Twórczość fanów

Archne i Ebis - Prolog

Autorka: Weronika "X-tla" Erdmann



100.000 Lat ABY Galaktyka przeżyła olbrzymi Kataklizm. Gdy cywilizacja podniosła się z gruzów wstrząsnęły nią nowe konflikty. Teraz po 100 latach spokoju galaktyce zagraża kolejna wojna…

Głębokie, ostre łuny krwawej pożogi, wzbiły się pod niebo wraz z gryzącym dymem. Szkarłat ognia odbijał się wraz z jęzorami zgniło żółtych wybuchów, od ponurych cuchnących obłoków. Na gruzach płonącego miasta, depcząc popioły zniszczonej stolicy poszarpanego ogniem świata, stały trzy upiorne postaci, wspierając nogi na karkach poległych wrogów, sycąc się obrazem rzezi, której przewodziły.
Kattwa Sethen - Tancerze Wojny. Ich nieprzytomne, zatracone w walce oczy, płonęły ogniem bardziej żarłocznym od pożogi, trawiącej ruiny Tereiny. Podobne sobie w bezpamięci bitwy, równie silne w okrucieństwie, różniły się jednak od siebie. Dwoje z nich było ludźmi. Młoda ciemnowłosa kobieta, której włosy zlepiała jeszcze wilgotna krew, zanosiła się upiornym, niedokończonym półśmiechem. Drugi, niewiele starszy od niej mężczyzna, również zbryzgany posoką, po prostu patrzył. Po prostu, poprzez Moc chłonąc każdy krzyk konającego życia. Trzecia zaś istota, humanoidalna Ceterjanka, zdawała się na dokonującą się dookoła rzeź nie zwracać najmniejszej uwagi. Byłą zajęta sobą, wręcz z perwersyjną radością oblizywała krew ociekająca jej z dłoni. Czerń jej pancerza kontrastowała z bielą jej włosów i skóry, dopełniając makabrycznego obrazu postaci.
Niespodziewanie gdzieś z boku osunęły się gruzy. Nagły dźwięk zwrócił uwagę ludzi, nawet Ceterjana oderwała się od zajmującej ją czynności. Zbliżał się do nich jeden z oficerów armii Nejroga.
- O co chodzi? – zapytał głucho Tancerz Wojny.
- Niestety Panie, wymknęli nam się i…- żołnierz nie skończył gdyż mężczyzna w mgnieniu oka znalazł się przed nim i chwycił go za gardło.
- Co powiedziałeś? - warknął, mocniej zaciskając palce. - Nie potrafisz poradzić sobie z tak prostym zadaniem, ty towntońskie ścierwo?!
Nie miał mu już kto odpowiedzieć, gdyż właśnie w tej sekundzie kręgi szyjne oficera poddały się nieubłaganemu naciskowi nieodwracalnie odbierając mu oddech. Tancerz Wojny pozwolił by martwe ciało żołnierza opadło na ziemię z głuchym łoskotem. Dźwięk ten utonął w niekończącym się huku wystrzałów i krzykach ginących.
- Ja zajmę się tym Jedi i jego adeptkami - rzekła niespodziewanie Ceterjanka. – Chętnie się zabawię. To miasto to żadne wyzwanie dla naszej trójki.
Mężczyzna przytaknął. Była to szczera prawda; troje Tancerzy Wojny potrafiłoby obrócić miasto w gruzy nawet bez pomocy armii.

Ari i Veri zsunęły się w dół stromego zbocza za swoim nauczycielem. Przestrzeń ponad nimi rozświetlała pożoga, jednak poniżej miejskich murów, u podnóża sztucznego wzgórza, jedynym źródłem światła były trzy miecze świetlne.
Rycerz Jedi, Awlor, pochodził z planety Giather. Była to istota wysoka, obrośnięta gęstym futrem w srebrno czarnym kolorze. Jego dwie uczennice, Veri i Ari Saiter, były ludzkimi dziećmi. Obie dziewczynki były raczej drobne i niepozorne. Obie miały ciemno brązowe, sianowate włosy, nieustannie wpadające im do oczu. Nieco starsza Veri nosiła je długie, zawsze związane w koński ogon, młodsza Ari krótkie, ścięte do ramienia. Obydwie były równie blade, gdyż z jednakową siłą odczuwały rzeź jaka dokonywała się w mieście ponad ich głowami.
- Mistrzu, czemu nie zostaliśmy walczyć, pomóc tym na górze? - zapytała młodsza. Dziecięcy wiek niespełna czternastu lat życia prowadził ją jeszcze do heroicznych czynów opiewanych w legendach. Wciąż była zadziorna, pełna ślepej odwagi i gotowa nieść pomoc każdemu kto jej potrzebuje niezależnie od sytuacji w jakiej sama się znalazła. - Przecież umiemy walczyć. A ja się nie boję!
- Ari – skarcił ją lekko spokojny głos nauczyciela. - Odwaga, to nie jest narażanie się bez potrzeby. Tym na górze nie pomożemy ginąc w walce, w której nie mamy szansy zwyciężyć. Musimy dostać się na miejsce, z którego zabierze nas statek. Zniszczenie Tereiny może być początkiem nowej wojny.
- Wojny!? Takiej jak Wojna cywilizacyjna Mistrzu? - spytała Veri, która zawsze pilnie studiowała historię. - Czy Wielka Unia znów się podzieli?
- Nie Veri - odparł jej nauczyciel, ruszając w stronę lasu. - Jak na razie Wielka Unia stanowi jedno. Teraz ma zewnętrznego wroga którym jest Nejroga i jego armia Kraght Kereth.
- I TE istoty? - spytała Ari doganiając mistrza.
- Tak. To czysta ciemność. I ślepe okrucieństwo.
Nagle, gdzieś ponad nimi, rozległ się nieludzki okrzyk. Trudno było określić czy bardziej go usłyszeli czy odczuli. Po nasypie za nimi osuwał się czarny kształt. Jasne włosy , oczy barwy ognia. Jej bronią były dwa miecze, jeden połyskując metalicznie odbijał krwawe blaski ognia, a ostrze drugiego samo miało barwę krwi.
- Uciekajcie!! - krzyknął nagle do Veri i Ari ich nauczyciel.
- Co?! NIE!! – obie sprzeciwiły się twardo.
- Bez dyskusji!
- NIE, ja zostaję - krzyknęła Ari.
- VERI ZABIERZ JĄ STĄD! JUŻ!! - to był rozkaz. - Dogonię was.
Veri skinęła głową, chwyciła siostrę za rękę i całej siły pociągnęła w las. Kątem oka Ari zauważyła, jak jej Mistrz zatrzymał tę istotę. Słyszała jeszcze odgłosy walki. Starsza siostra ciągnęła ją w głąb lasu. Po drugiej jego stronie miało czekać ocalenie.
Biegły poprzez ciemność nocy, poprzez gęstość chaszczy, w cichości lasu. Nie widząc, czuły gałęzie i konary, w bezpamięci biegu tylko podskórną wiedzą i dreszczem lęku omijały moczary. Kilka razy zmieniały kierunek, gdy w zasięgu ich odczuć znalazły się większe zwierzęta. Ścigały je łuny pożogi odbijające się od chmur, musiały biec… Kilka razy któraś oglądając się za siebie potykała się padając w wilgotną ściółkę lasu. W końcu Ari wyrwała je z bezmyślnych działań, z nieświadomej ciszy biegu.
- Dość, Veri, zwolnijmy! - krzyknęła do swojej siostry, wciąż trzymającej ją za rękę. Przebiegły obok lśniącego leśnego jeziora. Starsza nieco zwolniła kroku.
- Nie możemy. Mistrz kazał nam dotrzeć do stacji badawczej Terek, gdzie ma lądować statek, ten który nas stąd zabierze.
- Zatrzymajmy się na chwilę! Zaczekajmy na niego.
- Ja też nie chciałam go opuszczać, ale kazał nam tam dotrzeć, musimy go słuchać – odparła ponuro Veri. - kazał nam iść, bo chciał nas ochronić.
I nagle cisza przeszyła je gromem. Sekunda stała się wiecznością. Bezdźwięczny huk rozdarł całą przestrzeń nieskończonym, dalekim konaniem. Grom, cięcie i cisza tym bardziej pusta i martwa, iż wokoło nich cała puszcza wciąż drżała chaosem życia. W myślach i sercach pozostała cisza tej bezmierne pustki. Pustka, pustka, nic więcej. Nagła pustka rozcięta krzykiem.
Ari wyrwała rękę z uścisku siostry i pędem rzuciła się w stronę odległej łuny. Rozpacz drżała w jej krzyku, w biciu serca. Oczy Veri wypełniły się łzami. W jej myślach pozostało tylko jedno. Miała zabrać stąd siostrę i wydostać się z tej planety. Ruszyła biegiem za Ari. Dogoniła ją po kilku minutach, a może godzinach biegu. Z całych sił chwyciła ją za ramię i zmusiła do zatrzymania.
- ARI! – krzyknęła w pustej ciszy. Ari szamotała się jeszcze usiłując biec dalej.
- Puszczaj!! – krzyknęła. - To nie… TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA!!!! NIEPRAWDA… nieprawda - krzyczała coraz ciszej, starając się cofnąć fakty i łudząc się, jeszcze wierząc, iż obydwie zawiodły zmysły, tak pilnie szkolone od najmłodszych lat.
- ARI – Veri z siłą powtórzyła imię swojej siostry. - Stało się. – I ona płakała, głos jej się łamał, ale starała się zachować spokój i przelać go w serce młodszej siostry. - To jest prawda, wiemy obie. Ale już nic się nie da zrobić.
- NIE? - krzyknęła Ari wyrywając się jej ponownie. – DLACZEGO?! – oczy Ari lśniły błędnie. Jej ból dawał początek rozpaczy, a ta, nie znajdując we łzach dostatecznego ujścia przerodziła się w szaleńczą wściekłość. Veri dostrzegła jak palce jej siostry ostrzegawczo zacisnęły się na rękojeści miecza. – Ja, ja ją ZABIJĘ. - Veri siłą musiała odciągać jej ręce od broni.
- Stój - nie dopuszczała sprzeciwu. - Nie dasz jej rady. Zginiesz. Nasz Mistrz by tego nie pochwalił. Jeśli chcesz jakoś odpłacić tamtej istocie, to jedynym sposobem jest wydostanie się stąd. - Musiała zachowywać się doroślej niż się czuła. Ale tego wymagała sytuacja. Były adeptkami mocy. A ponieważ ich nauczyciel… Teraz ona musiała być jak dorosła, jak prawdziwa Jedi. Musi zająć się młodszą od siebie Ari. - Jeśli wydostaniemy się z tej planety Wielka Unia dowie się co tu się stało. I to zwycięstwo nic im nie da. A teraz, proszę Ari, przestań.
Dziewczynka przestała się szamotać. Powoli wściekłość z niej odparowała. Ari osunęła się na kolana i zaczęła płakać. Veri objęła ją i cicho zaczęła powtarzać siostrze, że będzie dobrze. Jak bardzo chciałaby sama móc w to uwierzyć.
Po paru chwilach Veri wstała i pomogła wstać siostrze. Ari jeszcze drżała. Były same w otaczającej je puszczy. Veri wyjęła z plecaka holowyświetlacz i przyjrzała się mapom terenu.
- M-musimy iść na północ - stwierdziła krótko, poczym zaczęła przyglądać się drzewom, żeby ustalić kierunek północny. Po dłuższej chwili ruszyły w drogę. Puszcza gęstniała, więc szły coraz wolniej. Kilkakrotnie musiały omijać większe gęstwiny, lub tworzyć sobie przejście przy użyciu mieczy świetlnych. W pewnym momencie natrafiły na las tak gęsty, iż nawet ciecie gałęzi mieczami nie dawało większego rezultatu, poza tym że oblazły je jakieś drobne insekty. Ich jad nie był wprawdzie trujący, jednakże ukąszenia potwornie swędziały. Na całe szczęście znalazły przejście, swego rodzaju tunel w pniu powalonego drzewa. Musiały przejść przez niego po kolanach. We wnętrzu pnia było ciemno i wilgotno, a jego ściany pokrywał lepki śluz. Ari kilkakrotnie klęła go na czym świat stoi, jednak na całe szczęście nie wiedziała czym on dokładnie jest. Veri cieszyła się tym razem z faktu, iż jej siostra nie studiowała dokładnie materiałów na temat światów, na które ich mistrz je zabierał. Gdyby wiedziała, że to rozkładające się szczątki, przetrawione przez Jenteńskie ślimaki jej narzekaniom nie było by końca. Na całe szczęście tunel nie rozgałęział się, gdyż w panujących ciemnościach mogły by się z łatwością zgubić.
Przeprawa tunelem trwała co najmniej pół godziny. Obie zakończyły ja z największą przyjemnością. Były teraz brudne, ich ubrania lepiły się od cuchnącego śluzu.
- Daleko jeszcze? - jęknęła Ari. Wciąż była załamana, a do dalszego marszu nakłaniało ją jedynie pragnienie pokrzyżowania planów istoty, która odpowiadała za śmierć jej nauczyciela.
- Nie wiem - odparła Veri. - Chyba jeszcze ze 4 godziny marszu.
- Co?! - Ari osunęła się na kolana. - No, nie… A możemy chociaż chwile odpocząć?
Veri niepewnie rozejrzała się dookoła. Puszcza była gęsta, przez korony drzew nie było widać nieba. Jedynym źródłem światła były ostrza ich mieczy świetlnych. Nie była pewna czy są tu bezpieczne.
Nagle jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Wiedziała, że Ari poczuła to samo co ona. W obrębie ich percepcji pojawiła się ciemność, nie optyczna, jak ta która panowała w puszczy, lecz mroczna dziura w świetle jakie tworzyło każde żywe stworzenie. Obie dziewczyny wiedziały, iż i tamta istota zdawała sobie sprawę z ich obecności.
- Ari… - szepnęła starsza z sióstr.
- Wiem… - Obie ruszyły biegiem.
Szybciej, szybciej… nie mogły zgubić tamtej ciemności. Jak czarny ptak, goniła za nimi, czuły jej obecność jak oddech czarnej bestii na swoich karkach. Biegły i nie mogły uciec. W oba młode serca zaczął wkradać się lęk. Zdawało im się, jakby cały las, cała puszcza sprzyjały ciemności. Każdy czarny kształt potęgował lęk, wzmagał w młodych sercach reakcję przestraszonego, zaszczutego zwierzęcia. Ciemność osaczała je. Dziwne, ale nie była już tylko punktem, teraz cała puszcza pełna była cienia. Uciekające dusiły się nią, jak zatrutym powietrzem. Z trudem łapiąc oddech, zwolniły biegu. W końcu musiały się zatrzymać. Veri spojrzała na siostrę. Ari oddychała ciężko, jej lęk i smutek pogłębiały się z każdą chwilą. Obie wiedziały ze teraz nie mogły zlokalizować zagrożenia, dopóki nie znajdzie się blisko, zbyt blisko. Ale wciąż pozostawał jeden sposób…
- Ari - Głos Veri był stanowczy. - Musimy się rozdzielić.
- Nie!!! - krzyknęła młodsza. - Nie chcę. Nie pozwolę ci się poświęcić!
- Ari, choć raz nie kłóć się ze mną, nie mamy czasu. Odciągnę ją, a potem zgubię. Jeśli się rozdzielimy trudniej nas będzie znaleźć – powiedziała. Ale chyba nie dość pewnym tonem, gdyż od razu wiedziała, iż jej siostra nie była przekonana – Niema mowy o poświęcaniu się. - dodała szybko. Ari zrezygnowana pokiwała głową.
- Zgoda, ale przysięgnij że się jeszcze zobaczymy.
- Ari…
- Przysięgnij! Na Moc.
- Dobrze - Westchnęła Veri. - Przysięgam. Proszę, masz. - wcisnęła jej w dłoń holowyświetlacz.
Ari skinęła głową i bez słowa ruszyła na północ, Veri zaś odwróciła się w stronę z której najsilniej promieniowała ciemność. Czekała tak długo aż obraz cienia stał się dość wyraźny. „Jak na ćwiczeniach, jak na ćwiczeniach…” powtarzała w myślach. „raz, dwa, …TERAZ!” Biegiem ruszyła jak najbardziej na zachód.
Ari biegła przez puszczę. Czuła skupienie swojej starszej siostry i wiedziała, kiedy Veri ruszyła w inną stronę lasu. Nie wiedziała jednak, za którą z nich pobiegła tamta istota. Dlatego biegła tak szybko jak tylko potrafiła. Biegła coraz bardziej w ciemność. Nagle stwierdziła, że życie wokoło niej nie drga już nieskończonym światłem. Zatrzymała się na chwile i rozejrzała w około. Nie widziała zbyt wiele. Ale czuła. Wszystkie zwierzęta trzymały się od tego miejsca z daleka. „Dlaczego?” Usiadła na ziemi i zapadła się w Moc. Coś było z tym miejscem nie tak. Czuła jak ogarnia ją ciemność. Wzdrygnęła się gdy kolejne macki mroku oblepiały ją i ciągnęły ku sobie. I nagle gdzieś zza tego wszystkiego dobiegł ją czyjś znajomy głos, znajomy od zawsze. Nie rozumiała słów, jakby mówił w nieznanym jej języku, jednak wiedziała. Wzywał ją. Bała się ale, chciała dać się ponieść temu wezwaniu. Poruszało ono jakąś strunę, głęboko w jej duszy. Wszystko w niej wrzało. I wtedy ta chęć natrafiła na mur, blokadę silniejszą od innych. Ari zdała sobie sprawę ze swoich myśli i z pragnień jakie na moment ją ogarnęły. Przerażona własnym odkryciem wstała gwałtownie. Do jej uszu dobiegł cichy szelest. Spodziewając się ujrzeć owa makabryczną istotę włączyła miecz i uniosła go lekko przyjmując postawę obronną. Spojrzała przed siebie. Jej miecz oświetlił jakiś kamienny blok. Nie, to nie był blok tylko postument. Ari spojrzała w górę. Był to blisko trzymetrowy posąg z czarnego kamienia. W kamieniu zatopione były drobne srebrne żyłki. Ari podniosła miecz w górę, tak aby światło dosięgło twarzy posągu. Jedno spojrzenie, a jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Cofnęła się o krok, i nagle grunt osunął się jej spod stóp. Puszcza wyciszyła stłumiony krzyk, gdy Ari runęła w dół mrocznego tunelu. Zdążyła jeszcze wyłączyć miecz, jednak wciąż spadała w absolutną ciemność. Rozpaczliwie próbowała złapać się ściany tej dziwnej „studni”, w która wpadła. Ściany były jednak śliskie i nie miały żadnych występów o które można by zaczepić ręką. Nic. Idealnie gładka śliska ściana. Nagle poczuła jakby w coś uderzyła, choć niezbyt mocno. Stwierdziła też, że już nie spada. Zatrzymało ją coś. Zresztą nie było to nic nadzwyczajnego. Dobrze znała ten rodzaj pola ochronnego. Takie samo, chroniło przed zrobieniem sobie krzywdy w salach treningowych w akademii. To musiało mieć oczywiście silniejszy generator, ale na pewno było dokładnie takie samo. Była tego pewna, aż za często się o nie obijała.
Stanęła stopami na twardym podłożu. Nie wiedziała jak długo spadała, ani jak głęboko się znalazła. Dzwoniło jej w uszach, co oznaczało nagłą zmianę ciśnienia, a to świadczyło, że znajdowała się głębiej niż sto metrów poniżej powierzchni. Nabrała powietrza, zatkała nos i z całej siły wypchnęła powietrze z płuc. Jednak i tak dopiero po chwili przestało dzwonić jej w uszach. Wokół niej panowały nieprzeniknione ciemności. Nic nie widziała, a przecież musiała się jakoś stąd wydostać. Sięgnęła po miecz. Jasny, błękitny blask oświetlił wąską kładkę na której stała. Rozejrzała się. Studnia miała średnicę może z dziesięciu metrów, a jej ściany wznosiły się wysoko ku górze. Przed sobą miała wejście do ciemnego korytarza. Powoli ruszyła w jego stronę. Nie było innego wyjścia. Gdy tylko światło jej miecza padło na ściany korytarza te zalśniły. Na wysokości jej oczu lśniły krwawym blaskiem znaki nieznanego jej pisma, w nieznanym jej języku. Odbijały się one na jej twarzy i ciele tworząc nieregularne ogniste wzory. Czuła jak podłoże drży; wydało jej się jakby gdzieś daleko, w sercu kamiennego labiryntu śpiewał chór głosów. Melodia nieznana i znana jej zarazem. Jakby słyszała ją dawno temu. Jednak ponad to wszystko wybijało coś innego, ważniejszego – lęk. Lęk i niepewność… „VERI!” Nie było czasu. Ruszyła w głąb korytarza, jednak wciąż słyszała tą melodię. Im dłużej jej słuchała, tym bardziej znajome wydawały się dźwięki. Biegła, a gdy zgasły krwawe runy i gdy melodia ucichła, Ari już całkiem zatraciła się w pędzie.
Biegła w głąb korytarzy. Czy szukała drogi na powierzchnię? Czuła przytłaczającą pamięć ścian; duchy przeszłości przeniknęły to miejsce. To ich pamięć ciągnęła ją w głąb labiryntu, gdzieś w mroki przeszłości, pozostawiając wyraźny ślad w Mocy. Im dłużej biegła tym większy nacisk wewnętrzny odczuwała. Coś tłamsiło jej ducha i odbierało oddech. Z trudem łapała powietrze. Chciała nawet zawrócić. Chciała? Przecież nie mogła. Biegła dalej w bezdenną ciemność. To, co kryło się w sercu mroku, przyciągało ją jak magnes.
Z czasem w jej duszy pojawiły się cudze myśli. Ciche bezgłośne podszepty. Duchy minionych mileniów. Bezsłowna mowa przeszłości rzeką odczuć przeniknęła jej umysł, labirynt poznał każdą jej myśl, każde wrażenie i każde wspomnienie. Zduszona natłokiem tych myśli Ari zatrzymała się. Nie była w stanie dalej biec. Nie mogła nabrać powietrza, jakby nie było go wokół niej. Była tylko przeszłość. Odczucia wojny i burzy, wspomnienia potęgi i zagłady, zlane i zespolone ze sobą. Wszystko to opłynęło i zalało jej umysł falą, której nie umiała się oprzeć. Zwycięstwo i klęska, radość i cierpienie, słabość i potęga, rozkwit i zagłada. Tysiące obcych wspomnień, tysiące światów ginących i powstających do życia. Obrazy, dźwięki. Zatracała w tym własne istnienie. Nie mogła znieść natłoku myśli, mieszających się z jej wspomnieniami. Dusiła się, lęk przeszły i obecny stały się jednym, gniew duchów był jej gniewem, ich zwątpienie z nią jednakie. Widziała dawne bitwy i stały się one widzianą przez nią pożogą, słyszała krzyki ginących w dawnych, obecnych i w przyszłych bitwach. Znów i znów, bez końca, galaktyka, którą kochała ginęła w ogniu nie kończącej się wojny. Była każdą istotą która kogoś straciła. Znów i znów, widziała, zaciskała powieki, ale wciąż widziała. Wciąż od nowa, w ostępach głuszy bezgłośny grom odcinał ją od tego co było, od jasnych czasów, pozostawiając tylko ciemność. Upadła na kolana, z oczu płynęły jej łzy. Rozpaczliwie starała się wygnać to wszystko ze swego umysłu. Powoli zaczynała się dusić. Zaczynało się jej ćmić w oczach. Ból duszonych bezdechem płuc stał się nie do zniesienia. Nowy obraz w jej głowie zadał jej nowe, jeszcze gorsze cierpienie - ujrzała swą siostrę toczącą nierówną walkę. „Czy to się dzieje?” pytała samą siebie. Widziała jak jej siostra upada, lęk wypełnił jej serce. Widziała błękitne błyski drapieżnie tnące czas i przestrzeń. Słyszała krzyki towarzyszące agonii i śmiech, potworny, rozdzierający duszę. Nie mogła pomóc siostrze, tak, jak nie dane jej było walczyć u boku swego mistrza. Jej myśl zlała się z dawnym i przyszłym cierpieniem. I wciąż widziała oczy barwy ognia, słyszała śmiech ciemności. Nie mogła jej wybaczyć. Nie mogła żyć słysząc ten śmiech. Pozwoliła by ból stał się nienawistnym wrzaskiem wydanym przez każdą komórkę jej ciała. Nieskończona wściekłość i cierpienie, o którym nie sposób zapomnieć, nienawiść którą nie sposób wygnać z serca. Wszystkie dzikie uczucia zlały się, zespoliły razem i jedną falą energii przepłynęły przez jej ciało.
I nagle wszystko ustało. Jej umysł znów należał do niej. Obce myśli odpłynęły, jakby lękając się jej własnych. Ari klęczała na posadzce gwałtownie łapiąc powietrze. Policzki miała mokre od łez. Podniosła wzrok. Klęczała przy samym końcu korytarza. Dlaczego wcześniej wydawało jej się, że biegnie on jeszcze dalej? Czemu nie zauważyła…? Wstała. Stwierdziła przy tym, że runy na ścianach znów świeciły. Weszła wprost do olbrzymiej sali. Nie widziała jej sklepienia, a ściany były czarne niczym noc. Na końcu sali dostrzegła blade, migotliwe światło. Postąpiła krok w jego stronę. Wydało jej się, że ściany ożyły, cofnęła się lecz ściany również pokryły się lśniącym pismem. I wtedy usłyszała głos, spokojny i przyjazny.
- Witaj - Ktoś stał na końcu komnaty. Był jakby drugim źródłem tego migotliwego światła które dostrzegła. Ari drgnęła zaskoczona. Był to człowiek, jak ona, starszy od niej może sześć, siedem lat. Skąd się tu wziął?
- Witaj. Kim… kim jesteś? - zapytała niemal odruchowo. Przeszła połowę dzielącego ich dystansu. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, iż postać ta jest nierzeczywista. Była na wpół przezroczysta, jednak nie mogła być duchem, gdyż Ari odczuwała jej obecność.
- Nazywam się Iger - rzekła zjawa.
- Nie jesteś hologramem? - zapytała bardziej dla pewności niż z niewiedzy. Podeszła bliżej, by przyjrzeć się postaci.
- Nie. Jestem cieniem, który czekał w tych korytarzach całe milenia, czekał na ciebie, nową Arnche.
- Że kim… czym jestem? - Nie rozumiała tego co działo się wokół niej. Powinna stąd wyjść, znaleźć drogę na powierzchnię, znaleźć Veri. Nie rozmawiać z tą… z tym… czymś.
- I ja byłem Arnche, wieki temu. Cywilizacja Arnchan zniknęła z galaktyki tak dawno, iż pewnie niewiele śladów się po niej zachowało. A z całą pewnością nie zachowało się żadne gwiezdne serce. Żadne prócz tego - wskazał na niewielki przedmiot unoszący się w polu energetycznym między dwiema dość dziwnie wyglądającymi strukturami. Sam przedmiot też był dziwny. Miał postać, czegoś na kształt niewielkiego pierścienia, czy raczej delikatnego kolistego splotu z cieniutkiego miedzianozłotego drutu. W każdym ze splotów pojawiały się drobne iskierki. Sytuacja stanowczo nie była normalna, jednak Ari poczuła wewnętrzny przymus, by podejść bliżej. Każdy jej krok był przesadnie ostrożny. Nie uszło to uwadze istoty z którą rozmawiała.
- Czemu się lękasz? - zapytała zjawa. - Nie jestem w stanie ci zagrozić.
Ari skamieniała. Choć wciąż coś w jej wnętrzu kazało jej podejść bliżej teraz już nie uległa temu głosowi.
- Bo wciąż nie wiem kim jesteś i gdzie ja się właściwie znajduję? - odparła pytaniem na pytanie.
- Nie wiesz, gdyż jeszcze byś tego nie pojęła – zjawa zbliżyła się do niej.
- Czemu mam ci ufać?
- Bo i ja kogoś utraciłem, dawno temu - zjawa przesunęła jej przed oczyma dłonią. Dziewczyna odczuła lodowaty chłód ściskający jej serce. Znowu to samo odczucie, ta sama upiorna świadomość niemocy. Ale było coś jeszcze. Tym razem emanujące tylko z tej istoty. Jakiś bolesny cień, coś co przerażało Ari. Dziewczynka cofnęła się gwałtownie.
- NIE - Jasny błękitnawy błysk rozciął otaczającą ją przestrzeń, a w ciszy rozległ się cichy śpiew miecza.
- Sądzisz, że to coś da? - zapytała zjawa.
- Nie wiem – odparła. - Ale pozwoli mi wyciąć sobie drogę na powierzchnię! - rzuciła się biegiem do wyjścia. Jeszcze długo gdy biegła korytarzami ścigał ją głos tej postaci. - ”Weszłaś tu raz. Pamiętaj! Jeszcze tu powrócisz.” - Biegła jednak dalej w pustkę korytarzy. Aż w końcu, sama nie wiedząc jak, odnalazła drogę na powierzchnie.
Ciemność wciąż wisiała ponad lasem, gdy w jej płuca wdarło się świeże powietrze. Biegła miedzy gałęziami starając się odnaleźć drogę. Myślała o Veri. Nie wiedziała, czy jej siostrze udało się przeżyć. Na samą myśl o wizji jakiej doznała w labiryncie łzy napływały jej do oczu. Nagle, gdzieś niedaleko, jej umysł napotkał czyjąś obecność. Jej zmysły nie wróciły jeszcze do absolutnej równowagi, nie była więc pewna kto to jest. Mimo to, wyraźnie dosłyszała dźwięk, jaki wydaje budzący się do życia miecz świetlny. Odruchowo uruchomiła swą własną broń... i dwa bliźniacze miecze zderzyły się w ciszy lasu.
- Ari! - usłyszała znajomy głos. W bladym świetle poznała twarz siostry.
- Veri - Jej radość niemiała granic... ale… - Veri? Czemu mnie zaatakowałaś.
- Ja… ja myślałam ze to ta istota która nas ścigała. - Starsza z sióstr była poważnie wytrącona z równowagi. Wyraźnie czuła cień zbliżający się do niej w śród drzew. ”Jak to możliwe, że była nim Ari?” pytała samą siebie. Martwiła ją ta zmiana, jaką czuła w siostrze. Kiedyś czuła już taki sam cień w jej wnętrzu, ale to było jeszcze na ich ojczystym świecie. – Jak się cieszę siostrzyczko, że nic ci nie jest.
- Ja też się cieszę, że… - „że moja wizja się nie spełniła” pomyślała Ari, powiedziała jednak - … że i ty jesteś cała.
- Ari, wiesz, jesteśmy już blisko granicy lasu. Powinnyśmy iść dalej.
Ruszyły więc na północ. Istotnie, do granicy lasu dotarły po mniej niż godzinie marszu. Veri powiedziała, iż statek miał lądować dopiero w południe czasu lokalnego, więc wystarczy, jeśli w dalszą drogę ruszą o świcie. Znalazły dość wysokie i zarazem rozłożyste drzewo, po czym wdrapały się na nie. Veri miała ze sobą podręczną torbę, a w niej swój płaszcz. Był on co prawda trochę wilgotny po tym, jak Veri uciekając wpadła w jakieś cuchnące bajoro, ale wciąż ciepły. Dziewczynki okryły się nim i podzieliły, również nieco namokniętą, racją żywnościową. Ustaliły, iż będą czuwać na zmianę, aby każda z nich mogła się choć trochę wyspać.
Gdy tylko zaczęło świtać, Veri zbudziła młodsza siostrę, po czym wcisnęła płaszcz z powrotem do torby i obie zsunęły się po pniu drzewa na ziemię. Czekała je teraz droga przez otwartą przestrzeń, aż do stacji badawczej Terek. Ari narzekała na bolące nogi. Veri uśmiechnęła się i w ramach rewanżu za ciągłe narzekania pstryknęła siostrę w ucho. Zaraz potem musiała ratować się ucieczka przed nadlatującym skądś małym kamykiem. Dzień był pogodny i ciepły, a niebo nad nimi miało turkusowa barwę.
Wędrowały już co najmniej kilka godzin, kiedy na jednym ze wzgórz zamajaczyła im stacja badawcza. Budynek był niski i przysadzisty, a jego ściany miały piaskowy kolor. Otaczały go liczne drzewa i zarośla. Dziewczynki były już niedaleko, gdy nieco za budynkiem, jakby na północnym zboczu wzgórza, między drzewami, zamajaczyła im postać. Była bardzo wysoka i z postury wyglądała znajomo. Ari zmrużyła oczy. Postać schodziła w dół tamtego zbocza. Gdy przeszła przez plamę światła na targanym lekkim powiewem futrze zamigotały srebrzyste błyski. Radość Ari nie miała granic. Nie słuchając siostry puściła się biegiem w górę zbocza.
- MISTRZU! - krzyknęła radośnie.
Veri pobiegła za nią, ale nie mogła jej dogonić. „Co z tego” pomyślała Ari ”przynajmniej pierwsza opowiem Mistrzowi o naszych przygodach.” Wbiegła na szczyt wzgórza, minęła budynek, spojrzała w dół zbocza i…
…Jej oczy rozszerzyły się w niemym przerażeniu. Czarno srebrne futro kołyszące się lekko na wietrze pozlepiane czerniejącą krwią. Duże mądre, wielokrotnie złożone oczy pusto patrzące w przestrzeń. Głowa jej nauczyciela niczym hełm okrywała głowę potwora, pokrwawiona skóra bez ciała, które pod nią być powinno, zarzucone jak płaszcz na ramiona postaci w czarnym pancerzu. Na twarzy postaci złowrogi uśmiech.
Coś pękło w duszy Ari. Łzy same napłynęły jej do oczu. Nie pamiętała kiedy włączyła miecz. Rzuciła się do przodu, nie widząc co robi, gdyż świat przed nią rozmazał się we łzach. W uszach wciąż miała śmiech tej postaci. Cięła na oślep, nie wiedząc czy trafia. Z ślepego szału wyrwał ja krzyk siostry.
- ARI!! - Wtedy obróciła się i zobaczyła, iż przeciwniczka w jakiś sposób znalazła się za nią. Dziewczyna cudem sparowała cios, który pozbawiłby ją głowy. Kolejna seria szybkich ciosów o mało co nie przewróciła jej na ziemię. Wtedy u jej boku znalazła się Veri. Ari spostrzegła, iż ich przeciwniczka, nie używa już miecza z metalu. Wcale go ze sobą nie miała „Mistrz Awlor musiał go zniszczyć” pomyślała Ari. Dziewczynka cały czas zmuszona była odpierać ataki tej dziwnej istoty. Jej siostra radziła sobie lepiej; jej walka była w równej niemal mierze złożona z ataku i obrony. Nagle jednak ich przeciwniczka, jedną ręką puściła rękojeść miecza, zamykając jednocześnie Veri w potężnym uścisku Mocy. Starsza z sióstr daremnie próbowała wyrwać się z uścisku niewidocznej energii, jednak Ceterjanka niczym szmacianą lalką, rzuciła nią o najbliższe drzewo. Veri straciła przytomność. Miecz wypadł jej z dłoni. Ari odczuła ból siostry i to sprawiło, iż straciła koncentrację. Kolejny cios wytrącił jej miecz z rąk. Była bezbronna. Cetreianka wyłączyła miecz, śmiejąc się chwyciła Ari za gardło i uniosła ją w powietrze. Czternastolatka zacisnęła dłonie na jej przedramieniu, starając się wyrwać bezsilnie biła nogami powietrze. Wtedy usłyszała głos swojej przeciwniczki.
- I wy próbowałyście się mierzyć z Tancerzem Wojny? - Jej oczy śmiały się złowrogo, gdy mocniej zacisnęła palce wokoło jej szyi. – Przegrałyście, małe Jedi. - Oczy Ari zaczęły zachodzić mgłą. Zawiodła. Zawiodła rodziców, siostrę, Mistrza Awlora, całą galaktykę. - Zresztą niczego więcej niemożna się było spodziewać po uczennicach tak miernego i głupiego rycerza. – dodała, wskazując wolną ręką na skórę jej nauczyciela. - Wspomnienia ostatnich dni przesunęły się jej przed oczami. Pożoga, ucieczka, bezgłośny grom, labirynt, pieśń i wizja. Nadzieja , klęska, zagłada. Jej dusza nie mogła znieść więcej bólu. Znów poczuła ten sam chaos myśli i wspomnień, który ogarnął ją w labiryncie. Ten sam niepohamowany gniew. Wspomnienie jej mistrza… słowa Ceterjanki… Nagły ból, pociemniało jej przed oczami. Fala wściekłości zalała jej młody organizm. Głuchy wrzask przeszył jej ciało. Chciała ją zniszczyć, zadać jej ból choć w połowie równy własnemu. Poczuła ruch własnej ręki, coś miękkiego pękło pod jej palcami i cała energia jaką miała w swym wątłym, czternastoletnim ciele przepłynęła przez jej dłoń falą błękitnego ognia. Nie widziała tego, jeszcze nie.
Veri została wyrwana z niebytu przez nieludzki wrzask, jednak nie od razu wróciły jej zmysły. Gdy tak się stało poczuła zapach ozonu. Wstała i zobaczyła swoją siostrę. Ari klęczała, jej ciałem wstrząsały konwulsje. Veri podbiegła do siostry. I wtedy zobaczył ciało Ceterjanki. Krtań i gardło miała rozszarpane, a całą twarz pokrywały błękitno szare zasinienia jak od porażenia prądem, jej oczy były spopielone. Spojrzała na Ari. Jej siostra trzęsła się, z oczu płynęły jej łzy. Całą prawą rękę od palców aż do ramienia zbryzganą miała krwią Ceterjanki.
- Ari? - szepnęła cicho osuwając się obok swojej młodszej siostry. Czuła jej ból, rwący, i rozdzierający czas i przestrzeń. – Spokojnie - szepnęła obejmując ją. - Rozumiem. – rozumiała że jej siostra jest wstrząśnięta tym co zrobiła by je ocalić, że nie chciała tego.
- Ja… Ja… - jękneła Ari, widząc przed sobą ciało Tancerza Wojny. Dopiero teraz wróciły jej zmysły.
- Nie patrz - powiedziała Veri, zasłaniając jej sobą upiorny widok.
Wtedy nad ich głowami śmignął niewielki statek. Przylecieli po nie. Veri pomogła wstać siostrze. Po drodze na szczyt wzgórza zabrała i jej i swój miecz świetlny. Dotarły na wzgórze i zobaczyły schodzącą z pokładu Mistrzynię Kajarten i kilku idących za jej przykładem żołnierzy. Veri wiedziała, że nie mogą zobaczyć tamtej istoty, bo wtedy Ari na pewno zostanie wydalona z Zakonu. A ona przecież miała obowiązek opiekować się młodszą siostrzyczką.
- Mistrzyni… - zaczęła. - Stolica... jest.. właściwie jej...
- Widzieliśmy… - odparła Mistrzyni Kajarten. – A gdzie wasz mistrz?
Veri spuściła wzrok, Ari płakała wsparta na jej ramieniu.
- Mistrz Awlor nie żyje ścigano nas, udało nam się dotrzeć tu jak kazał – odparła głucho Veri. - walczyłyśmy z… - nie umiała tego nazwać.
- …z ..z Ttancerzem W..ww..ojny - wyrzęziła Ari – onaa..aa, jaa..a..onaa…a… - Ari osunęła się zemdlona. Szybko zabrano ją na statek, ten zaś jak najszybciej opuścił przestrzeń wokół planety. I tylko Mistrzyni Kajarten zatrzymała na chwile Veri.
- Chcesz mi powiedzieć coś jeszcze? – zapytała.
Veri przełknęła ślinę.
-Nie…



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 7,75
Liczba: 4

Użytkownik Ocena Data
hAKE5 8 2009-08-04 21:20:41
Rusis 8 2009-07-25 12:14:34
Dar`manda 8 2009-07-25 11:23:40
Dorg 7 2010-03-23 01:32:48

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (0)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.