Fandom

Relacja z konwentu StarForce 2010

StarForce to jeden z tych nielicznych konwentów, tylko i wyłącznie poświęconych Gwiezdnym Wojnom, które są organizowane w naszym kraju. W dniach 10-12 września w Bydgoszczy odbyła się jego druga edycja pod nazwą Star Force 2010. Na imprezie bawiła się również redakcja Bastionu, dzięki czemu mieliście możliwość śledzić doniesienia z niej na żywo. Teraz postanowiliśmy spisać nasze wrażenia jeszcze raz.

Na przywitanie czekała nas dosyć niemiła niespodzianka. Niestety Bydgoszcz okazała się miastem nieprzejezdnym dla osób, które go zbyt dokładnie nie znają. Podróż od momentu minięcia tablicy z nazwą miasta do dojechania do centrum zajęła ponad godzinę, niemniej jednak warto było tyle czekać. Główną część konwentu gościła Opera Nova, a dokładniej jej część konferencyjna. Jeśli chodzi o konwenty to wykorzystanie sal konferencyjnych jest świetnym rozwiązaniem i zdecydowanym krokiem na przód w porównaniu do zwyczajowej organizacji tego typu imprez w szkołach czy domach kultury. Właśnie w centrach konferencyjnych umiejscawia się największe konwenty na zachodzie lub za oceanem.


Opera Nova - serce konwentu


Sam konwent odbywał się jeszcze w kilku innych lokalizacjach poza wspomnianą powyżej operą. Największą z nich była scena na wyspie Młyńskiej. Odbywały się na niej zabawy dla szerszej publiczności, prezentacje Legionów i konkursy dla dzieci. Również na niej odbyło się oficjalne otwarcie zlotu. Pozostałe miejsca w których odbywał się konwent były już bardziej kameralne, mianowicie były to trzy kluby: Elljazz, LaserFight i Kubryk. W tym pierwszym miejsce miał w piątek wieczorem koncert jazzowy z Gwiezdnych Wojen.

Większość fanów spotkała się wspólnie właśnie po raz pierwszy w LaserFight’ie. Kilka słów wyjaśnienia należy się czym tak naprawdę był ten klub. A było to miejsce wręcz idealne jak dla fanów Gwiezdnych Wojen. Środek lokalu składał się z dwóch poziomów na których uczestnicy mogli się bawić w laserowego paintballa. Dwie pięcioosobowe drużyny przywdziewały specjalne kombinezony i uzbrojone w „blastery” prowadziły ostrzał. Fani się bawili znakomicie do późna w nocy. Przed lokalem były ustawione stoliki przy których reszta osób w tym czasie mogła się poświecić rozmową i szeroko pojętej integracji. A trwało to do wczesnego ranka. Razem z fanami bawił się również Jacek Drewnowski – redaktor naczelny magazynów komiksowych z Gwiezdnych Wojen wydawnictwa Egmont.


LaserFight od środka



Fani przed klubem LaserFight


Noclegi zapewnione były w pobliskiej szkole, w której większość fanów rozłożyła się na Sali gimnastycznej.





Sobota rozpoczęła się mocnym uderzeniem, czyli paradą ulicami Bydgoszczy. Przedstawiciele Legionów, fani w strojach i wszyscy inni wyruszyli przyciągając uwagę olbrzymiego tłumu . Przeszliśmy ulicami Bydgoszczy, przez Stary Rynek, przez mosty, aż na wyspę Młyńską, do ustawionej tam sceny. A na niej, 501 Legion, Rebel Legion, David Prowse, prezydent Bydgoszczy, przedstawicielka marszałka i mnóstwo, mnóstwo fanów wokół. Tylu zgromadzonych na imprezie SW w Polsce nie było jeszcze chyba nigdy. Mnóstwo gapiów, rodzin z dziećmi. Moc jest silna jak widać w pokoleniu Wojen Klonów.









Po paradzie udaliśmy się powrotem do Opery aby móc gościć tam na przeróżnych przygotowanych punktach programu. Chętnych do wejścia na teren konwentu było tak dużo, że przed wejściem ustawiła się olbrzymia kolejka. Kto jednak się nie zraził jej długością i odczekał swoje był z pewnością zadowolony. Już sam wystrój robił wrażenie, wraz z olbrzymią wystawą modeli stworzonych przez polskich braci Kuleszów.







Panel z tłumaczami



Jednym z pierwszych paneli na których byliśmy, było spotkanie z Błażeję Niedzińskim i Anną Hikiert – czyli tłumaczami Amberu. Panel zaczął się od standardowego chyba pytania, czyli tego jak zaczęła się ich przygoda z Gwiezdnymi Wojnami. W przypadku Ani miejscem startu było obejrzenie wersji specjalnej w kinie. Wcześniej Jedi, Yeti i Yoda zawsze się jej myliły, i była przekonana, że Luke ożenił się z Leią. Przypadkiem trafiła na Nową nadzieję w kinie a potem poszło samo. Błażej natomiast zaczynał od oryginalnej trylogii, widzianej w telewizji, nie w kinie. Początkowo nie był to jednak świadomy odbiór. Bardziej wciągnął się w temat przy okazji nowej trylogii, ale nigdy nie był zaangażowanym fanem.

Następnie tłumacze opowiadali o tym jakie trzeba mieć przygotowanie by zostać tłumaczem i jak rozpoczęli swoją pracę w Amberze. Wg Ani Hikiert najważniejsze są dwie rzeczy. Po pierwsze znajomość języka angielskiego, a po drugie ważna jest taż znajomość języka polskiego. By odtworzyć tekst w języku polskim tak, by wywoływał te same emocje, co oryginał. W 2007 pojawił się na Bastionie news, że Amber poszukuje tłumaczy, wtedy jednak nie przywiązała większej wagi do tego. Dopiero Freedon (jeden z redaktorów Bastionu) namówił ją aby spróbowała swoich sił jako tłumaczka. Ania w tym czasie broniła pracę na temat polityki tłumaczeniowej wydawnictwa Amber. W ramach testu do tłumaczenia dostała fragment „Wygnania” – które później, już jako pracownik Amberu przetłumaczyła w całości. Błażej znalazł rok temu ogłoszenie w internecie z wydawnictwa Amber. Dostał próbkę do tłumaczenia, oceniono ją pozytywnie, a potem dostał pierwszą książkę. Co do przygotowania, warto wg niego mieć wykształcenie filologiczne czy lingwistyczne, ale chyba nie jest to wymóg Amberu. Znajomości języka obcego, to raz, ale ważne też jest wyczucie języka ojczystego. Błażej w ramach testów dostał pierwszy rozdział książki „Revelation” (z serii Dziedzictwo).



Kolejnym poruszonym tematem było to jak wygląda sam proces tłumaczenia. Ania opowiadała, że pracuje na programie typu CAT, który dzieli tekst na segmenty, co pozwala na łatwe tłumaczenie. Są też tłumacze, którzy pracują w Wordzie, ale ona woli jednak specjalne programy. Ważne jest to, że program pamięta jak tłumaczone są słowa, więc potem podpowiada odpowiednio. Segmenty są dzielone głównie ze względu na znaki interpunkcyjne, czyli np. przecinki, kropki itp. Tekst jest w oryginalnym języku, acz potem poprawia się go i dużo łatwiej redaguje. Po zakończeniu tłumaczenia tekst przechodzi przez dwie korekty. Błażej raczej nie korzysta z programów wspomagających tłumaczenie, lub robi to w znikomym stopniu. Zdania w książce nie powtarzają się zbytnio w podobnym kształcie, więc wydaje mu się, że to nie jest potrzebne. Po pierwsze czyta książkę, także dlatego, że wydawnictwo życzy sobie streszczenia. Podczas czytania robi notatki, a dopiero potem następuje zasadniczy proces tłumaczenia. Zaznacza sobie trudniejsze słowa i zwroty, do których później wraca. Na koniec zaś czyta wszystko jeszcze raz i poprawia, starając się wyłapać ewentualne błędy. Cały proces tłumaczenia trwa ok. 2-3 miesięcy.

Skoro przybliżony został już proces tłumaczenia, to widzowie ciekawi byli jak duży wpływ na efekt końcowy ma korekta. Jak się okazuje wpływ ten jest dosyć duży. Tłumacz dostaje tekst z naniesionymi poprawkami, może je zatwierdzić, może się nie zgodzić, ale podobno teraz jego opinie są częściej brane pod uwagę niż parę lat temu. Nie zawsze korekta trafia w sens, poprawia raczej język, przez co potrafią wyjść śmieszne sytuacje. Błażej zauważa, że warto rozróżnić dwie rzeczy, redakcję stylistyczną i korektę. Po tej pierwszej zawsze jest sporo poprawek, nie zawsze uzasadnionych. Tu jeszcze jest pole manewru na tekst. Natomiast korekta poprawia w teorii tylko błędy językowe, interpunkcyjne, ale potrafią się znaleźć drobne niespodzianki, np. Mroczny Lord Sithów potrafi się zamienić na Ciemnego Lorda Sithów.

Przy okazji korekty poruszona została również kwestia czarnej listy słów Amberu – których w książkach nie wolno używać. Ania próbowała walczyć o słowo droid, ale redakcja Amberu wyłapała je i zmieniła. Czasem da się zmienić pewne rzeczy, np. Błażejowi udało się przemycić datapad, zamiast notes komputerowy. Może i więc z droidem da się coś zrobić. Błażej po prostu nie wiedział, że datapad to słowo zabronione, okazało się, że jednak można go użyć . A czemu droid jest słowem tabu, nie wiadomo. Ale ma jeszcze nadzieję, że uda się to zmienić. Ania precyzuje, że to nie jest czarna lista, tylko są karteczki z tłumaczeniami, które tworzyli Aleksandra Jagiełłowicz i Maciej Szymański, plus inne wytyczne np. by raczej używać kabiny zamiast kokpitu. Nawet Andrzej Syrzycki nie zawsze się go trzyma. Np. w słowniczku jest Anzata, a on pisał Anzat.

Kolejne pytanie było o to, jaki fragment zapadł tłumaczom specjalnie w pamięć lub było go najciężej przetłumaczyć. Błażejowi największe problemy sprawiają opisy technologii z Gwiezdnych Wojen. Szczególnie, że czasem jednak nie do końca wiadomo, jak coś działa. Zwłaszcza, gdy technologia jest analogiczna (jak np. parzenie Kaff i kawy, u nas skręca się gaz, a tam?). Dla Ani największy problem to nie Gwiezdne Wojny, ale często nawiązania do tekstów, niekoniecznie związanych z sagą. Np. Traviss odwołuje się do wierszy. To ciężko nie tylko zachować w przekładzie, ale jest to też nie zawsze dla czytelnika zrozumiałe. Gorzej, że czasem pojawiają się w procesie tłumaczenia określenia typowo ziemskie, jak spartańskie warunki, siedzenie po turecku, a potem to umyka i zapomina się tego poprawić.

Jeśli chodzi o to jakie teksty preferują do tłumaczenia to Ania nie ma specjalnych sympatii czy antypatii odnośnie tego, Błażej natomiast lubi książki które posiadają krótkie rozdziały (jak „Gwiazda śmierci”), ponieważ szybciej mu idzie tłumaczenie tego.

Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy czytali prace poprzedników. Ania jako wieloletnia fanka czytała sporo, choć nie wszystkie, ale zazwyczaj je ma. Korzysta natomiast często z Wookieepedii i Ossusa. To pomaga w odnajdywaniu się i wykorzystaniu we własnej pracy. Błażej przyznaje, że wcześniej jako czytelnik nie sięgał do nich często, natomiast teraz się to zmieniło. No i oczywiście zagląda na obie Wiki oraz szuka poprzednich tłumaczeń, by to wykorzystać.

Następnie poruszono kwestię konsultacji z fanami. Dla Ani głównym źródłem pomocy jest w tym wypadku forum Bastionu, tam jest wątek o pracy nad tłumaczeniami. Drugi wątek był na Holonecie, ale on tam umarł śmiercią naturalną. Na początku bardzo się przejmowała tłumaczeniem, z czasem przychodzi to dużo łatwiej. Przy Gambicie, np. mieli problem, z odmianą Lanteeby. Jest pomysł, by zrobić listę odmian planet. Błażej również poszedł w ślady Ani, założył sobie wątek na Bastionie i tam czasem szuka pomocy.

Kolejne pytania już padały z publiczności, to które wywołało najwięcej chyba uśmiechu dotyczyło tego ile czasu dziennie zajmuje tłumaczenie. Błażej odpowiadał, że to zależy od samodyscypliny i organizacji. Im bardziej zbliża się termin oddania, tym więcej to zajmuje. Ania ma podobnie. Choć początkowo zawsze sobie dzieli fragmenty i zapisuje na daty, ale raczej to nie wychodzi. W przypadku „Rozkazu 66” było to nawet po 15 godzin dziennie, pod sam koniec. Osobisty rekord Ani jeśli chodzi o jeden dzień tłumaczenia to 40 stron tekstu, ale nie było to w przypadku Gwiezdnych Wojen. Standard to koło 10 stron dziennie.

Na koniec przygotowano małe zadanie niespodziankę, tłumacze mieli usłyszeć fragment Gwiezdnych Wojen i zaproponować jego własne tłumaczenie. Jak się okazało był to tekst piosenki Yub Nub. Po krótkiej chwili oboje poddali się.



Panel komiksowy

Spotkanie z Jackiem Drewnowskim, redaktorem miesięcznika Star Wars Komiks i Star Wars Komiks Wydanie Specjalne, a także tłumaczem albumów Egmontu związanych z Sagą. Jego przygoda z Gwiezdnymi Wojnami zaczęła się, gdy Jacek miał 7 lat, kiedy to poszli z ojcem i bratem do kina Sawa w Warszawie (nieistniejącego już dziś). Brat nie potrafił czytać napisów, więc ojciec czytał im napisy, a Maciek pytał tylko, czy to Luke’a zabili podczas ataku na Gwiazdę Śmierci. Potem widział TESB w kinie Relaks i ROTJ na klubowym pokazie w dość słabej kopii. Do tematu wrócił dopiero w latach 90. Przy grze X-wing oraz trylogii Thrawna, a w 1999 pracował w Egmoncie, gdy myślano o Sadze. Tak został koordynatorem. W 2008, gdy Egmont wrócił do SW, naturalnie zaproszono Drewnowskiego do współpracy. Książek nie czyta od lat, w gry jak najbardziej grał, ale obecnie raczej tylko na konsole, posiada prawie pełną kolekcję kart CCG (bez ok. 5).

W 1994 ukazało się jego opowiadanie na łamach „Fenixa”, potem było drugie. Skończyło się na kilkunastu, ale przestał pisać i publikować w roku 2000, odkąd mocno zajął się pracą redakcyjną i tłumaczeniem. Opowiadanie te były fantastyczne, potem współpracował w magazynie „Fenix” już jako redaktor, to posłużyło jako droga do redakcji w Egmoncie.

Seria Gwiezdne Wojny Komiks ukazywała się w 1999-2000, a impulsem do jego powstania było „Mroczne widmo”. Wszyscy wiązali z tym wielkie nadzieje, zwłaszcza wydawnictwa. TPM nie spełniło oczekiwań finansowych, a GWK nie sprzedawało się na tyle dobrze, więc zamknięto tę linię. Na szczęście SWK nie podziela tego losu, na razie nawet jest lekka tendencja wzrostowa. Do tego stopnia, że okazało się, iż w Polsce można sprzedawać zeszyty komiksowe w kioskach. Tego nie było od czasu TM Semica. No i to sprawiło, że ruszyli także z innymi tytułami – np. Fantasy Komiks. Co do GWK chyba błędem było publikowanie historii w odcinkach, bez możliwości zakupienia numerów archiwalnych. Obecnie w SWK jest inaczej, każdy numer jest osobną historią. Na razie nie ma planów, by publikować komiksy w odcinkach, ale do 2012 raczej nic się nie zmieni. Wtedy pomyślą nad zmianą formuły, głównie ze względu na wyczerpanie się pojedynczych historii.

SWK odrodził Tomasz Kołodziejczak, opracował całą formułę. Proces powstawania pisma zaczyna się od wyboru komiksów, to robi Jacek Drewnowski. On wybiera historie do numerów, czyta wszystko, co dostaje od Dark Horse’a, biorąc pod uwagę ilość stron. Po wyborze zaczyna się praca nad numerem. Tłumacz dostaje kopię historii, tłumaczy ją. Numeruje się dymki, a potem składa się to wszystko. Plik tekstowy redaguje Jacek Drewnowski i idzie do składu, po składzie jeszcze raz jest redakcja i dopiero do druku. Mają przygotowaną oprawę graficzną,przed drukiem własne - dodatkowe - strony muszą wysłać do Lucasfilmu, do akceptacji.

Magazyn SWK generuje zysk bardzo szybko, album zaś nawet jeśli wydawnictwo więcej na nim zarabia, to i tak zysk spływa do wydawnictwa przez około 2 lat. Obecnie dlatego bardziej opłacalne są czasopisma. Nie zamierzają marnować miejsca na wydane już historię.

Plany na przyszłość przedstawione na spotkaniu możecie znaleźć tutaj.

Panel Star Wars Extreme





Prelekcja poświęcona była w całości grze tworzonej przez portal SWEx. Gra będzie się nazywała Star Wars Universe. Będzie to MMORPG osadzony w świecie Gwiezdnych Wojen. Prawdopodobnie w ciągu miesiąca pojawi się już wersja beta, w którą można będzie grać. Później przez jakiś czas będą się odbywały testy, balansowanie formuł itd. Aż do wprowadzenia wersji ostatecznej. Gra będzie w całości za darmo natomiast będą dostępne dodatkowe elementy, za która będzie trzeba zapłacić – coś w rodzaju np. 10% szybszego rozwoju postaci. Będzie to jednak na tyle zbalansowane aby nie powstawały zbyt duże dysproporcje pomiędzy graczami.

W grze skupić się będzie trzeba na rozwoju postaci – podstawą jej będzie właśnie stworzenie postaci i jej rozwój, na początku skupienie się na walkach. Stawiać będą bardzo mocno na MMO – czyli na współpracę graczy tak aby musieli się dogadywać w celu osiągnięcia rezultatów. Działem merytorycznym gry zajmuje się Jedi Nadiru Radena oraz członkowie BotS – Alkern i Gorthuar, to oni odpowiadają za treść gry.

Tworząc wzorują się na Eve Online i tzw. „sandboxie”. Zaczną grę na Adumarze i stamtąd będzie się startowało. Styl walki wzorowany na Falloucie, Silent Storm czy Jagged Alliance. Do walki wykorzystany zostanie system helowy, izometryczna grafika. Cała gra będzie przez Internet bez konieczności ściągania klienta. Będzie to rozgrywka turowa – dlatego aby gracze skupili się bardziej na myśleniu a nie tempie klikania myszką. Gracze będą musieli ze sobą współpracować również poza polem bitwy, czyli np. będzie potrzebnych 20 techników do stworzenia statku – to wymusi interakcję między graczami.

Historia gry zostanie osadzona w dalekiej przyszłości SW (prawdopodobnie ok. 1500 lat po Legacy), aby nie ingerować w kanon, znane wszystkim elementy. Historia opowiadana będzie oczyma postaci, która nie zna tego świata. Dzięki temu zabiegowi nie będzie sprzeczności. Dla najlepszych graczy będzie tworzona fabuła, np. częściowo fabuła będzie zmieniana i podpasowywana pod gracza który wygra jakiś turniej. Sam fakt jakie będą rezultaty bitew będzie zależał od graczy – także cała fabuła będzie zmieniana stale.

W grze będzie polityczny podział wszechświata – na Mandalorian, odpowiednik Sojuszu, Huttów itd. Gracz będzie mógł dołączyć do dowolnej z tych frakcji ale od jego decyzji będzie zależało wiele rzeczy takich jak np. ekwipunek który posiada, statki, kontakty.

Gra będzie w całości zintegrowana z portalem, czyli za wszelkiego rodzaju publikowane komentarze i teksty będą postać gracza będzie dostawała bonusy. Samo przygotowanie do walki i większość funkcji będzie dostępna bez dodatkowych narzędzi, natomiast moduł walk zrealizowany zostanie za pomocą Flasha.

W grze będą trzy klasy: użytkownik Mocy (nie mylić z Jedi ani Sith – przynależność to co innego), wojownik (typowy żołnierz), łotrzyk (postać z półświatka). Klasy będą zbalansowane tak aby nie dało się stworzyć postaci, która nie znajdzie dla siebie przeciwnika. Np. użytkownik Mocy nigdy nie będzie strzelał tak dobrze jak wojownik, co można wykorzystać w walce. Skille będą powiązane z klasami, rasą czy frakcją w jakiej się znajduje postać – przedstawione w formie drzewka. Będą wprowadzone również osiągnięcia – tak aby gracze mogli w prosty sposób zobaczyć co dana postać zdobyła.

Gra będzie od razu dwujęzyczna – tworzona jest po polsku i angielsku. W najbliższym czasie planują również stworzyć moduły odpowiedzialne za walki pomiędzy statkami, dzięki temu gra nie będzie tylko rozgrywana na planetach. Wprowadzone zostaną również minigry – czyli np. wyścigi racerów czy gra w sabbaca. Gracze będą mogli tworzyć całe miasta, do czegoś takiego będzie potrzebna oczywiście mała społeczność, która będzie ze sobą współpracowała w celu zarządzania takim miastem.

Spotkanie z Davidem Prowsem







Panel z Prowsem prowadził Miagi. Gdy aktor wszedł do sali (koło 400 osób w środku), ludzie wstali i zaczęli bić brawo. David zaczął od śpiewania głównego tematu Gwiezdnych Wojen z własnymi słowami („Star Wars, made me a fortune, paid off the mortgage, bought me a car!").

Jedną z jego ambicji, w wieku 15 lat, było zostanie mister Universum. Od 13 roku życia zajmował się zwiększaniem masy mięśniowej. W wieku 17 lat wystartował w tym konkursie, gdzie okazało się, że jest najwyższy. Nie wygrał ze względu na okropne stopy. Potem zajmował się podnoszeniem ciężarów, gdzie wygrywał nawet nagrody na zawodach. Dopiero po jakimś czasie zaczął próbować swych sił w aktorstwie. Ale też zaczęło się od efektów specjalnych. Przy pierwszej roli przyszedł na przesłuchanie, gdzie miał podnieść aktora z łóżka, pokazać, że jest w stanie go wznieść w powietrze. Potem zajmował się także trenowaniem aktorów. Udało mu się także wystąpić u Kubricka, a stamtąd była już prosta droga do Gwiezdnych Wojen. W Foxie umówiono go z Lucasem, a tam na spotkaniu zobaczył koncepty artystyczne, a George opowiadał o swoim filmie – Gwiezdne Wojny. Przyznał też, że szuka aktorów do dwóch ról – m.in. Chewbaccy. Prowse zapytał, co to jest Chewbacca. Lucas mu wytłumaczył, że to taki wysoki, owłosiony goryl. A gdy spytał o drugą rolę okazało się, że to Darth Vader – szwarccharakter. Prowse od razu wybrał Vadera, bo twierdzi, że ludzie lepiej zapamiętują czarny charaktery.

Obecnie jeździ po świecie, zajmuje się też udzielaniem w wielu charytatywnych akcjach, zwłaszcza tych, które walczą z rakiem. Sam opowiadał o działaniach przeciw rakowi prostaty. I zachęcał mężczyzn po 40 by poszli się przebadać.

W tamtym roku robił film „Kindness of Strangers”, który ukaże się bezpośrednio na DVD, pokazywany w Cannes. Grał tam rolę ojca, za co Prowse dostał nagrodę za rolę drugoplanową. Całość opowiada o trudnych relacjach ojca i syna. Rola Prowse zajęła mu zaledwie kilka dni. Potem David pojechał na konwent, a potem pojechał do USA, a reżyserka zadzwoniła do niego. Okazało się, że kręcenie pewnej sceny na ulicy spowodowało, że jakaś kobieta zadzwoniła na policję, twierdząc, że kręcą pornola na ulicy. Spowodowało to, że w gazetach i w sieci opisywano film jako pornograficzny z Davidem Prowsem w roli głównej. Reżyserka była dużo bardziej przerażona tą sytuacją, a on mógłby być zadowolony z tego, że w wieku 75 lat może grać w takich filmach.

ANH, ROTJ i TESB to były dość trudne filmy dla Prowse’a. Musiał się nauczyć zarówno walk, jak i chodzenia w stroju. Miał swojego trenera szermierki, Boba Andersona. W ANH i TESB robił wiele scen kaskaderskich, dopiero w ROTJ dostał dublera, ale robota nadal należała do ciężkich. Ale teraz też nie ma lekko, praktycznie przez cały czas, co weekend jest w innym miejscu na świecie. Tydzień temu był w Turcji, dziś jest tutaj, potem jeszcze jest Szwajcaria i Paryż. To wszystko oczywiście zasługa Star Wars, a harmonogram na rok 2011 ma już prawie zapełniony. No i na konwentach poznaje mnóstwo ciekawych ludzi. Zresztą Prowse lubi też podróżować, no i jeszcze kwestia zarobków. Większość konwentów na których bywa jest poza Wielką Brytanią np. w południowej Ameryce, Meksyku. Nie zawsze dotyczą one Gwiezdnych Wojen. Tydzień wcześniej w Turcji promował komiks SW, a za rok mają tam robić imprezę nakierowaną na Gwiezdne Wojny.

Generalnie zdaniem Prowse’a aktorzy są dość mili, może z kilkoma wyjątkami o których nie warto wspominać. Dobrze wspomina Aleca Guinnessa, Harrisona Forda, Marka Hamilla, Carrie Fisher, Petera Mayhew, Kenny’ego Bakera. Mówił też, że wielu aktorów nie pamiętał z planu, zwłaszcza tych, którzy grali drugoplanowe stwory. Mieli maski na planie, więc nie zawsze widział ich twarze na planie. Tak więc dopiero po latach odkrywa, kto grał Bosska. Najbardziej marudził na planie Kenny Baker i Anthony Daniels. Kenny bardzo liczył, by R2-D2 i C-3PO byli jak Flip i Flap, jeździli po świecie jako komedianci, ale Danielsowi niezbyt się to podobało. Baker wcześniej występował jako komik i po śmierci partnera scenicznego szukał nowej opcji dla siebie.

Najbardziej lubi TESB, i woli starą trylogię. A co do Polski, jest tu pierwszy raz, ale przeszkadza mu dojazd z Warszawy do Bydgoszczy. Nie chciał lecieć tanimi liniami, więc dojazd do Bydgoszczy okazał się dość męczący. Zwłaszcza, że kierowca (brat głównego organizatora) nie był zbyt rozmowny (nie czuł się w angielskim zbyt dobrze), w dodatku jechał zbyt szybko, rozmawiał przez telefon i pisał SMSy prowadząc. Dla Prowse’a jest to ważne, bo sam walczył przeciw używaniu telefonów w samochodach.

Uważa, że Mroczne Widmo to jeden z najgorszych filmów jakie widział. Wywaliłby też Jar Jara, ale podobał mu się Darth Maul. Dużo bardziej liczył, że powstaną epizody 7,8 i 9, przez co był bardzo zawiedzony. Jego zdaniem Maul powinien dotrwać do końca trylogii, a Vader mógłby pokonać go w pojedynku. Dobrze mówił o Rayu Parku, bo dobrze walczy, więc normalnie pewnie Park by wygrał. Nie wiedział, że powstał komiks Ressurection, gdzie ta walka została narysowana (poinformowała go o tym Alex Verse Naberrie). Ale dostał w prezencie ten komiks.

Darth Vader to wspaniałą rola, Prowse czuł się w niej bardzo dobrze. W dodatku na początku kariery aktorskiej to fenomenalna rola, która otwiera wszystkie drzwi. Najtrudniejszą sceną do zagrania był pojedynek z Lukiem w TESB. No i wówczas nie znał dialogów, więc nie wiedział, że jest ojcem Luke’a. Dali mu fałszywe dialogi. W dodatku jeszcze za nim stał duży wiatrak, który miał sprawić, że jego peleryna powiewa. W tej scenie Prowse nawet nie słyszał, co mówił Mark. Czekał aż on przestanie poruszać ustami i dopiero wtedy zaczynał. Hamill czekał, aż Prowse przestanie gestykulować, wtedy wiedział, że nastała jego kolej. Mark zaś doskonale wiedział, jak brzmi poprawny dialog. Hamill trochę bał się momentu, w którym David dowie się, o prawdziwym dialogu, bał się, że mu się dostanie. Pojawiały się plotki, że wyładował swoją frustrację na Irvinie Kershnerze, ale to nie jest prawda. Choć jak przyznał David, to dość ciekawa historia.

Prowse musiał uczyć się dialogów do trzech filmów, choć oczywiście jego rolę nagrał jeszcze James Earl Jones. W dużej mierze wynikało to także z tego, że głos spod maski nie brzmiał najlepiej. Początkowo Prowse miał nagrać dialogi, ale ekipa przeniosła się do USA, więc nie było sensu dojeżdżać, wybrano więc innego aktora.

Nie ćwiczył walk do Nowej Nadziei razem z Aleciem, każdy z nich dostał własnego trenera i pracowali osobno. Ich własną inicjatywą było spotkanie się w wolnej hali, gdzie ćwiczyli walki samodzielnie. Kostium dość mocno utrudniał pojedynek, przy ROTJ dostał dublera – Boba Andersona, więc mu to się bardzo podobało.

Początkowo nie wydawało im się, że Gwiezdne Wojny odniosą sukces. Sama produkcja sprawiała straszne wrażenie. Zwłaszcza gdy patrzyli na dekoracje. Ale gdy zobaczyli finalny produkt, z efektami, z muzyką, zrozumieli, że to coś wyjątkowego. Sukces to świetny reżyser, wspaniała obsada, dobrzy młodzi aktorzy, no i fenomenalny kompozytor.

Chciałby zrobić jeszcze jeden film z cyklu Gwiezdne Wojny, niezależnie czy grałby Vadera, czy nie. Ale jak miałby wybierać to chciałby rolę Harrisona Forda. Kiedyś był też w Las Vegas, gdzie swoje przedstawienia ma Debbie Reynolds, matka Carrie Fisher. Opowiadała ona o swojej karierze, o aktorach i reżyserach, z którymi pracowała i narzekała, że teraz jest słynna głównie jako matka księżniczki Leii, a wtedy wstał David i powiedział, że jest ojcem Lei. Druga anegdotaka dotyczy jednego komika, który przypadkiem pomylił się i powiedział, że rolę Vadera grał Keith Prowse. Na to wstała jedna kobieta – powiedziała, że to był Dave. Ta kobieta to Carrie Fisher. Poruszanie się w stroju Vadera na planie nie było aż tak źle. Oczywiście największe problemy sprawiał hełm i maska.

W karierze mówił o jednym, by nigdy, przenigdy się nie poddawać i być zawsze pozytywnie nastawionym.







Afterparty

Afterparty drugiego dnia odbyło się w klubie Kubryk. Jako, że panował w nim dosyć duży tłok, a muzyka była głośna to część osób pierwszą część wieczoru spędziła w innych knajpach oddając się długim dyskusjom. Wraz z mijającymi godzinami coraz więcej osób powracało jednak do Kubryka. Poza fanami bawił się tam również Jacek Drewnowski, a i swoją obecnością to miejsce zaszczycił sam David Prowse. Czegoż można chcieć więcej od takiego afterparty niż rozmowy z Vaderem w cztery oczy przy jednym stole? Impreza trwała do samego rana, a fani przejęli większość knajpy – łącznie z parkietem.


David Prowse z fanami w Kubryku.

Jacek Drewnowski


Grabowiec

Na niedzielę zaplanowana była już ostatnia atrakcja konwentu – czyli wyjazd do Grabowca na ulicę Obi-Wana Kenobiego. Przy niej miało się odbyć ognisko dla fanów i oczywiście rytualne zdjęcia przy tabliczce z nazwą ulicy. Nasze zdziwienie było olbrzymie gdy okazało się, że tabliczkę dzień wcześniej najzwyczajniej w świecie ktoś ukradł. Skończyło się na tym, że wszyscy fani robili sobie zdjęcia pod tabliczką z numerem domu organizatora ogniska. Kiedy wyjeżdżaliśmy zabawa się zaczynała rozkręcać na dobre.


Chewie i Lord Sidious obok słupka na którym powinna wisieć tabliczka z nazwą ulicy.

Misiek, Lord Sidious i Rusis pod ostatnią tablicą Obi-Wana Kenobiego


Sam konwent był niezwykle udany, pomimo drobnych niedociągnięć, które dało się czasem zauważyć. Wynikały one głównie jednak bardziej z olbrzymiej liczby osób, które się na imprezie pojawiły, a na która organizatorzy nie do końca byli chyba przygotowani. Czego by jednak nie mówić plusy – a było ich sporo przesłoniły te drobne minusy i możemy go uznać jednym z najlepszych konwentów na jakich byliśmy.


redakcja Bastionu


Misiek i Jedi Nadiru Radena


Spisał: Rusis, Lord Sidious
Zdjęcia: Lord Sidious, Urthona
Filmy: redakcja Bastionu


Tagi: Bydgoszcz (10) Grabowiec / Ulica Obi-Wana Kenobiego (1) Konwent (54) Relacja (299) StarForce (7)
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.