Komiksy

Dziedzictwo: Burze


Tytuł PL: Dziedzictwo: Burze
Tytuł oryginału: Legacy #34-35: Storms
Tytuł TPB: Legacy Volume #7: Storms
Historia: John Ostrander i Jan Duursema
Scenariusz: John Ostrander
Rysunki: Jan Duursema
Tusz: Dan Parsons
Litery: Michael Heisler
Kolory: Brad Anderson
Okładki: Daniel Dos Santos, Jan Duursema, Brad Anderson
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydanie USA zeszytowe: Dark Horse Comics 2009
Wydanie USA zbiorcze: Dark Horse Comics 2009
Wydanie PL: Egmont 2011


Recenzja Katarna

Przed nami kolejny – siódmy już z kolei – tom Dziedzictwa wydany w Polsce przez Egmont. Po ostatnim frontalnym starciu Jedi, Imperialnych Rycerzy i Sithów obydwie strony konfliktu leczą swoje rany i liczą straty. Zakon Jednego Sitha musi uporać się z palącym problemem braku rzeczonego Jednego Sitha, Cade w stylu swojego znanego i lubianego przodka będzie musiał pozwolić swojej ukochanej odejść… czego naturalnie nie zrobi, a Calamarianie zostaną sprowadzeni na skraj wyginięcia zgodnie z rozkazem Dartha Krayta. Słowem: dzieje się sporo. Tym razem odpoczniemy nieco od masywnych starć, acz akcji nie zabraknie. W końcu nadchodzą burze.

Rycerz Imperialny Treis Sinde wiedzie całkiem ciekawe życie. Misja, którą wykonywał na Mon Calamari zakończyła się jego uziemieniem na tej planecie. Może nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że planeta jest oblężona przez wojska Sithów, a ichniejszy odpowiednik doktora Mengele rozpoczął wprowadzanie w życie coraz bardziej śmiercionośnych sposobów uśmiercania wszelkich istot żywych. Sinde dołącza do kalamariańskiego ruchu oporu i wraz z tubylcami przeprowadza całkiem skuteczne akcje przeciw najeźdźcom. Ekscesom tym towarzyszy zgrabna warstwa wizualna przyszykowana przez Omara Francię. Jego kreska może się podobać, choć zdarzają mu się problemy z nienaturalnie prezentującą się mimiką i gestykulacją postaci. Jest w tej historii kilka ciekawych pomysłów (powrót Lewiatanów !), ale w ogólnym rozrachunku opowieść z Mon Calamari zostaje w tyle za pozostałymi z zawartych w tym tomie. Czegoś tu zabrakło.

Kolejna historia to kontynuacja opowieści o Garze Stazim i jego wojnie z Imperium Sithów. Sytuacja w Galaktyce zaczyna się zagęszczać. Pozostałości Sojuszu Galaktycznego stają się coraz większym cierniem w boku Imperium Sithów. Współpraca Sojuszu z Imperium Fela skutkuje utworzeniem zjednoczonej floty, z którą Sithowie będą musieli się liczyć. Pytanie tylko jak bardzo zjednoczona jest flota i gdzie oficerowie walczący po każdej ze stron konfliktu pokładają swoją lojalność. Odpowiedziom na te pytania towarzyszyć będzie dużo, dużo ognia z dział turbolaserów. Bitwa o Ralltiir cieszy rozmachem. O ile pozostałe historie w „Dziedzictwie” dość nieczęsto dają okazję zobaczyć jakieś sympatyczne sceny batalistyczne, historie związane ze Stazim to pretekst dla dużych ilości wybuchowej akcji. I dla pokazówki taktycznego geniuszu admirała. Swoją drogą, w „Gwiezdnych Wojnach” osoby o niebieskiej skórze i czerwonych oczach mają najwyraźniej tendencje do bycia genialnymi strategami. Co prawda nietwarzowość pojazdów z „Dziedzictwa” zapisała się już w legendach i annałach, mnie jednak niszczyciele klasy Pellaeon całkiem się podobają i miło było zobaczyć ich w tej historii całą masę. Do tego całkiem sympatycznie przedstawionych przez Omara Francię.

Na koniec tomu zostawiono nam tytułowe Burze. Tym razem po nawałnicy podczas której starli się Jedi, Imperialni Rycerze i Sithowie nie nastał spokój, a jedynie więcej burzy. W strugach deszczu (wszak tytuł historii zobowiązuje) Cade dostarcza umierającą Azlyn Rae do domu swojego wujka, z nadzieją, że genialny wynalazca i jego żona uzdrowicielka uratują sytuację. Sytuacja komplikuje się jednak na wszystkie możliwe sposoby. W międzyczasie Darth Wyrrlok wprowadza w życie swoją wizję przyszłości Sithów, a Moff Veed wraz z małżonką jak zwykle knują. We wnętrzu Cade’a grzmi, być może najmocniej ze wszystkich dotychczasowych tomów „Dziedzictwa”. Zabawa na granicy życia i śmierci w końcu obróciła się przeciw niemu z całą siłą. Grzmi wujek Bantha, którego wyrozumiałość dla wyskoków bratanka dotarła do punktu krytycznego. Cade powoli zraża do siebie kolejnych sojuszników. Tom po tomie wydawało się, że jego połamana psychika powoli się zrasta przy wsparciu mistrza Sazena i K’Kruhka. Powrót dawnej miłości i widmo jej rychłej straty błyskawicznie otworzyło stare rany i obrażony na cały świat Cade wrócił do punktu wyjścia. Grzmią pozbawieni przywódcy Sithowie. Wyrrlok ma już swój plan, ale jego wizję może pokrzyżować wewnętrzny rozłam. Niektórzy z Sithów wkrótce mogą zacząć coś podejrzewać, a Wyrrlok ma sporo do ukrycia. W tej historii nie uświadczy się wiele akcji czy posuwających naprzód fabułę wydarzeń. Są za to sytuacje, które wyciągają na wierzch rzeczy, które nasi bohaterowie woleliby zostawić ukryte głęboko. I to się sprawdza. John Ostrander zasłużył na lizaka. A odpowiedzialna za ilustracje Jan Durseema jak zwykle trzyma poziom, choć mam wrażenie, że nie zaszkodziłoby jej poeksperymentować nieco z innymi stylami rysunku.

Słowem podsumowania: historie zawarte w tym tomie zbierają się na obraz Galaktyki po przełomowych wydarzeniach ukazanych w „Wektorze”. Obraz na poziomie mikro i makro, na historie ludzi i ich prywatnych strat, ludów stających przed widmem masowej eksterminacji i na wizję przyszłości dla całego Wszechświata. Udało się to całkiem znośnie, może z lekkim wyjątkiem historii z Mon Calamari. Da się co prawda odczuć w tym tomie syndrom przygaśnięcia po wielkim finale, lecz prawdopodobnie tak miało być, więc ciężko mieć mu to za złe. W zasadzie to właśnie kontrast z „Wektorem” buduje klimat zawartych w „Burzach” opowieści. W serii „Dziedzictwo” wśród słabszych pomysłów zdarza się czasem wyłowić coś dzięki czemu rzuca się do głowy myśl „To jednak są Gwiezdne wojny”. Może trochę pokiereszowane i nie zawsze w najlepszej formie, ale jednak są. Tom „Burze” można przeczytać. Nie trzeba, acz można. Trudno nazwać ten komiks przełomem, lecz niezgorszym czytadłem z kilkoma fajnymi pomysłami na fabułę- jak najbardziej.

Ocena końcowa
Ogólna ocena: 7/10
Klimat: 8/10
Rozmowy: 7.5/10
Rysunki: 8.5/10
Kolory: 8/10
Opis świata SW: 8.5/10


Recenzja Lorda Sidiousa

O tym, że „Dziedzictwo” zaczyna przypominać serial, pisałem już przy poprzedniej historyjce, a znając życie to i tak pewnie się już powtórzyłem. „Storms” zbudowane jest jednak trochę inaczej niż dwie poprzednie: „Fight Another Day” i „Renegade” (gwoli wyjaśnienia mówię o kolejności czytania w wydaniu zbiorczym, gdzie numer 36 poprzedza 34 i 35), zbiera główne wątki i nie daje nam odpocząć. Nie mamy tu już jednej opowieści, która zaczyna się i kończy, albo raczej próbuje kończyć. Widzimy wiele wątków i perspektyw na raz, dzięki temu zmienia się dynamika opowieści.

W dalszej części znajduje się kilka spoilerów do poprzednich części. Punktem wyjścia jest galaktyka po „Vectorze”, w której nie mamy już Dartha Krayta, ale o tym, że on nie żyje, nie wie właściwie nikt. Owszem niektórzy się domyślają i starają się ugrać ile mogą. I to jest właśnie najlepsze, bo dalej idziemy tropem „Renegade”, gdzie z dwustronnego konfliktu zaczyna nam się tworzyć więcej frakcji. Tu dalej następuje rozczłonkowanie, a kolejne ostre, odpryski dawnej jedności mogą się pojawić nawet tam, gdzie się tego nikt nie spodziewał. Bo przecież moffowie tylko czekają, aż będą mogli rządzić może nie wielkimi Imperiami, ale przynajmniej sektorami, czy choćby małą acz bezpieczną i własną planetą. W swych zamierzeniach wcale nie są osamotnieni. Podobnie jest z Sithami, którzy bez pana zaczynają walczyć między sobą, co pięknie przypomina czasy Bane’a. Zresztą Jeden Sith to nic innego jak Krayt, Wyrlock doskonale to rozumie i wie, że nawet jeśli przejmie władzę niekoniecznie utrzyma wszystkich w ryzach. Więc sam opowiada o stanie stazy dawnego mistrza. To piękny podział wewnątrz Sithów, a Ostrander jedynie ukazuje nam, że dopiero zaczął rozkładać karty. Wszystko, co dotychczas znaliśmy jest jak gliniany kolos, w każdej chwili może się zawalić. Jak domek z kart, gdzie fundamentem był Krayt.

Do tego jest jeszcze wątek Cade’a Skywalkera, swoją drogą dla mnie najmniej zrozumiały, bo najmniej pasujący do reszty. Młody Skywalker jest pobudzony do działania, tylko czy coś się w nim zmieniło, czy to raczej zdenerwowanie wynikające z niemożności doprowadzenia spraw do końca? Tego wątku ja jeszcze nie czuję. I choć zajmuje on dużą część komiksu, na szczęście jest w nim kilka smaczków. Choćby kolejne nawiązanie do Republiców w postaci klanu Vosów.

Jest też jeszcze jedna dobra wiadomość. Wraz z Cadem wróciła taż Jan Duursema. Znów komiks koncentruje się mocno na postaciach i to jest piękne. Wizualnie otrzymaliśmy majstersztyk, zwłaszcza gdy możemy obserwować bijatyki w deszczu, czy zmagania Sithów.

„Storms” trzyma poziom, który sobie wyznaczył Ostrander. Mam wrażenie, że jeszcze trochę pomęczy nas komiksami, których głównym celem jest zaostrzenie apetytu.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 7/10
Klimat: 8/10
Rozmowy: 8/10
Rysunki: 10/10
Kolory: 9/10
Opis świata SW: 9/10


Temat na forum
Okładka polskiego wydania:

Okładka wydania zbiorczego:

Pełne okładki:




Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 7,50
Liczba: 8

Użytkownik Ocena Data
San Holo 8 2017-05-24 21:24:46
Melethron 8 2016-10-09 17:16:00
Crystiano02 8 2016-04-03 10:17:13
Shedao Shai 8 2016-03-27 22:16:00
Ludwik 7 2015-06-20 00:03:16
Reviusz 7 2012-01-09 17:50:13
Aldebar 7 2010-02-18 22:07:58
Lord Sidious 7 2010-02-14 20:28:44

Tagi: Dan Parsons (37) Dark Horse Comics (594) Dziedzictwo (Legacy) (35) Egmont Polska (489) Jacek Drewnowski (105) Jan Duursema (60) John Ostrander (76) Michael Heisler (110)

Komentarze (1)

"Storms" to komiks, który znakomicie obrazuje konsekwencje "śmierci" Krayta. Bardzo dobrze przedstawiono jak niepewną instytucją jest One Sith, które, tak jak wspomniał LS, utrzymywał w ryzach Krayt. Ciekawie się ogląda starania Wyyrloka, by zmusić Sithów do uwierzenia, że ich pan żyje, a on sam, obejmując rządy, tylko wypełnia jego wole. Tak swoją drogą to Wyyrlok od "Into the Core" do samego końca to jedna z moich ulubionych postaci z całego Legacy. Ciekawie było też poznać Saarai, jego córke. Podział też jest fajnie zauważalny wśród Moffów. Generalnie podoba mi się sposób w jaki pokazano konsekwencje "śmierci" Krayta - każda frakcja próbuje się dowiedzieć czy to prawda i co może na tym zyskać. Jeśli chodzi o wątek Cade`a, to również podoba mi się konsekwentne prowadzenie tej postaci. Po raz kolejny jawi się on jako osoba samolubna. Zmusza Banthę do uratowania Azlyn pomimo faktu, że ta poprosiła go, by odpuścił. Posuwa się do kłamstwa, ale nie robi tego dla niej - a dla siebie. Na plus. A później idzie obić mordy na mieście i upokarza jednego z "przeciwników" do upokarzającego lizania butów. Muszę też dać duży plus za pojawienie się klanu Vosów. Ciekaw jestem czy są wsród nich potomkowie Korto. Wracając do Azlyn to ciekawa sprawa z jej zbroją (Swoją drogą nie pamiętam czy ona się w tej zbroi później pojawiała. Muszę sobie kiedyś przeczytać całe Legacy "na raz", żeby całą fabułę ogarnąć.) oraz ogólną fascynacją Banthy do takich rzeczy - tak właściwie to chce stworzyć technologię jak u Vadera. Dobrze również się czyta moment gdy Azlyn zarzuca Cade`owi, że uratował ją wbrew jej woli i zapewnił ledwo co namiastke życia. Po raz kolejny samolubność Cade`a niesie ze sobą fatalne skutki, co też fajnie obrazuje jego wygnanie przez Banthę.

Jest dobrze. 7/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.