Różne

Ten zepsuty wszechświat

Autor: Lord Sidious

Ten zepsuty wszechświat
Czym jest spoiler?

Choć tytuł mógłby sugerować coś innego, w tym tekście chciałem się zająć pewnym modnym ostatnimi czasy słowem – „spoiler”. Słowo znane, zwłaszcza fanom z długim stażem, ale obecnie robiące zawrotną karierę w szeroko pojętym mainstreamie.

Może warto zacząć od samej definicji. Angielskie słowo spoiler w języku polskim często zapisywane jako spojler ma przede wszystkim dwa główne znaczenia. Pierwsze jest związane z samolotami i ich skrzydłami, gdzie spoilery wpływają ujemnie na aerodynamikę samolotu, przez to są ważnym elementem hamowania. Drugi to spojler samochodowy. Znów wpływa na aerodynamikę, ale ma też ważne funkcje dekoracyjne i tuningowe, ale jednocześnie może również i psuć, jeśli jest źle zamontowany. Oba pomysły są bardzo podobne, tylko wykorzystanie jest inne.

Zaskakujące, ale choć angielskie to spoil raczej kojarzy się z zepsuciem (np. zepsutym jedzeniem), to w obu przypadkach spojler ma też pozytywne znaczenie, wynikające z pewnego, celowego zastosowania. Owszem, w języku angielskim znajdziemy jeszcze inne znaczenia tego słowa, w tym to, które interesuje nas najbardziej. Spoiler to informacja, która psuje nam fabułę, zdradzając jej zakończenie i także często przebieg. Pytanie, co to oznacza i czy każda informacja o fabule stanowi spoiler? Chyba najlepiej będzie to pokazać na przykładzie. Weźmy sobie dość prostą historyjkę o czerwonym kapturku i rozpiszmy ją na poszczególne etapy.

1. Przedstawienie postaci czerwonego kapturka
2. Przedstawienie sytuacji babci, którą trzeba odwiedzić
3. Zawiązanie akcji, czerwony kapturek idzie do babci
4. Rozwój akcji, w lesie grasuje wilk
5. Zwrot fabularny, wilk włamuje się do domku i połyka babcię
6. Rozwój akcji, kapturek dociera do domku babci i rozmawia z wilkiem
7. Finał, myśliwy zabija wilka i ratuje wszystkich pozostałych

Mamy zatem siedem głównych elementów fabularnych, które razem stanowią streszczenie utworu. Oczywiście zdradzenie ich w takiej formie mocno popsuje nam jej odbiór, natomiast na ile zepsuje sam utwór? To już jest inna sprawa, bo i owszem można się cieszyć filmem po raz pierwszy i sto pierwszy. Można też oglądać film, który jest adaptacją książki, którą się zna. Odbiór zawsze jest inny, jednak my często chcemy dać się porwać magii kina, sprawić by reżyser i scenarzysta, wciągnęli nas w fabułę, której możemy się jedynie domyślać, ale jej nie znamy. Z książkami jest podobnie. Do większości przeczytanych książek się nie wraca, bo znając zakończenie i przebieg nie ma to sensu. Czy jest w ogóle sens czytać lekturę, jeśli zna się jej streszczenie? Można się zastanawiać, zdania będą podzielone. Zwłaszcza w lekturach ważny jest też język, w jakim są napisane (dawny polski itp.). Z drugiej strony jeśli spoiler tak bardzo wszystkim przeszkadza, to czemu nie jest zakazany prawnie? A może wcale nie przeszkadza tak bardzo, jakby się nam to wydawało?

Gdzie można znaleźć spoilery?

Banalna odpowiedź – wszędzie. Tylko jest jedno ale, nie znaleźć a natknąć się na nie. Wróćmy jednak do historii. Pod koniec lat 90., gdy jeszcze miałem ograniczony dostęp do Internetu, szukanie informacji o nowych Gwiezdnych Wojnach stanowiło nie lada wyzwanie. Ale gdy się już dopadło do sieci, można było ją przeszukiwać w tę i we w tę, by znaleźć tak ogólne informacje o obsadzie, jak i teksty opisujące wybrane sceny. I to właśnie w nich, czasem pojawiało się takie czarne pogrubienie spoiler a za nim fragment niewidocznego tekstu. Następnie występowało koniec spoilera i czasem informacja, żeby tekst pomiędzy pogrubieniami zaznaczyć myszką, dopiero wtedy będzie widoczny. Wówczas wydawało mi się, że to jest rozwiązanie sprytne, ale niepotrzebne. Zwłaszcza, że część informacji w newsie, dla mnie nowych było pisanych normalnym tekstem. Z czasem zrozumiałem, że te pierwsze to informacje oficjalne, a spoilery dość często były może nie fabrykowane, ale zawierały dużą liczbę błędów i niedokładności. Czasem więcej w nich było domysłów niż faktów. To przypominało raczej coś takiego (wracając do naszego Czerwonego Kapturka):

Czerwony kapturek na swojej drodze spotyka pewne zwierzątko. Ono niekoniecznie może mieć dobre zamiary.


Wspaniale. Tak też wyglądały kiedyś w znacznej większości spoilery, bazowały na faktach, ale osoba, która je opisywała nie do końca je znała. Dopiero z czasem te spoilery zaczynały być bardziej precyzyjne. I prawdę mówiąc obecnie chyba, niestety, spotykamy się częściej z tymi drugimi. W każdym razie, dla kogoś kto siedzi głęboko w temacie, faktycznie odróżnienie informacji reklamowej od przecieku może być ważne, ale dla kogoś z boku to często niezauważalna różnica. Nie chcesz wiedzieć, co się wydarzy przed obejrzeniem filmu, proste nie czytaj.

Skąd się wzięły spoilery?

Odpowiedź znów wydaje się niby prosta, ktoś poznał jakąś wersję naszego dzieła i coś chlapnie, niekoniecznie wiedząc, że inni mają zaległości. Ale nie oszukujmy się, to nie przypadkowe wypowiedzi stoją u źródła spoilerów, a raczej niecierpliwość. Łatwo sobie wyobrazić dziecko, które już przy czwartym punkcie naszej bajki o czerwonym kapturku zapyta, czy wszystko dobrze się skończy. Nie psując mu zabawy powinniśmy powiedzieć, że nie wiemy, nie wiadomo i wszystko może się zdarzyć. Ale najczęściej odpowiedź będzie brzmiała, wszystko będzie dobrze, ale zaraz zobaczysz jak.

Ciekawość to nie jest tylko i wyłącznie cecha dzieci. Ludzie od tysięcy lat sięgają po pomoc wróżbitów i widzących, zajmują się przepowiedniami na temat swojego losu, ale też losów świata. A dobra przepowiednia intryguje, zajmuje, choć nie zdradza wszystkiego wprost, zupełnie jak dobry spoiler. Najczęściej da się ją wpasować dopiero po fakcie w historie. Nieważne, czy była prawdziwa czy fałszywa, jak jest odpowiednio napisana, to spełnia swą rolę.

Wielu autorów doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że istnieje całkiem spora grupa czytelników, która zagląda na koniec powieści, by zobaczyć, jak to się skończy. Okazuje się, że jest to całkiem popularna praktyka, ba istnieją nawet takie osoby, które po zapoznaniu się z blurbem (kiedyś nazywało się to notką na końcu książki, ale obecnie nawet wydawcy nazywają to blurbem) sprawdzają końcówkę przed zakupem książki. Ci pisarze, którzy o tym wiedzą, potrafią to wykorzystać. Najprostsza metoda to epilog, w którym opisuje się dalsze losy głównego bohatera, najczęściej nie związane już bezpośrednio z główną akcją powieści. Inni, bardziej wyrafinowani, bawią się konstrukcjami, spinając początek z końcem, zostawiając rozwiązanie głównego wątku pod koniec opowieści, ale utrudniając do niej dojście czytelnikowi, który jeszcze nie przeczytał całości. Oczywiście w przypadku takich książek jak te z cyklu „Gwiezdne Wojny” trudno mówić o tym, by autorzy byli wyrafinowani, to niestety rzemieślnicy, którzy nie mogą nawet zbytnio posunąć się w przyszłość, bo zabrania im tego kontrakt, no i uniwersum.

Chęć poznania przyszłości/dalszych dziejów to znana ludzkości cecha. Dlatego warto pamiętać, że spoiler w tym wypadku nie zdradza nam przebiegu, a nawet jeśli to nigdy nie robi tego w stu procentach. Zawsze coś zostanie pominięte. A skoro tak, to może da się spoiler wykorzystać? Jako inspirację?

Marketing

Załóżmy, że mamy już książkę o Czerwonym Kapturku i chcemy ją sprzedać. Pytanie jak ją zareklamować. Najprostsze formy reklamy książki to okładka i blurb. Blurb to opis akcji najczęściej z tyłu książki, czasem na obwolucie wewnętrznej, który także trafia w obecnych czasach do innych materiałów reklamowych, w tym do Internetu. Cała zabawa polega na tym, by ten tekst zaciekawił, ukazał jak najwięcej, ale przy tym w jak najmniejszym stopniu zdradzał zakończenie. Tekst w stylu „opowieść o dziewczynce, która nosi pewien charakterystyczny strój i ma niesamowite przygody w lesie” może i znajdzie swoich odbiorców, ale stawia pytania: „jaki, jaka, jakie”. W tym momencie czytelnik aż się prosi o spoilery, by potem nie sięgnąć do książki. Spoiler da mu odpowiedź na to, co go zainteresowało. Ale pamiętajmy, że tego typu blurb kompletnie nie wyróżnia nam książki od innych podobnych. „Opowieść o dziewczynce zajmującej się niecodzienną robotą i mającej przygody w mieście” równie dobrze może reklamować „Dziewczynkę z zapałkami” jak i „Pamiętniki Fanny Hill”. Stąd pojawia się bardzo często konieczność, by dzieło lepiej scharakteryzować, czasem nawet przedstawić jeden z głównych pomysłów, sprzedać coś, co pozwoli czytelnikowi już po przeczytaniu samej zapowiedzi stwierdzić, czy mu się to podoba. Marketing działa według prostych norm, znaleźć odbiorcę i do niego dotrzeć, ale by to zrobić czasem trzeba potencjalnych odbiorców sobie zawęzić. I taką rolę spełnia blurb. Ale choć reklama jest dźwignią handlu, jednak powinna na czymś bazować. „Fascynujące stroje, krwista czerwień, samotna dziewczyna, dzielny myśliwy i las pełen niecodziennych przygód” w najlepszym przypadku brzmi jak romans, ale nie o to chodzi. Żadne wydawnictwo nie chce sprzedać nikomu książki, która go nie zaciekawi całkowicie, z prostej przyczyny, potencjalny czytelnik od nas odejdzie. Chcąc nie chcąc, w blurbach będą pojawiały się informacje o fabule, to niestety nierozerwalne. „Klasyczna baśń o młodej dziewczynie w czerwonym stroju, która udaje się do swojej babci. Niestety jedyna droga do babcinego domostwa wiedzie przez las, w którym grasuje zły i podstępny wilk…”. To jest przykład opisu, który de facto zdradza nam więcej niż połowę fabuły! A jednocześnie jest to blurb doskonały, bo jeśli zainteresują nas zmagania młodej dziewczyny z wilkiem, to się nie zawiedziemy. Nie szukamy tu romansu z leśniczym, wyścigów na wilkach i tak dalej. Wiemy, co dostaniemy. Owszem, jakość powieści może się nam nie podobać, ale wydawnictwo zachowało się profesjonalnie.

Druga strona to marketing o wiele bardziej wyrafinowany, niekoniecznie dotyczy książek, ale z pewnością został wykorzystany przez Lucasfilm przy prequelach. Wyobraźmy sobie sytuację (niektórzy mogą pamiętać), że czekamy na nową trylogię. Wiemy kilka rzeczy z klasycznych epizodów i próbujemy na ich podstawie budować swoją wizję. Ta fanowska wizja to koło zamachowe, fanów trzeba dopieszczać, sprawiać by gorąco czekali na nowy film. Zdjęcia, przedstawienie postaci, blurb, to trochę za mało. Spoiler okazuje się być wręcz idealną formą reklamy. Oczywiście odpowiednio ubrany i przedstawiony. Dociera i ma olbrzymie pole rażenia.

Lucasfilm przy „Zemście Sithów” doszedł do perfekcji ze spoilerami. To nie były tylko informacje o fabule typu „Darth Maul zginie”, ale starannie wybrane zdania. Choćby to, gdy Pablo Hidalgo „niechcący” chlapnął o zdrajcy w radzie Jedi. Fajnie, dziś jest go nam wskazać stosunkowo łatwo, ale wtedy, gdy nawet nie wiedzieliśmy, że Obi-Wan będzie zasiadał w radzie, nie mieliśmy zielonego pojęcia o kim mowa. Rozwiązanie fabularne jest bardzo zgrabne, w końcu to film o Anakinie przechodzącym na Ciemną Stronę Mocy, ale spoiler dawał tak olbrzymie pole do manewru, że mało kto odgadł jego prawdziwe oblicze. Raczej zaczęto spekulacje, z których część można znaleźć na forum, część w newsach, część zaś została tylko w pamięci toczących dyskusje na spotkaniach. Kto mógłby być zdrajcą? Może Mace, bo czarny, nie wiadomo o czym sobie tam myślał, zresztą Lando też był czarny i był zdrajcą. A może Oppo Racisis, w końcu ma ogon węża. I tak dalej po całej radzie Jedi. Niektórzy stawiali też na nową postać. Tylko po co wprowadzać zdrajcę, skoro jest tyle innych rzeczy do pokazania w Epizodzie III? Dopiero po premierze dało się te wszystkie fakty ładnie połączyć. Zdrajca był i bardziej oczywistego kandydata nie dało się wymyślić. Ale ile było przy tym frajdy, ile dyskusji i jakie zainteresowanie. I to wszystko dzięki jednemu drobnemu spoilerowi. Tyle, że dobrze dobranemu.

Drugi przykład jest podobny, ale wiąże się z pewną zabawą, jaką zaproponował Lucasfilm. Skoro fani układają sobie fabułę ze spoilerów, dopowiadając resztę, można rzucać im ochłapy i słuchać, co sobie ubzdurają. Zaczęło się od informacji o nowym czarnym charakterze w Epizodzie III. Potem ujawniono, że postać będzie walczyć na miecze świetlne (oczywiście wszyscy uznali, że będzie walczyć mieczem, a nie czterema). Fani to podchwycili, skoro czarny charakter i miecz to musi być Lord Sithów. Nowy Lord Sithów. Może Darth Rage, może Darth Bane, którego ponoć na 100% miał zagrać Christopher Walken. Wtedy Lucasfilm zdecydował się zdementować pogłoskę o Sithach, nowy czarny bohater nie będzie Sithem. Więc musi być Jedi, możliwe nawet, że zdrajcą. No to jak grom z jasnego nieba spada na fanów informacja o tym, że postać ma być pewnym pierwowzorem Vadera, jeszcze nie tak zniszczonym cyborgiem. A potem jeszcze, że postać nie będzie posługiwać się Mocą. Co na to fani? Włosy z głowy sobie wyrywali, zastanawiając jak to połączyć, szukając jakiejś logicznej możliwości. W końcu Lucasfilm ujawnił Grievousa. I wszyscy czekali na 20 odcinek „Wojen Klonów” Tartakovsky’ego, byleby zobaczyć to cudo w akcji. Czy tamten serial był taki rewelacyjny? Cóż każdy to oceni sam, ale najważniejsze jest to, że był spoilerem, ale i blurbem do Epizodu III. I na to wszyscy czekali.

Żyjąc wśród spoilerów

O ile to, o czym pisałem wcześniej to dobrze rozbudowana machina marketingowa, o tyle sama informacja zdradzająca fabułę była nieraz używana w celach reklamowych. I to na długo zanim, ktoś w LFL wpadł na pomysł, jak można nakręcać gorączkę. Sposób jest prosty, znany z seriali telewizyjnych. Kończymy odcinek z przytupem w taki sposób, by nikt się tego nie spodziewał. A następny reklamujemy właśnie wspominając to wydarzenie. Jak ktoś przypadkiem nie obejrzał ostatniego odcinka, to ma niestety przechlapane, bo najlepszą rzecz pozna z reklam. Mechanizm ten działał i działa i pewnie będzie działać. Bo osób, które może i krzyczą głośno, ale które naprawdę sobie odpuszczą serial będzie stosunkowo mało. Innych trzeba nakręcać, pokazać że coś się dzieje, przypominać, a nawet reklamując nową rzecz przypomnieć o starej. Dokładnie to zrobił Amber w tym nieszczęsnym blurbie „Sokoła Millenium”. Nie musieli tam zdradzać zakończenia „Dziedzictwa Mocy”, fabuła tego nie wymagała. Ale marketingowo to było całkiem sprytne zagranie, choć prawdopodobnie wynikające raczej z niechlujstwa niż celowości.

Jest jeszcze druga strona medalu, fani, którzy chętnie dyskutują o nowościach, komentując utwory. W przypadku spotkań na żywo, można się jakoś podzielić, na forach również da się pewne rzeczy obejść (acz nie wszystko). Natomiast najciekawsze rozwiązania dotyczące spoilerów pochodzą z mejlowych grup dyskusyjnych. Tam dana grupa najczęściej określała sobie okres karencji, w którym jej członkowie mają się pilnować. I co ważne, nie był to okres długi. To były dwa - trzy tygodnie, czasem miesiąc, w zależności od ustaleń. Po tym czasie, nikt nawet nie zaznaczał, że pisze o spoilerach, nie tylko w ocenie danego utworu, ale też przy wykorzystaniu go jako argumentu w innej dyskusji. I najlepsze jest to, że to działało. Kto nie chciał nadążyć, odpadał. Zresztą podobne metody stosuje się choćby w Wookieepedii, gdzie opisuje się nowości, ale oznacza je, dając pozostałym encyklopedystom czas na zapoznanie się z pozycją.

Dziś prawdziwych spoilerów już nie ma

Można zastanawiać się, co się stało z tymi spoilerami dziś? Choćby biorąc pod uwagę „Wojny Klonów”, gdzie przed pilotem kinowym właściwie dostaliśmy jeden wielki spoiler. Jednak tu znów trzeba się cofnąć do czasów prequeli, zwłaszcza „Zemsty Sithów”. O ile część spoilerów faktycznie wyszła z Lucasfilmu celowo, zwłaszcza w pierwszej fazie produkcji, o tyle nie zapominajmy o fanach, dla których pożeranie nowych informacji stało się normom. Spoilerożercy, niczym sępy, czekali na choćby najmniejsze przecieki. Ale ile można plotkować? Niektórzy z nich nawet jeździli pod studia Foxa w Australii, by coś wykraść, nagrać, podsłuchać, by złapać kontakt. I nic dziwnego, że znaleźli. Największym źródłem przecieków okazała się adaptacja powieściowa „Zemsty Sithów”, którą wcześniej dostali wydawcy w wielu krajach. W efekcie, większość późnych spoilerów z ROTS to tłumaczone fragmenty książki. Scena po scenie.

Swoją drogą, jak ktoś w tamtym czasie chodził na spotkania fanów, mógł zaobserwować pewną prawidłowość. Wykruszanie się spoilerożerców. O ile na trzy lata przed filmem, zaledwie garstka osób unikała spoilerów, o tyle gdy zaczęliśmy cytować książkę, ta liczba urosła i to bardzo szybko. Czym innym jest zabawa w roztrząsanie możliwości, pewne konfabulacje, a czym innym analizowanie scena po scenie filmu, którego się jeszcze nie widziało. W dodatku przecież jeszcze są różnice między filmem a książką, a dla wielu osób dzieło Stovera przewyższało scenariusz Lucasa.

Problem stawał się tym bardziej uporczywy, że pojawiła się grupa osób, które łaknęły wszystko. I to one zaczęły nakręcać przecieki. Czasem przyjęło to wręcz absurdalną formę. Dla mnie najlepszy przykład to spoilery do „Niezniszczalnego”. Gdy je przeczytałem byłem pod olbrzymim wrażeniem i wiele się po książce spodziewałem. A one dotyczyły dokładnie jej ostatnich stron, gdzie kilka rzeczy zostało ustanowionych, do rozwoju w następnych seriach. Tu Denning zastosował to, o czym pisałem wcześniej, zabawę z czytelnikiem, który zagląda na koniec książki. Osoba od przecieków zrobiła to samo, ale innych nie poinformowała o szczegółach swego przecieku. Internet przyjmie właściwie wszystko, to już wiemy.

Spoilerować czy nie spoilerować, oto jest pytanie?

To jednak prowadzi nas do jednej i smutnej konkluzji. Nie każdy przeciek jest dobrym spoilerem, bo nie każdy przeciek nakręca nas na dzieło. Chyba lepiej jest zaznajomić się z filmem, grą, komiksem czy książką poznając ją, a nie przez streszczenie w sieci. Nawet jeśli się jest niecierpliwym. Z drugiej strony jednak czasem trudno wytrzymać i pragnie się poznać niektóre rzeczy wcześniej. Warto jednak pamiętać o innych, którzy mogą mieć odmienne podejście do spoilerów. To, że spece od marketingu Lucasfilmu potrafią wyłuskać świetne spoilery, nie znaczy, że i my umiemy.

Ale warto też pamiętać o jednym. Jeśli ktoś unika spoilerów, niech też pamięta gdzie zagląda i co czyta, tylko po to, by się przypadkiem na coś nie natknął. Oraz o tym, żeby nie przesadzać w drugą stronę i nie wpaść w spoilerofobię.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,56
Liczba: 16

Użytkownik Ocena Data
zumar 10 2011-07-27 20:55:01
NLoriel 10 2011-07-26 21:51:40
ShaakTi1138 9 2013-12-01 11:41:37
Lord Sidious 9 2012-01-06 13:08:01
Vaknell 9 2011-07-28 11:50:57
Darth Kriss 9 2011-07-27 16:40:21
Nestor 9 2011-07-27 10:36:22
Justine Helfire 9 2011-07-26 20:24:47
Kasis 9 2011-07-26 12:36:58
Onoma 9 2011-07-26 12:33:57
Syl-Wek 9 2011-07-26 11:43:57
Master of the Force 8 2012-03-19 14:37:54
Ren Kylo 8 2011-07-26 14:12:03
Rusis 8 2011-07-26 11:23:40
SroQ 7 2011-07-26 13:51:17
willqu 5 2011-07-27 07:44:32

Tagi: Publicystyka (77)

Komentarze (4)

W przypadku Zemsty Sithów był bardzo ciekawy przecież w lutym 2004. Mam na dysku zdjęcia ze strony Jedi Defender, które przedstawiają grafiki Grievousa, jego pojazdu z Mustafar, kilka pomniejszych projektów w tym scenerię pojedynku z Dooku i przede wszystkim zdjęcie spalonego Anakina. Mówiono, że materiały to fake, ale okazały się prawdziwymi.

Fajny tekst, bardzo podobało mi się podanie marketingowych przykładów. W sumie to ja się zgadzam, że nie można przesadzać w żadną ze stron. Osobiście nie lubię spoilerów, ale tylko dotyczących tego co mam zamiar sama poznać w niedalekiej przyszłości. Skoro wiem, że i tak pewnie w przeciągu kilku lat nie przeczytam jakiejś książki SW, to wręcz chcę wiedzieć jak najwięcej. A jeśli na coś bardzo czekam, to lubię tylko te "spekulacyjne" spoilery, ale nie chcę poznawać informacji kluczowych dla fabuły, takich jak np. kto zabił, w przypadku kryminałów. W przeszłości nadziałam się kilka razy na spoilery, które zepsuły mi przyjemność z późniejszego odbioru danej pozycji, więc jestem teraz bardziej ostrożna.

Dlatego właśnie ja nie czytam spoilerów tylko recenzje czy oficjalne zapowiedzi ;)

Najlepsze spoilery to dla mnie takie, które pozwalają się odbiorcy bawić w domysły - coś w stylu tego co było przy okazji Grievousa przy RotS. Niestety, obecnie częściej spotkać można rzeczywiste zdradzenie zakończenia niż puszczenie takiego specjalnie spreparowanego przecieku.

Natomiast wyraźnie rozgraniczyłbym to co jest spoilerem, a co nie. I jeśli do spoilerów zaliczam wszystkie przecieki odnośnie treści książki/filmu/itd to w żadnym wypadku nie zaliczam do nich blurbów, oficjalnych zapowiedzi. Wydawcy muszą w jakiś sposób poinformować czytelnika o czym jest produkt, który on chce kupić i od tego właśnie jest taki blurb. Stąd oburzanie się na to, że zobaczyło się co jest w zapowiedzi jest dla mnie często śmieszne - na tej zasadzie można by sprzedawać wszystkie produkty w tych samych okładkach, bez opisów.. a w sumie i tytuł może za dużo zdradzić, nie? Jak ktoś chce kompletnie unikać wszystkich informacji o danym produkcie, to powinien widząc z daleka jego tytuł omijać danego newsa. A całej reszcie życzę miłej zabawy w domysły ;)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.