Twórczość fanów

Zimny Front Atmosferyczny

Autor: Immo



Opowiadanie zostało wyróżnione w konkursie literackim przeprowadzonym na Bastionie w 2009 r.

Jestem tylko zwykłym żołnierzem. To, że teraz jako kapitan dowodzę garnizonem Sojuszu na oddalonej planecie, zawdzięczam tylko przypadkowi. I właściwie, to, że tu jestem, zawdzięczam Imperialnym. Siądźcie sobie wygodnie, a wszystko wyjaśnię.
W zasadzie, historia ta ma swój początek jakiś rok temu, w chwili, gdy mój najbliższy przyjaciel w armii, kapral Zen Fadan, szedł korytarzami głównej bazy Sojuszu w tamtym czasie.
Był wtedy mroźny (co nie było wcale takie dziwne) poranek, coś około minus dwudziestu pięciu stopni. Na tej planecie było to całkiem normalne, ba, gdyby temperatura skoczyła jeszcze o jakieś dwa-trzy stopnie, można by było biegać w krótkich rękawach po bazie.
Słyszeliście kiedyś o Hoth? Na pewno nie. A nasza baza była umieszczona właśnie na Hoth, jednym z najbardziej absurdalnych światów w całej galaktyce.
To niezły plus. Kto bowiem szukałby nas w takim miejscu?
Reasumując, Zen szedł właśnie obok Centrum Dowodzenia Bazy Echo, by zameldować się po patrolu, gdy...
-Więc jest całkiem spora szansa, że Imperium wie, że tu jesteśmy – powiedział głos z komunikatora.
Odpowiedział spokojny, jak zwykle, głos generała Rieekana:
-Lepiej rozpocznijmy ewakuację.
Kapral stanął jak wryty. Kiedy cały sens słów dowodzącego do niego dotarł, natychmiast pobiegł do kwater. A konkretnie, biegł do kwatery, którą zajmował wraz ze mną.

-Obudź się, chorąży! – wrzasnął od progu, nieomal zderzając się z nie do końca otwartymi drzwiami. – Wstawaj!
-Daj mi spać... – odparłem przez sen. Zawinięty w izolacyjną pierzynkę, zmęczony po długiej jeździe na tauntaunie i rozstawianiu czujników na lodowych pustkowiach Hoth (wcale nie mojej robocie, warto dodać) nie byłem bynajmniej w nastroju do konwersacji.
-Ogłoszono alarm! – krzyknął Fadan. – Zaczyna się ewakuacja!
-Co ty znowu gadasz... – ziewnąłem. Po pierwszym jego zdaniu skoczył mi puls, ale tylko na dwie sekundy. Zamknąłem oczy i zawinąłem się szczelniej w pościel. – Mówiliby przecież przez głośniki.
-No i mówią – powiedział, rąbiąc jednocześnie pięścią w obudowę głośnika. Dobyły się z niego trzaski i po chwili usłyszałem głos oficera dyżurnego:
-Technicy: podregulować sprzęt i przygotować się do ewakuacji. Załadunek zaczynamy od Echo C-130. Personel cywilny: zgłosić się do punktu zbiórki...
No. Wtedy, to skoczył mi puls. Momentalnie zerwałem się z pryczy, sięgnąłem po strój termiczny i osobisty blaster.

W Bazie Echo powoli zaczęło robić się tłoczno... i nerwowo. Oficerowie, piloci, zwykli żołnierze piechoty – wszyscy biegali w koło, starając się najlepiej wypełniać swe obowiązki. W chłodnym powietrzu bazy czuło się narastającą aurę strachu.
Podążałem za pilotem, jednym z członków Eskadry Łotrów, by dostać rozkazy. Po drodze, na prośbę jednego z oficerów logistycznych, wraz z Fadanem pomogliśmy ustawić kilka skrzyń przygotowywanych do załadunku na pokład jednego z transportowców Gallofree. Będąc chorążym w dziale Uzbrojenia i Zaopatrzenia – a już ów departament był dość elastyczny – podlegałem w Bazie Echo właśnie oficerom logistycznym.
-...Gdy tylko któryś z transportowców będzie załadowany, kontrola ewakuacji da sygnał do natychmiastowego startu – rzekł kapitan Valdez, starając się zachować zimny (tak, tak) profesjonalizm.
-Tak, sir – odparł stojący obok żołnierz, kiwając głową. W Sojuszu rygor wojskowy nie był tak sztywny, jak w Imperium; wielu neutralnych obserwatorów zmitrężyło liczne godziny na roztrząsaniu, czy lepsza dla wojska surowa dyscyplina Imperialnych, czy bardziej swobodna, ale nadal formalna musztra właściwa nam.
Ustawiwszy skrzynki, pobiegłem w stronę głównego hangaru. Dowiedziałem się w końcu, skąd nazwa bazy, gdy usłyszałem wzmocnione echem odgłosy wtórnych eksplozji.
Moja pierwsza myśl – Imperialni szpiedzy lub skrytobójcy atakują!
Błyskawicznie sięgnąłem po miotacz i wymierzyłem go w kierunku, z którego dochodziły wybuchy. Na szczęście (przynajmniej dla ogółu Rebeliantów w bazie) okazało się, że to „Sokół Millennium”, narowisty statek kapitana Solo, ma jakieś... No, cóż, ilekroć coś takiego następowało, Solo sugerował, by określać to mianem „drobnych problemów technicznych”, ale gdyby to mój statek zaczynał wśród krótkich wybuchów wypuszczać kłęby sinego dymu, określiłbym to nieco dosadniej. Pośród gęstej chmury pojawiła się gwałtownie wymachująca rękami sylwetka krzyczącego coś Corellianina. Wiedząc, że jestem już spóźniony na wymarsz na pole, postanowiłem nie chwytać za autogaśnicę i ruszać z pomocą „Sokołowi”, który nie z takich już opresji wychodził w jednym kawałku.

Ten alarm ewakuacyjny... to nie były przelewki. Gdy dotarłem do Centrum Dowodzenia, by dostać rozkazy (jako chorąży, swoisty „łącznik” między Służbami Zaopatrzenia a oddziałami specjalnymi, nigdy nie wiedziałem co robić; podobny problem miał też nasz historyk, Voren Na`al, z którym nieomal zderzyłem się w drzwiach – on też przybył spytać, do czego może się przydać). Nim zdołałem dowiedzieć się czegoś pewnego w powoli nabrzmiewającym chaosie, Romas Nevander, znany pod ksywką „Lock” oficer odpowiedzialny za koordynację ruchu w przestrzeni wokół Hoth oznajmił generałowi Rieekanowi, że z nadprzestrzeni wyłaniają się niszczyciele, na co generał wydał rozkazy do przygotowania się do ataku naziemnego. Uznając, że moje pytanie straciło sens, zrobiłem zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i popędziłem do hangarów pomóc przy załadunku; okazało się, że mają tam wystarczającą ilość rąk do pracy i odesłali mnie do punktu wydawania broni. Adrenalina buzowała we mnie w stopniu wystarczającym, bym nie zastanawiał się nad konsekwencjami wyjścia na lodowe pola Hoth i brania udziału w walce.
Dotarłem do stosu skrzyń z bronią. Stał tam noszący czerwoną obudowę droid R-3PO, pełniący obowiązki łącznika między automatami a organicznymi członkami Sojuszu – z tej racji znałem go dobrze, bo nie raz spotykaliśmy się podczas załatwiania rozmaitych formalności związanych z zaopatrzeniem. Skinął grzecznie głową na mój widok.
-Witam, chorąży Pynchoo, w tym jakże okropnym dniu! – powiedział melancholijnie brzmiącym głosem i podał mi samopowtarzalne działko Merr-Sonn Mark II.
Ucieszyłem się, że droid obdarza mnie takimi względami, że daje mi broń o dość dużej mocy.
Automat oznajmił ponuro:
-Zastępuję w tej chwili kwatermistrza, bowiem, jak wyjaśnił, „nie może być w kilku miejscach na raz, durna kupo złomu” – pokręcił głową, a jego fotoreceptory jakby przygasły na moment. – On chyba mnie nie lubi...
Choć dobrze go znałem, wciąż zadawałem sobie pytanie, co robił w śnieżnej Bazie Echo krwistoczerwony droid protokolarny o depresyjnej osobowości. Jakakolwiek by nie była jego funkcja, wyróżniał się mocno spośród innych automatów, z którymi na co dzień współpracował.
-Już podaję trójnóg, chorąży – wydukał do mnie, odwrócił się tyłem i sięgnął po obiecany sprzęt.
Parsknąłem śmiechem, gdy pochylił się i na jego metalowym tyłku ujrzałem wyraźny napis we wspólnym: „DZIĘKI NIECH BĘDĄ TWÓRCY”. Niech ludzie mówią o nas, Rebeliantach, co chcą, ale nie można odmówić nam jednego: poczucia humoru.
Czekając na kompletny zestaw broni, miałem nadzieję, że zostanie nas przy życiu tylu, że moglibyśmy jeszcze kiedyś popisać się poczuciem humoru...
-Co się stało, kapralu? – spytał mnie, podając statyw; jego głos był jeszcze bardziej roztrzęsiony, niż zwykle – Myślałem, że organiczne istoty odczuwają lęk przed bitwą, tymczasem słyszę, że pan się śmieje. A nawet ja się boję!
-Ja też, R-3PO – mruknąłem, od razu podpinając podstawę do karabinu i zaciskając dłoń na rękojeści. – Ja też.

Minutę później wybiegałem już z bazy wraz z ogromnym jak na nasze możliwości batalionem piechoty. Fadan i jego oddział byli jego częścią. Dotarłem do najbardziej oddalonego wału obronnego, w którym dowodzeni przez Starszego Sierżanta Treya Calluma żołnierze podłączali kable do ciężkich blasterów, uruchamiali wieżyczki laserowe lub zajmowali pozycje w zagłębieniu, opierając lufy swych karabinów na zlodowaciałym brzegu rowu. Wraz z Zenem wskoczyliśmy do niego i zaczęliśmy ładowanie baterii.
Gdzieś daleko z boku ujrzałem kilka smug energii prujących w niebo tuż za znikającymi w przestworzach maszynami – transporterem i dwoma myśliwcami. Kilka chwil później na wszystkich częstotliwościach komunikatorów usłyszeliśmy pełen radości głos dyżurnego Nevandera:
-Pierwszy transport przedarł się! Pierwszy Transport przedarł się!
Wszyscy chyba poczuliśmy wtedy falę ciepła przechodzącą przez nasze ciała. Wiadomość ta dała nam ogromną radość. Czy aby dlatego, że oznaczało to, że przynajmniej kilkudziesięciu ludzi przetrwa nadchodzącą bitwę, czyli w konsekwencji, Sojusz będzie istniał nadal? Całkiem możliwe. Zastanawiałem się nad tym później wiele razy. Jednakże ucieczka transportowca zadziałała korzystnie na nasze morale. Jednakże po wybuchu radości powróciliśmy do przygotowywania sprzętu.
Działko, które dostałem w przydziale dysponowało większą mocą i było znacznie bardziej szybkostrzelne od polowych blasterów. Nie było to jednak istotne – po chwili dotarła do nas straszna wieść – Imperium wysadziło desant oparty na maszynach kroczących. Kilku z żołnierzy wymieniło przerażone spojrzenia, jeden nawet próbował wysunąć z kieszeni wymiętą staroświecką fotografię swej żony i córki (spore uchybienie, bo gdyby arkusz wpadł w łapska Imperium, jego rodzina mogłaby być poważnie narażona), ale z powodu trzęsących się rąk i grubych rękawic nie umiał wysunąć jej do końca. Dwie śliczne kobiety – jedna w wieku około trzydziestu, druga około siedmiu lat uśmiechały się czule z kawałka fotograficznego flimsiplastu.
Wziąłem głęboki wdech, sięgnąłem po elektrolornetkę i zrozumiałem, że przerażenie tak widoczne u niektórych z żołnierzy nie było ani trochę przesadzone. Monstrualne maszyny kroczące, nazwane przez Imperium AT-AT, zbliżały się nieuchronnie ku naszym umocnieniom. Opuściłem lornetkę i raz jeszcze spojrzałem na mojego towarzysza broni, walczącego z fotografią. Nasze spojrzenia się spotkały. Patrząc temu facetowi w oczy, widząc jego przerażenie i bezsilność sam poczułem paraliżujący strach – nagła fala przerażenia sprawiła, że poczułem, jakby w żołądku eksplodował mi termiczny detonator. Zginę, pomyślałem. Jeśli los nie będzie dla mnie łaskawy tak, jak dotąd, zginę.
Zabawne, że większość ludzi myśli na co dzień, że poważne problemy, wypadki czy śmierć przydarzyć się mogą, owszem, każdemu – tylko nie im samym. Cóż. Dotychczas też w podświadomości tak uważałem. Kiedy jednak zobaczyłem minę młodego towarzysza broni, bliskość nadchodzącej śmierci zwaliła się na mnie, a chłód w sercu był silniejszy od mrozu najostrzejszej nocy na Hoth – a kilka takich już doświadczyłem.
Wiedziałem jednakże jedno – NIE BYŁEM gotów na śmierć. Może teraz zabrzmi to niewłaściwie, ale niezależnie od osobistych powodów, które mną kierowały, nie wstąpiłem do Sojuszu po to, by oddać za niego życie. Właściwie, to wstąpiłem do Sojuszu po to, by walczyć dla niego bez przerwy, nie dając się przy tym zabić. Zawsze uważałem, że jeśli ktoś wstępował do Rebelii po to, by oddać za nią życie, był desperatem i znacznie łatwiej przechodził do porządku dziennego nad śmiercią, a co za tym idzie – łatwiej dawał się zabić. Możliwe, że wiązało się to z nihilizmem, możliwe, że tacy ludzi stracili już wszystko, prócz życia. Tak, czy inaczej, zauważyłem już znacznie wcześniej, że ci, którzy wykazywali duże przywiązanie do życia, często wykazywali także tak zwaną „dłuższą przeżywalność” – prostym przykładem byli najbardziej „aktywni w polu” (jak zwykłem to określać) bohaterowie Rebelii, jak Han Solo czy Luke Skywalker. Nigdy nie poddawali się.
Ja też nie miałem zamiaru.
Chciałem żyć.
Cokolwiek się stanie, nie dam się zabić, pomyślałem wtedy. Ale nie jest łatwo zrealizować takie postanowienie, gdy bierze się udział w bitwie lądowej. Zwłaszcza tak nierównej bitwie, w której za przeciwnika ma się maszyny kroczące. I to jakie.
Były wielkie! Nie, nie wielkie. Kolosalne. Co innego obserwować je z bezpiecznej odległości, dajmy na to z zaśnieżonych wzgórz Pasma Clabburn otaczającego Bazę Echo. Ba, skoro już marzymy, to najlepiej oglądać je na holofilmie dokumentalnym w rodzaju tej propagandy, którą wciska Imperium naiwnym ludziom ze Światów Środka. Wtedy można myśleć o nich: „Ot, maszyna bojowa, ciut większa od czołgów, które czasem patrolują ulice”. Ale siedzieć w okopie i obserwować te mechaniczne potwory, zbliżające się powoli... Tego widoku nie zapomnę do końca życia.
Wsparte na czterech nogach kolosalne cielska z durastali zakończone opancerzonymi łbami uzbrojonymi w lżejsze i cięższe działa laserowe stąpały pewnie po skutym lodem polu. Znalazłszy się w zasięgu, otworzyły ciężki ogień, od razu niszcząc sporą część naszych baterii ogniowych.
A my nie mogliśmy ich razić – byli dla nas za daleko!
Kiedy weszli w nasz zasięg, odżyła nadzieja, ale okazało się, że była ona płonna. Nasze ręczne działka i karabiny nie nadawały się nawet do zarysowania maszyn wroga. Ciężka artyleria również. Nie tylko przeciwpiechotne działka DF.9, lecz nawet rzekomo potężne P-Towery nie czyniły żadnych szkód maszynom Imperium. Raziliśmy na próżno, to w chude nogi, to w pękate kadłuby – i nic. Wiązki albo odbijały się, albo wręcz rozpryskiwały się na potężnym pancerzu!
Wtedy do akcji ruszyła Eskadra Łotrów. Żeby poczuć tą euforię, trzeba było tego doświadczyć. Jeden po drugim przemknęły nad nami śmigacze, po czym zaczęły wściekle ostrzeliwać maszyny Imperium. I znów nadzieja zajaśniała tylko po to, by szybko zgasnąć. Nawet oni nie byli w stanie pokonać stalowych potworów. No, przynajmniej do czasu, gdy postanowili wprowadzić taktykę wymyśloną właśnie na taką okazję przez Beryla Chiffonage, naszego taktyka. Mianowicie, wiedząc o tym, że boki i tył maszyn kroczących nie są osłaniane przez żadne działka, można owinąć nogi maszyny linką z domyślnego wyposażenia śmigacza T-47. Skrępowana maszyna powinna paść. Ale mieliśmy za mało maszyn zdolnych do operowania w powietrzu, by skutecznie wyeliminować maszyny wroga.
Oczywiście, nie staliśmy w tym czasie, obserwując bezczynnie walkę Łotrów. Cały czas bezskutecznie staraliśmy się pokonać maszyny wroga. W chwili, gdy nasz skoncentrowany ogień zdołał spowolnić kilka mniejszych transporterów, AT-ST, zobaczyłem, jak jeden z Łotrów zdejmuje AT-AT. Bestia stanęła, a potężna hydraulika poczęła walkę ze wzmocnioną linką. Pojazd przechylił się poza punkt równowagi i runął do przodu. Po chwili, trafiona we wrażliwy punkt, maszyna eksplodowała. Wśród piechoty wybuchła euforia.
A była właściwa w tej sytuacji?
Zgadnijcie.
Zniszczenie jednej z maszyn kroczących najwyraźniej rozjuszyło Imperialnych, gdyż podwoili ostrzał naszych pozycji. W ciągu minuty, dosłownie minuty, może dwóch, zniszczyli większość stanowisk ogniowych Sojuszu. Jedna z maszyn kroczących trafiła potężną serią tuż obok nas, a fala uderzeniowa rzuciła nami, niczym szmacianymi lalkami.
Uniosłem się po chwili, Fadan wstał chwilkę później. Rzuciłem okiem na pole bitwy i przypomniałem sobie myśli o śmierci. Pewne było, że nie mamy szans. Imperialne siły zmasakrowały naszą piechotę, pierwsze oddziały szturmowców z desantu już docierały do bazy. Młody żołnierz, ten, który wcześniej próbował wyciągnąć fotografię, leżał w kałuży szybko zamarzającej krwi. Twarz jego była dotkliwie pokaleczona. Z ust płynęła krew. Zdołał zdjąć rękawicę i wyciągnąć zdjęcie. Uśmiechnął się czule do dwóch kobiet, które kochał.
-Proszę... Powiedz im... – wyszeptał z niemal nadludzkim wysiłkiem. Nie wiem, czy kogokolwiek widział, ale chyba wyczuwał, że ktoś z jego kompanów broni wciąż jeszcze żyje. – Powiedz im... że je kocham... Obiecaj, że to...
Ostatnie słowa zamarły w jego ustach.
Choć prośba była trudna do spełnienia, nie wahałem się. Wyciągnąłem z martwej dłoni fotografię, a z kieszeni kurtki cylinder kodowy i umieściłem je we własnej kieszeni. Nie mogłem nie spróbować zrealizować jego prośby. O ile w ogóle udałoby mi się przeżyć masakrę, którą zgotowało nam Imperium.
Zaczęliśmy uciekać, zresztą nakazano odwrót. Gdzie wtedy była ta siła ideałów, która tylu młodych ludzi zachęcała do wstąpienia w szeregi Sojuszu? Nie uciekaliśmy w popłochu, nie. Ująłbym to raczej tak:
Spieprzaliśmy w absolutnej panice.
Czułem się, jak mały żuczek uciekający przed banthą. Banthą, która posiadała zainstalowane na głowie cztery blastery, które rażą na prawo i lewo.
Gdy z Fadanem mijaliśmy jeden z okopów, wiązka energii uderzyła prosto w polowe ogniwo zasilające. Eksplodowało. Wpadliśmy do rowu, zasypało nas śniegiem i przywaliło lodem. Usłyszeliśmy nadchodzącą maszynę i czekaliśmy na śmierć. Przez szczelinę w lodowym grobowcu, w którym byliśmy uwięzieni, zobaczyłem, jak jedna z maszyn Łotrów spadła i wbiła się w lodową powierzchnię Hoth. Widocznie uderzyła za słabo, by eksplodować. AT-AT kroczył wprost na dymiący wrak, ale pilot zdołał umknąć w ostatniej chwili.
Zawsze jakieś zwycięstwo, pomyślałem. Przynajmniej jemu udało się przetrwać.
Spojrzałem na nogę maszyny kroczącej, identyczną, jak ta, która zmiażdżyła śmigacz. Czuliśmy, że za chwilę spotka nas ten sam los, co strąconą maszynę. Potężna kończyna jednak opadła na śnieg tuż obok nas, a dźwigana przez nią i trzy identyczne nogi maszyna uklękła i wysadziła oddział piechoty.
Nie wiem, czemu nikt z Imperialnych nie zauważył naszej szamotaniny. Nie wiem również, jak zdołaliśmy się wygrzebać spod lodu i kamieni, ale w końcu udało się. Fadan, niestety, miał złamaną nogę, co utrudniło ucieczkę, którą dodatkowo skomplikował fakt, że pilot idącego w ariergardzie AT-ST zauważył nas (to jest Zena, mnie i kilku zapóźnionych piechurów Sojuszu, chłopców z oddziału kaprala Jobina) i ruszył w pogoń. Podpierając Fadana jedną ręką, a strzelając do maszyny z blastera w drugiej, w końcu wbiegłem prosto do bazy przez boczne drzwi ukryte w wąskiej lodowej szczelinie. Ostatni z naszych, wydaje mi się, że Jobin, rzucił ładunkiem wybuchowym i unieszkodliwił stalowego kolosa. Oddział Jobina pobiegli do pomieszczenia kontrolnego dział jonowych. Ja natomiast zabrałem rannego przyjaciela i zacząłem wlec go w stronę hangaru.
Pamiętam to, jakby to było wczoraj: ledwie zdołaliśmy przejść kilkanaście metrów przez korytarze bazy, gdy usłyszeliśmy z interkomu głos wołający: „Imperialni żołnierze wkroczyli do bazy!”, nagle raptownie przerwany.
Cóż za powitanie...
Wtedy też jednak stała się najgorsza rzecz – maszyna idąca na przedzie formacji otwarła ogień ze wszystkich dział z maksymalną mocą. Jedna salwa wystarczyła, by zniszczyć generator...

Dotarliśmy do hangaru. Zmusiłem Fadana, by wszedł na pokład transportowca, nazwanego „Jutrzenką Nadziei”, wręczywszy mu fotografię i cylinder mężczyzny i nakazałem mu przekazać informację rodzinie zabitego żołnierza. Następnie ruszyłem, aby zająć się pomocą przy ewakuacji sprzętu. Głupi, nie wiedziałem, że „Jutrzenka” była ostatnim dużym transportem poza Hoth.
Dotarłem do centrum dowodzenia, albo tego, co z niego zostało. Słyszałem bowiem przez komunikator, że jeden z koordynatorów wciąż tam jest i uznałem, że trzeba go nakłonić do zwiewania. W środku już go nie było, zobaczyłem za to zwłoki kilku naszych oficerów, między innymi kapitana Serpera, z którym nie dalej, jak tydzień wcześniej grałem w sabacca. Po raz kolejny poczułem gniew na Imperialnych.
To chyba właśnie dlatego tak nie znosiłem Imperium. Za to, że zmienia życie, za to, że patrząc w przeszłość widzę ludzi, których już nie spotkam i miejsca, których już nie zobaczę.
W pomieszczeniu zastałem przygarbionego R-3PO pochylonego nad K-3PO, naszym droidem taktycznym. Pokaźna dziura w piersi i wykręcona w dziwnej pozie sylwetka tego drugiego nie pozostawiały wątpliwości: droid zakończył swoją karierę.
-Ar-Threepio, co ty tu do diabła robisz...? – spytałem.
Automat uniósł się, jak oparzony.
-Dzięki niech będą Twórcy! – krzyknął podekscytowany. – Chorąży Pynchoo! Pan z pewnością zabierze mnie z tego przebrzydłego miejsca...
-Co robisz? – powtórzyłem.
R-3PO przeszedł na oficjalny ton. Przy okazji zniknęły wszelkie ślady melancholii i panikarstwa.
-Ufam panu, chorąży, więc wyjaśnię – wskazał na zniszczonego „kolegę” w białej obudowie. –. Przez gapiostwo, nikt nie pamiętał, że jego pamięć ma być skopiowana i wyczyszczona. Imperialni szpiedzy mogliby zdobyć wiele informacji...
Nagle zrozumiałem. Ostentacyjność droida, w połączeniu z jego nieznośnym charakterem i krzykliwym kolorem, sprawiała, że każdy patrzał na niego z dystansem. Dzięki czemu doskonale mógł pełnić swą rolę, czyli...
-Zabezpieczanie przed szpiegami! Takie było twoje zadanie?
-Zabezpieczenie przed droidami szpiegowskimi – uściślił. – A w tym wypadku, ocaliłem droida PRZED szpiegami.
Kiwnąłem głową. Uznałem, że wypadałoby upewnić się, że wszystkie inne komputery także zostały dobrze skasowane. I rzeczywiście tak było; jedynie komputer lotów wciąż rejestrował odloty z planety ostatnich myśliwców osłonowych. Stanowiło to dość duże ryzyko dla naszych, więc sięgnąłem ku klawiaturze by usunąć pamięć, gdy nagle całym pomieszczeniem wstrząsnęła eksplozja. Obalając ze sobą Ar-Threepio, dałem szczupaka za rozwalony kom-skan i czekałem. Do pomieszczenia wbiegło sześciu szturmowców w śnieżnym oporządzeniu i szybko zabezpieczyło je (przynajmniej w ich mniemaniu, bo wciąż żyłem). Uznałem, że gdybym miał granat, mógłbym ich załatwić. Ale wtedy usłyszałem najstraszniejszy dźwięk w dotychczasowym życiu.
Oddech.
Wspomagany respiratorem.
Do pomieszczenia weszła odziana w czerń postać.
Tak, był to Darth Vader.

Mogłem go zabić. Mogłem rozwalić ten jego łeb i ocalić od niego galaktykę.
Ale nie.
Nie chciałem ponieść szybkiej śmierci z rąk jego szturmowców. Zabrakło mi odwagi. Cóż, pewnie i tak bym nie zdołał go zabić, w końcu wielu próbowało... Ale nadal mam wyrzuty sumienia, że nie spróbowałem, zawsze jakiś wysiłek wojenny, czyż nie? Żałowałem, że nie miałem przy sobie termicznego detonatora, albo granatu protonowego. To by było najważniejsze i najwspanialsze samobójstwo w nowszej historii galaktyki.
Miałem cholernie dziwne przeczucie, że Vader wyczuł moją obecność.
I co zrobił?
Nic.
Uznałem, że pewnie nie kazał mnie zabić, bo go to ogromnie bawiło. Bawił go mój strach i poczucie bezsilności. Poza tym wiedział, że nie jestem nikim ważnym... No i że nie dam się pojmać żywcem.
Kiedy Wiadrogłowy odszedł, ja także spróbowałem czmychnąć z pomieszczenia, aby dotrzeć do centrali i sprawdzić, czy istotne dane zostały usunięte z komputerów. Okazało się, że technicy wywiązali się ze swego obowiązku i całkowicie wymazali pamięć z kompów. Podniosłem Ar-Threepio i uznałem, że najwyższa pora opuścić już tę imprezę.

Szkoda, że żołdacy Vadera nie pomyśleli o mnie tego samego, co on – że jestem nikim ważnym. Uważali najwyraźniej, że jest wręcz przeciwnie.
Przypomniałem sobie o wpisach nawigacyjnych, więc zabrałem się do ich kasowania, lecz wtedy do pomieszczenia ponownie wtargnęli szturmowcy i, zapewne wziąwszy mnie za technika komputerowego, wystrzelili z karabinów nastawionych na ogłuszanie. Powaliłem dwóch, zanim sam padłem.
Nie jest to przyjemna rzecz, dostać z karabinu, nawet, gdy ma ogłuszać. Dręczący ból, jakby twe ciało podpięli do staroświeckiej prądnicy indukcyjnej.

Reasumując, ocknąłem się, wleczony przez szturmowców. Bezradny R-3PO szedł obok. Uznałem, że Imperialni chyba nie wiedzą, jaką pełnił rolę a już na pewno nie domyślają się, że to właśnie on udaremniał wiele ich prób szpiegowania Sojuszu.
Wepchnęli mnie do pustego w tej chwili pomieszczenia magazynowego w pobliżu centrum dowodzenia i tymczasowo unieruchomili: spętali ręce drutem i przewlekli go przez wstrzelony w lód hak.
-Lord Vader zabił tego Rebelucha, który nie chciał gadać – usłyszałem głos jednego z imperialnych żołdaków. – Może ten zechce mówić.
-Tak, sir.
-Dostarczyliście już droida do transportera?
-Nie, miał jakąś awarię i upadł. Nasi ludzie muszą go teraz wlec, więc trochę to potrwa.
-No, dobra. Idę pomóc, a ty pilnuj tę szumowinę, nim przyjdzie Lord Vader.
No, to znalazłem się w ciekawej sytuacji. I w równie ciekawej scenerii – nazbyt groteskowej, jakby ktoś pytał. Myślałem, że takie metody przesłuchiwania umarły jeszcze przed wynalezieniem hipernapędu. Na szczęście ręce nie zostały wykręcone, w przeciwnym wypadku skończyłbym z dwoma kawałami mięsa z kością przytwierdzonymi do ciała po obu stronach barków. Czubki palców stóp opierały się na podłodze.
Zrozumiałem, że czeka mnie wybór: Ucieczka, albo śmierć. Nie miałem przy sobie nic, czym mogłem sobie odebrać życie, zresztą ta perspektywa nie była zbyt atrakcyjna. Druty trzymały bardzo mocno – hak wstrzelony w lód był solidny i ani myślał się dać zerwać.
Miałem tylko jedną możliwość: Zwabienie strażnika. Postanowiłem działać.
-Kiedy zaczniecie tortury? Nudzi mi się! – wrzasnąłem piskliwie.
Nic.
Wrzasnąłem po raz drugi i krzyknąłem:
-Swędzą mnie plecy!
Tym razem odpowiedział mi szturmowiec stojący tuż za drzwiami:
-Zamknij się, albo podrapię cię blasterem!
Doskonale.
-Mama? – opowiedziałem. Nie podobało mi się to, że robię z siebie idiotę, ale lepsze było to od wiszenia jak gobelin na zimnej ścianie.
Drzwi celi otwarły się i wszedł strażnik.
-Na mózg ci padło, czy co? – spytał.
W odpowiedzi, wydałem serię nieartykułowanych dźwięków.
-Lord Vader na ogół zostawiał więźniów w takim stanie – szepnął do siebie zdziwiony stróż. – Ale nigdy nie zastawał. – sięgnął do zasobnika przy pasie i wyciągnął iniektor dożylny. – Najlepiej będzie, jak zaaplikuję mu środek uspokajający...
Podszedł do mnie. Zacząłem się wić, jakby w panicznym przerażeniu, a kiedy znalazł się w zasięgu, poderwałem nogi i z całej siły kopnąłem go tak, by trzymana przez niego E-jedenastka upadła w zasięgu mych stóp: jedną stopą grzmotnąłem go w pierś, drugą – w dłoń dzierżącą karabin.
Strażnik przeleciał przez celę i uderzył głową o ścianę.
-Najlepiej by było, gdybyś najpierw zawołał wsparcie, ciołku – podsumowałem inteligencję szturmowca.
Za pomocą stóp ustawiłem karabin na kolbie i uderzeniem pięty złamałem osłonę spustu. Musiałem zaryzykować. Albo łańcuch, albo ręka... Ale wszystko było lepsze od imperialnego przesłuchania, po którym i tak byłbym... solidnie okaleczony. Uderzyłem stopą o spust, uprzednio ustawiwszy karabin tak, jak wydawało mi się, że będzie najlepiej.
Miałem nadzieję, że nie słyszeli mojego krzyku.
Dopiero za drugim razem się udało. Podniosłem z ziemi karabin. Dobrze, że ręka, którą nieomal sobie odstrzeliłem, to ręka lewa. Jestem praworęczny.
Wróciłem do centrum dowodzenia. Tak jest! Mój Merr-Sonn Mark II wciąż leżał tam, gdzie go porzuciłem! Podniosłem broń i skróciłem trójnóg tak, że mogłem oprzeć go o bark niczym kolbę.
Ar-Threepio, zaraz ci pomogę!, pomyślałem. Nie chodziło tylko o moją sympatię dla ekscentrycznego droida. Dane, które miał przy sobie w tej chwili, mogły poważnie zaszkodzić Sojuszowi, więc nie mogłem dopuścić, by wróg zabrał go ze sobą. Biegnąc przez korytarze Bazy Echo, wiedziałem, jak nikłe mam szanse.
Ale okazało się, że zdążyłem. Dwóch szturmowców ciągnęło po lodzie wyłączonego czerwonego droida.
-No, dobra, Białe Łby – mruknąłem. – W tej bazie jest jeszcze jeden Rebeliant, który dycha.
Wiedziałem, że mam szansę na oddanie tylko jednej serii.
Zmówiłem w myślach krótki paciorek, po czym wyskoczyłem zza osłony i otworzyłem ogień.
Pierwszy szturmowiec padł, rażony serią prosto w głowę. Pozostali zdołali paść, przeoczyć się w bok i otworzyć ogień. Porzucony R-3PO z łoskotem grzmotnął o posadzkę. Wymierzyłem i ponownie strzeliłem. Mark II dysponował teoretyczną szybkostrzelnością wahającą się między 180 a 240 wystrzałami na minutę, więc każda moja salwa była miażdżąca; przekonał się o tym i drugi żołdak, kiedy rozorałem jego pancerz i wyprułem mu flaki. Ostatni padł za jakąś skrzynię, ale kiedy tylko wychylił się, zdołałem odstrzelić mu rękę dzierżącą broń. Wrzasnął przeraźliwie, po czym niepomny niebezpieczeństwa, wychylił się z kryjówki i zginął, trafiony trzecią moją serią.
Podbiegłem do R-3PO. Włącznik na jego karku nie działał, więc musiało dojść do czegoś, co specjaliści nazywają cyberszokiem, a co powstrzymywało droidy przed działaniem nawet przez wiele minut. Nie mając tyle czasu, zacząłem wściekle naciskać na włącznik, aż automat zaskowyczał, a jego fotoreceptory rozbłysły światłem.
-Dzięki niech będą Twórcy! Chorąży Pynchoo! Pan z pewnością zabierze mnie z tego przebrzydłego miejsca... – powiedział.
Znowu.
-Nie ma czasu na gadanie. Chodź, musimy się wynosić... z tego przebrzydłego miejsca.
Moje spojrzenie padło na dwóch powalonych wojaków. U jednego hełm był totalnie zmasakrowany. Drugi mógł chwalić się w piekle tym, ze ma wielką dziurę w miejscu klatki piersiowej.
-Cóż... Ktoś na pewno zauważy, że nie dostarczono cię do statku – powiedziałem do droida. – I zauważą też, że zwiałem. Będziemy mieli pościg na karku. Chyba, że zastosujemy prosty rachunek. Dwa niekompletne pancerze równa się...
-...kompletny pancerz, sir? – domyślił się Ar-Threepio. Najwyraźniej jego skłonność do melancholii umożliwiła mu również myślenia na poziomach abstrakcyjnych. – Z punktu widzenia matematyki, jest to karygodny błąd. Z punktu widzenia sponiewieranego droida protokolarnego, który chce stąd uciec... to doskonały pomysł.

Po chwili, najnowszy wśród imperialnych śnieżnych szturmowców podszedł do wahadłowca, który wylądował w pobliżu wejścia do bazy Echo. Prowadził przed sobą pojmanego rebelianckiego droida protokolarnego. Przepuszczony bez problemów na pokład promu, umieścił droida w komorze dla jeńców, wyłączył go, po czym rzucił okiem na puste siedziska dla żołnierzy z oddziałów, które opuścić miały już lodową planetę.

Dobrze, że stąd się wydostanę, pomyślałem. Ta planeta nie zostanie w mojej pamięci jako raj. Wręcz przeciwnie, było to piekło. Zimne, ale piekło.
-Hej, żołnierzu! Nie właź mi do kokpitu! Siedź w przedziale i czekaj na resztę oddziału.
-Nie tym razem, dupku – mruknąłem, podnosząc powoli blaster nastawiony na ogłuszanie. – Tym razem wybieramy ścieżkę widokową. Wiodącą jak najdalej od twoich imperialnych kolesiów.
Uruchomiłem silniki. Bojąc się, że mogę zrobić coś, co zaraz rzuci na mnie podejrzenia, uruchomiłem autopilota, gdy tylko opuściłem atmosferę.
Zbliżaliśmy się do niszczyciela gwiezdnego; na burcie widniał napis „Oskarżyciel”. Mieliśmy wiele czasu na dokowanie. Okręt majestatycznie podlatywał właśnie do unieruchomionego statku sojuszu.
Chciałbym im pomóc, ale w tej łupinie nie zdołam zrobić niczego poza postradaniem życia, pomyślałem. Pozostaje więc ucieczka. Nasz prom, choć wyposażony w hipernapęd, nie był rewelacyjnym pojazdem do ucieczki przed imperium. Okazało się, że nasza maszyna w pamięci miała jedynie koordynaty kilku ufortyfikowanych przez Imperium światów oraz kolonii karnej położonej gdzieś na uboczu. Nim zdążyłem uznać, że muszę zaryzykować i skakać w nadprzestrzeń na ślepo, pochwycił mnie promień ściągający.
Kochani Imperialni, psiakrew. Postanowili pomóc „koledze” w dokowaniu.
Oczywiście, był sposób na wykaraskanie się z tego syfu, uznałem. Czując, że powoli jestem tym wszystkim zmęczony, przebrałem się w strój powalonego pilota. Zapiąłem kombinezon i nałożyłem nakrycie głowy akurat w momencie, gdy płozy promu dotknęły pokładu.

Imperialny porucznik spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Dlaczego wróciliście bez żołnierzy, pilocie?
-Cały oddział zginął, sir! – powiedziałem, prężąc się. – Wpadli w pułapkę zastawioną przez to rebelianckie tałatajstwo – pozwoliłem sobie włożyć w tę wypowiedź odrobinę jadu, by uwiarygodnić swoją opowieść.
-Nie dostaliśmy raportu – oficer podrapał się po brodzie. – No, dobrze. Mamy ważniejsze sprawy na głowie, potem sporządzicie raport, pilocie. Mamy tu kilku jeńców, których pochwyciliśmy na pokładzie uciekającego statku. Lord Vader życzył sobie, aby dostarczać ich natychmiast na pokład „Egzekutora”. Zajmijcie się tym.
-Tak, jest, sir! – powiedziałem, ponownie stając na baczność.
Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście.
Parę minut później, prom wystrzelił w przestrzeń. Na jego pokładzie, oprócz mnie, znajdowało się jeszcze sześciu szturmowców jako konwój oraz osiem osób, spośród których rozpoznałem dwie z oficerskiego personelu Bazy Echo. Pozostałych pięciu nie widziałem, ale bez wątpienia byli to nasi.
Odbezpieczyłem blaster. Obezwładnienie sześciu szturmowców wydawało mi się kwestią dość problematyczną.
Obrałem inny kurs, niż ten przewidywany – transponder rozpoznał jako „Egzekutora” jakiś ogromny statek, wielokrotnie większy od niszczyciela klasy Imperial; wcale nie miałem ochoty tam dokować – i któryś z imperialnych żołdaków, jak spodziewałem się, zauważył to. Dyskretnie odbezpieczyłem broń.
-Hej, pilocie! Oddalamy się „Egzekutora”! – powiedział, gdy zacząłem przygotowywać statek do skoku w przeciwległym kierunku, niż ogromny niszczyciel.
Wtedy, tuż przed skokiem naszego promu w nadprzestrzeń, ujrzałem przez wizjer niewielki błysk, który uszedł uwadze szturmowców. Mam dobry wzrok, ale musiałem zmrużyć oczy. Zobaczyłem, co to: Z grupy wolno lewitujących asteroid wystrzelił frachtowiec typu YT-1300. To był „Sokół Millennium”! Natychmiast w pościg za nim puściły się statki Imperium. Właśnie wtedy zabrzęczał sygnał informujący, że pilotowany przeze mnie prom gotów jest do skoku według jednej z trajektorii.
-Co jest grane? – spytał szturmowiec. Po chwili odwróciłem się gwałtownie i zastrzeliłem go. Nim pozostali zdążyli zareagować, zraniłem dwóch kolejnych. Więźniowie zareagowali błyskawicznie. Nie będąc uwięzionymi w celach, mimo wszystko niewiele mogli zrobić, ale dwoje zdołało obalić na ziemię kolejnych dwóch szturmowców. Ostatni otworzył ogień w moją stronę, ale byłem względnie bezpieczny w kokpicie. Wychyliłem się i powaliłem go celnym strzałem.
Kontrola zaczęła wywoływać mój prom. Nie widząc innej alternatywy, pociągnąłem za dźwignię uruchamiającą hipernapęd, by wahadłowiec mógł uciec w nieznane.
A okazało się, że dotarliśmy tutaj. Zamiast jednak wylądować w „nowo założonej kolonii karnej” w Gromadzie Namder, nim ktokolwiek zdołał namierzyć nasz prom, zboczyliśmy nieco z trasy i wylądowaliśmy na położonej w tej samej gromadzie planecie...
Zapełnionej Imperialnymi.
Ale mającej także ruch oporu...

* * *


Mężczyzna uśmiechnął się i przerwał opowieść.
Spojrzał na gości, którzy przybyli z daleka, a teraz dotarli do jego bazy. Gości, którzy wiedzieli ciut więcej na temat tego, co działo się w ciągu ostatniego roku. Wieści z szerokiej galaktyki, dzięki uprzejmości Imperium, omijały Gromadę Namder.
Wziął wdech i zadumał się, po czym skończył mówić.

* * *


Wiecie, wspomnienie Bitwy o Hoth będzie wiecznie żywe w mojej pamięci, tak, jak wspomnienie wielu towarzyszy broni, którzy wtedy polegli..
. Wiem, wiem, to co mówię brzmi cholernie melodramatycznie. Ale nie bez powodu; każdy, kto przeżyje podobną walkę, zrozumie...

A więc, przejdźmy teraz do was... Nowiny, które przynosicie, stoją w sprzeczności z tym, o czym słyszymy na co dzień. Większość moich podwładnych wam nie wierzy, ale myślę, że mówicie prawdę...
Powiedzcie mi więc wszystko, co słyszeliście...
...o Bitwie o Endor.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,75
Liczba: 8

Użytkownik Ocena Data
X-Yuri 10 2010-12-07 09:42:47
Darth Kamil 10 2010-01-08 22:00:23
Ricky Skywalker 10 2009-07-25 21:13:01
Heavy Metal SITH 10 2009-07-25 01:36:40
kenobi2 10 2009-07-20 17:17:27
Radek 10 2009-07-20 00:47:07
Kasis 9 2009-07-21 10:28:16
Rusis 9 2009-07-19 20:00:53

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (9)

Jak dla mnie opowiadanie na prawdę świetne. Wprawdzie jest w nim kilka niedociągnięć, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jedne z lepszych jakie czytałem. Zasłużone 10/10 :)

Byłbym zapomniał... chociaż nie wiem, czy muszę to pisać xD
10/10

Baaardzo fajne:) Dobry pomysł, ładnie wykonany. Troszkę gryzła mnie narracja i owe właśnie błędy stylistyczne. Troszkę bardziej fakt, że z jednej strony podszedłeś do tego, jak pisze Ricky, z przymrużeniem oka, ale z drugiej jednak tak nie do końca. Czytając czasem nie, na ile tekst miał być zabawnym hołdem w stronę filmu, a na ile poważnym opowiadaniem.

Ale ogólnie opowiadanie super:) Moje gratulacje:)

PS. Rebeluchy - genialne xD
PS2. Wiadrogłowy? :P

Well, Immo, wykonałeś kawał dobrej roboty pisząc to opowiadanie :) Czuć dość mocno, że chciałeś, by spojrzeć na to z przymrużeniem oka, i udało Ci się to - momentami czuję się, jakbym czytał tekstową wersję Taga & Binka :D
Tu i ówdzie zdarzają się drobne błędy stylistyczne, ale większość usprawiedliwić się da przyjętą formą narracji, inne zaś (np. "Oddział Jobina pobiegli") nie wpływają na odbiór opowieści. Dla mnie murowane 2 miejsce (za "Dziewczynką") a nie tylko wyróżnienie. 10/10 :)

No, kolczasty, opowiadanie na prawdę kandosii :) Fajnie się czytało, nawet przez chwilę mnie nie nudziło :D
"W tej bazie jest jeszcze jeden Rebeliant, który dycha" czyżby ściągnięte z Władcy Pierścieni? :P

Immo - właśnie odebrałeś mi frajdę:P;)
Aż sobie dzisiaj odpalę film:]

Kasis - chorąży Pynchoo pojawia się w scenie (około 20 minuty filmu), w której jest transliteracja wypowiedzi kpt. Valdeza (a w filmie pojawia się Ralph McQuarrie jako gen. McQuarrie). Po chwili, w tle widać dwóch Rebeliantów niosących ciężką skrzynkę. Jeden z nich to właśnie nasz bohater :]

Jak kolejny raz będę oglądała Imperium to bacznie będę wyszukiwała w tle chorążego Pynchoo:]
Bardzo mi się podoba, zabawne i dobrze napisane. Lubię takie zmiany punktu widzenia na coś niby doskonale już znanego.
I jeszcze wzbudziłeś duży sentyment bo wymyślałam dawniej podobne historie.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.