Świat Filmu

Willow


Recenzja Balava

Są w dziejach X Muzy filmy, które oglądane przed laty porywają swoją magią, klimatem, tajemnicą. Kiedy pierwszy raz oglądamy je jako dzieci zachwycają nas, mamy oczy jak pięć złotych, a szczęka bezwładnie opada na podłogę. Po latach jednak (kiedy zasiadamy do kolejnego seansu) nie robią już na nas tak wielkiego wrażenia. Posunęliśmy się w leciech, fakt. Inaczej patrzymy na pewne sprawy, inaczej odbieramy filmy. I - niestety - często przeżywamy rozczarowania, ponieważ obraz, który nas wcześniej zachwycał okazał się po latach o wiele gorszy niż wydawało nam się wcześniej. Nie dlatego, że dorośliśmy i wyparowała z nas dziecięca radość, a zastąpiło ją marudzenie na wszystko i wszystkich. Nie. Dlatego, że będąc starszym dostrzegamy słabości obrazu, których wcześniej nie widzieliśmy. Tak dzieje się (niestety) z Willowem - producencką próbą George'a Lucasa realizacji familijnego kina fantasy, pełnego czarów, skrzatów, elfów, dzielnych rycerzy i złowrogich potworów.

Ludy zamieszkujące magiczną krainę cierpią pod krwawymi rządami królowej Bavmordy (demoniczna aż do przesady Jean Marsh). Władczyni, która para się czarną magią, wydaje rozkaz mordowania noworodków, bowiem stara przepowiednia głosi, że urodzi się potężna księżniczka Elora Danan, która położy kres tyranii Bavmordy. Dziewczynka przychodzi na świat i zostaje uratowana przed siepaczami królowej. Trafia do wioski zamieszkanej przez skrzaty zwane Melvynami. Jej opiekunem zostaje Willow Ufgood (Warwick Davis, którego fanom SW przedstawiać nie trzeba), rolnik i początkujący czarodziej zarazem. Wyrusza on z misją ratunkową - musi zanieść małą Elorę do zamku Tir Asleen, gdzie będzie bezpieczna. W jej wypełnieniu pomagać mu będzie młody awanturnik Madmartigan (podrabiający styl Harrisona Forda Val Kilmer), zaś powstrzymać ich będą starali się złowrogi generał Kael (Pat Roach, znany z roli niemieckiego mechanika w Poszukiwaczach zaginionej Arki) oraz księżniczka Sorsha (Joanne Whalley, późniejsza żona Kilmera), która według innej przepowiedni ma zdradzić swą matkę Bavmordę.

Lucas myślał o realizacji Willowa (wówczas pod tytułem Munchkin) już po zakończeniu zdjęć do THX 1138. Ostatecznie jednak odłożył pomysł na półkę i zajął się Amerykańskim graffiti i Star Wars. W latach osiemdziesiątych (po sukcesie takich obrazów fantasy jak Krull, czy Legenda) wrócił do tego pomysłu, stworzenie scenariusza zlecił Bobowi Dolmanowi (wcześniej pisał sitcomy), a w roli reżysera widział swego przyjaciela Rona Howarda (sobie powierzył funkcję producenta). Ten ostatni jest reżyserem specyficznym. Mimo że zalicza się hollywoodzkiej ekstraklasy jest twórcą bardzo nierównym. Uwielbia kino gatunkowe, kręcił i komedie, i wielkie widowiska historyczne, i adaptacje powieści. Tyle tylko, że oprócz arcydzieł w rodzaju Frost/Nixon i bardzo dobrych filmów (Apollo 13) spod jego ręki wychodzą też koszmarki (Grinch) i wiele typowo hollywoodzkich, solidnych, ale nie porywających patrzydeł dla zjadaczy popcornu (adaptacje prozy Browna chociażby). Willow zalicza się niestety do tej ostatniej kategorii.

Najcięższym grzechem, który popełnili Lucas i Dolman jest nakreślenie zupełnie nijakich, w istocie nieciekawych postaci. To niejako figury na szachownicy, którym los zsyła kolejne przygody, a one się swemu losowi poddają. Scenarzysta nie pokusił się o choćby minimalne pogłębienie ich psychologii, zarysowanie przynajmniej w niewielkim stopniu ich przeszłości, motywów działań. Najlepszym przykładem tej scenopisarskiej nieudolności jest Sorsha (grana przez Joanne Whalley na jednej minie). Sorsha zdradza swą matkę i staje przeciwko niej tylko dlatego, że (będący pod wpływem czarów) Madmartigan wyznaje jej miłość (z czego później się wycofuje). Diametralna zmiana zachowania bohaterki wytłumaczona jest antyczną przepowiednią. Tylko tyle. Sorsha nie wątpi, nie zastanawia się, ot, zmienia front i tyle. Można i to by wytłumaczyć galopującym tempem akcji, ale fabuła w Willowie nie mknie z prędkością światła. Pomimo, iż pościg goni pościg a pojedynek goni pojedynek podczas seansu szybko ogarnia znużenie. Sceny akcji nie wywołują napięcia i dreszczyku emocji, bowiem fabuła jest skonstruowana w sposób przewidywalny, zaś finał jest tak oczywisty, że film niczym nie zaskakuje. Wspomniałem wcześniej, że Kilmer stara się podrabiać styl aktorski Forda. Ma po temu powody, Madmartigan jest bowiem takim Hanem Solo w szatkach fantasy. To łajdak o złotym sercu, doskonały wojownik, który w finale zdobywa względy, a jakże, księżniczki. Niestety Kilmer nie podołał prostej w gruncie rzeczy roli. Jego kreacja jest chwilami przeszarżowana, innym razem zaś wyjątkowo mdła. Ten aktor po prostu źle wypada w rolach herosów, co potwierdzają chociażby Batman Forever, czy też wołający o pomstę do nieba kinowy remake serialu Święty. Ale zdecydowanie największe zgrzytanie zębami wywołuje para elfów, stanowiąca ekwiwalent Abbotta i Costello - jako element komediowy całkowicie chybiona. Slapstickowy humor jaki prezentują pasuje do tego filmu niczym kwiatek do kożucha. Pozytywnym wyjątkiem jest tu jedynie tytułowy Willow, którego nieudane próby opanowania wiedzy tajemnej ogląda się ze systematycznie rozszerzającym się uśmiechem na ustach. Olbrzymia w tym zasługa Warwicka Davisa, który wciela się w dzielnego Melvyna ze swadą i dużą dawką luzu. Willow nie jest typem bohatera, to ojciec dzieciom, który marzy o byciu wielkim czarodziejem, ale póki co zajmuje się plewieniem grządek i zabawianiem gawiedzi prostymi sztuczkami podczas dni targowych. Chociaż kino dostarczyło nam już dziesiątki opowieści o prostych ludziach dokonujących bohaterskich czynów to losy Willowa Ufgooda nie sprawiają wrażenia odgrzewanego kotleta. Dzieje się tak z uwagi na olbrzymie pokłady sympatii, które wywołuje w widzu ta postać.

Fabuła Willowa wiele czerpie z klasyków zarówno filmowej, jak literackiej fantasy, że o Star Wars nie wspomnę (generał Kael noszący hełm zrobiony z czaszki wygląda jak Vader skrzyżowany ze Szkieletorem z He-Mana), ale wszystkie wykorzystane motywy poklejono tu sprawnie. Jeżeli przetrwamy chwile nudy, wówczas będziemy się cieszyć znośną i nawet chwilami zajmującą fabułą. Adrian Biddle zapewnił odpowiednie doznania wizualnie udanie fotografując wspaniałe plenery, w których kręcono Willowa. Największą frajdę z oglądania zapewniają jednak staroszkolne efekty specjalne. Przygody dzielnego Melvyna kręcono przed erą CGI w filmie, toteż na ekranie możemy podziwiać festiwal animacji poklatkowej, charakteryzacji i armie złożone z żywych, a nie komputerowo zmultiplikowanych statystów. Trzeba jednak przyznać, że projektanci się nie do końca postarali, bowiem dwugłowy smok i trolle wyglądają nie tyle intrygująco i strasznie, co groteskowo w negatywnym tego słowa znaczeniu.


Autorem ścieżki dźwiękowej do Willowa jest James Horner. Spisał się bardzo dobrze, aczkolwiek jego partytura nie zapada w pamięć po seansie, może poza skocznym, nieco zawadiackim motywem przewodnim (do posłuchania w tym miejscu). Cały soundtrack do Willowa to dosyć typowa ilustracja do obrazu fantasy, wypełniona chórami, fletami i donośnie brzmiącą sekcją dętą, ze smyczkami podkreślającymi atmosferę na ekranie. Aha, jako że mamy do czynienia z kompozycją Hornera nie mogło zabraknąć jego ulubionego motywu trąbki, który umieszcza we wszystkich swoich partyturach; tutaj posłużył on dla podkreślenia atmosfery zagrożenia (jeżeli nie kojarzycie o co chodzi, kliknijcie tutaj).

Willow odniósł umiarkowany sukces komercyjny, ale dziś uważany jest za dzieło kultowe. Zdecydowanie na wyrost. To film zrealizowany solidnie, ale bez jakiś szczególnych fajerwerków. Spośród obrazów wyreżyserowanych/wyprodukowanych przez Lucasa to chyba jedyny, do którego nie warto wracać. Jest to zdecydowanie film na jeden raz. Historia jest za mało wciągająca, bohaterowie (poza tytułowym) niewyraziści, emocji nie wywołuje żadnych. Doskonale nadaje się na seans dla całej rodziny w niedzielne popołudnie, ale to nic szczególnego. Obejrzeć można, ale zachwytu nie oczekujcie.



produkcja:USA
data produkcji:1988

reżyseria: Ron Howard
scenariusz: Bob Dolman na podstawie pomysłu George'a Lucasa

zdjęcia: Adrian Biddle
muzyka:James Horner
czas trwania: 126 min.

Warwick Davis:Willow Ufgood
Val Kilmer:Madmartigan
Joanne Whalley:Sorsha
Jean Marsh:Bavmorda
Patricia Hayes:Fin Raziel
Pat Roach:generał Kael



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,56
Liczba: 9

Użytkownik Ocena Data
grandvader 10 2016-03-18 19:17:13
Lord Mandus 10 2010-11-21 20:13:54
Alex Wolf 10 2010-10-14 20:08:06
Wedge 10 2010-10-04 11:47:58
simuno 9 2012-11-15 21:07:34
Lord Sidious 9 2012-01-05 22:53:16
Lord Jabba 8 2010-11-02 20:27:15
Dave 6 2010-10-01 23:15:46
Balav 5 2010-10-01 20:47:47

Tagi: Bastionowe recenzje (63) Willow (1)

Komentarze (5)

Mi Willow od lat podoba sie wciaz tak samo. Moge ogladac na okraglo tak jak SW. Bardzo fajna akcja, swietne sceny humorystyczne !!, przepiekna muzyka !! Zgadzam sie z Sidiousem ze jest to najlepszy film fantasy ever. Pomimo technologicznej przepasci miedzy Willow a Wladcą czy Hobbitem to do Willowa wlasnie wraca zdecydowanie czesciej

Ja się zgadzam tylko z częścią pierwszego akapitu, czyli tym, że są filmy, które inaczej odbiera się w dzieciństwie, a inaczej w starszym wieku. Być może w tym drugim nie nalezy do nich wracać. Ja tak mam z "Niekończącą się opowieścią", która pamiętam jako arcydzieło... Byłem w kinie na niej parę razy, a potem wiele lat później zobaczyłem 3 część w TV. Wiem tylko, że nigdy więcej "niekończącej się opowieści", szkoda psuć sobie nerwów i wspomnień. I mam wrażenie, że Balav niestety jest już chyba za stary na powrót do Willow, a może jeszcze za młody. Willow naprawdę bardzo dobrze wypada na tle innych filmów fantasy z lat 80., jest niesamowity, dynamiczny, ciekawy. Faktem jest to, że tamto kino nie należało do najlepszych, dziś inaczej się też opowiada historie. Więc patrzenie bez kontekstu na ten film jest dla niego krzywdzące. Choć dla mnie osobiście to chyba nadal jest jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy obraz fantasy jaki powstał i żałuję, że filmowy Władca pierścieni nie dorównuje mu do pięt. Ani ten fajny (Bakshiego), ani ten zwalony (Jacksona). Willow to typ filmu jakich dziś, niestety się nie robi, a mnie się bardzo podobała ta współpraca Howarda i Lucasa. żałuję tylko, że skończyło się na jednej części.

z Wedge'm oczywiście :)

zgadzam się co do joty ,super film !!!

Absolutnie nie zgadzam się z recenzją w żadnym punkcie. "Willow" to cudowne kino fantasy, w którym jest wszystko konieczne do sukcesu gatunku. Val Kilmer jako Madmartigan to najlepszy typ herosa-wojownika, żaden rąbacz w stylu Conana, a cwaniak i uroczy zawadiaka. Sceny akcji i walk (samotna obrona zamku!) przeszły już do legendy, podobnie jak magiczny pojedynek w finale filmu. Willow to bardzo przyjemne kino z zachwycającą muzyką, która gdy raz się człowieka czepi, to już nie odejdzie :) Zdecydowanie zasługuje na status kultowego kina!

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.