Twórczość fanów

Vornskry

Autor: Kueller



STAR WARS
EPIZOD 3.5
VORNSKRY

Od zakończenia Wojen Klonów minęło osiem długich i krwawych lat. Chodź Republika odniosła zwycięstwo, to pokój, za który tylu bohaterów oddało życie nie utrzymał się zbyt długo. Mimo wciąż ciągnącej się czystki, Galaktycznemu Imperium cały czas zagraża grupa rycerzy jedi, a na wielu planetach powstają organizacje przeciwne nowemu ustrojowi.

Ze wszystkimi tymi zagrożeniami musi się borykać uczeń Imperatora- Lord Vader. Jednak, by podołać coraz to nowym zadaniom stawianym mu przez mistrza, Vader musi zdobyć bardziej kompetentnych pomocników niż zwykli szturmowcy. Dlatego też zarządza specjalną rekrutacje we wszystkich imperialnych placówkach szkoleniowych w całej galaktyce…



Matthew Logan pośpiesznie nakładał części pancerza. Znowu się spóźni, a sierżant Hocks jak zwykle da mu popalić. Matt włożył na głowę hełm i opuścił swój pokój. Dotarcie na zbiórkę zajęło mu pięć minut. Reszta grupy już czekała. Bez słowa wszedł do sali i stanął w szeregu. Sierżant Hocks podszedł do niego niespiesznie.
-Kadet Logan, wystąp!- Rozkazał.
Matt doskonale wiedział, co teraz nastąpi. Sierżant będzie wymagał tłumaczenia, a na koniec karze zrobić jakieś sto pompek. Hocks powiedział jednak tylko:
-Chodź za mną.
Zaskoczony Matt ruszył za sierżantem. Chwilę potem stanęli przed drzwiami gabinetu gubernatora, który kontrolował Akademię Imperialną.
-Wchodź. I do zobaczenia.- Powiedział Hocks i odszedł.
„O co mu chodziło” pomyślał Matt. Wzruszył ramionami i zapukał do drzwi. Otworzyły się i Logan wszedł. Gabinet był dobrze oświetlony, białe ściany, sufit i meble potęgowały ten efekt. Jedyną skazą w tym pokoju był ciemnozielony mundur gubernatora. Był on starszym człowiekiem, ale z tego, co Matt słyszał, nie był surowy ani ostry. Gubernator uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
-Chodź, śmiało, usiądź.
Matt wciąż milczał, usiadł i zdjął hełm. Gubernator wyczuł jednak jego pytanie.
-Zapewne chcesz wiedzieć, po co tu jesteś?
-Tak sir.
-Cóż, Lord Vader rozkazał nam, oraz jeszcze dwóm innym akademiom wybrać najlepszego kadeta. Sierżant Hocks bardzo cię chwalił. Podobno świetnie radzisz sobie w symulacjach i ćwiczeniach fizycznych, dlatego wybrałem ciebie.
Teraz Matt wszystko zrozumiał.
-Z czym będzie się wiązała moja promocja?
-Szczerze…? Sam tego nie wiem. Nie udzielono nam szczegółowych informacji. Wiem tylko, że jak najszybciej mam cię wsadzić na prom, który odwiezie cię do koszar na planecie Vjun, byś pobrał dodatkowe ćwiczenia.
-W jakim zakresie będą te ćwiczenia, też nie wiadomo?
-Niestety nie, ale czas pokaże, a teraz idź się spakować. Lambda już czeka na lądowisku numer jedenaście. Powodzenia kadecie Logan.
-Dziękuje sir.


* * *


Chwilę później Matt zamykał za sobą drzwi swojego pokoju. Wyciągnął z szafy torbę podróżną i zaczął się pakować. W trakcie wspominał rozmowę z gubernatorem. Vjun- na samą myśl o tej planecie przechodziły go ciarki. Właśnie tam Mroczny Lord postawił swój zamek. Czego chciał od niego- zwykłego kadeta Akademii Imperialnej na Carridzie- i jeszcze czterech innych kadetów? Jakie ćwiczenia go tam czekają? Westchnął i wzruszył ramionami. Odmówić nie wypadało i nie było takiej możliwości.
Skończył pakować zapasowe ubrania. Wrzucił do torby chronometr z zepsutym budzikiem, podręczny minikomp, komunikator i hologram rodziców. To wywołało falę wspomnień. Miał chyba dziesięć lat, kiedy rozpadła się republika. Żył z ojcem i matką jako średnio zamożna, prosta rodzina na Coruscant. Matt pamiętał, jak ojciec mówił, że Palpatine dobrze zrobił, biorąc sprawy w swoje ręce. Wiele razy zabierał syna na parady, a gdy podrósł zaczął namawiać go by wstąpił do Akademii Imperialnej.
Gdy Matt miał szesnaście lat przyjęli go na Carridę. Siedział tu już od dwóch lat i w pewnym sensie zżył się z tym miejscem. „Cholera, robię się sentymentalny” stwierdził ze zgrozą. Nigdy nie przywiązał się tak do żadnego miejsca. Zapiął torbę i już miał wychodzić, ale nagle przypomniał sobie o czymś ważnym. Otworzył małą szufladkę w biurku. Wyciągnął z niej połówkę bonu jednokredytowego. Ojciec dał mu ją mówiąc, że ta połówka monety i druga, którą on sobie zachował jeszcze się kiedyś połączą. Matt zawiesił sobie medalion na szyi. Włożył hełm i zamknął za sobą drzwi pokoju. Nie żegnał się z nikim, bo z nikim specjalnie się nie zaprzyjaźnił. Zawsze był odludkiem.
Idąc powolnym krokiem w końcu dotarł na lądowisko numer jedenaście i wspiął się po rampie stojącego tam promu. Pilot stał na tylnym pokładzie Lambdy. Na widok pasażera uśmiechnął się szeroko.
-Kurs na Vjun, co? Masz dzisiaj szczęśliwy dzień. He he…
Po czym odwrócił się i poszedł do kokpitu. Matt usiadł na jednym z miejsc i westchnął. „Nie ma to jak pilot z sarkastycznym poczuciem humoru” pomyślał, po czym ułożył się wygodnie. Czekał go długi lot.


* * *


Obudził go nagle głos dochodzący z pokładowego głośnika.
-Wychodzimy z nadprzestrzeni. Pooglądaj sobie swój nowy dom z lotu ptaka. Matt mruknął i odwrócił się w stronę okna. Świetliste smugi zmieniały się właśnie w pojedyncze punkty gwiazd. Logan podniósł się i przeszedł do kokpitu. Stanął za fotelem pilota i popatrzył przed siebie. Tuż przed nimi widoczna była Vjun. Niegościnna, piaszczysta planeta. Kwaśne deszcze i porywiste wiatry były tu na porządku dziennym. Na tle planety widać było Gwiezdny Niszczyciel klasy Imperial.
-Uwaga, prom Lambda, tu „Dewastator”. Zidentyfikuj się.- Odezwał się nagle głos z pokładowego komunikatora.
-Tu prom „Detamajer”. Lecę z Imperialnej Akademii na Carridzie. Wiozę kadeta do Lorda Vadera.
-Czekaj „Detamajer”…- nastąpiła chwila nerwowej ciszy. Cały czas zbliżali się do niszczyciela na jałowym biegu. W pewnym momencie komunikator znowu się odezwał: -W porządku. Macie pozwolenie na lądowanie. Nie schodźcie z kursu. Przesyłamy współrzędne.
-Dziękuje „Dewastator”.- Odpowiedział pilot.- A ty lepiej idź się zapnij, bo może trochę trząść.
Matt posłuchał i ruszył do przedziału pasażerskiego. Jeszcze raz spojrzał w boczny iluminator. Właśnie mijali Gwiezdny Niszczyciel. Matt pierwszy raz widział taki statek z bliska. Robił wrażenie. Plotka niosła, że planowane były jeszcze większe kolosy. Przelecieli obok Niszczyciela i teraz było już widać planetę. W trzech czwartych pokrywały ją brunatno brązowe chmury, a ląd, który prześwitywał od czasu do czasu spomiędzy nich, miał bardzo podobną barwę. Weszli w najwyższe partie atmosfery i prom zadrżał lekko. Jeszcze przez chwilę dane mu było oglądać widoki, bo po chwili zanurzyli się między chmury. Iluminator pokrył się kroplami lekko zielonkawej cieczy. Logan usłyszał zmianę w odgłosie silników. Chwilę później mijali już pułap chmur i prom powoli podniósł dwa boczne skrzydła. Wychylił się bardziej i zobaczył zespół budynków pod nimi. Nie robiło to dużego wrażenia. Raptem kilka wież strażniczych, jakiś hangar, lądowisko. Matt wiedział jednak, że wzgórza dookoła zamku są pełne wydrążonych korytarzy tworzących kompleks długich tuneli i pomieszczeń. Logan zobaczył, że dach hangaru pod nimi rozsuwa się i zaczął podnosić się z miejsca. Od strony kokpitu rozległ się głos pilota:
-Jesteśmy na miejscu, witamy na zamku Bast.
Matt poczuł, że statek właśnie osiadł na platformie i rzucił tylko krótkie:
-Dzięki.
-Nie ma sprawy. Powodzenia we wszystkim, co postanowisz zrobić ze swoim życiem, lub, co oni postanowią zrobić…
Szturmowiec przystanął na chwilę i zastanowił się nad sensem tych słów i uśmiechnął się do siebie. „Trafne określenie” pomyślał i zszedł po rampie. Gdy znalazł się już na lądowisku odruchowo spojrzał w górę. Rozsuwany dach nakrył już prom i całe lądowisko. Drzwi naprzeciwko niego otworzyły się. Wyszedł stamtąd imperialny oficer i dwóch szturmowców. „Co jest, nie ma fanfarów dla wybrańca?” Zadrwił lekko zaskoczony i rozczarowany Matt. Spodziewał się, że powita go sam Mroczny Lord i wyjaśni mu, o co chodzi. No, ale ktoś taki jak Lord Vader ma pewnie wiele innych spraw na głowie.
Oficer podszedł do niego i Matt zasalutował.
-Witamy na zamku Bast, kadecie Logan. Proszę za mną. Jesteś pierwszy z pięciu kadetów, więc Lord Vader chcę z Tobą porozmawiać osobiście.
Matt ruszył za oficerem. Na myśl o rozmowie z Vaderem sam na sam przeszły go ciarki. O tym człowieku, maszynie, czy kim on tam był, krążyły różne plotki. Logan nie był pewien czy chce przekonywać się o ich prawdziwości na własnej skórze.
Wjechali windą z lądowiska do bazy. Gdy przemierzali korytarze zamku, mijali wielu szturmowców, oficerów i pracowników technicznych. Było także sporo gości w czarnych szatach. Logan nie miał pomysłu, kim oni mogli być, ale pytać nie zamierzał. Pokonali kilka następnych zakrętów, wjechali jeszcze jedną windą.
Nareszcie stanęli przed jakimiś drzwiami. Oficer dał dwóm szturmowcom znak, by zostali, a Matt’owi posłał porozumiewawcze spojrzenie. Otworzył drzwi i znaleźli się w podłużnej komnacie. Na jej końcu znajdowała się dziwna, czarna kula. Gdy do niej podeszli rozsunęła się, ukazując siedzącego w niej, plecami do nich, Lorda Vadera. Logan i stojący obok niego oficer zasalutowali. Vader odwrócił się na obrotowym fotelu i rozległ się tak znany i budzący u wszystkich grozę oddech. Mroczny Lord odezwał się. Jego głos brzmiał, jakby dobiegał z dna głębokiej studni.
-Może pan wyjść, pułkowniku.
Oficer ukłonił się i ruszył w stronę wyjścia pośpiesznym krokiem. Zostawił po sobie nieprzyjemny zapach potu. Gdy Matt usłyszał, że drzwi się zamknęły poczuł się dziwnie osamotniony. Spojrzał na stojącą przed nim czarną postać. Lord milczał jeszcze chwilę, dokładnie mu się przyglądając, ale po chwili rzucił:
-Chodź za mną.
Wyszli z Sali bocznymi drzwiami i zjechali małą windą. Chodź Matt’owi przychodziły do głowy setki pytań, wiedział, że nie wypada ich zadawać. Na razie.
Wyszli z windy i stanęli w niedużym pomieszczeniu. Vader podszedł do konsolety stojącej w rogu i nacisnął przycisk. W ścianie naprzeciwko Matt’a oświetliła się jakaś wnęka. Zerknął na Vadera, ale ten wyraźnie czekał. Logan powoli podszedł do wnęki. Wewnątrz, na stelażu, wisiała na pozór zwykła zbroja szturmowca. Na pozór, bo gdy Matt przyjrzał się jej dokładnie, zauważył pewne modyfikacje. W kilku miejscach pominięto niektóre części pancerza, jakby nie miały krępować ruchów noszącego. Jeden z naramienników był czarny, co było oznaką oddziału specjalnego. Dodatkowo do pasa podczepiona była czarna, sięgająca kostek peleryna. Loganowi dziwnie skojarzyło się to z Vaderem.
Tuż obok w ścianie oświetliła się kolejna wnęka. Matt, wiedziony zaciekawieniem, wszedł tam od razu. Tam na ścianie powieszona była tarcza. Właściwie sam stelaż, między którym włączało się najprawdopodobniej pole elektryczne. Tego typu pola zatrzymywały z łatwością strzał z blastera. Pod tarczą, na półce leżał miecz. Wyglądał strasznie staroświecko. Normalne ostrze, rękojeścią itp. Matt zauważył jednak coś niezwykłego. Na rękojeści był zainstalowany przycisk. Gdy go nacisnął po ostrzu przepłynęły fioletowe iskry.
-To phrik.- Odezwał się stojący za nim Vader.- Stop metali, który może powstrzymać miecz świetlny.
Powoli w głowie młodego kadeta zrodziła się wyrazista odpowiedź na wszystkie pytania. Odwrócił się do mrocznego Lorda, ale ten powiedział tylko:
-Chodź ze mną, twoi nowi współpracownicy powinni też już tu być.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ…

Miecz świetlny o błękitnym ostrzu mignął mu tuż przed wizjerem. Matt zdążył jednak w porę odskoczyć. Ocenił sytuację. Nie miał jednak na to zbyt dużo czasu. Napastnik natarł na niego znowu. Logan zablokował cios tarczą, ale wciąż nieubłaganie cofał się. Za sobą wciąż słyszał buczenie dwóch następnych mieczy świetlnych. Taktyka jego przeciwnika była dosyć prosta- otoczyć go. Nie mógł na to pozwolić.
Zaatakował. Cios, cios, unik, cios, blok. Matt zauważył, że spycha swojego wroga w kąt sali. Wreszcie znalazł odpowiedni moment. Zamarkował pchnięcie, a w ostatniej chwili obrócił ostrze miecza, tnąc od dołu. Posypały się iskry, a metalowe ciało gruchnęło o podłogę. Kolejne dwa droidy ruszyły w jego stronę. Odwrócił się w ich stronę. Zbliżały się do niego z dwóch stron, skutecznie odcinając mu drogę ucieczki. Zwabiając w pułapkę tamtego przeciwnika, sam też w nią wpadł.
Nastawił tarczę tak, by osłaniała cały lewy bok i głowę. Pewniej chwycił miecz i pobiegł do przodu. Droidy próbowały zablokować mu drogę, ale Matt’owi udało się przebić. Poczuł, że napastnik po lewej uderzył mieczem w tarczę, ale na szczęście pole wytrzymało. Zręcznym cięciem odciął rękę z mieczem droida po prawej.
Gdy przebił się na drugą stronę, odwrócił się i w ostatniej chwili uskoczył przed serią z małego obrotowego działka. To droid bez ręki wysunął je ze swojej obudowy. Matt schował się za tarczą i zastanowił się nad takim rozwojem sytuacji. W końcu podrzucił lekko miecz w dłoni, wychylił się zza tarczy i rzucił ostrzem w ostrzeliwującego go napastnika. Tamten zwalił się bezwładnie na podłogę z mieczem wystającym z głowy.
Ostatni z napastników, wykorzystując sytuację rzucił się na Matt’a. Szturmowiec wyciągnął jednak z kabury broń awaryjną- blaster typu Luxan Penetrator i kilkoma celnymi strzałami posłał przeciwnika na podłogę. Logan z westchnieniem przyjrzał się pobojowisku. Schował pistolet do kabury, wyszarpnął miecz z głowy droida i wyłączył go. Drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia rozsunęły się. Stał w nich Lord Vader.
-Dobrze sobie poradziłeś.- Stwierdził, gdy Matt się zbliżył.- Ale nie powinieneś był tracić miecza.
-Przepraszam sir.
Vader odwrócił się do reszty oddziału, która stała tuż za nim.
-Macie teraz czas wolny. Jutro jednak czeka was ostateczny test.
Gdy Mroczny Lord zniknął w turbowindzie na końcu korytarza atmosfera trochę się rozluźniła. Wszyscy zdjęli hełmy i powolnym krokiem ruszyli do kantyny, kierowani głodem po długich ćwiczeniach. Logan popatrzył na swój oddział. Mimo, że, od kiedy się poznali minęło już pół roku to jeszcze nie zaznajomił się z nimi za bardzo. Dwóch facetów- Dak i Jacen i dziewczyna- Corde. Dak- wesoły chłopak, w jego wieku z Akademii na Raithal. Jacen starszy od Matt’a o pięć lat, poważny rekrut z Corulag. Dziewczyna była o rok młodsza od Matt’a i również pochodziła z Corulag, ale była raczej małomówna i w sumie nic więcej o niej nie wiedzieli.
Jedzenie w kantynie było jak zwykle łykowate i żylaste, do tego jednak Matt zdążył się już przyzwyczaić, tak samo jak do niewygodnych prycz w pokoju. Dzielił go z Dak’iem i Jacen’em. Corde spała w osobnym z kilkoma pilotkami ze 101 i 113 szwadronu myśliwców. Gdy tylko znaleźli się w pokoju. Dak opadł na łóżko i powiedział:
-Skoro jutro ostateczny test, to może niedługo się skończą.
-Nie wiem czy byłoby to takie korzystne.- Odpowiedział Matt.
-Dlaczego?
-Kiedy ty zrozumiesz, że jako szturmowiec nie będziesz zbierał kwiatków na Naboo i dostawał za to odznaczenia. Kiedy skończą się ćwiczenia wyślą nas na front i staniemy naprzeciw prawdziwych wrogów, których najważniejszym celem będzie zabicie nas.
-Ojciec zawsze mi mówił, że prawdziwym honorem jest zginąć za słuszną sprawę.
-Najpierw trzeba wiedzieć, która jest słuszna!- Odciął się Logan.
-Sugerujesz, że mój ojciec nie miał racji?!
-Usiłuje ci wytłumaczyć, co będzie, jeśli będziesz myślał o wojnie jak o jakiejś grze! Gdy staniesz z wrogiem oko w oko, nie będzie ci już tak łatwo oddać życia! Nawet za swojego ojca, a co dopiero za człowieka, którego w życiu nie widziałeś!
-Sądzę, że dam radę.
-Dobrze! To twój wybór! Może później przyślą kogoś mądrzejszego…
Dak wstał z łóżka. Matt przygotował się na to, że chłopak będzie chciał mu porządnie przyłożyć. Ale tamten tylko się odwrócił i wyszedł na korytarz, mrucząc coś o toalecie.
-Nie bądź na niego zły.- Odezwał się dotąd milczący Jacen.- Został wychowany na wizerunkach dzielnych klonów niszczących złe droidy.
-Jeśli nadal będzie myślał w ten sposób, to, gdy zobaczy martwych kolegów na polu bitwy, to padnie na zawał, albo przynajmniej zemdleje.
-Może i masz rację…
To był koniec rozmów tego dnia.


* * *


Na zamku Beast była tylko jedna kantyna, co równało się z ogromnym tłokiem z samego rana. Gdy Matt wreszcie przebił się przez tłum do stolika, reszta oddziału już jadła. Siadając zauważył, że gadatliwy Dak umilkł. „Więc wciąż jest na mnie obrażony. No cóż… Trudno. Nie będę przecież płakał z tego powodu.” pomyślał. Niestety, nie tylko on zauważył ochłodzenie nastroju.
-Co jest, chłopaki?- Zapytała Corde.
-Wczoraj Matt i Dak pokłócili się.- Pospieszył z odpowiedzią Jacen.
-Wcale nie!- Odpowiedzieli chórem wskazani.
-Nie możemy się kłócić. Jesteśmy oddziałem, stanowimy jedno.- Powiedziała Corde.- A jeśli…
-…Coś zakłóci jedność, to nie będzie oddziału.- Dokończył za nią Matt.- Uczą tego chyba w każdej Akademii.
-No właśnie. Więc chyba wiecie, co powinniście teraz zrobić.
Logan wstał z niechętną miną, to samo zrobił również Dak. Podali sobie ręce na zgodę i wymamrotali kilka słów. Jacen uśmiechnął się.
-No no no… Kobieta potrafi przywołać do porządku dwóch szturmowców. W armii powinno być ich więcej.
-Taaa…- Rzucił niepewnie Matt. Corde uśmiechnęła się do niego zagadkowo. Logan opuścił głowę i spojrzał w swój talerz. Były tam kawałki nerfiny unurzane w niezidentyfikowanym, żółtym sosie. Po upewnieniu się, że nic się tam nie rusza, Matt zaczął jeść. Cały posiłek upłynął w ciszy, jeśli tak można było nazwać gwar pełnej kantyny.
Gdy cały oddział dopił kafeinę, ruszył do pokojów by się przebrać. W pełnych zbrojach uformowali kwadrat i poszli w stronę bloku treningowego. Przed wejściem na arenę czekał już na nich Vader.
-Dzisiaj zostaniecie poddani ostatecznej próbie. Na arenie zmierzycie się ze swoim największym przeciwnikiem. Wchodźcie.
Drzwi za nim rozsunęły się. Matt czuł się dziwnie. Słowa Mrocznego Lorda zabrzmiały groźnie. Choć przez hełmy nie było widać twarzy, wiedział, że reszta oddziału też to poczuła Weszli do kwadratowego pomieszczenia i ustawili się w szeregu naprzeciwko drugiego wejścia. Drzwi za nimi zasunęły się. Zostali sami. Logan wiedział, że sytuacja wymaga komentarza, ale nie mógł wymyślić czegoś sensownego. Wreszcie jakaś myśl wpadła do głowy.
-Niech Moc będzie z nami.
Trzy hełmy szturmowców obróciły się w jego stronę, ale po chwili wszyscy kiwnęli głowami i odwrócili się z powrotem. Drzwi po drugiej stronie otworzyły się wreszcie. W ciemności za nimi coś zaczęło się ruszać. Matt’owi od razu przypomniały się najstraszniejsze zwierzęta galaktyki: Rancory, psy Neki, Acklaye, Wampy i wiele innych. Z ciemności wyszły jednak cztery postaci. Kiedy Logan się im przyglądał, coraz bardziej nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Po drugiej stronie pomieszczenia stało czterech szturmowców ubranych w identyczne zbroje jak ich. Włączone miecze błyskały fioletem, złote okucia tarcz mieniły się odbitym światłem. Krótkie, czarne peleryny powiewały lekko. Matt nagle zrozumiał. Vader powiedział, że zmierzą się ze swoim najgorszym wrogiem, czyli ze sobą. Mroczny Lord był bardziej przebiegły, niż wyglądał. Zapewne w tajemnicy ćwiczył drugi oddział i teraz wybierze najlepszy z tych dwóch.
Tamci chyba też wyciągnęli taki wniosek i ruszyli do przodu, unosząc miecze. Matt spojrzał na swój oddział.
-Falanga.- Powiedział.
Na ten rozkaz wszyscy skupili się bliżej siebie, przyklęknęli na jedno kolano i ustawili przed sobą mur tarcz. Druga grupa zaczęła biec. Nie mieli żadnej taktyki. Po prostu biegli, żeby dobiec jak najszybciej.
W końcu, gdy znaleźli się w odpowiedniej odległości, na bezgłośną komendę Logan i reszta jego składu rzucili się na przeciwników. Tamci na chwilę stanęli jak wryci. Ale tylko na chwilę.
Matt dopadł jednego i wymierzył cios w nogi. Tamten jednak zręcznie przeskoczył nad ostrzem i uderzył kantem tarczy. Hełm przejął na siebie impet uderzenia, ale Matt i tak cofnął się kilka kroków do tyłu. Przeciwnik wykorzystał chwilę nieuwagi i zaczął zadawać pojedyncze, silne ciosy. Logan nastawiał miecz i tarczę, ale ostrze tamtego wreszcie znalazło słaby punkt w obronie i Matt poczuł ból w kolanie. Musiał przyklęknąć na podłodze. Przeciwnik przestał na chwilę uderzać. Zaczął się śmiać. Szyderczy śmiech dobiegał z filtrów hełmu.
Logan poczuł frustrację. Ćwiczył tak długo, a teraz leży na deskach pokonany przez jakiegoś amatora i słucha jego śmiechu. Zaczął podnosić się z klęczek. Zignorował ból i ruszył w stronę przeciwnika. Zadał cios. Choć tamten zablokował cięcie mieczem, to siła uderzenia była tak duża, że ostrze poszybowało gdzieś na drugi koniec sali. Matt zaczął spychać przeciwnika. Nieubłaganie zbliżali się do rogu pokoju. Gdy tamten to zauważył próbował sięgnąć po blaster. Logan jednak był szybszy. Szybkie cięcie mieczem odcięło kaburę, a kopniak posłał ją po podłodze gdzieś daleko.
W tej chwili dotarli do ściany. Matt wbił lekko ostrze w szyję przeciwnika.
-Lepiej zrobisz, jeśli się poddasz.
Tamten wypuścił tarczę z rąk i podniósł je do góry. Zwycięzca rozejrzał się po salce. Okazało się, że reszta jego oddziału poradziła sobie równie dobrze. Dak stał nad swoim przeciwnikiem i opierał but o jego napierśnik. Corde stała za swoim, trzymając go za szyje tak samo jak Jacen.
Nagle drzwi do sali otworzyły się i wszedł Mroczny Lord.
-Doskonale się spisaliście. Chodźcie za mną.
-Zaraz, zaraz, a co z nimi? - Zawołał za nim Jacen wskazując trzymanego szturmowca.
Vader odwrócił się powoli.
-Zabijcie ich. Nie mają już zastosowania. Zawiedli.
Przez ostatnie pół roku jedną z najważniejszych rzeczy, jaką Lord im wpajał była brutalność. Bezwzględność wobec swoich wrogów. Brak litości. Jednak teraz, gdy mieli zabić żołnierzy w takich samych pancerzach, zawahali się.
Mroczny Lord podszedł do Logana.
-Żołnierzu, zabij go!- Powiedział z naciskiem.
Bezpośredni rozkaz- Matt nie mógł go zignorować. Spojrzał na swojego niedawnego przeciwnika. „W tym zawodzie nie można mieć emocji” pomyślał i wbił ostrze w jego szyje. Ciepła krew zalała posadzkę sali, przez chwilę słychać było tylko odgłos upadających ciał.


* * *


Stali w rzędzie przed Lordem Vaderem. Jakiś Moff właśnie przed chwilą skończył przytwierdzanie nowych odznak do ich błyszczących pancerzy.
-Spisaliście się świetnie.- Mówił Mroczny Lord.- Teraz staniecie się pełnymi wojownikami Imperium. Waszym największym priorytetem będzie ochrona jego granic, a także jego władcy- Imperatora. Staniecie się nowym oddziałem- Oddziałem Vornskrów.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ…

-Coruscant?!- Zapytał przerażony Dak.
-Niestety obawiam się, że Coruscant.- Potwierdził Matt. Właśnie wracał z biura Wielkiego Moffa, gdzie miał otrzymać instrukcje dotyczące ich pierwszej misji.
-Nie wierze. To nasze pierwsze, chwalebne zadanie, a oni wysyłają nas w sam środek miejskiej dżungli.
-Mamy tam rozbić jakąś siatkę rebeliantów…
-O raaany, ale nuda.
-Idź lepiej powiadomić resztę oddziału. Musimy się przygotować.
-No dobra, ale wciąż uważam, że to jedno wielkie nieporozumienie…
I odbiegł korytarzem. Logan i tak wiedział, że Dak jest podekscytowany. To pierwsza misja i jaka by nie była, to zawsze będzie tą najważniejszą. Matt miał tylko nadzieje, że jej podołają. „A co tam” myślał „na pewno podołamy. W końcu jesteśmy oddziałem Vornskrów…”

C. D. N.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,33
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
N-11 Ordo 10 2010-01-22 20:29:57
DarkSide98 10 2010-01-15 22:50:18
Jedi1995 8 2010-01-17 18:33:14

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (4)

Całkiem ciekawe. Czekam na resztę.

Bardzo ciekawe.

I tak Vader wypadł najlepiej , ale ten Logan też zrobił na mnie wrażenie - bardzo dobra historyjka o życiu zołnierza 8/10

całkiem niezłe 7

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.