Twórczość fanów

Za mało, żeby żyć

Autor: Crix Aldein/Nevil Catcher



Courscant, niedługo po nastaniu Nowego Ładu

Płatki śniegu tańczyły delikatnie na wietrze, by po chwili opaść na płytę lądowiska tworząc cienki biały dywan na plastalowej powierzchni. Piękna łagodna coruscańska zima wywołana na zamówienie przez kontrolerów pogody była nie tylko urzekająca ale też niewyobrażalnie droga. Jednak ten pokaz snobizmu byłem w stanie wybaczyć Tarkinowi – na planecie, na której kropla deszczu nie mogła spaść bez oficjalnego pozwolenia ze stosownej repub... przepraszam, imperialnej agencji, tchnienie chłodnego wiatru niosło jeszcze inny powiew – wolności.
Wysiadłem ze śmigacza – eleganckiego Vexandera o połyskliwej czarnej karoserii – i podniosłem kołnierz czarnej wizytowej opończy. Promień ściągający przejął już dużo wcześniej kontrolę nad moim pojazdem i teraz kierował go do hangaru, razem z maszynami innych gości. Odprowadziłem swoje cacko spojrzeniem, po czym przeniosłem wzrok na dziesiątki ludzi ciągnące na patio rezydencji Tarkina na któryś-tam-set piętrze hotelu Repub... Imperial Residence. Kobiety i mężczyźni, tylko rasy ludzkiej rzecz jasna, byli ubrani w różne stroje, przeważały jednak ascetyczne garnitury oraz proste suknie zgodne z lansowaną przez nowy reżim przesadną skromnością. W tej istniej ferii barw wyraźnie odcinały się czarne, szare i brunatne mundury imperialnych oficerów, którym towarzyszyły nienaturalnie piękne... nie, nie piękne, bo to by znaczyło, że było w nich cokolwiek pociągającego. Otóż towarzyszyły im wymodelowane laserami i innymi zabiegami pseudo-boginie. Mało który z nich przybył na przyjęcie z kimś kto był czymś więcej niż luksusową przedstawicielką najstarszego zawodu Galaktyki.
Powoli ruszyłem przed siebie, delektując się przy tym dźwiękiem śniegu skrzypiącego pod butami, chłonąc każdą sekundę oczyszczającego zimna. Tak, lód był prosty, lód był czysty, lód kierował się swoją, kuszącą logiką. Kierujący się jednak najwyraźniej inną formułą myślenia droid protokolarny wyrwał mnie z mojej małej intelektualnej orgii i zaoferował metalicznym głosem kieliszek szampana.
- Czemu nie – odparłem. W końcu płacił Tarkin, więc to musiał być dobra partia. Szkoda tylko, że byłem zapamiętałym alkoholikiem. Wlałem zawartość naczynia do gardła, nie, jakby to był trunek za dziesięć tysięcy kredytów za butelkę, a tani bimber z szop wydobywców przyprawy na Kessel.
- Dobre – powiedziałem.
Droid zakołysał się na boki, jak zadowolony karczmarz.
- Sir, to Don Parigon, rocznik....
- Zamknij się. – uciąłem i wlałem w siebie jeszcze jeden kieliszek. Bąbelki zawsze szybko uderzają do głowy, a jak nie pić w tak chorym ustroju. Poczułem ciepło rozchodzące się po żołądku i mając w perspektywie stan lekkiej wesołości, który miał mnie zaraz ogarnąć, ruszyłem dziarsko przed siebie. Półprzeroczyste drzwi ze złotym obramowaniem rozsunęły się bezszelestnie, a ja wszedłem na osłonięte delikatnym polem siłowym patio. Ze smutkiem stwierdziłem, że w środku było ciepło. To tyle, jeśli chodziło o śnieg.
- Profesor Starmach! – usłyszałem gdzieś z boku wysoki damski głos. To była Lady Tarkin (Lady, dobry żart, wstrętna, stara wiedźma), która uważała mnie za coś w stylu towarzyskiej atrakcji. Salonowego małego nerfa, którego można było poklepać po czuprynie, a potem kopniakiem odesłać do stada innych gości.
- Milady, wyglądasz olśniewająco – skłamałem kłaniając się lekko. Kątem oka uchwyciłem, że żonie Tarkina towarzyszyło dwóch młodych oficerów, najpewniej jej kochanków, pewnie biseksualistów. Nienawidziłem późnorepublikańskiego, a potem imperialnego militaryzmu, jego chłoptasiów w szarych mundurach, ciągle trzaskających obcasami, tych butnych małych zaprzedanych socjopatycznych gnojków bawiących się w wojnę, posyłających na śmierć swoich zabawkowych żołnierzyków-klony.
- Poruczniku Taveers, poruczniku Holst, poznajcie profesora Starmacha, głowę katedry historii idei na wydziale prawa Uniwersytetu Coursca, przepraszam, Uniwersytetu Imperialnego – powiedziała Lady Tarkin słodkim głosikiem fałszywej harpii. Ciekawe swoją drogą, czy gdzieś w pobliżu kręcił się jej odpychający mężuś.
- Moja droga, nie sądzę, żeby profesor był w jakimkolwiek stopniu zainteresowany twoimi... przyjaciółmi – włączył się nagle do rozmowy ktoś trzeci. Długa zielona szata z cholernie drogiego materiału, bystre niebieskie oczy i pierwsze ślady siwizny na ciemnych włosach zdradzały Raitha Sienara, najbliższego współpracownika Tarkina.
- Masz z pewnością rację Raith – odparła Lady szczerząc zęby w uśmiechu niczym drapieżnik szykujący się do skoku na swoją ofiarę. – Panowie... – rzuciła delikatnie w stronę młodych oficerów. Ci, speszeni, odwrócili się na piętach, oczywiście z trzaskiem swoich wojskowych obcasów i zniknęli w ciżbie gości. Niestety Sienar przyciągnął za sobą dwóch innych żołnierzyków, sądząc z dystynkcji, co najmniej admirałów floty.
- Słyszałem profesorze, że wypowiedział się pan nieprzychylnie o Nowym Ładzie podczas swojego uroczystego wykładu z okazji przemianowania Uniwersytetu – zaczął dyskusję Sienar.
Wiedziałem, że na tym przyjęciu do tego dojdzie. Zgarnąłem szklankę niedopitej correliańskiej Rezerwy Whyrena z tacy przechodzącego droida i opróżniłem ją jednym haustem. Chcieli, żebym przypieczętował publicznie swój wyrok, tak, by wszyscy ludzie i nieludzie (jeśli jeszcze jacyś się ostali) świata nauki wiedzieli, co ich czeka za nieposłuszeństwo doktrynie Palpatine’a. Nie miałem i tak już nic do stracenia, żyłem wystarczająco długo. Zrzuciłem z pleców opończę, która gładko opadła na ziemię, wyjąłem z kieszeni czarnej eleganckiej marynarki samozapalające się cygaro, zaciągnąłem się solidnie. Smakowałem przez chwilę dym wypełniający mi płuca, po czym wydmuchnąłem go na zewnątrz tworząc malownicze kółka, niestety nieszczęśliwie prosto w twarz Sienara. Ten zamknął oczy kiedy owinęła go siwa mgiełka, ale nic nie powiedział.
- Ma pan rację, Sienar – zacząłem. – Ten cały Nowy Ład to nic innego, jak zbitka militarystycznego bełkotu przyprawionego sosem z krwawych szczątków wolności zmiażdżonej butem imperialnego żołnierza, przyprószona solidną porcją gospodarczego interwencjonizmu i monopoli.
Lady Tarkin zachichotała. Zawtórowało jej kilka dam. Nie zauważyłem nawet, jak otoczyło nas spore kółeczko słuchaczy.
- Jakie to urocze – powiedziała.
- W rzeczy samej – skwitował też wyraźnie rozbawiony Sienar.
Te wstrętne bestie bawiło granie ludzkim życiem. Nie mogli mnie po prostu wyrzucić za okno, nie, oni musieli jeszcze mieć swoje przeklęte przedstawienie.
- Nie sądzi pan jednak, że Nowy Ład przyniósł ludziom bezpieczeństwo? – podjął po chwili Sienar. - Istoty, które rezygnują z wolności na rzecz bezpieczeństwa nie zasługują ani na jedno, ani na drugie - sparowałem. Tymczasem na przodzie cygara zdążyła się zebrać już solidna warstewka popiołu, którą nieopatrznie strzepnąłem na spód sukni Lady Tarkin. Oczywiście udała, że nie widzi.
- Proszę się nie martwić, profesorze, to tylko środki stanu nadzwyczajnego, które zostaną z pewnością odwołane, jak tylko zgasimy ostatnie ogniska Separatystów w Galaktyce – powiedział Sienar. - O tak, środki stanu nadzwyczajnego z dożywotnim imperatorem. Dobrze, że stary Palpatine wygląda na większego staruszka ode mnie. Chociaż ponoć te paskudne zmarszczki to blizny po zamachu, prawda?
Tym razem nikt się nie zaśmiał. Podejrzewam, że Palpatine patrząc w lustro, co rano miał więcej dystansu do swojego wyglądu niż w tym momencie goście na przyjęciu u Tarkina. Nawet Lady Tarkin nie miała zamiaru się roześmiać dla rozładowania napięcia. Nie dziwiłem jej się, to był trochę przyciężkawy i wcale niezabawny żart, też bym się nie potrafił z takiego śmiać.
Obróciłem się więc na pięcie i łapiąc za szyjkę stojącej na stole butelki whisky wyszedłem do sypiącego za oknem śniegu zostawiając za plecami oszołomionych współbiesiadników, a z nimi inny świat i inne, gorsze życie. Chciało mi się śpiewać z radości.


***


W południe następnego dnia przyszli na Uniwersytet. Siedziałem w głębokim skórzanym fotelu, w moim gabinecie dziekana wydziału prawa, popijając syntkawę. Za oknem dało się słyszeć repulsory lądujących kanonierek, potem stukot wojskowych butów o ziemię, wykrzykiwane gardłowo komendy. Wstałem i wyszedłem na korytarz, gdzie złapałem za ramię jednego z doktorów, który gdzieś szedł w pośpiechu.
- Lars, co tu się dzieje? – zagadnąłem, choć doskonale wiedziałem co się dzieje. Sonderkation Courscant – pewnie tak to brzmiało po kaminoańsku.
- Przylecieli imperialni, kazali się nam zebrać w głównej auli – odpowiedział nerwowym głosem Lars.
Puściłem jego ramię, a on wręcz pobiegł przed siebie. Wróciłem do gabinetu, nie zamykałem drzwi. Podszedłem do barku i nalałem sobie na dnie whisky. Upiłem niewielki łyk delektując się tym razem smakiem alkoholu, jakby to miał być ostatni drink w moim życiu. Zrobiłem parę kroków i stanąłem przed oknem, za którym planeta-miasto, od niedawna Centrum Imperialne, żyło własnym życiem, szczęśliwe w swoim ogłupieniu. Cieszyłem się kiedy Separatyści odłączyli się od Republiki, miałem nadzieję, że ten cały chory biurokratyczny twór ze swoimi Rycerzami runie zaraz, a kolejne planety ogłoszą niezależność i nastanie era cudownej różnorodności, wspaniałego rozdrobnienia. No cóż, myliłem się. Rząd nie jest rozwiązaniem, rząd jest problem, powiedział kiedyś mi mój stary mistrz, gdy byłem tylko bakałarzem na Uniwersytecie.
Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki. Spojrzałem w dół na uczelniany dziedziniec. Klony w białych pancerzach z niebieskimi oznaczeniami popychały przed sobą profesorów i innych pracowników naukowych ładujących ich do transporterów, które pojawiły się niewiadomo skąd. Zazdrościłem moim intelektualnym braciom, że mieli na tyle odwagi, by żyć albo tego, że byli na tyle głupi, by nie wiedzieć, że czekają ich kopalnie przyprawy na Kessel i straszliwe obozy w różnych innych częściach Galaktyki. Nie, ja wolałem umrzeć, pozwalając przy tym, by Imperium odniosło nade mną swoje ostatnie zwycięstwo, robiąc ze mnie przykład dla innych. A może to była moja wiktoria, w końcu miałem zostać męczennikiem.
Ciężki metaliczny oddech powiedział mi, że mój oprawca przybył. Obróciłem się przez ramię i spojrzałem na postać w czarnej zbroi i twarzy zakrytej pozbawioną wyrazu maską. No tak, przysłali najbardziej zajętego mordercę w Galaktyce, żeby dopełnił ostatniej układanki przedstawienia. Miarowy, ale głośny oddech grałby mi na nerwach, gdybym nie był dziwnie spokojny. Wyjąłem z kieszeni kamizelki cygaro i zapaliłem je. Mroczny potwór przekrzywił głowę w zaciekawieniu i patrzył na mnie wielkimi czarnymi ślepiami wizjerów. Postąpiłem parę kroków do przodu i stanąłem w niewielkiej odległości od niego. Sędziowie zawsze mi mówili, że jestem bezczelny, nawet, jak na prawnika. Uniosłem głowę spoglądając mordercy w oczy ukryte za zasłoną hełmu.
- Nie chce mi się z tobą gadać – wycedziłem przez zęby wyraźnie artykułując każde słowo. Jeden ruch, czerwony błysk.
Podejrzewam, że moja głowa potoczyła się po podłodze.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,36
Liczba: 11

Użytkownik Ocena Data
ranger 10 2011-01-05 13:18:26
Rycu 10 2011-01-03 18:27:59
Nevil Catcher 10 2010-12-29 16:03:54
tom6ek 10 2010-12-27 21:19:33
zorad 8 2010-12-29 18:06:13
Elendil 8 2010-12-28 12:03:10
hAKE5 8 2010-12-27 19:55:36
Dorg 8 2010-12-27 18:50:30
Jaro 8 2010-12-27 18:28:45
Kasis 8 2010-12-27 14:50:24
Gregulec1 4 2010-12-29 14:56:09

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (7)

Zrównoważone opowiadanie. Nie ma ani przy długich opisów ani rozległych dialogów które mogły walczyć o miano monologów. Vader prawnikiem, co do mordercy nawet miana potwora się zgodzę ale do tego nie. opowiadanie mogło być trochę dłuższe i nie potrzebne urwane teksty. Nawet się mi pobadało ale przeczytałem poniższe komentarze i zgadzam się z moimi poprzednikami dając tom samom notę 8/10.

Przyłączam się do ocen 8/10. Wstawki intertekstualne (Reagan czy Boguś Linda :) w sumie to dobry pomysł - bo ich bardzo humorystyczny wydźwięk (w kontekście oczywiście) stanowi dobrą przeciwwagę dla wydarzeń - w końcu to dość ponure wydarzenia. Atmosfera natomiast bardzo mi się podoba, ładne i żywe Coruscant. No i w języku udało się uniknąć tych męczących w fanficach lapsusów stylistycznych (generalnie, parę by się znalazło :)Vader - wiadomo - potrzebny tu tak samo jak Reagan i Boguś Linda. Zresztą może profesorek był najbardziej wpływowym historykiem idei w Rep... hm, Imperium? Takich należy się skutecznie pozbyć.

Wywózka profesorów z UJ w świecie SW? Nawet fajny pomysł na opowiadanie.

Vader rzeczywiście niepotrzebny, po co miał się przejmować niewygodnym prawnikiem skoro miał na głowie Jedi... Obi-Wana...

Podoba mi się twój styl. sposób opisywania otoczenia :) Chociaż nie zgodzę się, że jest to luz. Przynajmniej nie dla mnie. Ale ładnie napisane.

8/10 przyznane.

Ad Jaro:
Wyjątkowo zabiorę głos: daleko mi do Friedmana i monetarystów - jestem zwolennikiem ekonomii austriackiej, w niej się specjalizuję na arenie akademickiej ;)
P.S. A zima Coruscant jest sterowana!

Niezłe, lecz ta końcówka jakoś tak nie pasuje, po za tym wszystko ok, a ta zima to świetny pomysł. Bardzo dobrze napisane, aż chce się czytac.

W tym krótkim, choć interesującym (i dość fachowym) stylistycznie opowiadaniu mamy do czynienia z nieszczególnie może oryginalną, ale z pewnością zajmującą historyjką. Chyba każdy z nas wie, jak ciężko zabrać się do czytania fanfików - a nawet wtedy nudne pierwsze linijki wystarczają, by nas od tego odwieść. W tym wypadku coś takiego nie nastąpiło - i za to chwała.

Naturalnie prezentowanie, a w pewnym sensie nawet manifestowanie w swoich dziełach własnych poglądów w zakresie ideologiczno-gospodarczym (w tym wypadku wyraźnie widać, że Crix jest zwolennikiem monetaryzmu i Friedmana) w żaden sposób nie można zakazać czy potępić, należy według mnie przestrzegać przy tym pewnych zasad, zwłaszcza w naszym uniwersum. Wkładanie w usta wspomnianego bohatera cytatu z Reagana brzmi sztucznie i dość nachalnie.

Z innych spraw, zima na Coruscant (a nie Courscant!) nie do końca mnie przekonuje, acz jestem gotów to zaakceptować. W przeciwieństwie wszakże do cameo Dartha Vadera - ten facet był w tym czasie zajęty ściganiem resztek Jedi, a nie jakichś profesorków, z którymi poradziły sobie każdy szturmowiec. Zaś pomysł z odcięciem gościowi głowy... jest po prostu bez sensu. Po co? Czy Imperium naprawdę nie mogło znaleźć jakichś subtelniejszych sposobów na rozprawę ze swoimi przeciwnikami?

Ogólnie jednak opowiadanko oceniam na plus i zaliczam jako miłą odmianę po dziełach Nadery, którym w zdecydowanej większości niestety wyraźnie brakuje tego językowego luzu, który z kolei Tobie udało się osiągnąć. ;) Niech będzie... 8/10.

Przyjemnie czytało się ten tekst, taki powiew świeżości, a do tego zgranie napisane.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.