Twórczość fanów

Przekrzyczeć ciszę

autor: Mateusz "Kelan Navarr" Gostomski



I miejsce w bastionowym konkursie literackim, w kategorii "Miłość" (2011).


Szczęście jest niczym niewierna suka, nie zważająca na prośby i błagania. Gdy wydaje nam się, że zagościło w naszym życiu na dobre, gdy wszystkie sprawy zaczynają układać się w wymarzony sposób, uderza nas niczym asteroida… lub śmigacz prowadzony przez pijanego pilota. Stoję tu, w centrum galaktyki, spoglądając na niebosiężne wieżowce, pomiędzy którymi niczym mrówki w mrowisku przemieszczają się miliony pojazdów. Patrzę na płynący chodnikami tłum ludzi i czuję się samotny jak jeszcze nigdy w życiu. Morze świateł i neonów pod stopami, wzywa mnie obietnicą ukojenia, lecz naprawdę, czy żywa istota po osiągnięciu pewnego punktu nie przestaje czuć bólu, a wszelkie uczucia zostają wyparte przez otępiającą pustkę? Wiatr targa moje włosy, lecz nie czuję już niczego. Zamknięty w więzieniu własnego umysłu, ruszam na spotkanie z nieuniknionym.


Jaskrawe światło lampy brutalnie zaatakowało moje zmysły, gdy tylko spróbowałem otworzyć oczy. Znajoma, przesiąknięta zapachem jej włosów, woń poduszki, uzmysłowiła mi, że znajduję się w domu. Powoli uchyliłem powieki, starając się odczytać cokolwiek z zamazanego obrazu, jaki zmaterializował się przed moimi oczami. Ruchomy obiekt, w którym rozpoznałem droida sprzątającego, zdawał się nie zauważać mojej obecności, skupiony na innych zadaniach. Walcząc z otępiającym bólem głowy, podjąłem skuteczną próbę podniesienia się z łóżka. Pokój znajdował się jak zwykle z stanie kontrolowanego nieładu. Na podłodze, oskarżająco zwrócona w moją stronę, leżała pusta butelka Koreliańskiej Whiskey, zerkając na mnie swym opróżnionym wnętrzem. Moją uwagę przykuła migająca dioda niewielkiego urządzenia, znajdującego się przy wezgłowiu łóżka. Wcisnąłem przycisk, a nad niewielką tarczą ukazał się holograficzny obraz pięknej kobiety, na twarzy której igrał delikatny uśmiech. Mówiła coś, lecz do mych uszu nie dotarło ani jedno słowo. Zimny pot wystąpił mi na czoło, a ręce bezwiednie zaczęły się trząść. To nie mogła być przecież prawda. Martwa osoba nie jest w stanie nagrać zapisu holograficznego. Żart? Kto jednak mógł być aż tak okrutny?

… czekam na ciebie.

Nie. Ten głos nie mógł być fałszywy. Zapis zaczął być odtwarzany od nowa.

Hal, wybacz że zostawiłam cię samego praktycznie w środku nocy. Wyjaśnię, gdy się zobaczymy. Spotkajmy się później w …… czekam na ciebie.

- Gdzie się spotkamy?! – nie zapanowałem nad swym głosem.
Ponownie oglądnąłem nagranie, lecz za każdym razem w tym samym momencie zapis zniekształcał się, czyniąc niemożliwym zrozumienie kluczowej jego części. Narzuciłem na siebie ciuchy, które leżały rozrzucone po podłodze i chwiejnym krokiem skierowałem się do kuchni.
- Nina? – mój głos wypełnił pomieszczenie, choć sam nie zdawałem sobie sprawy dlaczego ją wołam. Nie oczekiwałem w końcu odpowiedzi. Nina zginęła przecież w tym cholernym wypadku i nic nie mogło mi jej zwrócić. Co jednak z nagraniem, które właśnie odtwarzało się kolejny raz? Może ten wypadek był jedynie koszmarem, z którego właśnie się obudziłem? Może to wszystko było jedynie wymysłem mojej chorej wyobraźni? Musiałem wyjść. Chociaż szukanie kogoś na oślep na Coruscant miało podobny sens do próby strącenia niszczyciela gwiezdnego z orbity za pomocą kamienia, nie potrafiłbym w agonii bezczynności czekać na jej powrót.
Drzwi zasunęły się za mną bezszelestnie. Po miękkim dywanie wyścielającym korytarz, ruszyłem w stronę windy. Czekała na mnie, zapraszając bezwstydnie rozsuniętymi drzwiami i jaskrawym światłem rozświetlającym jej wnętrze. Bez namysłu oddałem się w jej objęcia i runęliśmy ku poziomowi chodników.
- Dobry wieczór panu, Panie Ribbs – droid pełniący w naszym budynku funkcję recepcjonisty zabrzmiał dokładnie tak samo jak setki poprzednich razy. Zamyślony skinąłem jedynie głową. Większość mieszkańców nie siliłaby się nawet na taki gest. W pogoni za pieniędzmi i karierą, nie zauważali innych żywych istot, a co dopiero ich mechanicznych odpowiedników. Pośpiesznie wyszedłem na zewnątrz i nagle zamarłem w bezruchu. Nieopodal mnie, gnany gwałtowniejszymi podmuchami wiatru, majestatycznie przepłynął czarny, kobiecy szal. Przerażające było to, że był jedynym ruchomym obiektem w zasięgu mojego wzroku. Szare, nieprzesłaniane milionami pojazdów niebo, zawisło nieruchomo nad nieoświetlonymi, lśniącymi od deszczu chodnikami, których nie przemierzała żadna żywa istota. Otaczające mnie wieżowce, spoglądały na mnie posępnie ciemnymi oczodołami okien, nie zdradzając czyjejkolwiek obecności.
- Meri? – wezwałem droida wchodząc z powrotem do hallu.
M3R1 – tak brzmiał jego numer seryjny, lecz dla własnej wygody, zwracałem się do niego eliminując z nazwy liczby. Nigdy nie miał mi tego za złe. Zastanawiałem się czasem, czy był w ogóle w stanie czuć cokolwiek.
- Meri! – krzyknąłem ponownie, lecz nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Miejsce, w którym przed chwilą znajdował się droid, było obecnie puste.
- Jest tu ktoś? – ponowiłem pytanie, lecz ponownie jedyną odpowiedzią jaką otrzymałem było ledwie słyszalne buczenie wyświetlaczy holograficznych, zmieniających wystrój hallu w zależności od okazji. Zakląłem szpetnie, a me słowa echem potoczyły się po pustym korytarzu. Ponownie wyszedłem z budynku i po krótkiej chwili zawahania, ruszyłem na wschód. Mijałem puste przybytki różnego rodzaju, które na co dzień tętniły życiem o każdej porze dnia i nocy. Teraz niczym wraki po bitwie zastygły w bezruchu pod niedziałającymi neonami, ekranami i wyświetlaczami holoreklam. Szedłem tak, sam nie wiem jak długo. W międzyczasie nic nie zakłóciło nieskażonego ruchem obrazu, rozciągającego się przed moimi oczami. Jedynie niebo zdawało się stopniowo ściemniać. Pierwsze krople deszczu rozbiły się na moim czole, a niezliczona ilość ich bliźniaczych sióstr, skryła w swej mokrej zasłonie większość okolicznych budynków. Byłem już całkowicie przemoczony, gdy nagle w oddali zamajaczyło jakieś światło. Przyśpieszyłem kroku i po kilkunastu minutach, stanąłem u stóp gigantycznej holoreklamy. Beebleberry - głosił zachęcająco napis zasłaniający obfity biust czerwonoskórej, w bezpruderyjnie niedwuznaczny sposób przygryzającej dolną wargę Twi’lekanki - spełniamy pragnienia.
- Doprawdy? – mruknąłem do siebie.
W tym samym momencie obraz lekko się rozmazał i miejsce Twi’lekanki zajęła odwrócona tyłem kobieta o nienagannej sylwetce. Linia jej kręgosłupa falowała delikatnie, współgrając z nieznacznymi ruchami bioder. Kobieta uniosła ręce ku kaskadzie kasztanowych włosów, opadających jej na plecy i uniosła je, wplótłszy w nie dłonie. Odwróciła głowę, ukazując nad lewym ramieniem profil swojej twarzy. Zamarłem w bezruchu, nie mogąc dobyć z siebie słowa. Osoba, która oblizała właśnie ponętnie usta, była moją żoną. Otarłem oczy z zalewającej je wody i uniosłem wzrok na holoreklamę. Czerwonoskóra Twi-lekanka w przekonujący sposób zachęcała do odwiedzin klubu, jak gdyby nigdy nie zniknęła z ogromnego ekranu.
Nie potrafię wytłumaczyć w jaki sposób dotarłem na miejsce, lecz po upływie bliżej nieokreślonego czasu, który mógł się zamknąć zarówno w godzinie, jak i dwóch, dotarłem do Beebleberry. Woda strumieniami spływała po świecącym na czerwono logo klubu, przedstawiającym kobietę kąpiącą się w kieliszku szampana, zawieszonym nad wejściem. Klub był jedynym oświetlonym budynkiem jaki dostrzegłem. Skąpany w fioletowym, niezbyt nachalnym świetle front masywnej budowli, sprawiał zdecydowanie pozytywne wrażenie, odstając poziomem od często wulgarnych przybytków tego typu. Beebleberry cieszyło się zresztą opinią jednego z najlepszych klubów nocnych na całym Coruscant, a jeśli chodzi o urodę tancerek, ponoć nie miało sobie równych. Gdy zbliżyłem się do drzwi wejściowych, te rozsunęły się bezdźwięcznie, a mych uszu dobiegła muzyka. Niepewnym krokiem zagłębiłem się w spowity w półmroku, krótki korytarz, wystarczająco szeroki, by pomieścić przynajmniej dziesięciu mężczyzn idących ramię w ramię. Korytarz doprowadził mnie od głównej sali, gdzie na wprost znajdowała się wielka scena, na której swe wdzięki prezentowały największe gwiazdy klubu. Nade mną, wychylając się ciekawie, zawisły balkony kolejnych dwóch pięter. Tam, na niewielkich, podobnych do klatek świetlnych scenach, swe wdzięki prezentowały tancerki wciąż budujące swoją renomę. Machinalnie, jak gdybym znajdował się pod czyjąś kontrolą, zbliżyłem się do jednego z podświetlanych białym światłem stolików i zająłem miejsce z doskonałym widokiem na scenę. Żadne inne miejsce nie było zajęte. Nagle muzyka ucichła, wszystkie światła w klubie przygasły i po chwili klub wypełniły dźwięki nowego utworu. Jeden z reflektorów wydobył ją z mroku, sprawiając, że w jednej chwili stała się całym moim światem.
- Nina – szepnąłem, nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
Ona tymczasem rozpoczęła taniec, jak gdyby spoglądało na nią kilka tysięcy oczu. Płynęła wraz z muzyką, ubrana w krótką, błyszczącą sukienkę, w której światło odbijało się niczym w niezliczonej ilości mikroskopijnych diamentów. Nie zauważając mnie, odwróciła się i pociągnęła za jeden z końców niewielkiej kokardki znajdującej się poniżej jej lewego obojczyka. Sukienka samoistnie zsunęła się na ziemię, prezentując pełnię wdzięków jej właścicielki. Nerwowo przełknąłem ślinę, spoglądając na spektakl, niczym zahipnotyzowany. Nagle dostrzegła mnie siedzącego w bezruchu, zapatrzonego w nią niczym w dzieło sztuki najwspanialszego artysty. Uśmiechnęła się nieznacznie i kokieteryjnie wydęła usta. Wszystko przestało mieć dla mnie znaczenie. Wpatrywałem się w nią, nie wierząc w me szczęście, do momentu, gdy występ nie dobiegł końca i ciemność nie skryła jej ponownie przed moimi oczami.
Ukazała się w jednych z niewidocznych na pierwszy rzut oka drzwiach i pewnie ruszyła w moim kierunku.
- Witaj przystojniaku – powitała mnie z uśmiechem na ustach.
Głos uwiązł mi w gardle.
- Nina – zdołałem z siebie wykrztusić – skarbie.
- Dla ciebie mogę być kim tylko zechcesz – bawiąc się włosami, nawinęła ich pukiel na palec.
- O czym ty mówisz, nie poznajesz mnie?
- Nie rozumiem co masz na myśli, ale jeśli tylko masz ochotę, z rozkoszą poznam cię… dogłębniej.
- Co się tutaj dzieje? – mój głos zabrzmiał obco. – Kim jesteś?
- Kim tylko chcesz bym była. Uosobieniem twoich najskrytszych marzeń i pragnień. Jestem tu tylko dla ciebie.
- Wyglądasz dokładnie jak ona – powiedziałem, czując jak część mojego mózgu, odpowiedzialna za logiczne myślenie, stanowczo się buntuje – twój głos, uśmiech… nawet kolor włosów. To niemo…
- Chodź. Czekałam na ciebie – przerwała mi, nachylając się ku moim ustom i pociągnęła mnie w kierunku drzwi dla specjalnych klientów. Drzwi, przez które kiedyś przechodziłem wielokrotnie.


Głuche uderzenia kropel o szybę wyrwały mnie ze snu. Na wpół przytomnym wzrokiem potoczyłem wokół, ze zdumieniem zauważając, że znajduję się we własnym mieszkaniu. Przezwyciężając ból, który nie dając mi ani chwili wytchnienia rozrywał moją czaszkę, usiadłem na posłaniu. Pod ścianą, pokryte kilkutygodniową warstwą kurzu, stało w równym rzędzie kilka pustych butelek. Coruscancka Brandy, Sullustański Gin i kilka butelek po Koreliańskiej Whiskey, ustawione od największej do najmniejszej tworzyły dość osobliwy widok. Podniosłem się z trudem i zostawiając ślady na pokrytej kurzem posadzce ruszyłem na balkon. To tylko sen Paul – pomyślałem – jedynie wytwór twojej chorej wyobraźni. Wszedłem na balkon i stawiając nagie stopy na jego zimnej i mokrej powierzchni, podszedłem do balustrady.
- Co się tu do cholery dzieje – szepnąłem, a wiatr wyrwał słowa z mych ust, przy okazji uderzając we mnie ścianą wody.
Nic nie uległo zmianie. Szare chmury kłębiły się nad wymarłym, pogrążonym w ciemnościach miastem, które zaciekle bombardowały krople deszczu. Wielokilometrowe, niebosiężne budynki niknęły w ich objęciach, ciemne i milczące, a żaden odgłos nie mącił jednostajnego szumu deszczu ścierającego się w zaciętej walce z wyciem wiatru. Wszedłem do mieszkania i otoczyła mnie cisza. Nie potrafiłem zrozumieć tego co się dzieje, lecz pchany jakąś wewnętrzną potrzebą, kilka minut później biegłem ku szybowi windy.
- Meri! – krzyknąłem z ulgą w głosie, gdy w hallu zobaczyłem droida zarządzającego
- Witam panie Ribbs – droid odpowiedział tym samym tonem co zwykle. – Czy jest coś co mogę dla pana zrobić?
- Najlepiej wytłumacz mi co tu się dzieje.
- Nie bardzo rozumiem panie Ribbs – gdyby droid mógł rozszerzyć oczy ze zdziwienia, pewnie właśnie by to zrobił.
- Gdzie wszyscy się podziali! – czułem, że powoli tracę panowanie nad sobą.
- Gdy tak stawia pan sprawę – M3R1 na swój elektroniczny sposób analizował sytuację. – Faktycznie ostatnio panuje tu mniejszy ruch.
Nie mając siły na kontynuowanie dyskusji, mruknąłem coś pod nosem i ruszyłem w kierunku wyjścia.
- Panie Ribbs! – mechaniczny głos M3R1 poniósł się po hallu. – Ktoś prosił, by to panu przekazać.
Odwróciłem się i dostrzegłem, że droid w swej tytanowej dłoni trzyma jakiś przedmiot. Podszedłem bliżej i wziąłem do ręki niewielką, metalową kartę, z wygrawerowanym logo hotelu „The Elite”. Odwróciłem kartę i o mało nie wypadła mi z dłoni. Ktoś eleganckim, kobiecym pismem, w którym bez trudu rozpoznałem charakter pisma Niny, napisał na panelu dotykowym karty „Czekam na Ciebie”.
- Kto to tu zostawił? – spytałem, czując jak głos mi się łamie.
- Nie wiem panie Ribbs. Leżało na blacie, z doczepionym numerem pańskiego mieszkania.
Bez słowa wybiegłem na ulewę i nie zważając na fale wody zalewające mi oczy, ściskając w dłoni kartę, ruszyłem w kierunku wskazanego celu. Szczęśliwie „The Elite”, znajdował się w odległości, którą można było pokonać chodnikami w ciągu kilku godzin. Walcząc z nawałnicą parłem do przodu pod czujnym spojrzeniem martwych okien, górujących nade mną wieżowców. Nie wiem jak długo szedłem. Sam pomysł przemieszczania się po Coruscant na nogach był przecież niedorzeczny i nikomu o zdrowych zmysłach nie wpadłby do głowy. Niestety w obecnym stanie nie mogłem zaliczać się do tej grupy, a nawet gdyby, na całej cholernej planecie nie było najwyraźniej żadnego pojazdu. Zacząłem już sądzić, że pomyliłem drogę i zmierzam w zupełnie innym kierunku niż zamierzony, gdy zza jednego z budynków, w oddali wyłoniła się charakterystyczna sylwetka „The Elite” – jednego z najbardziej luksusowych hoteli na planecie. Choć nie był najwyższym budyniem w okolicy, jego wygląd budził uznanie. Teraz nieczuły na spływające po nim kaskady wody, wzywał mnie do siebie, niczym strażnik tajemnic. Mimo zmęczenia ruszyłem biegiem, mając przed oczami uśmiechniętą twarz Niny.
Gdy znalazłem się u stóp budynku, nieoczekiwanie i nagle jak za pstryknięciem palcami, ulewa ustała. Zatrzymałem się zdumiony, spoglądając w niebo wciąż mieniące się odcieniami szarości. Najdelikatniejszy nawet powiew wiatru nie musnął mojej twarzy. Wszystko zdawało się zastygnąć w pełnym napięcia oczekiwaniu. Wszedłem do pogrążonego w ciemności hotelowego hallu.
- Nina! – krzyknąłem, natychmiast zdając sobie sprawę jak naiwnie się zachowuję.
W odpowiedzi, gdzieś w oddali rozsunęły się drzwi windy, zalewając światłem fragment posadzki. Sam nie wiedząc dlaczego, ruszyłem ku nim. Gdy tylko przekroczyłem próg wykańczanej złotem kabiny, drzwi zasunęły się za mną i ruszyłem w górę. Kilkadziesiąt sekund później dotarłem na miejsce, a moim oczom ukazał się skąpany w całkowitych ciemnościach korytarz. Postawiłem poza windą pierwszy, niepewny krok, a miękki niczym trawa dywan poddał się naciskowi mojej stopy. W oddali zapaliła się samotna, przypodłogowa lampa. Po krótkiej chwili zawahania, wpatrzony w niewielkie światło, wstąpiłem w objęcia ciemności. Drzwi windy zasunęły się za mną, odcinając drogę ewentualnej ucieczki. Pogrążony w nicości szedłem ku jasnemu punktowi, będącym moim jedynym łącznikiem z rzeczywistością. Gdy zbliżyłem się do niego, zgasł, a kolejny zapalił się w oddali zachęcając do dalszego marszu. Gdy wędrówka zdawała się trwać już całą wieczność, na ścianie tuż obok mnie, rozbłysł czytnik kart umiejscowiony tuż obok bogato zdobionych drzwi z numerem 1407. Z wnętrza apartamentu dochodziły stłumione głosy. Wyszarpnąłem z kieszeni kartę otrzymaną od Meriego i przyłożyłem do czytnika. Drzwi do pokoju odsunęły się i bezszelestnie wślizgnąłem się do środka. Stłumione głosy dochodziły z najodleglejszej części apartamentu. Ostrożnie przemierzyłem urządzony z przesadnym przepychem pokój dzienny i zbliżyłem się do uchylnych, drewnianych drzwi prowadzących do sypialni. Z jej wnętrza dochodziły odgłosy kłótni między mężczyzną i kobietą. Nagle przeraźliwy krzyk kobiety wypełnił powietrze. Nie czekając ani sekundy dłużej, naparłem barkiem na drzwi, które ustąpiły pod impetem uderzenia. Na łóżku siedziała naga Nina, a przed nią, obecnie odwrócony do mnie tyłem, stał nieznany mi mężczyzna, dzierżący w dłoni blaster. Odwrócił się zaskoczony moim wtargnięciem i skierował broń w moją stronę. Był jednak zbyt wolny. Moja pięść samoistnie wystrzeliła w kierunku jego szczęki, bezbłędnie dochodząc celu. Napastnik zatoczył się na łóżko, upuszczając broń na podłogę. Nie czekając na rozwój wypadków dopadłem do niego i drugi raz potężnie zdzieliłem w głowę, posyłając go na ziemię.
- Skarbie! – wydyszałem z trudem, przenosząc wzrok na kobietę, która z przerażeniem w oczach przyglądała się całemu zajściu. –Już wszystko w porządku. Jestem przy tobie.
Kątem oka dostrzegłem ruch na podłodze i natychmiast zrozumiałem swój błąd. Przeniosłem wzrok na mężczyznę, który mierzył do mnie z upuszczonego wcześniej blastera. Poczułem jak zimny pot występuje mi na czoło, a serce zaczyna walić jak oszalałe. Nie dlatego, że zaraz miałem zginąć. Mężczyzną, który trzymał mnie na muszce byłem ja. Jego palec drgnął na spuście.


Promienie słońca wpadające przez okno omiotły moją twarz. Otwarcie oczu ponownie uzmysłowiło mi, że znajduję się we własnej sypialni. Usiadłem na łóżku, stawiając stopy na czystej podłodze, na której nie leżała żadna pusta butelka. Promienie zachodzącego słońca natrętnie wdzierały się do środka, przez częściowo zasłoniętą szybę. W czarnej, błyszczącej posadzce dostrzegłem swoje odbicie. Przez umysł przeleciały mi obrazy minionych wydarzeń i nagle dotarła do mnie przerażająca prawda. Uderzyła mnie z siłą asteroidy, prawie doprowadzając moją głowę do eksplozji. Jęknąłem, kryjąc twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko po raz pierwszy od wielu lat. Poznałem Ninę na Alderaanie, na rok przed jego zniszczeniem przez armię imperialną, w czasie wyjątkowo nudnego przyjęcia z równie nudnymi gośćmi. Wspólne spacery w deszczu czerwonych i żółtych liści spadających z drzew, dały początek czemuś, czego żadne z nas się nie spodziewało i na co nie było gotowe. Pobraliśmy się wbrew wszystkiemu, zdecydowani dzielić chwile radości i smutku. Nie wiem co poszło nie tak, ani kto był temu winien. Nigdy nie twierdziłem, że byłem doskonały. Cholera, czasem byłem nie do wytrzymania. Osiem lat później nasze uczucie podzieliło los miejsca, w którym się poznaliśmy. Naturalnie nie tak spektakularnie. Po prostu stopniowo zaczęło dogasać, aż pewnego dnia mocniejszy podmuch wiatru zgasił je doszczętnie. Każde z nas poszło w swoją stronę, a kilka miesięcy później dotarła do mnie wiadomość, że Nina z kimś się spotyka. Informacja ta kosztowała mnie kilkaset kredytów, ale otrzymałem za nie również informacje wskazujące dokładne miejsce i czas ich kolejnego spotkania. Zresztą szczęśliwie nigdy nie musiałem zbytnio liczyć się z pieniędzmi.
- The Elite! Przynajmniej pieprzy się z klasą – mruknąłem wtedy, będąc już mocno pod wpływem. Gwoli prawdy w tym okresie rzadko kiedy nie byłem.
W dniu wyznaczonego spotkania, po długiej wizycie w barze postanowiłem złożyć wizytę swojej byłej żonie i nowemu właścicielowi jej serca. Poszedłem do The Elite i używając swoich wpływów, zdobyłem numer pokoju w którym przebywała...
- Co ja zrobiłem! – jęknąłem, a z rozpaczy miałem ochotę wydrapać sobie oczy. Nina nie zginęła w wypadku śmigacza. To ja ją zabiłem. Ją i mężczyznę, którego zastałem z nią w łóżku i nic nie mogło tego faktu zmienić. Zabiłem osobę, którą w głębi duszy kochałem nawet gdy pozwoliłem jej od siebie odejść. Zabiłem z zimną krwią i niczym zaszczute zwierzę, uciekłem przed policją, która pojawiła się na miejscu. Uciekłem na dach hotelu The Elite…


Stoję na balkonie oparty o balustradę, spoglądając na skąpane w promieniach zachodzącego słońca opustoszałe miasto. Patrzę na wiatr wzbijający w powietrze rozrzucone tu i ówdzie śmieci, jakby zachęcając je do zabawy. Nie wiem, czy dostanę drugą szansę, lecz jestem w stanie pogodzić się z każdą możliwością. Jestem świadom tego co uczyniłem i nie śmiem oczekiwać czegokolwiek. Będę tu więc czekał choćby i całą wieczność, by móc być z nią choć przez jeszcze jedną krótką chwilę. Ledwie słyszalny dźwięk przykuwa moją uwagę. Wstrzymuję oddech nasłuchując. Czy to mój umysł wymyślił dla mnie kolejną torturę, czy słyszę czyjeś kroki? Spoglądam na niebo i widzę samotny, pożółkły liść gnany w moim kierunku podmuchami wiatru.

Koniec


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,50
Liczba: 4

Użytkownik Ocena Data
NeyoD 10 2011-09-27 15:51:29
Kasis 10 2011-09-26 20:21:08
Solo11 10 2011-09-26 20:17:04
Jaro 4 2011-09-27 17:02:31

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (3)

No cóż, jest parę problemów z tym opowiadaniem. Po pierwsze taki, że ten fanfic jest gwiezdnowojenny tylko z konieczności. No bo sam powiedz: czy zamiana droida na zwykłego recepcjonistę, a zalanego deszczem Coruscant na Manhattan wpłynęłaby w większym stopniu na ostateczny kształt tekstu? No właśnie.

Po drugie: nadmiar patosu. Ja wiem, że konwencja "nua" rządzi się swoimi prawami, ale jednak w pewnych momentach odnosiłem wrażenie, że przesadzasz z poetyckością bohatera.

Moja rada: więcej klimatu SW, mniej deszczu i mniej patosu. 4/10

Nie ma co, jedno z lepszych opowiadań jakie czytałem. Gratuluję.

Bardzo ciekawe, podoba mi się pomysł, wykonanie i ten klimat noir.
Jedyny minusik, to, jak dla mnie, troszkę za dużo deszczu na Coruscant, nawet jeśli nie wszystko jest tu tym na co w pierwszej chwili wygląda.
W każdym razie to zdecydowanie perełka w naszej biblioteczce ;]

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.