, to najemnicy. Ślepiście, czy jak? W końcu jak byk jest, że jeden ma blizny na mordzie, drugi jest barczystym Rybakiem, a trzeci ma mundur koloru khaki. Że niby co? Że blizny i bary może mieć każdy, a mundur koloru khaki może byle cieć nosić? Ech, wszystko trza, profanom, tłumaczyć. A więc tak: Łazarz, lat trzydzieści, sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostów, liczne blizny i bruzdy na twarzy i nie tylko, ubrany w czarne spodnie, czerwoną koszulę i czarną marynarkę. Rudy, lat trzydzieści cztery, sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, blizn mający od groma i trochę, z dowcipem świeżym niczym uroda Imperatora, ubiór podany wcześniej. A Rybak jest Rybakiem. Wysokim i barczystym. No.
Ale wróćmy do waszego przyjaciela Łazarza ( i nawet nie pytajcie, dlaczego waszego. Skąd mam niby wiedzieć? To w końcu wasz przyjaciel ). Jako się rzekło, chłopak był w kropce. Żeby ona choćby tak ze trzydzieści kilo młodsza była. Żeby uśmiechając się nie odsłaniała zębów. Żeby chociaż tak nie śmierdziała. Czemu się akurat zaraza do mnie przywaliła? – pomyślał nasz dzielny heros – Cholera, czasem uroda przyciąga kłopoty.
Z tą urodą to nasz najemnik nieco przesadził, gdyż tak obiektywnie patrząc, najprzystojniejszy z siedzącej za stolikiem trójki był Rudy, który dowcipem maskował przerażenie. Co się stanie, gdy ten babsztyl przejrzy na oczy, i zwróci się do mnie? – Gorączko zastanawiał się rudzielec – Czym ją załatwię? Pięścią jej nie wywalę, bo się brzydzę jej tykać. Z blastera – kalkulował dalej – jej w ryj nie wystrzelę, bo kawałki jej mordy mnie upaskudzą. Wibroostrza jej nie wbiję, bo przecież potem będę musiał je wyjąć i wyczyścić, a przecie się brzy… Zaraz, zaraz! Sytuacja uratowana! Rybak przecie za mnie je wyciągnie i wyczyści. Bo przecie jest Rybakiem. No.
Rybak już dawno zaplanował strategię ewentualnego starcia z grubą Bertą, jak to ochrzcił owe dziewczę urody okrutnej, owego Demona Zagłady, Anioła Ciemności, który na ich zapchlone, pieskie szczęście, postanowił zainteresować się trzema biednymi skurwielami. Oj tak, Rybak w ciemne bity nie bił, i plan miał od pierwszego spojrzenia na żeńską wersję Dartha Vadera, zbliżającą się do nich nieubłaganym krokiem. Gdy tylko Otchłań zwróci na niego uwagę, wstanie, wywróci stolik, pchnie Rudego w objęcia demona, i zacznie spieprzać byle szybciej do wyjścia. Dla pewności rzuci za siebie jeszcze detonator termiczny, aby spowolnić pościg Ciemnej Strony Mocy. Detonator będzie rzecz jasna atrapą. Chyba.
Takie to myśli przelatywały przez myśli trzech dzielnych wojaków, siedzącym za jednym z większych stolików w kantynie o dumnej nazwie ,,Atlantic Club”. Temu, kim był ów Atlantic, i co razem robił z tym Clubem, żaden ze stałych i okazjonalnych bywalców lokalu nie zaprzątał sobie głowy więcej niż półtorej sekundy. I słusznie, albowiem po co zgłębiać to, co niezgłębione? Rzecz trzeba, iż ów dumny lokal nie cieszył się zbyt dobrą sławą na swojej planecie, wcale nie tak zapyziałej, jak mogłoby się wydawać. Planeta owa, której nazwa jest chwilowo nieistotna, szczyciła się całkiem sporą liczbą ludności, niezgorszymi fabrykami, paroma nieco szerzej ( acz tylko nieco ) znanymi uzdrowiskami, i posiadała nawet niewielki garnizon sił Nowej Republiki. Który to garnizon, nawiasem mówiąc ( bez nawiasu ), był tajną bazą republikańskiego wywiadu, służącą do tymczasowego przechowywania najróżniejszych więźniów i informacji. Ale o tym sza, bo nie wie tego więcej niż jakieś pół miliona istot. Nie licząc mieszkańców planety. Powróćmy jednak do naszych trzech herosów i ich dramatu.
Łazarz zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co jeszcze może zrobić. Już otwierał usta, by cokolwiek z siebie wykrztusić, świadom, że nie będzie to nic, co mogłoby by wyciągnąć ze szponów Ciemności, gdy wtem przybyła odsiecz.
-Te, kurwa – zagrzmiał zza pleców prostytutki niski, grzmiący głos – Wypierdalaj.
Pamiętacie, jak opisywałem wam Rybaka? Że jest wysoki, szeroki w barach, i że jest Rybakiem? Pamiętacie? To dobrze. Bowiem mężczyzna, który odważył się przemówić do zmory trzech najemników, był od niego niższy. I nie tak szeroki w barach. I zdecydowanie nie był Rybakiem. A był jeszcze bardziej przerażający od niego. Dacie wiarę?
Prostytutka nie przejęła się słowami dobiegającymi zza jej pleców ( widać była przyzwyczajona do tego typu traktowania ), i zaczęła ponownie proponować biednemu Łazarzowi swoje usługi. Trzeba było widzieć jej minę, gdy stojący za nią mężczyzna chwycił ją za ramiona, obrócił o sto dwadzieścia stopni, i uraczył potężnym kopniakiem prosto w tłusty przedmiot zarobku wyżej wymienionej, tak że ta wylądowała na oddalonym od jej dawnego położenia o cztery metry stoliku, na szczęście pustym ( na szczęście dla ewentualnych gości ), wywracając go i siebie na podłogę. W całym lokalu zapadła cisza. Wszyscy w osłupieniu gapili się na powoli powstającą z ziemi, klnącą głośno prostytutkę. Tymczasem sprawca całego zamieszania powoli podszedł do ofiary napaści, i kopnął ją jeszcze raz mocarnie w tyłek. Kurwa po drugim ciosie błyskawicznie, zważywszy na jej tuszę, wstała i pobiegła do wyjścia.
-Jak Ci następnym razem powiem, że masz wypierdalać, to masz wypierdalać – rzucił za nią jej oprawca. Sala, dotychczas osłupiała, przywitała jego słowa oklaskami i okrzykami aprobaty. Mężczyzna, nie zwracając uwagi na aplauz, spokojnie odwrócił się i wrócił do stolika, zajmowanego przez Łazarza i spółkę, do którego w międzyczasie dosiadło się jeszcze dwóch ludzi.
-Ty to, Pancerz, umiesz docenić damę, bez dwóch zdań – rzucił z szelmowskim uśmiechem jeden z nowo przybyłych, łysiejący brunet z kozią bródką- Następnym razem to Ciebie wyślemy po panienki, a nie Rybaka. Na pewno zrobisz znacznie lepsze wrażenie.
To była akurat racja. Wrażenie będzie na sto dwa. Człowiek, nazwany Pancerzem, był jeszcze bardziej przerażający od Rybaka. Dacie wiarę?
Racja, coś w tym jest, że Rybak nie jest ogolony na łyso, nie nosi koszulek bez rękawów, nie ma oderwanej połowy ucha, nie ma sztucznego oka, i nie ma paskudnej blizny, ciągnącej od czoła, przez cały lewy policzek, aż do podbródka. To wszystko racja, co i tak nie zmienia faktu, że trudno było uwierzyć, iż potrafił być ktoś bardziej przerażający od niego.
-Nie pierdol, Grabarz, tylko dawaj mojego browara- powiedział Pancerz, i odebrał swój napój z rąk bruneta. Upił spore łyka z kufla, obtarł usta z piany, po czym dopiero zasiadł na krześle- Wybacz, Łazarz, że dupę Ci zabrałem. Następnym razem zostawię was sam na sam. – Wszyscy zasiadający przy stole mężczyźni przyjęli te słowa wybuchem gromkiego śmiechu. Wszyscy, poza Łazarzem znaczy się.
-Tylko spróbuj, a potem sam się będziesz łatał z ran. – warknął ten ostatni – Nawet w tym zafajdanym lokalu spokojnie piwa napić się nie można, żeby coś się do ciebie nie przypałętało.
-Takie już uroki przebywania w miejscach, gdzie szefu próbuje załatwić nam jakiś kontrakt – westchnął Grabarz – Ja tam już przywykłem. No cóż, Rancor dał długą, więc możemy się nieco odprężyć, zanim znowu ruszymy coś rozpieprzyć.
-Amen – rzucił ostatni, milczący aż do tej chwili mężczyzna, który przysiadł się do stolika wraz z Grabarzem. Przeciętny wzrost, przeciętna muskulatura, przeciętna twarz. Człowiek, na którego się spoglądało, i po sekundzie zapominało o jego istnieniu. Jeżeli nie było się, oczywiście, świadomym jego umiejętności. Skrytobójczych umiejętności.- Swoją drogą, ciekawe, co szef dla nas załatwił tym razem. Może czeka nas jakieś urozmaicenie?
-Każde urozmaicenie kończy się zawsze tak, jak rutynowa misja – i tak rozpierdalamy wszystko. – Odpowiedział mu Pancerz, po czym wzruszył ramionami – Różnica polega tak naprawdę tylko na tym, ile trupów padnie po obu stronach, i jak duże boom będziemy musieli zrobić. Wszystko różni się jedynie skalą, Kara. Jedynie skalą.
-Nie ma co liczyć na innowacyjność i różnorodność, kiedy jest się jedynie trybikiem w maszynie- wtrącił się Grabarz – Szczególnie w naszym fachu, panowie. Wbrew pozorom nasze życie jest jedną wielką rutyną. Zmieniają się miejsca, przeciwnicy… kompani u naszego boku – mężczyzna zawiesił na chwilę głos, po czym uśmiechnął się smutno- Trochę to dołujące, nie sądzicie?
Wokół stołu zapadła cisza. Każdy z siedzących wokół niego mężczyzna popadł w lekką zadumę. Wspominali, na ilu to planetach przyszło im walczyć, jak wielu towarzyszy broni pochowali, przypominali sobie, ile razy sami otarli się o objęcia Pani. Nie wspominali zabitych wrogów, bo i po co? Wrogowie to wrogowie, nad nimi się nie litowano. Stanęli im na drodze i zapłacili za to.
Jak już przy rutynie jesteśmy, trzeba gwoli szczerości przyznać, że podobne krótkie rozmowy, i następujące po nich chwile zadumy, także przeradzały się niejako w rutynę. Nie zdarzały się wprawdzie co tydzień lub co miesiąc, ale na tyle często i w miarę regularnie, że weszły im owe żale w nawyk. Prawie wszystkim.
-A wy kurwa znowu od rzeczy pierdolicie – parsknął Rudy – Raz co jakiś włącza się wam tryb ,,nostalgia”, ktoś zaczyna jęczeć, ktoś inny chlipać pod nosem i łączy się w nim w pseudo-filozoficznych rozważaniach, po czym wszyscy kiwacie w namaszczeniu głową, myśląc, jacy to wy biedni nie jesteście. Niedobrze się robi na sam widok- Najemnik splunął na podłogę, której to raczej na zaszkodziło. Może nawet czystsza stała się od tego.- Dobrze, że macie tak tylko raz na jakiś czas, i to przez jakieś dwie minuty, póki was ponownie nie naprowadzę na prostą, bo by się wytrzymać z wami nie dało. – Mężczyzna wstał z krzesła, wyminął siedzącego po jego prawicy Rybaka i ruszył w stronę baru.
Grabarz wodził jeszcze chwilę wzrokiem za oddalającym się przyjacielem, po czym parsknął śmiechem.
-Na Rudego zawsze można liczyć. No cóż, ale tak to bywa z nieskomplikowanymi osobnikami. Oni mają prostsze życie od takich jak ja…
-Takich jak ty? – przerwał mu Pancerz, po czym wybuchnął śmiechem – Chłopie, jesteś równie skomplikowany, jak Kara przystojny – Auć, to zabolało. Tak Grabarza, jak i Karę – O, widzę, że prawda w oczy kole. Aha, wybacz Kara, nie chciałem Cię urazić.
-Ja Cię zaraz urażę, ty….
-Oho, Leia Organa wróciła – przerwał rodzącą się sprzeczkę Rybak. Zwęził oczy, i dorzucił chłodnym tonem, wskazując ruchem głowy drzwi wejściowe lokalu – I ma ze sobą paru Hanów Solo.
Pozostała czwórka mężczyzn spojrzała we wskazanym kierunku. Wyproszona wcześniej z kantyny pani niekoniecznie ciężkich obyczajów, stała teraz przy wejściu do lokalu, wskazując palcem stolik najemników, i mówiąc coś z ożywieniem do stojącej obok niej grupy, składającej z przedstawicieli paru ras. Znajdował się wśród nich mężczyzna rasy ludzkiej, trzech Rodian, dwaj Devarorianie, jeden Aqualishanin oraz Bothanin. Rodianie i Bothanin trzymali w rękach drewniane pałki. W pewnym momencie człowiek, zapewne przywódca owej drużyny pierścienia, do którego skierowana była tyrada grubej kobiety, warknął coś do prostytutki, która natychmiast umilkła. Mężczyzna otaksował raz jeszcze wzrokiem stolik zajęty przez Łazarza i jego kompanów, po czym odwrócił się i krzyknął coś w stronę wejścia do lokalu. Odpowiedział mu ryk, dobrze słyszalny nawet przy stoliku piątki mężczyzn, którzy jak jeden mąż zwrócili wzrok w kierunku portalu wejściowego, przez który po chwila postać tak wysoka, że musiała schylić głowę, aby przez niego przejść. Przyczyna ryku stała się oczywista.
-Na jaja Vadera – jęknął Łazarz – Wykrakałem!
Żaden z jego kompanów nie zwrócił uwagi na jego dziwaczne stwierdzenie. Rybak spokojnie wypił łyp piwa, po czym rzucił ponurym tonem:
- Rudy się ucieszy.
Na te słowa wszyscy, Pancerza nie wyjąwszy, gromadnie jęknęli. Grabarz dodatkowo wydał z siebie jeszcze głębokie westchnienie.
-A pewnie, że się ucieszy. Rudy kocha Wookiech- dorzucił swoje trzy grosze Kara.
A wszyscy wiemy, jak to się skończy – przebiegło w myślach Łazarzowi. Rudy i jego miłość do Wookiech. Psychol jebany. A na głos dorzucił – Dobra, chłopaki, chcieliśmy w końcu się odprężyć, nie?
Nikt, poza Grabarzem, który skinął głową, nie odpowiedział. Tymczasem wesoła gromadka, stojąca dotychczas przy drzwiach, ruszyła szeroką ławą w ich kierunku, wywracając gdy potrzeba napotkane stoliki. Nikt już od momentu ich wejścia przy nich nie siedział, tak samo w bezpośrednim sąsiedztwie stolika najemników nawet smród nie został ( no dobra, z tym brakiem smrodu to nie przesadzajmy ). W środku formacji szedł człowiek, mający u swego boku Wookiego o ciemnobrązowym futrze.
Napastnicy dotarli tymczasem do stolika najemników, ustawiając się wokół niego półokręgiem. Człowiek, będący ewidentnie przywódcą grupy istot, uderzył parokrotnie swą prawą pięścią w otwartą dłoń, uśmiechając się przy tym bezczelnie. Był wysokim, barczystym mężczyzną, około czterdziestki, o stalowoszarych, krótko ściętych włosach. Połowę jego twarzy zdobił wymyślny, czerwono-czarny tatuaż. W nosie i lewym uchu miał kolczyki. Ubrany w ciemno-zielony mundur bez oznaczeń, z ciężkimi, wojskowymi butami nogach, wyglądał na doświadczonego wykidajłę. Doświadczonego i pewnego siebie. Trudno jednak nie czuć się pewnie, kiedy ma się przewagę dziewięciu do pięciu, szczególnie, gdy jednym z dziewiątki jest Wookie. Sytuacja faktycznie wydawała się mocno niekorzystna dla mężczyzn siedzących przy stole. Otóż to – siedzących. Żaden z najemników nie wstał z miejsca, nie szukał dla siebie jakieś dogodnej pozycji do obrony, nie rozglądał się nerwowo po przypuszczalnych przeciwnikach. Nic z tych rzeczy. Po prostu siedzieli. Trzeba było im też oddać, że poza Łazarzem żaden z nich nie był nawet zdenerwowany.
Przywódca napastników splunął pogardliwie na podłogę, wycelował palec w stronę odwróconego do niego plecami Pancerza, i rzucił gromkim głosem:
-Te, łysy, to ty wyrzuciłeś Agnes z lokalu?
Pancerz, nic sobie nie robią z pytania wykidajły, spokojnie dopił piwo.
-Te, kutasie, mówię do Ciebie – krzyknął podirytowany brakiem reakcji alfons – Albo mi zaraz…
-Wooooooooooookie! – rozległ się nagle w kantynie radosny krzyk, którego przerwał wypowiedź wykidajły. Tak on, jak i jego ludzie, oraz najemnicy zebrani przy stoliku spojrzeli w stronę, z której dobiegł okrzyk. W ich stronę zmierzał, z wyrazem niekłamanego zachwytu na twarzy, Rudy. Swój wzrok wlepiony miał w przedstawiciela rasy Wookie, który przypatrywał mu się bez zrozumienia.
Rudzielec, w całkowitej ciszy, podszedł do istoty pochodzącej z Kashyyku, i okrążył ją, mierząc ją dokładnie wzrokiem. Od Rudego po prostu biło szczęście. Gdy zakończył swój ,,obchód”, z twarzą zadowolonego dziecka zwrócił się do Rybaka:
-Mogę go zatrzymać? Mogę?
Powiedzieć, że wszyscy poza najemnikami zgłupieli, byłoby eufemizmem. Wookiemu i jemu ludzkiemu towarzyszowi opadły szczęki, ich towarzysze wytrzeszczyli oczy.
Łazarz westchnął. Wszyscy wiedzieli, co teraz będzie. To nie był już pierwszy raz. A scenariusz zawsze się powtarzał.
-Możesz – rzekł ponuro Rybak, w odpowiedzi na zadane wcześniej przez swego przyjaciela pytanie.
Rudy aż zajaśniał z zachwytu.
-Dzięki – rzucił z niekłamaną wdzięcznością, po czym odwrócił się z powrotem w stronę przyczyny swego szczęścia. – Hej, Wook, znałem twoja matkę!
Wookie zaryczał zdezorientowany. A najemnicy byli gotowi. Już to przerabiali. Doskonale wiedzieli, co powie teraz ich towarzysz i jakie będą tego konsekwencje.
-No, znałem twoją matkę, stary – zaśmiał się rudzielec, klepiąc się po brzuchu – Robiła za fantastyczne futro mojej dziewczyny.
Ryk, jaki wydał z siebie Wookie, z całą pewnością nie był oznaką rozbawienia. Z całą pewnością. Istnieje powszechne przekonanie, że jeżeli zdenerwuje się mieszkańca planety Kashyyk bez drużyny szturmowców u boku, to prawdopodobieństwo przeżycia było równie wielkie co miłosierdzie Imperatora. A i z drużyną szturmowców u boku wcale dużo większe nie jest. Istnieją, rzecz jasna, wyjątki. Prawdopodobieństwo przetrwania było stosunkowo wysokie, jeżeli było się na przykład Rudym, który kochał Wookiech. Na swój specyficzny sposób.
Pochodząca z Kashyyku istota, nie skończywszy jeszcze ryku, rzuciła się w stronę Rudego, z ewidentnym zamiarem nauczenia go, że się nie obraża członków rodziny. No, nie do końca się rzuciła – zdążyła postąpić dwa kroki do przodu i wyciągnąć ręce. Jakież było zdumienie wszystkich obecnych, gdy najemnik, zamiast uciekać w te pędy, ruszył w te pędy, ale w stronę Wookiego – i schwytał go za lewą rękę. Wydawać by się to mogło samobójstwem – z powodów, których inteligentnemu czytelnikowi wyjaśniać nie trzeba – jednak, jak zostało powiedziane wcześniej, Rudy kochał Wookiech… i doskonale znał ich anatomię. Złapał więc wielką górę mięsa za lewą rękę, ścisnął w odpowiednim miejscu – i obiekt westchnień wytwórców futer w całej galaktyce ryknął z bólu, i zwalił się na kolana. Gdy tylko to nastąpiło, najemnik uraczył swego przeciwnika mocarnym kopniakiem w gardło, prawie miażdżąc mu krtań. Człowiek prawdopodobnie nie przeżył by takiego ciosu, a jeżeli nawet, to zapewne padłby od razu na ziemię, rozpaczliwie próbując rękoma dotknąć gardła. Różnica między Wookiem a człowiekiem jest taka, że ten pierwszy zwykle nie pada ziemie, tylko przechodzi od razu fazy drugiej przedstawionego wyżej opisu. Tak też stało się i tym razem – ale Rudy nie czekał nawet na to, tylko od razu wbił swej ofierze palce do oczu, i w sekundę później skierował kolejny kopniak w krocze Wookiego. Nie było żadnego ryku bólu, tylko nieustający potok charknięć wydobywający się z gardła istoty, walczącego desperacko o każdy oddech, teraz dodatkowo przytłoczonego straszliwym bólem dochodzącym z najbardziej wrażliwych części ciała. Wookie padł na ziemię. Towarzysze istoty zapewne do końca życia nie zapomnieliby ani jednego szczegółu z tej ,,walki”, gdy nie to, że sami zostali w międzyczasie w większości zmasakrowani.
Gdy tylko pochodząca z Kashyyku istota wydała z siebie ryk, najemnicy wkroczyli do gry. Pancerz z piorunującą szybkością wstał z krzesła i rzucił trzymanym w ręku kuflem piwa w twarz stojącego na lewo od alfonsa zaskoczonego Rodianina, zbijając go tym z nóg. W tej samej sekundzie ruszył na jedynego ludzkiego członka bandy napastników. Ten, trzema mu oddać, refleks sam miał niezły, i zaatakował pierwszy, wyprowadzając prawy prosty. Pancerz sparował cios, zamarkował uderzenie lewą ręką, po czym wykorzystawszy skupienie swego przeciwnika na jego dłoniach, kopnął go w kolano. Alfons zachwiał się, a najemnik otwartą dłonią uderzył go w nos, łamiąc go i posyłając przeciwnika na łopatki. Nie czekając na upadek przeciwnika, Pancerz obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni w lewo, i sparował zmierzający w jego stronę cios Devaroriana. Cofnął się, zrobił unik w lewo przed kolejnym ciosem, i wyprowadził swoje uderzenie, trafiając wykidajłę w prawy policzek. Uderzył jeszcze dwa razy lewą ręką w ten sam sposób, natrafiając tym razem na gardę obcej istoty, po czym wyprowadził potężny prawy sierpowy, i korzystając z krótkie oszołomienia przeciwnika, postąpił jeszcze pół kroku do przodu, i uderzył ponownie prawą dłonią w krocze przeciwnika. Ten zgiął się z bólu, a Pancerz uderzył go z góry z całej siły łokciem w bok głowy, zwalając przeciwnika na podłogę. Najemnik spojrzał w bok, w samą chwilę, aby zobaczyć jak Łazarz łamie krzesło na powalonym na plecy Bothaninie, skutecznie eliminując go z walki. Pancerz rozejrzał się dookoła, i spostrzegłszy, że trafiony wcześniej kuflem Rodianin próbuje się podnosić, trzymając się jedną ręką za twarz, wybił mu ten pomysł z głowy. Dosłownie.
Najemnik obrócił się w prawo. Tak jak się spodziewał, leżała tam pozostała czwórka przeciwników, a nad nimi stali Grabarz i Kara. Pancerz skierował następnie wzrok w stronę stoli, gdzie tak jak się można było spodziewać siedział Rybak, nawet nie ruszywszy się z miejsca I dobrze, pomyślał najemnik. On się nie umie bawić. Pozabijał by skurwieli od razu, i tyle by było z uciechy. Nagle salę przeszył przerażający krzyk i trzask łamanych kości. Pancerz zwrócił wzrok w stronę Grabarza i Kary, i zobaczył tego ostatniego, jak puszcza złamaną nogę Devaroriana. No tak, Kara ma nie przypadkowo taką ksywę, pomyślał. Zapewne koleś go trafił, a to był spory błąd. Oho, łapie go za drugą nogę – Salę ponownie przeszył krzyk i trzask – Cios, jaki ten facet zafundował Karze naprawdę musiał go zaboleć. A on jest przecież taki wrażliwy.
- Dobra, czas się zbierać panowie – zakomenderował Grabarz – Lecimy stąd, zanim któryś z kibiców – wskazał ręką tłum klientów kantyny, którzy stali szeroko rozstawieni, aby móc oglądać rozróbę – wpadnie na pomysł zawiadomienia władz.
- No to lecimy – odpowiedział mu Pancerz, na pożegnanie wybijając kopniakiem leżącemu na ziemi człowiekowi parę zębów. Spojrzał jeszcze na Rudego, który to, tak jak się najemnik spodziewał, schylił się z uśmiechem, i trzymając ciągle jeszcze krztuszącego się Wookiego za grzywę, podniósł jego głowę i zaczął coś do niego mruczeć– Będzie żył?
Rudy charknął głośno i splunął.
- Raczej tak, o ile nie przyjebałem mu za mocno – O ile nie przyjebałem mu na za mocno. Cały Rudy – Tak czy siak, zwierzak jest mój.
-Tylko się pośpiesz – odpowiedział mu Pancerz – Raz, dwa i spier….
- Co tu się dzieje? – dobiegł ich chropowaty głos od strony drzwi.
Wszyscy najemnicy jak jeden mąż obejrzeli się w stronie wejścia. Głos, który zadał pytanie, powstał za pomocą strun głosowych Kalamarianina, stojącego na czele grupki istot w jednolitych mundurach. Mundurach sił zbrojnych Nowej Republiki. A właściciele owych mundurów zaczęli się zbliżać do najemników, trzymając dłonie na kaburach blasterów.
Pancerz spojrzał na swoich towarzyszy, po czym zwrócił wzrok na Rybaka. Ten ledwo zauważalnie kiwnął głową. No to idziem w tango, rebele – przemknęło przez myśl Tenrowi Aragl, zwanemu Pancerzem, porucznikowi elitarnego oddziału imperialnych sił zbrojnych. Oddziału Sztorm.
-Zadałem pytanie – warknął Kalamarian w nowo-republikańskim mundurze, podchodząc na czele grupki swym podwładnych.
- A my ci odpowiemy – odwarknął mu Rudy.
I wtedy się zaczęło.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 7,57
Liczba: 28

Użytkownik Ocena Data
A_Uriel 10 2010-02-03 23:28:37
Vaknell 10 2009-08-31 20:43:16
Dorg 10 2009-04-26 23:45:21
Nestor 10 2009-04-26 21:35:32
kalantin 10 2009-04-26 14:45:18
Hego Damask 10 2009-04-26 09:40:56
Hialv Rabos 10 2009-04-26 01:05:05
Ludwik 10 2009-04-26 00:24:33
Monique7 9 2009-04-26 15:37:56
Elendil 9 2009-04-26 12:53:22
Desh 9 2009-04-26 11:03:54
Onoma 9 2009-04-26 09:59:30
Guerry 8 2011-11-21 22:05:38
willqu 8 2011-04-11 13:39:33
Moof 8 2009-06-25 01:10:33
Carth Onasi 8 2009-04-27 12:57:38
Burzol 8 2009-04-27 09:59:20
hAKE5 8 2009-04-26 17:05:30
Vua Rapuung 8 2009-04-26 10:23:25
Halcyon 8 2009-04-26 02:35:31
Kasis 7 2009-05-07 11:02:19
Pepcok 7 2009-05-06 23:12:14
Nadiru Radena 7 2009-04-27 09:02:31
NLoriel 7 2009-04-26 10:31:28
Dzorf 1 2009-04-28 22:36:29
ogór 1 2009-04-26 18:42:59
lord simon volt 1 2009-04-26 13:41:02
Lord Jabba 1 2009-04-26 00:59:50

Tagi: Dla dorosłych (2) Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (24)

Tekst: "na jaja Vadera" zarył mi się głęboką bruzdą w pamięci :)

Imperialni! ^^

Genialne jak dla mnie, świetne głównie przez swoją niekonwencjonalność. Odcisnąłeś swój ślad na mapie hardcoru^^

Miało być "niekoniecznie" :P

OK, pomysł świetny, ale mam wrażenie, że troszkę wdarł się tu chaos, jakby opowiadanie było pisane na szybko i nie sprawdzane później.
Co do przekleństw. Rozumiem zabieg i faktycznie jest to odświeżające, ale z drugiej strony większą siłę ma zawsze przekleństwo użyte w odpowiedni sposób, a nie konieczne w większej ilości;)

Opowiadanko fajne, ciekawie napisane i nietypowe (nie ma Jedi, bitwy i bohaterów). Troszkę za dużo przekleństw i zwrotów do czytelnika. Niemniej polecam. 7/10

brawo Carno, spoko, luźne z jajcem :D

A mi się podobało

Mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony opowiadanie skupia się przede wszystkim na kurwach i chędożeniu...a konkretniej gadaniu o chędożeniu, nie ma więc w nim nic szczególnego. Z drugiej strony jest dosyć wiedźminowo z tą karczmą i pewnością siebie głównych bohaterów, jest też uroczo poprowadzona narracja i świetne zakończenie, które daje nadzieję na ciąg dalszy. Więc czekam.

Dam 8/10, ale pod warunkiem, że poznam dalsze losy Oddziału Sztorm :P.

Całkiem niezłe opowiadanie, ale mam dziwne wrażenie, że pretekstem do jego powstania było napaćkanie tylu bluchów, ile tylko się da. No ale to akurat ujdzie, bo to kwestia obranej koncepcji. Postacie są ciekawe, chociaż, pomijając Rudego, zbyt podobne do siebie. Fabuła ujdzie, za to zakończenie jest bardzo dobre.

Co mi się najbardziej nie podoba, to totalna niekonsekwencja narracyjna. Co parę chwil zmiana punktu widzenia, a do tego sposobu przedstawienia akcji. Pastisz pastiszem, ale trzeba znać umiar. Do tego w sferze językowej ponarzekam na masę powtórzeń, szczególnie widoczną w czasie walki (ciągle tylko uderzenie i uderzenie) i zły zapis dialogów, irytujący o tyle, że to nie pierszy fanfik Carno. Ogólnie tekst jest mocno chaotyczny.

Z mojej strony 7/10.

Co tu dużo gadać, to opowiadanie jest po prostu za***iste!;P 10/10

To opowiadanie jest dowodem na to, że fandom stać na coś więcej niż Onoma Wars i że ma on niesamowity potencjał do tworzenia czegoś wyjątkowego. Wyjątkowego nie tylko dlatego, że widzimy tutaj coś nowego, ale przez połączenie wielu płaszczyzn, które nam w codziennym życiu towarzyszą i tylko w towarzystwie staramy się od nich odganiać.

"Rozróba" to pastiż opowiadań fanowskich, lektura obowiązkowa dla młodzieży szkolnej i przedszkolnej, tylko czekać na akceptację Ministerstwa Edukacji Narodowej i wpisanie tej epopei w poczet kanonu lektur. Obok takich dzieł nie można przechodzić obojętnie, bo takie zachowanie było by tylko przejawem marnotrawstwa potencjału intelektualnego fanów Star Wars, którzy trochę już po tym świecie chodzą i wiedzą co w trawie piszczy.

Każdy kto machnie lekceważąco ręką na "Rozróbę" straci unikalną okazję przeżycia intelektualnego orgazmu w najlepszym stylu, który można porównać tylko z pierwszym obejrzeniem słynnej sceny z "Imperium kontratakuje", w której to Darth Vader wyznaje Luke'owi ojcostwo. "Rozróba" to w końcu niespotykany dotąd wulkan pozytywnych i negatywnych emocji, które eksplodują w zadziwiający sposób. Humor, wartka akcja, płytka filozofia, nostalgia i przemyślenia strudzonych życiem ludzi tworzy magiczną otoczkę, w której tytułowa rozróba jest epicentrum bolączek mieszkańców odległej galaktyki.

Osobiście czekam na kontynuację losów Łazarza i jego kompanów oraz ekranizację "Rozróby". Liczę, że szeroko rozumiane środowiska fanowskie i audytorskie doceni talent Janusza Tomaszewskiego i obsypie go wieloma zasłużonymi nagrodami. Oto dnia wczorajszego na scenie fandomu Star Wars w Polsce wzeszła nowa gwiazda, której blask przyćmił wszystkie dotychczas błyszczące. I tak oto nudna konstelacja oklepanych pisarzy została w rewolucyjny sposób zastąpiona przez jedyną i słuszną monogwiazdę z Żyrardowa. Janusz Tomaszewski stał się fantastycznym przykładem tego, że zasada od zera do bohatera obowiązuje nawet w tak hermetycznie zamkniętym środowisku jakim jest fandom Star Wars. Drżyjcie więc mesjasze, kozacy i inne dziwolągi, bowiem wasz dzień już nadszedł, a Nowa Era właśnie się rozpoczęła...

Moja ocena to oczywiśćie 10/10.

Luke S - to po cholere piszesz? :) Bardzo milo sie tekst czyta, i w wiekszosci juz napisali wczesniej ludzie co i jak... jedno co mi sie nie podobalo to... 'Amen' ;)

I tak nie przeczytam!

Good shit, jakby to ujął jeden mój znajomy :D. Opowiadanie bardzo odbiega klimatem od tego, co zwykło się uznawać za SWowe tradycje (w sumie to przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że to zupełnie inne uniwersum, bo przypomniały mi się niektóre sceny z moich sesji), co nie zmienia faktu, że czyta się je bardzo dobrze. Kilka świetnych tekstów, kojarzących mi się mocno ze stylem pisania polskiej fantastyki. Rozwalający motyw Rudego i jego 'miłości' do Wookiech. Dobre tempo narracji, niepozwalające się oderwać od lektury. A zakończenie też mi się podobało.
Tym, co mi się natomiast nie podobało, to trochę irytująca maniera opisywania wyglądu niemal każdej wkraczającej na scenę postaci (sam tak mam :D), a już w szczególności wyliczanie w pewnym momencie wzrostu najemników. Nie wiem, może to też była zabawa z konwencją, ale mi się takie zabiegi nieprzyjemnie kojarzą.
No i chyba słowa "stanowczej" używa się trochę inaczej :P.

8/10

10

Gram teraz w Wiedźmina, więc to opowiadanie kojarzy mi się z Sapkowskim i tymi klimatami :D
Przekleństwa nie rażą, klimat ma :P Prawie Wiedźmin :P

Piknie, ale dlaczego zaimki osobowe wielką literą?

iha :D

Cóż, to może zacznijmy od plusów. Przede wszystkim pomysł. Co by nie powiedzieć, brutalność i wulgarność w SW to coś nowego, coś czego zazwyczaj w jakimś stopniu brakowało mi. Fakt, faktem nie jest to do końca klimat typowy dla SW, zatem trochę dziwne odczucia miałem czytając to opowiadanie. Ale o to chodziło, jak sądzę, więc mogę zaliczyć to jak najbardziej na plus. Postacie podobały mi się równie bardzo, szczególnie ten pomysł Rudego i jego pasji ^^
Tym co mi się mniej podobało to forma, która wydaje się trochę niedopracowana. Niezwykłym z kolei jest przedstawienie postaci i sytuacji (mam na myśli narratora). Przynajmniej dla mnie trochę myląca. Ale to też może wynikać z później godziny, więc nie jest to jakiś wielki minus. Na pewno jest to ciekawe podejście. Trochę też szkoda, że wulgaryzmy bardziej rzucają się w oczy niż brutalność.
Ale to są w większości drobne sprawy :P
Najmniej chyba podoba mi się końcówka, ale to dlatego, że mnie nie zaskoczyła w żaden sposób. "(...) porucznikowi elitarnego oddziału imperialnych sił zbrojnych. Oddziału Sztorm. " Od początku było dla mnie jasne, że będzie chodzić o Imperium. Nie żebym miał coś przeciw (IRA mi się na przykład podobała), tylko po prostu lubię zaskakujące zwroty akcji.

Eh, no i trochę zagmatwany ten komentarz :P Tak się kończy czytanie o dziwnych porach. Tak czy inaczej jestem jak najbardziej za i z chęcią przeczytam, jeśli napiszesz coś nowego :)

8/10

Ma być SW horror, dla czego nie SW mordobicie? Ten tekst to doskonały przykład, że Gwiezdne wojny w wersji hard mogą być ciekawe i dobre. W momencie gdy TCW króluje na naszym globie, warto zmęczonym fanom polecić to co zechciał dla nas napisać Carno. Największa zaleta? To, że ci "źli", nie tylko są bezmózgami, których cały czas ktoś okłada. "Źli" są tu na prawdę znakomicie nakreśleni. Każdy z nich swoje przeszedł, i jedyne co im się marzy to dopicie kufla w spokoju, bo w ich przyciężkawym życiu, takie chwile są warte walki. Autor świetnie opisuje brutalny świat spelunki. Tu wszystko jest brudne i chore, czuć, że to nie jest miejsce dla mięczaków, zresztą którzy wymarliby zaraz po przekroczeniu progu. Specyficzny i wyrafinowany humor, gdzie wulgaryzmy nie są rzucane bez sensu. Każdy ma swoje miejsce i podkreśla brutalną stronę SW...Tego, czego nie zobaczymy w tym oficjalnym universum chyba nigdy ;].

Geniaaaalne opowiadanie. Czasem by się chciał coś takiego poczytać w książkach, zamiast tych wszystkich "fierfek" itede. Przyjemnie się czyta, dobry klimat, a niektóre teksty rządzą - "-Na jaja Vadera – jęknął Łazarz – Wykrakałem! " :DDD

Carno, napisz coś jeszcze. :D

10/10 :D

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.