Twórczość fanów

Parada

autorka: Kassila



Fragment przemówienia admirała Terrinalda Screeda z okazji Dnia Imperium:
Galaktyka w całej swojej historii nie widziała tak wspaniałej Floty. Widok każdej naszej
jednostki napełnia serca obywateli spokojem i dumą.



Dzień zapowiadał się pogodnie. Słońce szybko osuszyło poranną rosę i rozproszyło lekką mgiełkę unoszącą się z bezkresnych łąk. Znad odległego jeziora wzbiło się w przestworza stadko błonoskrzydłów i pokrzykując, poleciało na południe. Tylko na wschodzie pojawiły się jakieś dziwne, kanciaste chmury.
Estan, jak każdego ranka, wybrał się na pole, aby osobiście przerzucić siano. Wszyscy jego znajomi mieli do tego wyspecjalizowane maszyny, ale on zawsze wolał zapach świeżej ziemi, dlatego zdecydował się na trzeci, najwyższy stopień, ekologicznej uprawy. Owszem, kosztowało go to niemało: żona odeszła, a synowie nie chcą się do niego przyznawać. I chociaż jest najbogatszym rolnikiem w tej części guberni, jest jednocześnie przeraźliwie samotnym człowiekiem.
Za uprawy ekologiczne rząd dawał trzykrotnie większe dopłaty, lecz trzeba było pracować jak w czasach przedindustrialnych. Dlatego Estan przyjechał wozem zaprzężonym w muła pociągowego z Bryndara, na starożytnych kołach i z prymitywnymi szczotkami do rozrzucania siana. Wziął w ręce cugle, cmoknął na zwierzę i wprawnie poprowadził je brzegiem pola.
Właściwie nie powinien dziś pracować. Tego dnia przypadało Święto Imperium Galaktycznego i wszyscy szanujący się obywatele mieli wolne. Ustawowo. Jednak biura i urzędy nie muszą być karmione. Co innego zwierzęta hodowane przez Estana. Siano też nie będzie czekać na lepszą pogodę. Od wieków, na wszystkich polach i poletkach Galaktyki rolnicy nie zważają na ustrój polityczny, konflikty czy święta państwowe, tylko jeśli mają sprzyjającą aurę, robią co trzeba, a niekiedy niemal wykradają plony z zachłannych głębi ziemi, wyrywając zboża często w ostatniej dogodnej chwili sprzed paszczy niszczycielskich żywiołów.
Nie inaczej było na ojczystej planecie Estana. Położona na Środkowych Rubieżach, o drugorzędnym znaczeniu, utrzymywała się z rolnictwa i hodowli bydła. Mimo tego mieszkańcy nosili dumnie podniesione czoła i nie obrażali się za nazywanie ich prowincjuszami. Wiedzieli, że gdyby nie oni i miliardy im podobnych, wiele ze światów zostałoby opuszczonych, bo ich mieszkańcy po prostu umarliby z głodu. Nawet wielka stolica Imperium nie mogłaby funkcjonować bez pól i nerfów takich gospodarzy jak Estan.
Rolnik spojrzał na słońce. Do południa miał nadzieję przerzucić dobry kawał pola. Potem chciał obejrzeć holotransmisję ze Stolicy z przemówieniem Imperatora Palpatine’a, zjeść obiad i dokończyć pracę. Jeszcze ze dwa dni takiej pogody i będzie mógł zebrać najwyższej jakości siano, za które na giełdzie dostanie wystarczająco dużo kredytów, aby wreszcie kupić sobie nowy śmigacz SoroSuub.
Palpatine. Kiedy osiem lat temu zakończył wojnę i ogłosił się Imperatorem, zrobił wielkie wrażenie na Estanie. Teraz co prawda okazał się niezbyt miłym człowiekiem, skupiającym się na rzeczach nie mających nic wspólnego z produkcją żywności, ale to akurat Estanowi nie przeszkadzało. Ważne było, że osoby odpowiedzialne za resort gospodarczy wiedziały, co i jak mają robić. I robiły to dobrze. Imperatora zaś zawsze słuchał z przyjemnością i z równą przyjemnością oglądał defilady z Placu Imperialnego.
Estan dojechał do końca łąki i zawrócił zwierzę. Posuwali się teraz na wschód, miał więc dobry widok na dziwnie regularne chmury nad horyzontem. Nigdy nie widział czegoś podobnego: z linii widnokręgu wyłaniała się prostokątna, rozmyta u podstawy góra z falującymi brzegami. Nie miał przy sobie makrolornetki, ale nie zauważył, aby to zjawisko się zbliżało. Nie była to żadna chmura deszczowa, uznał więc, że nie ma powodów do niepokoju. Cmoknął na muła i wyobraził sobie paradę Armii i Floty, którą z pewnością obejrzy w Holonecie: imponujące, równe szeregi szturmowców w lśniąco białych zbrojach, zielone czworoboki żołnierzy wojsk lądowych, czarne uniformy innych formacji, parada sprzętu, a nad tym wszystkim przelatujące z głośnym wizgiem eskadry myśliwców TIE. Piękne widowisko, pokaz siły i potęgi Imperium.
Estan spojrzał na chronometr - do transmisji jeszcze kilka godzin. Strzepnął lejce, cmoknął do bryndara i przetarł dłonią spocone czoło.
- Jedź, Vesel, jedź - przemówił miękko do zwierzęcia. Zauważył przy tym, że w odpowiedzi zastrzygło uszami, parsknęło i potrząsnęło łbem. - Jeszcze trochę, no, dalej - uspokajał, ale Vesel nie zwracał na niego uwagi. Znów parsknął, zawachlował uszami i stanął, wpatrując się w dziwną chmurę. - No co, jedź, nie bój się, nic ci...
Urwał, gdyż usłyszał dziwny dźwięk, jakby mechaniczny ni to jęk, ni to gwizd. Z początku słaby, z każdą chwilą zdawał się rosnąć i potężnieć. Wstał, osłonił oczy od słońca i wpatrywał się na wschód.
Chmura zbliżyła się. Jej ruchome krawędzie przypominały stado błonoskrzydłów przelatujące nad równiną.
- Na litość Galaktyki, cóż to jest? - mruknął sam do siebie, wytężając wzrok.
Dźwięk nabierał mocy przechodząc w skowyt, jakby wyło całe stado wściekłych gundarków. Estan zsiadł z wozu, podszedł do muła i uspokajająco głaskał go po pysku. Poczuł, że zwierzę drży. Wkrótce i jemu samemu wydawało się, że gdzieś w środku, w okolicy żołądka czuje drgania, takie same jak przy niskich, głośnych dźwiękach.
Obaj, człowiek i zwierzę, z rosnącym niepokojem wpatrywali się w nadciągającą chmurę. Wreszcie, kiedy podeszła na kilkanaście kilometrów, rozpoznał co to jest. Co prawda, widywał to tylko w Holonecie, ale nie sposób było się pomylić: prosto na niego, dobre kilka kilometrów nad ziemią, sunął imperialny gwiezdny niszczyciel.
Zatkało go. Otworzył usta i gapił się, próbując zebrać myśli. To pewnie Cierń Imperium, okręt typu Imperial, pilnujący porządku w tym sektorze, a drgająca wokół niego chmura to myśliwce TIE.
Ale co on tu robi? Tak nisko? I dlaczego leci wprost na niego?
Estan przełknął ślinę. Poczuł, że robi mu się słabo. Może ktoś go zadenuncjował? Co prawda niczego niewłaściwego nie miał na sumieniu, ale czy w dzisiejszych czasach wiadomo, co jest właściwe, a co nie? Może powiedział coś, co nie spodobało się Imperialnym? Może w którejś prywatnej wiadomości cenzorzy wychwycili nieodpowiednie poglądy?
Blednąc coraz bardziej robił w myślach rachunek sumienia. Może kogoś do siebie zraził... ale do tego stopnia? Może któryś zawistny sąsiad wymyślił sposób, aby dobrać się do jego ciężko zapracowanych kredytów? Wiedział, że wystarczy cień podejrzenia i człowiek znika, jakby go nigdy nie było. Ale żeby od razu niszczyciel?
Cierń Imperium zbliżał się. Można już było odróżnić masę okrętu od chmary myśliwców. Te zaś nadlatywały z głośnym skowytem podwójnych silników jonowych. Prosto na Estana.
Wiedział, że nie ma najmniejszych szans na ucieczkę – nie na odkrytym terenie.
Oddychał coraz szybciej, wpatrując się w rosnące w oczach maszyny. Przez głowę przebiegały mu wspomnienia. Gorączkowo szukał wyjaśnień, usprawiedliwienia. Miał nadzieję, że jednak najpierw zechcą z nim porozmawiać, dadzą szansę, a dopiero potem zastrzelą.
Chociaż przerażony do granic możliwości, nie mógł nie podziwiać śmiercionośnego piękna trzech eskadr TIE, które w idealnych formacjach przelatywały nad jego głową. Za nimi powoli nadpływał niszczyciel. To tembr jego silników wywracał żołądek Estana do góry nogami. Vesel spłoszył się i pognał w stronę domu nie zważając na ciągniętą maszynę, która wywróciła się po kilku pijackich podskokach.
Cierń Imperium był tak nisko, że można było policzyć nity na kadłubie.
A więc tak wygląda gwiezdny niszczyciel! Imponujący to za słabe określenie. Estan gapił się na tony durastali z wolna przesuwające się nad nim. Niby pilnuje bezpieczeństwa szlaków w tym sektorze, niby ma budzić zaufanie, ale jak przyjdzie co do czego, to przysyłają tego potwora bez żadnego wyjaśnienia.
Człowiek niemal zapomniał o oddychaniu. Gdy w końcu zaczerpnął powietrza, poczuł rozsadzający piersi ból. Wciąż patrząc na dno okrętu osunął się na kolana. Nogi miał jak ze stymwaty, kiedy raz po raz zadawał sobie pytanie:
- Ale dlaczego? Co takiego zrobiłem?
Wycie myśliwców stopiło się z hukiem silników niszczyciela. Ziemia, na której klęczał Estan, drżała, powietrze wibrowało, przesiąknięte zapachem zjonizowanych cząsteczek. Mężczyzna upadł na wznak, nie mogąc dłużej walczyć z osłabieniem i bólem. Pomyślał, że kręci mu się w głowie, ale to tylko ruszało się stalowe niebo.
- To po mnie przylecieli – jęknął. – Ale za co?

Huk silników zupełnie go ogłuszył. Nie słyszał już nic, nie czuł na twarzy podmuchu wiatru. Widział tylko Cierń Imperium wbijający się w jego świat i niszczący wszystko, co napotkał.
W ostatnim przypływie świadomości Estan przypomniał sobie, że miał jeszcze obejrzeć paradę Armii Imperialnej w Stolicy.
Uśmiechnął się. Zrozumiał. Ale było już za późno.
- Wesołego Dnia Imperium – szepnął.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 6,75
Liczba: 4

Użytkownik Ocena Data
Hego Damask 9 2011-09-12 15:57:50
Resvain 7 2011-09-12 19:01:35
Jaro 6 2011-09-12 19:47:06
Matek 5 2011-09-12 18:31:21

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (9)

Jaro> Jasne że logiczne, choćby propagandowo - "każda planeta jest dla nas ważna, 'świetujemy' także na tych mniej istotnych!"

Jaro--> Ech, sobie po prostu przelecieli. Może latali co roku nad inną planetą? Kto wie? Takie było założenie. A jeśli ktoś znalazł w tym tekście coś jeszcze innego, to dobrze. Znaczy to jedynie, że pozornie zwykły tekst może mieć drugie dno, tak zupełnie przypadkiem. Różni czytelnicy, różne interpretacje. I o to przecież chodzi:)

@Kassila -> Zatem zacytuję:

"Położona na Środkowych Rubieżach, o (!) drugorzędnym (!) znaczeniu, utrzymywała się z rolnictwa i hodowli bydła. Mimo tego mieszkańcy nosili dumnie podniesione czoła i nie obrażali się za nazywanie ich (!) prowincjuszami (!)."

Na prowincjonalnej planecie, w szczerym polu, na którym - z racji niewymienienia innych osób - praktycznie nikogo nie ma, odbywa się wielka parada niszczyciela Imperial.

No sama powiedz: logiczne to?

No cóż. Gość po prostu dostał zawału. Myślał, że to po niego, a to po prostu był pokaz z okazji święta państwowego:)

Opowiadanko intrygujące, ale jednak chyba za duże końcowe niedopowiedzenie. Przez to całe przesłanie wydaje się, delikatnie rzecz ujmując, niezrozumiałe.

Mimo to szacunek należy się za warsztat, widać, że nie pierwszy to fanfic twojego autorstwa. Jeszcze jedna mała uwaga: wysokości raczej nie podajemy w kilometrach.

No więc opowiadanku udaje się zaintrygować (co nie zdarza się zawsze), aczkolwiek zbyt wieloznaczna końcówka nie pozwala mi wystawić czegokolwiek powyżej 6/10. Powodzenia i pisz więcej!

naprawdę niezły pomysł - w pierwszej chwili pomyślałem, że to kompletny idiotyzm wysyłać ISD na jakiegoś wieśniaka, ale wygląda na to, że celem było co innego, a on po prostu oberwał przy okzaji. Naprawdę niezłe, choć krótkie. 7/10

Niespodziewanie szybkie zakonczenie. Cóż, domyślam się, że celem niszczyciela wcale nie był Estan. Prawdopodobnie ukazałaś zwykłego mieszkańca Galaktyki, który nikomu nie winien dostał się w tryby wojny - może Rebelianci mieli podziemną bazę pod miejscem gdzie znajdowało się jego pole ? W każdym razie nawet fajnie to pokazałaś, ot malutki człowiek, który jest niczym w starciu z potęgą, i nawet nie wie czemu jego życie zakończy salwa z Niszczyciela. Dam 6/10 :)

Hmm, ale o co chodzi?

"Innego końca świata nie będzie" - jakoś tak, ten cytat przyszedł mi do głowy ;] Ciekawy pomysł i całkiem nieźle się tekst sprawdza jako taki short.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.