Twórczość fanów

Sprawa Cornela Starmacha - cz.2

Autor: Nevil Catcher/Crix Aldein



Pulsujący ból rozsadzał mi skronie, a dźwięki eksplodowały na bębenkach z subtelnością śmiechu rozochoconego Hutta. Z trudem podźwignąłem ciało z łóżka i usiadłem na jego skraju kryjąc twarz w dłoniach, próbując ze strzępów wspomnień poskładać wczorajszy wieczór, niczym droid, któremu ktoś niezbyt dokładnie wyczyścił pamięć. W głowie zatańczyła mi feria barw, złote suknie, smukłe różnokolorowe ciała Twilek’anek, do zmysłów napłynęła fala zapachów, drogich perfum, pieczystego zelotha w zalewie z nabooiańskiego słodkiego wina... Zerwałem się na równe nogi i wpadłem do toalety prosto w objęcia muszli. Po chwili wyszedłem zgarniając zamaszystym ruchem leżące na barku pastylki przyspieszające rozkład enzymatyczny. Przełknięcie, uczucie buzującej piany w żołądku, a potem wrażenie stopniowo wyostrzających się zmysłów. Otrzeźwiony umysł pchnął spojrzenie w stronę łóżka, przywołał urywki obrazów, ciemne włosy rozrzucone na poduszce, piękne białe ciało wygięte w spazmatycznym skurczu, rozchylone usta, a nad nimi ciche westchnienie.
- Nemes – wychrypiałem zmęczonym głosem pomimo stanowczego buntu strun głosowych.
Zniknęła, można się było tego spodziewać. Zadumany nad typowością całej sytuacji sięgnąłem do leżącej na podłodzie marynarki po samozapalające cygaro i zaciągając się ostrym dymem wyszedłem na osłonięty delikatnym polem siłowym balkon. Sądząc po umiejscowieniu słońca nad horyzontem, przynajmniej tej części Coruscant, zdecydowanie nie był to już poranek. Miałem nadzieję, że w chwili słabości nie zgodziłem się na nic, czego mogłem żałować.
Nagle po oczach przeleciał mi refleks światła, zakląłem wyciągając przed siebie rękę, żeby osłonić wzrok. Kilka metrów przede mną w powietrzu unosił się kulisty droid reporterski waląc we mnie bezceremonialnie lampą zamontowaną nad cewką obiektywu.
- Co jest na koślawą gębę Zabraka.... – warknąłem.
Upuściłem niedopałek na ziemię i powłócząc nogami wycofałem się z powrotem do apartamentu. W samą porę, bo u drzwi rozległ się szczebiotliwy dzwonek niezdarnie imitujący arię Holtzena-Geringa z "Kupca neimodiańskiego". Poczłapałem do wejścia naciągając na siebie jednocześnie czarny szlafrok. Kiedy nacisnąłem przełącznik do środka wpadł niski, nieco otyły mężczyzna, o ciemnych, krótko przyciętych włosach.
- Lars, możesz mi wyjaśnić... – zacząłem.
- Nie, Cornel, to ty mi możesz wyjaśnić. W coś ty się znowu wplątał?
Lars Nurlich, asystent w mojej katedrze i przy okazji wspólnik w prawniczej praktyce sprawiał wrażenie szczerze oburzonego. To, w połączeniu z irytującym droidem za oknem zaczynało się układać w całkiem niepokojącą całość.
- Na dupsko Hutta – sapnąłem opadając na ustawione przy barku krzesło. – Nie zrobiłem tego.
- Nie wierzę, urżnąłeś się, wziąłeś najgłośniejszą sprawę w Galaktyce i tego nie pamiętasz?! – żachnął się Nurlich torując sobie drogę do przetwornika żywności, co nie umknęło mojej uwadze.
- Skoro już się dobierasz do mojego żarcia, to bądź tak uprzejmy i zrób mi jakiś koktajl protokofeinowy.
Lars pochylił się nad urządzeniem, nacisnął kilka klawiszy, wyprostował i sięgnął do pułki po cylindryczną szklankę z matowego szkła z taką pewnością, że znajdzie ją właśnie tam, jakby był u siebie.
Po chwili stała przede mną gęsta szarawą breja, którą wychyliłem jednym haustem z trudem dusząc nowy napływ mdłości.
- Jak zawsze nie masz nic do jedzenia – skomentował ponuro Lars opierając dłoń na drzwiczkach pustego przetwornika.
- Rzadko bywam w domu – odparłem próbując zdławić kotłującą się w żołądku mieszankę gazów.
- Ale jeść musisz – skwitował Nurlich. – Ubieraj się, wpadniemy do Streda de Casta.
Dziesięć minut później sunęliśmy w milczeniu przeszkloną magnetyczną windą. Wbiłem spojrzenie w kopułę Senatu rozłożoną pośród iglic drapaczy chmur niczym lubieżnie rozlana pierś szczodrze wyposażonej przez naturę Fallenki. To z kolei nasunęło mi inną metaforę. Oczyma wyobraźni widziałem jak politycy niczym małe nerfiątką lecą do wyłożonej na boku maciory Republiki, żeby tylko się nażreć, żeby tylko napchać swoje nienasycone apetyty...
Parsknąłem śmiechem do własnych myśli. Lars zerknął na mnie zaskoczony.
- Ty to jednak jesteś dziwny – mruknął.
Winda stanęła. Srebrzyste drzwi otworzyły się z sykiem, a nas zalała fala migotliwych błysków pochodzących ze wzmacniaczy holoobiektywów reporterów.
- Profesorze Starmach...!
- Panie Starmach, czy mógłby pan powiedzieć...?!
- Widzowie Holonetu są ciekawi, czy....?
Urwane pytania padały jedne po drugich, żółtodziób by oszalał i skoczył z platformy wieżowca w objęcia niższych poziomów Coruscant, prosto na spotkanie z twardą powierzchnią. Ale ja nie byłem żółtodziobem.
- Szanowni państwo! – zacząłem podnosząc głos. Pismaki się przymknęły, zawieszone w próżni w oczekiwaniu na to, co miałem do powiedzenia.
Nie spieszyłem się, wyjąłem z kieszeni marynarki samozapalające się cygaro, nonszalancko zaciągnąłem się jego dymem i przez parę sekund delektowałem smakiem.
Z pewnością teraz gorliwi republikańscy patrioci umoszczeni w swoich domach musieli pluć żółcią na tego zepsutego prawnika, który w imieniu wszechwładnych korporacji nastaje na jedność Unii. Musiałem im się wydawać zły do szpiku kości, znudzony bogactwem i płynącą z holonetu kapryśną chwałą. Ale ja miałem ich gdzieś. - Szanowni państwo! – podjąłem na nowo. – Jedno krótkie oświadczenie. Rząd Republiki zbyt długo deptał prawa spokojnych kupców. Dlatego jesteśmy zmuszeni przypomnieć mu, jak ważny jest intergalaktyczny handel. Jeśli formą tej lekcji ma być secesja, niech tak będzie. Koniec komentarza.
Światła rozbłysły na nowo, moje uszy zalał zgiełk zmieszanych ze sobą głosów. Machnąłem niedbale ręką, jakby opędzał się od insektów i idąc przez szpaler reporterów dotarłem do mojego eleganckiego czarnego vexandera.
- Prowadzisz – rzuciłem do Larsa wręczając mu kartę zapłonową.
Nurlich westchnął zrezygnowany, po czym zasiadł za sterami. Pojazd uniósł się nieznacznie nad ziemię i włączył płynnie do zmierzającego w stronę centrum ciągu śmigaczy, zostawiając za sobą całe to zamieszanie.
Streda de Costa była ekskluzywną restauracją z widokiem na imponującą bryłę gmachu Sądu Najwyższego Republiki. Wnętrze lokalu kipiało od ferii barwnych fresków, obrazów i luster w złotych ramach, kosztowych diamentowych żyrandoli spływających w fantazyjnych wzorach z sufitu. Kiedy weszliśmy do środka, Lars wymienił parę zdań z kelnerem, który zaraz poprowadził nas do znajdującego się na tarasie stolika. Mijani klienci zaciekawieni obecnością świeżo upieczonej gwiazdy holonetu rzucali mi jedno po drugim ukradkowe spojrzenia znad ociekających tłuszczem befsztyków z vilonara. Ich też miałem gdzieś.
- Zastanawiam się, czy ty wszystkich masz gdzieś – skomentował Lars, jakby czytał w moich myślach.
Usiedliśmy do stołu, zamówiłem butelkę dobrego nabooiańskiego wina i lekką sałatkę z owoców pingi na przystawkę. Nurlich studiując kartę zerknął na mnie sugestywnie.
- Żeby cię mynocki zeżarły, na mój rachunek – odburknąłem.
Kąciki ust wyprężonego jak struna kelnera drgnęły nieznacznie z rozbawienia.
- W takim wypadku poproszę na dobry początek pieczywo junschetowe i koreczki z novilek.
Obsługa zgięła się w lekkim ukłonie, po czym zniknęła, lawirując sprawnie między stolikami.
- No więc, Cornel, jaki jest twój plan? Zwłaszcza, że rozprawa jest jutro – zagadnął Lars obracając kieliszkiem.
- Jak to jutro? – rzuciłem zaskoczony. Jakby na potwierdzenie mój umysł podsunął mi jednak natychmiast odpowiedni strzęp rozmowy z hrabią Dooku.
- Proszę nam powiedzieć, jaki jest pański plan profesorze – usłyszałem nagle nieznajomy głos koło ucha.
Obróciłem się przez ramię. Młody mężczyzna w prostym granatowym mundurze z godłem republikańskiego departamentu sprawiedliwości na kołnierzu przyglądał mi się z lekkim uśmiechem. Obok niego stała...
- Nemes – szepnąłem.
Lars zerwał się na równe nogi i wyciągnął rękę do przybysza.
- Lars Nurlich, jestem wspólnikiem profesora Starmacha.
- Tak wiem, doktorze Nurlich – odparł mężczyzna skinąwszy grzecznie głową.
- To zaszczyt poznać prokuratora generalnego Republiki – dodał Lars.
Dopiero teraz oderwałem wzrok od Nemes, która zdawała się nie zauważać mojej obecności.
- A, pan Dick Helson, miło mi – rzuciłem niedbale.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie profesorze. Jest pan legendą w naszym małym prawniczym światku. Widzę, że pannę Nemes już pan zna.
Tym razem to Adelia zareagowała.
- Ach tak, wpadliśmy na siebie na pewnym przyjęciu – wyjaśniła z tym swoim rozbrajającym uśmiechem.
Raczej to ja wpadłem na ciebie i to na całą noc – przemknęło mi szyderczo przez myśl.
- Możemy się przysiąść? – spytał Helson.
- Proszę – odparłem wskazując im gestem miejsca.
- Więc, panie profesorze, to zaskakujące, że zdecydował się pan wziąć tę sprawę tak krótko przed rozprawą – zaczął młody prokurator.
- Mój wspólnik ma wprawę przed Sądem Najwyższym. Kolejne takie starcie to dla niego rutyna – pospieszył z wyjaśnieniami Lars.
- Jednak sprawa o secesję to coś innego – dorzucił zaraz Helson.
Roześmiałem się na głos. Dick, bo tak przyjaźnie nazywałem go w myślach, był bardzo ostrożny, ale nie naiwny.
- Republika gnije, panie prokuratorze, to wszystko... – powiedziałem rozglądając się wokół siebie. - ... niedługo runie. Nastanie nowy ład.
Helson poważnie pokiwał głową.
- Korupcja i biurokracja to oczywiste choroby tego systemu, ale czy nie wolałby go pan naprawić od wewnątrz?
Jednym ruchem ręki wlałem do gardła zawartość kieliszka.
- Zbyt wielu czerpie korzyści z obecnego stanu rzeczy, panie Helson. Różne specjalne grupy interesu na to nie pozwolą.
- Ale to pan będzie ich bronić, gildii kupieckich i innych.. To właśnie one chcą secesji – wtrącił Helson.
- Więc to może nawet lepiej dla Republiki, że się odłączą – odparłem nalewając sobie do pełna.
W tym momencie za plecami Helsona pojawił się kelner i pochylając się na jego uchem wyszeptał coś tylko dla wiadomości młodego prokuratora.
- Przepraszam na chwilę – powiedział Helson wstając od stołu.
- Oczywiście – rzuciłem.
Kiedy zniknął w przedsionku restauracji Nemes pochyliła się do mnie nad blatem.
- Dzisiejsze wystąpienie dla prasy spodoba się Federacji Handlowej i reszcie, ale nie szarym secesjonistom – powiedziała szybko.
- Wiem, jak zadowolić klienta – odparłem kryjąc w tym słowach ewidentną aluzję do wczorajszej nocy.
Na twarz Nemes na milisekundę wypłynął rumieniec. A może mi się tylko zdawało. W każdym razie podjęła dalej wątek zupełnie opanowana:
– Następnym razem musisz wyglądać skromniej, mówić więcej o deptaniu praw obywatelskich. Hrabia chce, żeby proces przekonał nieprzekonanych, wzmocnił nasze szeregi.
Tego było za wiele, nikt mnie nie będzie pouczał we własnym fachu, pomyślałem.
- Słuchaj maleńka – zacząłem patrząc jej w oczy. – Doskonale wiem, jak rozegrać tę sprawę, żeby ją wygrać.
- A może tu wcale nie chodzi o zwycięstwo – warknęła podirytowana, jakbym nic nie rozumiał.
Przechyliłem w zdziwieniu głowę. Już miałem ją pociągnąć za język, kiedy wrócił Helson.
- Będziemy musieli panów opuścić. Wzywają mnie ważne sprawy – powiedział.
- Naturalnie – odparłem wstając do pożegnania.
Helson wymienił ze mną i z Nurlichem po uścisku dłoni.
- Do zobaczenia na sali sądowej – rzucił. Odpowiedziałem uśmiechem i spojrzałem na Adelię.
Nemes musnęła mój policzek w przyjacielskim pocałunku.
- Na nic się nie zgodziłeś – szepnęła chichocząc lekko.
- Było nam bardzo miło – powiedział już za nas obu Lars, a Helson i Nemes ruszyli do wyjścia.
Odprowadzając ich wzrokiem, ciężko posadowiony w krześle przeklinałem w duchu własną głupotę. ,,Na nic się nie zgodziłeś” – powiedziała. Powinienem był się domyślić, nigdy nie urywał mi się film, nie aż tak, więc nic dziwnego, że nie pamiętałem zgody na wzięcie sprawy wyszeptanej w miłosnym uniesieniu, bo żadnej zgody nie było. Reporterzy pod moim apartamentem byli elementem prostej, ale sprytnej intrygi, podobnie, jak noc spędzona z Nemes. No i jeszcze te słowa, że nie chodzi o zwycięstwo. Poczułem, jakby świat w mojej głowie zawirował.
- Zamów Rezerwę Whyrena – burknąłem do Larsa.
- Lepiej, żebyś się nie upijał, masz jutro sprawę – odparł krojąc zapamiętale pieczeń z guliatu.
- Mam gdzieś sprawę.


Ciąg dalszy nastąpi....


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,33
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
Kassila 10 2011-04-26 14:48:58
masterjade 9 2011-05-24 16:24:18
promil 9 2011-04-25 13:52:42

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (4)

Hmm... Patrząc na datę dodania, zgaduję, że nie będzie trzeciej części? A szkoda, bardzo szkoda bo bardzo mi się spodobało... I mam teraz spory niedosyt i głód zakończenia...

Naprawdę interesujące... Ze spraw technicznych: trafił się jeden błąd ortograficzny: "do pułki po cylindryczną szklankę z matowego szkła" półka jest przez "ó"... No i wyrażenie "do półki" też nie brzmi najlepiej. Lepiej "na półkę" lub "po stojącą na półce szklankę..." . Kilka literówek, np. "gęsta szarawą breja" - "szarawa" - "a" zamiast "ą", ale tak w ogóle to styl pisania jest bardzo dobry, a ja to naprawdę doceniam. Nie mówiąc o niebanalnej fabule (dużo bardziej wolę intrygi polityczne w świecie SW niż chamskie latanie po kosmosie i machanie mieczem świetlnym/strzelanie z blastera*) *niepotrzebne skreślić.

Powieść kryminalna w odcinkach. Czekam na ciąg dalszy:)

Jest ok, ale mnie nie poraziło - 8.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.