Twórczość fanów

Przesyłka

Autor: Agnieszka "Agat" Trzaska



Po wszystkim co miał okazję oglądać w trakcie licznych podróży Rend Dankil musiał przyznać, że Nar Shaddaa jest światem cywilizowanym. Większość miejsc, jakie odwiedzał wyglądała inaczej, jako że Rend uparcie unikał regionów, którymi zbytnio interesowało się Imperium, przedkładając swobodę i możliwość zarabiania dzięki sprytowi i dyskrecji nad tak zwane rozwój oraz dobrobyt.
Powierzchnia Nar Shaddaa była pokryta miastem zbudowanym na mieście, niekończącym się labiryntem nowych budynków wyrastających ze starszych. Każdy kolejny poziom dokładał własnych przestępców, gangi i młodych przemytników wierzących, że właśnie tutaj czeka na nich życiowa szansa. Nieliczni próbujący wieść zwyczajne życie pracowali, rozmnażali się i umierali, rzadko kiedy opuszczając cień miejskiej zabudowy. Dół oznaczał gnicie, szczyty groziły upadkiem, jednak zdarzali się tacy, którzy dobrze sobie radzili w podobnym środowisku, prosperując nawet pomimo dominującej roli Huttów. Jak na razie wciąż panowała chwiejna równowaga, obejmująca przeciwstawne interesy klanów i band, wzajemnie ograniczających swoje wpływy. Oczywiście, że nie było bezpiecznie, ale w skali całego księżyca żaden gwałtowny zgon nie znaczył wiele.
Rend zaczął się niecierpliwić. Kontakt spóźniał się, a choć na razie pilot i tak nie miał nic do roboty, nie lubił czekać z samej zasady. Szanował swój czas.
- Nienajlepsze miejsce na spacer – zagadnął go szaroskóry twi’lek, podchodząc.
- Ale dobre na interesy, jak każde inne.
Rend poskrobał się w pokryty kilkudniowym, ciemnym zarostem policzek. Był szczupłym, ogorzałym mężczyzną koło trzydziestki. Ubrany w znoszony, ale porządny strój pilota, starał się sprawiać wrażenie obytego światowca, który niejedno już widział.
- Pan Dankil, jeśli się nie mylę – ciągnął twi’lek. Jego rozbiegane oczy cały czas śledziły otoczenie – zwykły pasaż na jednym ze środkowych poziomów, łączący kilka budowli mieszkalnych, kiepskich barów i sklepów z tandetnym towarem. Mijający Renda i jego rozmówcę przechodnie nie zwracali na nich najmniejszej uwagi.
- Zgadza się – potwierdził pilot. – Kazałeś na siebie czekać.
- Proszę o wybaczenie – beznamiętnym tonem odrzekł szaroskóry dając do zrozumienia, że to czy Dankil czekał ani trochę go nie obchodzi. – Mam sporo obowiązków na głowie. Wracając do tematu, szukałem kogoś ze statkiem, kto chwilowo ma wolne i mógłby odstąpić za opłatą pewną… przestrzeń ładunkową.
Rend kiwnął głową. Właśnie tak to określał, wynajmowaniem miejsca w ładowni. W odróżnieniu od wielu przemytników nie miał stałego źródła zaopatrzenia, nie kupował też towaru na własną rękę. Dzięki temu często był wolny i mógł służyć pomocą w nieoczekiwanych okolicznościach, jakie na wielu planetach zdarzały się regularnie. Oczywiście, kazał sobie słono płacić. I choć czasem mijało nawet kilka tygodni między zleceniami, zasadniczo nie narzekał na brak pieniędzy.
- Z tego co słyszałem, pracuje pan nieoficjalnie – ciągnął twi’lek z uśmiechem, który nie spodobał się Dankilowi, podobnie, jak jego właściciel. Szaroskóry wydawał się oślizgły. Pilot był niemal pewien, że gdyby wyciągnął rękę i dotknął go, coś zostałoby mu na dłoni.
- Przyjmijmy po prostu, że oszczędzam roboty rządowym urzędnikom – uciął stanowczo. Nie obawiał się swego rozmówcy, ale męczyło go drążenie tematu. Na Nar Shaddaa wyjaśnień zazwyczaj nie potrzebowano.
- Ależ oczywiście – ustąpił oślizgły. – Z tego, co wiemy, bywałeś tu już parę razy – Dankilowi nie uszło uwagi, że twi’lek przeszedł na „ty” – i nikt nie miał powodów, aby narzekać na twoją… rzetelność i pracowitość. Ostatecznie gdybyś nie chciał, żeby do ciebie trafiono, potrafiłbyś sobie to zapewnić. No, ale przejdźmy wreszcie do rzeczy.
Rend zaśmiał się półgębkiem.
- W końcu. Z tego, co jak dotąd wiem, nie mogę zbyt wiele wywnioskować, choć rodzaj pracy zdaje się mi odpowiadać. Co mam przewieźć i dokąd, wtedy podam moją cenę, która – zaznaczam – nie podlega negocjacji.
Lekceważąca poza Dankila nie robiła jednak wrażenia na jego rozmówcy.
- Obawiam się, że osoby które wcześniej spotkałeś nie były uprawnione do poruszania pewnych tematów. I bez obaw, kredyty się znajdą. Zawieziesz niewielką paczkę na stację kosmiczną w układzie Bonadan. Wszystko łatwo, lekko i przyjemnie.
- I łatwo, lekko oraz przyjemnie wezmę za to piętnaście tysięcy – odparł natychmiast pilot. – „Dwie Gwiazdy”, platforma numer…
- To już wiemy, panie Dankil – przerwał mu twi’lek. – Dostanie pan koordynaty i pięć tysięcy z góry, reszta na miejscu. Ktoś od nas wszystko panu wyjaśni. Będzie przy statku jutrzejszym rankiem.
Zamilkł, przyglądając się rozmówcy.
- Wiesz, jak załatwiać tego typu sprawy – stwierdził Rend. – Krótko. I sądzę, że jeśli zapytam o zawartość paczki, nie uzyskam odpowiedzi. Zresztą, nie interesuje mnie to.
- Mądre słowa. Jednak jako gwarancję bezpieczeństwa dostanie pan naszego… pracownika do towarzystwa. Może go pan traktować po prostu jako dalsze zapełnienie przestrzeni, jeśli pan chce, ale zabierze go pan. Nie udawajmy, nie marnowałbym czasu na rozmowę gdybym podejrzewał, że odejdę z niczym.
- Miewałem gorsze zlecenia. Jutro rano. – odparł Dankil i odwrócił się na pięcie.


*


Szedł z wolna ulicą, mijając przedstawicieli najrozmaitszych ras, z których nie wszyscy spacerowali w uczciwych zamiarach. Nie miał się jednak czym przejmować. Pożyteczni osobnicy, tacy, jak on, nie ginęli. Chyba, że mocno nadepnęli komuś na odcisk. Ze swoją wycenioną w kredytach lojalnością i zachowywaniem własnych poglądów dla siebie Rend był jednym z ludzi radzących sobie w obecnych ciężkich czasach.
Zaczął pogwizdywać i podniósł wzrok. Między ciemnymi sylwetkami wyniosłych budynków widniała bursztynowa kreska nieba, lśniąca rozproszonym w chmurach zanieczyszczeń blaskiem. Było duszno i nieprzyjemnie. Życie zewsząd wylegało na ulice, dało się słyszeć śmiechy, kłótnie i muzykę. Wysoko nad głowami przechodniów znajdujących się na poziomie mieszkalno – rozrywkowym dzielnicy przelatywały sznurem śmigacze.
Dankil minął szerokim łukiem grupkę pijanych rodian i przystanął przed drzwiami kantyny, jaskrawymi, kiczowatymi neonami zachęcającej potencjalnych klientów. Zawahał się, w końcu jednak wszedł.
- Tylko jeden, jutro lecę – mruknął do siebie. Mógł w końcu trochę poświętować, znalazłszy w tak krótkim czasie dobrze płatne zlecenie. Na księżyc przemytników przybył cztery dni wcześniej, z sześcioosobowym zespołem muzycznym, który z jakichś powodów wolał zapłacić więcej, aby podróżować po cichu i bez zbędnych pytań. Najlepiej zapamiętał dwie ponure twi’lekanki o podkrążonych oczach i szerokich, skrzywionych ustach. Wyglądało na to, że ciągłe uśmiechanie się podczas występów odebrało im chęć do okazywania radości w życiu prywatnym. Milczące, w źle dobranych strojach, nie stanowiły przyjemnego widoku. Podobnie, jak szaroskóry przedstawiciel ich rasy z Nar Shaddaa.
Rend miał pewną zasadę: nie narzekał na swoich klientów. Starał się też jak najmniej o nich myśleć.


*


Z oszczędności sypiał na pokładzie „Dwóch Gwiazd”, zgrabnego, niemal nowego transportowca YT-2000. Nie czuł szczególnego przywiązania do statku; było mu obojętne, czym lata, dopóki spełniało to swoje zadanie. Wkładał w „Gwiazdy” pieniądze tylko wtedy, gdy musiał. Na Nar Shaddaa płacił za użytkowanie małej, dyskretnej platformy lądowniczej z pojedynczym wejściem od strony miasta, wychodzącej pozbawioną ściany stroną wysoko ponad ulicą. Było to całkiem dobre rozwiązanie – choć dostać się na samą platformę mógł właściwie każdy – no i przede wszystkim tańsze, niż wynajęcie mieszkania.
- Co jest, do jasnej… - wymamrotał Dankil, budząc się z głębokiego snu. Był w ubraniu, brudny i spocony, a do tego odrętwiały. Miał wrażenie, że coś dzwoni mu w głowie.
Wstał i zatknął swój niewielki pistolet blasterowy za pas. Łomotanie nie ustawało. Dobiegało z zewnątrz.
- Bagaż – przypomniał sobie Rend. Nie był chwilowo nastawiony zbyt entuzjastycznie, ale w końcu ruszył się i otworzył klapę ładowni.
Na platformie stało niskie stworzenie w niebieskim kombinezonie pilota, obdarzone wielkimi uszami i charakterystycznym dla wszystkich sullustian wyglądem. W dłoni trzymało ciężkie, metalowe narzędzie, obok zaś znajdował się masywny prostopadłościenny pojemnik z plastali, solidnie zamknięty, mniej więcej metrowej długości. „Niewielka paczka” – pomyślał Rend.
- Choć jak na razie ratuje nas dyskrecja, radziłabym odlecieć, zanim pół Nar Shaddaa się o tym dowie – z wyrzutem powiedziało stworzenie na widok zaspanej twarzy Danikila, wychylającej się z wnętrza statku. – Nazywam się Naluu Affl i będę podróżować razem z tobą. Tyle w kwestii uprzejmości, a teraz ruszajmy.
Z tymi słowy Naluu położyła trzymane w dłoni narzędzie na wierzchu pudła i zabrała się za podnoszenie ciężkiej paki.
Zdumiony Rend patrzył, jak sullustianka ładuje się na pokład „Dwóch Gwiazd”, sapiąc. Zadanie dodatkowo musiał jej utrudniać ciężki pas na narzędzia, w rodzaju tych chętnie używanych przez mechaników, ostentacyjnie wręcz obwieszony różnymi przedmiotami.
- No, to jesteśmy w domu. Nie chciałam zwracać ci uwagi, ale mogłeś mi z tym pomóc. Dankil miał zamiar odpowiedzieć, że nie został wynajęty jako tragarz, jednak Affl odwróciła się i machnęła ręką.
- Dzięki, w porządku, możecie wracać.
Dopiero teraz pilot dojrzał dwie stojące w cieniu przy wejściu postacie. Jedna z nich kiwnęła głową, po czym cicho odeszły.
- Środki ostrożności, co robić – wyjaśniła sullustianka na widok skrzywionej miny Dankila. – Takie tam standardowe procedury. Jeśli pozwolisz, lećmy już, stacja czeka na to pudełko.
Rend zamknął włazy i przeszedł do kabiny, nie zwracając więcej uwagi na Naluu. Preferował podróżowanie bez towarzystwa, ale nie zamierzał się przejmować półtorametrową kobietką o pofałdowanej twarzy. Uznanie jej za część bagażu było bardzo rozsądne.
Zasiadł za sterami i uruchomił silniki. Czekał ich krótki lot przez zanieczyszczoną atmosferę Nar Shaddaa, a potem skok w nadprzestrzeń.
- Wybacz – usłyszał za plecami. Nawet bez odwracania się wiedział, że Affl siadła sobie wygodnie na fotelu drugiego pilota. Wbił wzrok w zapalające się po kolei kontrolki.
- Powinnam ci chyba powiedzieć, dokąd właściwie podróżujemy.
- Nie zaszkodziłoby – odrzekł Dankil. Skoro był skazany na towarzystwo sullustianki, wszczynanie sporów byłoby oznaką braku zdrowego rozsądku. Mógł jej darować ten fotel.
Chwilę później YT – 2000 powoli, majestatycznie wysunął się z platformy lądowniczej, zawisł na chwilę ponad ulicami i budowlami miasta, skręcił i ostro poderwał się w górę.


*


Byli już daleko od przesłoniętej chmurami zanieczyszczeń powierzchni księżyca, gdy Rend dostrzegł w odczytach sensora coś, co niezbyt mu się podobało.
- Lecą za nami dwa myśliwce – mruknął pod nosem. Poczuł kropelki potu na czole, choć wcale nie było mu zbyt ciepło.
Na razie nie zareagował na obecność statków, cały czas jednak czujnie je obserwował.
- Cholera – przeklął, kiedy po dłuższym czasie stwierdził, że oba wciąż siedzą mu na ogonie, utrzymując stałą odległość. Zrozumiał, że ma kłopoty.
Dankil znał ryzyko wliczone w zawód, który wykonywał, od dawna jednak nie musiał umykać przed pościgiem. Poczuł przypływ strachu i złości. Został oszukany przez klienta. Nikt go nie ostrzegł.
Nerwowo zerknął na ekran nawikomputera. Wciąż trwało przetwarzanie danych.
Myśliwce nie zmieniły położenia względem „Dwóch Gwiazd”. Na radarze wyglądały po prostu jak dwie małe kropki, jednak dla Renda były jasnym komunikatem. Wtem zorientował się, że nie miał racji – punkty powoli zmniejszały dystans dzielący je od frachtowca.
Powodowany odruchem, pilot załadował osłony.
- Ci tam to twoi znajomi? – jadowitym tonem zapytał milczącą sullustiankę. Naluu również wpatrywała się w mniejsze kropki podążające na ekranie za transportowcem. Nerwowo pokręciła głową.
- Powinienem natychmiast wrócić na Nar Shaddaa i wyrzucić cię z mojego statku, razem z tym przeklętym pudłem – syknął zdenerwowany Dankil i dodał pewne gamorreańskie przekleństwo, którego nauczył się dawno temu. – Ciekawe, czy oni by mi na to pozwolili.
Myśliwce przybliżały się, ale wciąż były dość daleko. Wykonał ostry skręt i uświadomił sobie, że chłodna strużka ścieka mu na brew.
Jeden z nieproszonych gości dał ognia. Dankil ponownie zaklął i szarpnął sterami, usiłując uniknąć strzału. Gwałtowne uderzenie w bok rufy zatrzęsło statkiem. Affl głośno wciągnęła powietrze.
- Spokojnie, zeszło po tarczach – Pilot mocniej zacisnął dłonie na drążkach sterowniczych, a jego wzrok krążył pomiędzy dwoma ekranami: radar, komputer nawigacyjny. Komputer, radar.
- Chcą nas unieruchomić, będą celować w silniki – stwierdziła sullustianka, odzyskując nagle głos.
Kolejny strzał zastał Dankila lepiej przygotowanego. „Dwie Gwiazdy” wykonały nurkujący manewr, o włos unikając ciosu, który jeszcze bardziej osłabiłby osłony.
Chwilę później pilot zorientował się, że Naluu biegnie do jednej z wieżyczek.
Chciał wrzeszczeć, żeby się odwaliła od uzbrojenia statku, ale tego nie zrobił.
Jeżeli zna się choć trochę, może pomóc, bez względu na to czy jego, Dankila, w coś wrobiła, czy nie. W końcu chodzi też o jej życie.
Myśliwce zbliżały się do swej ofiary. Dały ognia jednocześnie i Rend musiał wybrać, czego chce uniknąć. Kolejne uderzenie niemal wyrwało stery z jego dłoni.
Radar, nawikomputer.
Wtem „Gwiazdy” odpowiedziały ogniem. Strzał z wieżyczki dał się słyszeć we wnętrzu statku; niski, głuchy pomruk.
Promień musnął jednego ze ścigających. Myśliwiec przechylił się, zniosło go na bok i został nieco w tyle.
Kilka sekund zajęło, zanim Dankil zrozumiał, co przekazuje mu ekran komputera nawigacyjnego. Dane zostały pomyślnie zanalizowane i przetworzone.
Pilot wstrzymał oddech i, dając spokój sterom, aktywował hipernapęd.
Widoczne z ciemnego wnętrza transportowca gwiazdy straciły ostrość i stały się długimi smugami. Pasażerowie YT – 2000 nigdy nie dowiedzieli się, czy ostatni strzał Naluu trafił. Znaleźli się w nadprzestrzeni – chwilowo bezpieczni.


*


Teraz, kiedy Rend mógł po prostu zdać się na statek i oczekiwać końca podróży, miał czas zastanowić się nad tym, co właśnie go spotkało.
- Ona i jej cholerne pudło – zaczął głośno rozmyślać, co czasem mu się zdarzało, jako że zazwyczaj podróżował samotnie. Poza tym lubił dźwięk swojego głosu.
Mógł zażądać wyższej ceny. Choć wracając myślami do niedawnego starcia przyznawał przed sobą, że nie było szczególnie groźne. Ot, codzienność dla podróżnika w tych rejonach. Ale to bagaż znajdujący się na pokładzie „Dwóch Gwiazd” był przyczyną zajścia, co do tego pilot miał pewność.
Z ładowni dobiegły go jakieś hałasy. Zdziwiony wstał i udał się w tamtym kierunku uświadamiając sobie poniewczasie, że Affl nie wróciła do kabiny. Zajrzał do słabo oświetlonego pomieszczenia. Sullustianka stała obok pudła z plastali, opierając się o nie łokciem.
Dankil już miał na końcu języka jakąś ciętą uwagę na temat nadmiernej troski o ładunek, gdy jego wzrok padł na leżący z boku zdjęty panel ścienny i rzucone nań narzędzia. Zamrugał oczami. Tego się nie spodziewał.
- Teraz majstrujesz przy moim statku? – warknął w stronę sullustianki. Zabrzmiało to groźniej, niż zamierzał.
- Nie majstruję. Staram się wyregulować ogrzewanie, ale jeśli nie chcesz, nie będę – odrzekła ze spokojem, po czym zaczęła zbierać przyrządy i umieszczać w przegródkach swego pasa.
Rend nie wiedział, co powiedzieć. Naluu sprawiała wrażenie osoby znającej się na rzeczy i, kiedy się nad tym zastanowił, nie widział nic złego w darmowej naprawie. Jakoś głupio było jednak zmieniać teraz zdanie.
- To całkiem przyzwoity statek, ten twój – przerwała milczenie sullustianka, najwyraźniej nieświadoma problemu dręczącego pilota. – Choć moim zdaniem starszy model nie pozostawiał wiele do życzenia. Zmienianie go po wypuszczeniu tego to w zasadzie wyrzucanie pieniędzy.
- Miałem okazję – odrzekł Rend zdając sobie nagle sprawę, że właśnie się usprawiedliwia. – I jestem bardzo zadowolony z „Gwiazd”. Poza tym, odpowiada mi centralny kokpit.
Zamilkł uznając, że nie musi się przed nią tłumaczyć.
- No tak… - machinalnie odparła Affl, jakby nad czymś myśląc. – Jednak latasz sam. To trochę niewygodne.
- Zapewniam cię, że „Dwie Gwiazdy” doskonale się pilotuje w pojedynkę. Zostały zmodyfikowane w tym celu.
- Ale nie możesz jednocześnie lecieć i strzelać – wytknęła mu sullustianka i skierowała się do wyjścia z ładowni.
Dankil przypomniał sobie, że miał swej pasażerce niejedno do zarzucenia, zanim wciągnęła go w rozmowę o statku.
- Zaczekaj no – rzucił, wielkimi krokami ruszając za drepczącą korytarzem Naluu. Ta nie raczyła się zatrzymać.
- Wiesz, o co mi chodzi – gniewnie ciągnął mężczyzna. Z wzrokiem utkwionym w plecach małej sullustianki nie schylił się na czas w doskonale sobie znanym niskim przejściu i wyrżnął głową o metalową ramę. Głośno przeklął.
Dopadł Naluu w kabinie, gdzie znów zajęła fotel drugiego pilota i tkwiła w nim nieruchomo, patrząc gdzieś przed siebie, w tajemniczą i niespokojną hiperprzestrzeń. Rend stanął obok. Zdało mu się, że cicho westchnęła.
- Nie chciałbym się narzucać, ale przez ciebie o mało nie zginąłem. Nie wspominaliście o żadnym pościgu.
Sullustianka odwróciła się do niego. Nie wyglądała na złą, tylko zmartwioną, co jeszcze bardziej poirytowało mężczyznę.
- Przecież musisz brać pod uwagę takie ryzyko – odrzekła. – W tych czasach i tych okolicach, odważyłabym się stwierdzić, to nic niezwykłego.
- Może masz rację – drążył nie zamierzając odpuścić Dankil – ale wolę, kiedy strzelają do mnie, a nie do mojego ładunku. Mam na tym tle kompleks. A to przez ciebie za nami lecieli, doskonale o tym wiesz. Sama się darłaś, że będą celować w silniki, a skoro znasz ich zamiary to podejrzewam, że i oni sami nie są ci obcy. Oszukałaś mnie – zakończył dobitnie.
Naluu zwiesiła głowę i Rend nagle zawstydził się swojego wybuchu.
- Myślisz, że gdybyśmy chcieli wystawić cię na czyjś ogień, wsiadłabym tutaj? Sądziłam, że moja obecność jest dla ciebie wystarczającym wyjaśnieniem. Nawet, jeśli uwzględnialiśmy możliwość pościgu, nie byliśmy co do niego pewni, ani też przekonani. Podjęte środki miały zabezpieczyć transport przesyłki w najlepszy możliwy sposób, ale każda metoda może zawieść. Wybacz.
Dankil podrapał się po policzku. Nie znosił u innych skruchy i pokornego przyznawania się do błędów. Wolał już spotykać się z agresją, wtedy wiedział przynajmniej, jak zareagować. W milczeniu siadł na swym miejscu i obrzucił spojrzeniem kontrolki. Nie wykazywały żadnych nieprawidłowości.
- Ostatecznie ważne, że dałem sobie radę – powiedział na głos. – W końcu nie muszę się obawiać pary niezdarnych idiotów w starych myśliwcach.
Zaczął się zastanawiać, co takiego może zawierać pudło. Przypuszczał, że prawda jest całkiem prozaiczna. Skradzione komuś kosztowności, droid zawierający ważne dla szefa pomniejszego gangu z Nar Shaddaa dane. Dankil wiedział, że to, co robi, zmusza go do narażania życia w sprawach, które wcale nie są podniosłe ani heroiczne.
- Właściwie moje zarobki też nie są podniosłe – odwrócił się nagle do Naluu. – Chyba powinienem zażądać podwyżki.
Sullustianka uśmiechnęła się.
- Zapłata obejmuje pokrycie kosztów ryzyka, jakie podejmujesz, godząc się na tę pracę – wyjaśniła. – Było to zapisane w umowie.
- Nie pokazaliście mi żadnej umowy – odparował.
- Bo nie pytałeś o nią – wzruszyła ramionami Affl. – Myślisz, że tylko piloci korzystają ze specjalnych przywilejów?
Dankil musiał przyznać, że trafił na kogoś, kogo nie da rady łatwo przegadać. Nie czuł już jednak gniewu. Zresztą, gdyby okazywał go z tak błahego powodu przyznałby przed sobą i sullustianką, że pościg dwóch myśliwców jest dla niego znacznym problemem. Pokręcił głową, wyciągnął się wygodnie na siedzeniu i zaczął myśleć – dla odmiany – o rzeczach przyjemnych.


*


- Jesteśmy. Wreszcie – oznajmił Rend. Dłużąca się podróż nadprzestrzenna dobiegała końca. Im bliżej miejsca przeznaczenia byli, tym bardziej nerwowa stawała się sullustianka, Dankil jednak nie zauważał tego, raczej unikając z nią kontaktu. Nie sprzeciwił się gdy oznajmiła, że zamierza dokonać paru drobnych napraw wewnętrznych systemów, choć obserwował ją uważnie przy pracy. Był pod wrażeniem, kiedy przywróciła od dawna nie działające podświetlenie jednego z paneli, z którym pewnego razu długo się męczył, aż zniecierpliwiony dał spokój. Nie powiedział jej jednak tego.
Za chwilę mieli opuścić hiperprzestrzeń tuż obok stacji, którą wskazywały koordynaty. Czekało ich jeszcze dokowanie, rozładunek i –w wypadku Renda – odbiór zapłaty.
- Mam nadzieję, że podróż okazała się wystarczająco komfortowa – w przypływie dobrego humoru zagadnął Naluu. Zamarł jednak na widok wyrazu jej twarzy.
- Coś się stało? – zapytał po dłuższej chwili.
- Nie, nic – odparła. Widział, że kłamie.
Wyskoczyli.
W dali majaczyła stara stacja kosmiczna, niewielka, ledwie dwupoziomowa. Dankil skierował „Dwie Gwiazdy” w jej stronę.
- Spróbuję nawiązać łączność – oznajmił. Coś mu się tu nie podobało. Nie wiedział jedynie, co.
Chwilę później wstrzymał oddech, gdy na ekranie sensora zamigotały zielone punkty. Kolejne statki wyskakiwały z nadprzestrzeni.
- Cały czas nas śledzili – wyszeptała Naluu i głośno przełknęła ślinę. – Musieli wiedzieć, dokąd lecimy.
- Mam nadzieję, że twoi przyjaciele ze stacji nam pomogą – warknął Rend, ledwo powstrzymując się przed potrząśnięciem sullustianką. Zwiększył prędkość, wyciskając z silników każdą odrobinę mocy, jaką miały do zaoferowania. Z tylnej części statku dało się słyszeć narastające wycie, mechaniczna oznaka wysiłku.
Za nimi podążały cztery myśliwce i frachtowiec, większy od „Dwóch Gwiazd”. Dankil czuł własny puls, przyspieszający gwałtownie.
Podświadomie oczekiwane strzały nie nastąpiły jednak. YT – 2000 osiągnął widoczną z daleka wnękę, prowadzącą do lądowiska stacji. Osłonięta była tarczami umożliwiającymi utrzymanie wewnątrz atmosfery, ale i dokowanie statków.
- Połącz się z tutejszą załogą i każ im pozbyć się naszego ogona! – krzyknął Rend, ledwie będąc w stanie skoncentrować się na lądowaniu.
- To raczej… raczej nie wyjdzie – cicho oznajmiła Affl, wyłamując palce.
Obok nich dokował frachtowiec, kanciasty, poobijany, z wyeksponowanymi stanowiskami pokładowej broni. Dankil wiedział już, że jest źle, nie miał tylko pojęcia, jak bardzo.
Cztery uzbrojone postacie, w pancerzach i hełmach, wysiadły z drugiego statku i skierowały się w stronę „Gwiazd”. Osobnik na przedzie, w odróżnieniu od pozostałych, karabin przewieszony miał przez plecy.
Wyciągnął małe urządzenie, coś na nim przycisnął, potem zaś zdjął hełm.
Był człowiekiem, sporo starszym od Renda, o twarzy steranej życiem, ale jednocześnie okrutnej.
- Otwierajcie, albo wysadzimy sobie wejście – rozległo się z komunikatora na pokładzie „Dwóch Gwiazd”. Głos nieznajomego był równie odpychający, jak jego wygląd.
W stosunkowo niewielkim hangarze wieżyczki statku były bezużyteczne. Rend, nie spoglądając nawet na Naluu, sięgnął ku sterom.
- Nasze myśliwce czekają na zewnątrz – usłyszał, jakby w odpowiedzi. – Nie próbuj uciekać, bo tego nie przeżyjesz.
- Jeśli chodzi im o ciebie i tę przesyłkę, mam was zamiar oddać – rzucił Dankil, odwracając się do Affl. – Ta stacja jest opuszczona, prawda? Nikt nam nie pomoże? Sullustianka bez słowa skinęła głową.
- Cały czas chodziło im o pudło – bezlitośnie stwierdził pilot. – Przykro mi, to nie moja sprawa.
Nie zastanowił się nawet, po co Naluu skierowała ich na pustą stację.
Otworzył właz. Widząc uzbrojenie przeciwników i słysząc ich przywódcę miał świadomość, że nie żartują i zginie, o ile nie dostosuje się do poleceń.
- Znakomicie. Teraz wychodzić z rękami przed sobą – nakazał zakuty w pancerz dowódca.
Affl wstała i ruszyła ku wyjściu. Rend pochylił się w fotelu, jakby mogło to w jakiś sposób pomóc mu pozostać niezauważonym.
- Oboje, pilot też – odezwał się po chwili znienawidzony głos. Dankil przeklął dwukrotnie – raz prześladowców, raz Naluu.
Wysiadł ze statku, starając się nie patrzeć na wycelowane w niego lufy blasterów. Wiedział, że cztery pary oczu przyglądają się mu w poszukiwaniu broni, której przy sobie nie miał. Sullustianka stała obok, mrugając.
- Za pierwszym razem się wam udało, ale każdy kiedyś wyczerpie zapas szczęścia – usłyszeli. – Przynieść to.
Posłuszny skinięciu dowódcy, jeden z jego podkomendnych ruszył do ładowni „Dwóch Gwiazd”. Rend w myślach liczył sekundy jakie upłynęły, zanim powrócił z pudłem.
- Nie waż się – powiedziała nagle Affl. – Na tej stacji są moi przyjaciele. Obserwują nas już od dłuższej chwili i zaraz będziecie mieli ich na karku.
Przez chwilę na twarzy bandyty odmalowała się niepewność. Zaraz jednak zaśmiał się ponuro.
- Przeskanowaliśmy tę stację. Jest opuszczona, choć ktoś utrzymuje tutejsze systemy w dobrym stanie. Być może twoi przyjaciele wynieśli się niedawno, postanawiając cię poświęcić.
- Mnie możecie puścić – odezwał się nagle Rend. – Jestem tylko przypadkowym…
- Milcz.
Bardziej niż popartą bronią komendę Dankil odczuł spojrzenie Naluu, pełne goryczy.
- Was też zabieramy, a przynajmniej dziwadło. Piękna kobieta do towarzystwa, panie pilocie, nie ma co. Obiecano jednak za nią dodatkowe wynagrodzenie. Musiała nieźle zaleźć za skórę naszemu szefowi.
Napastnicy zaśmiali się.
Naluu nie zareagowała na obelgę. Wpatrywała się w pudło.
- Może je rozpakujemy? – rzucił ktoś. – Trzeba sprawdzić, czy nas nie próbuje wykiwać.
- Dobry pomysł – zgodził się dowódca. – Otwórzcie, tylko ostrożnie.
Affl pobladła, co u przedstawiciela jej rasy wyglądało raczej niezwykle.
- Obiecałam, że będę pilnować tego. Pozwólcie mi podejść, jeżeli otworzycie to bez odpowiednich…
- Dość kiepska próba – przerwał jej z pogardą przywódca i kiwnął na najbliższego podkomendnego. – Zabierz oboje na bok hangaru kiedy będziemy otwierać i na najmniejszy ruch strzelaj. Nie chcę, żeby próbowali jakichś numerów.
Rend i Naluu zostali ustawieni pod ścianą. Cały czas widzieli pudło, jako że ich strażnik nie miał zamiaru rezygnować z przyglądania się rozpakowywaniu.
- Zróbcie coś głupiego, a jesteście martwi – zagroził, patrząc w ich stronę; co chwilę zerkał szybko na pojemnik i stojących dookoła niego swoich towarzyszy.
Jeden z nich majstrował przy zamku. Po chwili wydał okrzyk triumfu.
- Nawet nie jest zabezpieczony kodami. Łatwizna – oznajmił i podniósł wieko.
Nastała chwila milczenia. Rend obserwował uważnie rozgrywające się wydarzenia zastanawiając się, jak ocali swoje życie. Mogli go przecież puścić. Mogli nawet skorzystać kiedyś z jego usług.
Przez jego głowę przebiegła myśl: nie zgodziłby się na pracę dla nich.
- To ma być to? – zapytał ten, który otwierał skrzynię. – Aparatura chemiczna, próbki i kilka paczek?
- Sądząc po minie dziwadła, tak – odparł dowódca. – Możecie zamykać.
Dankil dostrzegł kątem oka, że Affl otwiera usta.
- Nauka zwycięży! – wykrzyknęła, wyjątkowo starannie artykułując słowa. Napastnicy spojrzeli na nią, zdumieni. Strażnik nie zdążył się zastanowić, czy powinien strzelać czy nie, bowiem pudło nagle eksplodowało, niosąc natychmiastową śmierć skupionym przy nim ludziom.
Jasne płomienie buchnęły we wszystkie strony, oślepiając Renda. Odruchowo skulił się i zasłonił rękami głowę, ale byli poza zasięgiem. Kawałek od nich z łoskotem wylądował fragment skrzyni.
- Ty…! – ocalały dzięki temu, że ich pilnował napastnik skierował lufę w pierś sullustianki.
Nie zdążył nacisnąć spustu. Strzał, który padł, został oddany z innej broni.
Naluu trzymała jedno ze swych narzędzi, klucz o dziwnym kształcie, celując jego końcówką w pierś opancerzonego bandyty, gdzie wykwitła czarna, osmalona dziura. Z krótkim jękiem człowiek zwalił się na wznak.
Rend poczuł, że uginają się pod nim nogi, oparł więc plecy o ścianę i oddychał głęboko, nie zważając na smród, dochodzący od strony dopalających się szczątków skrzyni.


*


Sullustianka długo milczała, stojąc obok pilota. Błądziła wzrokiem po hangarze, omijając leżące u jej stóp zwłoki w osmalonym pancerzu.
- „Dwóm Gwiazdom” nic nie jest – oznajmiła w końcu, jakby z wysiłkiem. – Przed zejściem z pokładu załadowałam tarcze.
Dankil powinien czuć wdzięczność, ale kotłowały się w nim sprzeczne uczucia. Żył. To było najważniejsze. Lecz okazało się, że stacja, na którą miał dostarczyć przesyłkę jest opuszczona, on sam był śledzony, cenne pudło eksplodowało na dźwięk głosu Affl, a sullustianka była przygotowana na spotkanie, jakie nastąpiło. Od tego wszystkiego niemal pękała mu głowa. Doświadczał przemieszanych ze sobą gniewu i ulgi.
I był zdziwiony. Zdecydowanie nie docenił Naluu.
- Myśliwce - przypomniał sobie.
- Jeśli wciąż tam są, zajmie się nimi zdalna obrona stacji.
Naluu z widocznym wysiłkiem pomaszerowała w stronę drzwi hangaru. Dankil ruszył za nią dopiero po chwili.
Odnalazł sullustiankę w niewielkiej sterowni, kawałek dalej. Kończyła uruchamianie procedur obronnych.
- Bywałam już tutaj. Znajomy naukowiec niedawno porzucił stację, dzięki temu wszystko jeszcze działa – wyjaśniła. – A co do reszty naszych przyjaciół, moja niespodzianka chyba ich zaskoczyła. Nie należą zapewne do zbyt bystrych i bez kogoś, kto by im powiedział, jak mają zareagować… cóż, mamy szczęście, że nie postanowili wlecieć do hangaru i strzelać w to, co jeszcze żyje. Ale tak na wszelki wypadek…
Rend usiadł obok niej, na wolnym fotelu. Sterownia pokryta była warstwą kurzu, jednak ciche buczenie i podświetlone kontrolki upewniły go, że przynajmniej coś tu działa.
- Zaskoczyłaś i mnie – przyznał. Spojrzał na sullustiankę i ujrzał, że drży, jakby było jej zimno.
Zaczął odzyskiwać spokój.
- Pewnie należą ci się wyjaśnienia – odparła. – Och, było źle, gorzej, niż sądziłam. Było źle.
Milczał czekając, aż znów przemówi.
- Domyśliłeś się, że wiem o pościgu – podjęła w końcu, unikając spojrzenia Renda. – To prawda. Byliśmy… przynętą. Wabikiem. Kiedy mówiłam, że nasz transport został zabezpieczony w najlepszy z możliwych sposób, nie okłamywałam cię. Tylko że właściwy transport nie był w pudle, które leciało razem z nami. To my stanowiliśmy zabezpieczenie. Teraz, kiedy otwarcie przyznała się, że wykorzystali go jako przynętę, powinien się rozzłościć. Ale, o dziwo, siedział dalej, zobojętniały. Może był to skutek przeżytego szoku? Nie wiedział.
- To znaczy – rzekł – że była też prawdziwa przesyłka, która została wysłana gdzie indziej. Ta, którą chroniliście. Powiedz w takim razie, czemu leciałaś razem ze mną, narażając się dla fałszywego skarbu?
- Och, wszystko musiało wyglądać realistycznie, żeby podstęp zadziałał. Poza tym miałam się upewnić, że w razie zagrożenia nie oddasz fałszywego pudła zbyt wcześnie, zanim prawdziwe będzie bezpieczne. Choć oprócz materiałów wybuchowych umieściliśmy tam podrobione wyniki naszych badań, przeciwnik mógłby dość szybko zorientować się, że został oszukany. Dlatego wszystko odbyło się tak, jakby nasz ładunek był tym ważnym. Logiczne koordynaty na istniejącą stację, i tak dalej… Na Nar Shaddaa trudno ukryć, że wywozi się coś w bezpieczne miejsce i gdyby nie rozgłoszona wiadomość o naszym locie i przeznaczeniu – rzekoma nieostrożność, brzemienna w skutki – bandyci pewnie śledziliby Danlla, wiozącego wyniki naszej wieloletniej pracy. Widzisz, ja i mój mąż zajmowaliśmy się pewnymi toksycznymi substancjami. Niemalże amatorskie badania, ale…
- Masz męża? No, no – gwizdnął Rend. – Zresztą, nieważne – machnął ręką, widząc pytającą minę sullustianki. – W takim razie ty i on okazaliście niezły tupet, prowadząc te badania na Nar Shaddaa i licząc, że pozostaniecie niezależni.
- Zgadłeś właśnie, co było dalej. Zresztą, to prosta zagadka. Może oszukiwaliśmy samych siebie dla wygody, żeby nie ruszać w nieznane. No, w każdym razie, naszymi odkryciami zainteresował się gangster – nie, nieważne, który. Złożył nam propozycję „nie do odrzucenia”. Oczywiście nie mogliśmy jej przyjąć. Udawaliśmy, że się zastanawiamy, a tak naprawdę wraz z przyjaciółmi – tymi kilkoma zaufanymi – przygotowaliśmy ucieczkę nie czekając, aż po nas przyjdą. To wszystko. Historia jest… zwyczajna.
Mówiąc, sullusianka wydawała się odprężać. Gdy wspominała męża, na jej twarzy na chwilę zagościł uśmiech.
- Więc ryzykowaliście dla badań? Cóż, ja… ja bym tego nie zrobił.
Naluu przez chwilę zbierała myśli.
- Może uważaliśmy się za bohaterów – powiedziała w końcu. – Tak czy siak, nie mogliśmy pozwolić, żeby ktoś wykorzystywał pracę naszych umysłów do przestępczych celów. To byłoby jak przyłożenie ręki do zbrodni.
Umilkła, jakby zastanawiała się, czy jej wyznanie nie wzbudzi rozbawionego prychnięcia Renda. Ten jednak milczał.
- Nie mnie oceniać waszą moralność, zwłaszcza, że naukowców trudno zrozumieć – stwierdził w końcu. – W każdym razie burzliwa znajomość z tobą miała wystarczająco szczęśliwy finał. I to mnie obchodzi.
Wstał.
- Wracam na „Gwiazdy” – oznajmił. – I ostatnia rada, na przyszłość: nie przepadam za byciem przynętą, zwłaszcza, gdy o tym nie wiem.
Naluu ujęła dłoń mężczyzny.
- Mieliśmy wyrzuty sumienia oszukując cię, uwierz mi. Ale niewczesne usprawiedliwienia pewnie nie wybielą mnie w twoich oczach. Dziękuję, że… że nam pomogłeś. Oszczędziliśmy zmartwień Danllowi, bardzo się tym wszystkim przejmował, to tęgi umysł, ale słabego zdrowia… On wymyślił hasło detonujące ładunki, ostatnią deskę ratunku na wypadek problemów – uśmiechnęła się słabo. – Jestem ci głęboko wdzięczna nawet, jeśli po wszystkim mnie znienawidziłeś.
- Nie znienawidziłem, choć raz czy dwa mało brakowało – odrzekł szybko. Czuł się trochę skrępowany. – Co zrobisz teraz?
- Sprawdzę, czy statek naszych znajomych nadaje się do użytku. Nie sądzę, by eksplozja go poważnie uszkodziła, mogę więc przestać ci się narzucać.
- Robisz niezły interes.
- Niekoniecznie, na moje oko to złom, ale wystarczy. Zresztą, możemy się zamienić. Polubiłam „Dwie Gwiazdy”.
- Nie ma mowy – zaprotestował. – A potem dokąd?
Spojrzała mu prosto w oczy.
- Wiem, że pogardziłbyś osobą, która zbyt łatwo obdarza zaufaniem. Powiem więc tyle: do męża i badań – poklepała swój pas z narzędziami. – I tak jestem jedynie przelotnym epizodem w twoim życiu.
Dankil nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
- Fantastyczny masz blaster – rzucił w końcu. – Muszę sobie też taki sprawić.
- Efekt typowego naukowego myślenia. Niestety, jedynie dwustrzałowy – dodała. – Aha, jeszcze to.
Poczuł, że wciska mu coś w dłoń. Kawałek twardego plastiku.
- Co to jest? – zapytał.
- To? To jest chip z dziesięcioma tysiącami kredytów.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,33
Liczba: 6

Użytkownik Ocena Data
Elendil 9 2009-08-02 17:59:52
shagy 9 2009-08-02 16:11:31
Rusis 9 2009-08-01 22:11:27
00rex00 8 2010-01-07 18:37:01
Dorg 8 2009-08-03 21:05:30
Jaro 7 2009-08-10 00:39:00

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (3)

Jedno z tych opowiadań, które warto przeczytać. Nie, nie jest to coś niesamowicie wybitnego, ale przyjemna lekturka, inna niż te tradycyjne. Jest nawet zwrot akcji, choć, prawdę mówiąc, przejrzałem go wcześniej niż to sobie pewnie wyobrażałaś. ;) Ogólnie nie za dużo literówek. No ale jeszcze dwie sprawy natury technicznej: rasa to Sullustanie, nie Sullustianie (no i w tradycji polskiego fandomu pisze się je wielką literą), no i jeszcze kwestia przejścia na "ty" w rozmowie - sorry, ale w Basicu nie byłoby tego słychać. ;P

7/10

Bardzo fajne opowiadanko
8/10

Bardzo fajne.Czytało się bardzo miło, trzyma w napięciu fajna końcówka.
Oby więcej takich opowiadań.
Jedym słowem git

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.