Twórczość fanów

Mój najlepszy wróg

autor: Marcin "Vua Rapuung" Waniek



II miejsce w bastionowym konkursie literackim, w kategorii "Zbrodnia" (2011).


Korytarze twierdzy ciągnęły się bez końca, wiodąc ich coraz głębiej i głębiej. Kroki odbijały się głośnym echem po słabo oświetlonych, wyłożonych szarymi panelami przejściach. Oceniał, że znajdowali się już dobrze pod powierzchnią gruntu, a nadal schodzili w dół po obwodzie ogromnej spirali. Jak na tak małą planetę, Tantal IV utrzymywał zaskakująco wielkie więzienie. Nie świadczyło to zbyt dobrze o władzach globu, ale w końcu nie przybył tu, aby się osiedlić.
Dotarli wreszcie do potężnej śluzy z przeszło dwumetrowej grubości durastali. Zamontowanej tu niewątpliwie na wypadek, gdyby któryś więzień zdołał przemycić w tyłku pancernik kieszonkowy.
Piekła krąg ósmy – mordercy, gwałciciele i oszuści podatkowi.
Za monstrualnymi wrotami mieścił się niewielki posterunek oraz bliźniaczo podobna do poprzedniej bariera. Kolejny przystanek, kolejna kontrola. W milczeniu pozwolił się omieść wiązce rozmaitych czujników, po czym – rzecz nie do wiary – poddał się kontroli osobistej. Stłumił ciche przekleństwo, czując na sobie ręce wielkiego, zarośniętego strażnika. Najwyraźniej w całej Galaktyce więzienia przyciągały entuzjastów szorstkiej, męskiej miłości.
- Pan wybaczy, taka tradycja – Johansson wykrzywił małpią gębę w parodii współczującego uśmiechu. Jego, jako funkcjonariusza tantalskich służb, tradycyjne obmacywanie rzecz jasna ominęło.
Jego towarzysz mruknął coś pod nosem. Kontrola wypadła najwyraźniej równie pomyślnie, co wszystkie poprzednie, ciężkie wrota odsunęły się bowiem z cichym zgrzytem. Ruszyli dalej.
Wsunął niesiony pakunek pod ramię i starannym ruchem wygładził galowy, zielono-pomarańczowy mundur Koreliańskich Służb Bezpieczeństwa. Szarpnięciem poluzował uciskający kołnierzyk koszuli. Z rozbawieniem zauważył, jak bardzo spocone miał ręce. Zupełnie, jak przed ostatnim egzaminem, uśmiechnął się do siebie.
Rudowłosy Tantalczyk uznał najwidoczniej uśmiech za zachętę do podjęcia konwersacji, zagaił bowiem ponownie:
- Największy zakład karny w całym sektorze. Jeszcze nikt nigdy z niego nie uciekł.
- Aha.
- Wie pan, zazwyczaj nie przyznaje się prawa do odwiedzin w celi śmierci. Zwłaszcza w dniu egzekucji – zaznaczył zgryźliwie.
- Och, jestem pewien, że nasz ambasador wyraził już wdzięczność we właściwy sposób – Korelianin wyszczerzył bezczelnie zęby.
Dotarli wreszcie do kolejnych pancernych wrót.
Piekła krąg dziewiąty – przestępcy polityczni.


***


Siedział za szerokim, wypucowanym na błysk stołem. Jaskrawo-pomarańczowy więzienny uniform. Ręce skute elektrokajdankami. Potężne bary. Wygolona na łyso głowa, odbijająca oślepiające światło jarzeniówki. Bystre oczy pod łukiem krzaczastych brwi. I zęby błyszczące w szerokim uśmiechu.
- Przyniosłeś! Naprawdę przyniosłeś! – wykrzyknął więzień, oblizując mimochodem wargi.
Korelianin bez słowa rzucił mu niesiony pakunek. Ten błyskawicznie rozerwał foliowe opakowanie i wgryzł się w aromatyczną zawartość. Na usta wypłynął mu błogi uśmiech.
- Nie ma to jak koreliański ryshcate. Dobrym ryshcate’em można się napruć równie solidnie, co butelką brandy, której, jak wnoszę, nie przyniosłeś – spojrzał spod oka na korsekowca. – To tutaj nie jest może najlepsze, tym niemniej pokorne dzięki.
Zbity nieco z tropu rudzielec przyjął wreszcie pozycję zasadniczą i rzekł:
- Kapitan Johansson. Polecono mi dostarczyć pana na miejsce egze…
Skazaniec wybałuszył oczy i przerwał mu bezceremonialnie:
- Aaa! To mówi! A zastanawiałem się, po co, do cholery, ktoś ubrał małpę w mundur.
Tantalczyk poczerwieniał błyskawicznie, wykrzywił w gniewie twarz i sięgnął do kołyszącej się u boku pałki. Ujrzawszy jednak pod sufitem czujne oko kamery zmitygował się, cofnął rękę i kopniakiem odsunął pod ścianę jedno z krzeseł. Plastikowy mebel zatrzeszczał niebezpiecznie pod jego ciężarem.
- Ma pan dziesięć minut – mruknął pod nosem.
Więzień wyszczerzył się jeszcze raz w jego kierunku, po czym wzruszył ramionami i powrócił do pałaszowania ciemnego ciasta.
Korelianin tymczasem ani na chwilę nie spuścił z niego oka, obserwując każdy ruch skazańca. Po chwili zaczął recytować spokojnym głosem:
- Niko Braxxa alias Lorenzo von Matterhorn alias Mały Nicky alias książę Ahamad ibn Fadlan alias brat Niko aka kilka innych pseudonimów. Urodzony w Hollowtown, wychowany na Dralii, tam też notowany po raz pierwszy. Aresztowany w sprawie kradzieży rzeźby Tarki-Nulla z rezydencji księżnej Esterhazy. Zwolniony z powodu braku dowodów. Dalej poszło już z górki. Podejrzewany o udział w przeszło pół setce przekrętów w całej Galaktyce. Poszukiwany przez władze siedemnastu systemów gwiezdnych za oszustwa, kradzieże oraz przestępstwa na tle obyczajowym. Uznany za wcielenie Boga-Złodzieja przez czcicieli Dramaputhry. Ścigany przez koreliański wymiar sprawiedliwości w związku z incydentem na Placu Szmaragdowym.
- Heh, to były czasy – parsknął z pełnymi ustami Braxxa.
- Że o zmarnowaniu czterech lat z mojego życia nie wspomnę – kontynuował Korelianin. – Schwytany wreszcie na Tantalu IV i skazany na śmierć za zbrodnie przeciw Koronie. Publiczna egzekucja zaplanowana na dziś.
Niko tymczasem zbierał poślinionym palcem ostatnie okruchy ciasta. Odrzucił wreszcie opróżnione opakowanie i z rozkoszą pomasował się po brzuchu.
- No, jak na ostatni posiłek, całkiem niezłe – westchnął. – Rozumiem, że to miało mi zaimponować. Te cytaty z kartoteki znaczy. Wyobraź sobie, przyjacielu...
- Nie jestem…
- Wyobraź sobie, że i ja to i owo wiem – ciągnął niezrażony Braxxa. – I to pomimo faktu, że nikt mi żadnych akt do lektury nie dawał – poprawił się na krześle, odchrząknął znacząco i zaczął recytować, parodiując ton oficera. – Paxton Redwyne. Mogę ci mówić Pax? Urodzony i wychowany w błyszczącej perle wszechświata, Koronecie. Rozwiedziony, szerzej znanych potomków brak. Akademia Korseku ukończona z wyróżnieniem, w ramach kontynuacji długiej rodzinnej tradycji. Jeden z najmłodszych kapitanów Koreliańskiej Służby Bezpieczeństwa w dziejach. Lubi długie spacery po plaży i domową kuchnię. A nie, czekaj, to ja. Od paru lat rozwój kariery jakby zwolnił…
Delikatnie powiedziane, przemknęło przez myśl Redwyne’owi.


***


Stary wrzeszczał coraz głośniej.
- Słyszałeś w ogóle, co ten zasraniec zrobił?
Oczywiście, że słyszał. Cała planeta już chyba słyszała.
- Idzie sobie pieprzona delegacja pieprzonych imperialnych moffów przez pieprzony plac…
Szmaragdowy. Plac nazywał się Szmaragdowy, nie Pieprzony.
- Orkiestra, czerwony dywan, dwudziestometrowe holofigury poprzednich Dyktatów, pełna pompa. Wszyscy wyglądają co najmniej jakby sam Palpatine miał im właśnie przypinać medale. Aż tu nagle, rozumiesz, wszystkie te absurdalnie wielkie holostatuy robią sru!, gacie w dół i wypinają tyłki w stronę imperialnych. Ci cali czerwoni, widać, że wkurwieni jak sto pięćdziesiąt, a tymczasem nasi oficjele rzucają się, nie wiedzą, co robić, jak dzieci we mgle. W końcu jakiś bystrzacha doszukał się głównego wyłącznika i wszystko padło.
- Wszystko pięknie, szefie, tylko co nam do tego? Myślałem, że zajmujemy się prawdziwymi przestępstwami. Morderstwa, gwałty, handel prochami na ten przykład. A nie jakieś dowcipy.
Stary łypnął na niego spod krzaczastej, siwej brwi.
- Kiedy Coruscant, przepraszam, Centrum Imperialne śle dyplomatyczne noty, to już nie jest dowcip.
Redwyne wciągnął powietrze. Sprawa śmierdziała coraz bardziej. Wezwanie do biura Starego rzadko kiedy zwiastowało coś dobrego, ale tu pachniało czymś naprawdę paskudnym.
- W związku z tym polecono mi oddelegować kogoś do tej sprawy.
Nie.
- Śledztwo będzie wymagało naszego najjaśniejszego umysłu.
Nie.
- Dlatego też wysyłam…
Nie.
- Ciebie.
Nie!
- Dlaczego ja? Przecież to będzie jak szukanie igły w stogu siana. Braxxa już dawno się zmył z układu. Skoro zostawił wiadomość, to pewnie jeszcze przed ceremonią.
Stary pochylił się nad biurkiem i wykrzywił pobrużdżoną kanionami zmarszczek twarz.
- A kogo twoim zdaniem powinienem wysłać? Antillesowi przedwczoraj urodził się syn, Garragner to siostrzeniec aktualnej kochanki Dyktata. A cała reszta wykazała się odrobiną instynktu samozachowawczego, nagle dokonała przełomu w swoich śledztwach i musiała wybyć poza planetę.
A zastanawiał się, dlaczego w biurze jest tak pusto. Paxton widział swoją najbliższą przyszłość w coraz ciemniejszych barwach.
- Bez dyskusji. Kogoś odpowiadającego opisowi widziano wsiadającego na prom do systemu Oseona. Na twoim miejscu dobrze bym się wyspał. Jutro wylatujesz.


***


- System Oseona – powtórzył Redwyne. – A potem Bilbringi. A potem Bakura. A potem Koło, Bonadan, Rodia, kilka innych systemów. I znowu Bilbringi.
- Oj tak, zwiedziliśmy razem kawałek Galaktyki za pieniądze podatników. Ty i ja, co Pax? No, zakładając, że ludzie, których okradałem, płacili podatki.
- Tak, można to chyba tak ująć. Ale wszędzie trafiałem tylko na stygnący trop. Pierwszy raz zobaczyłem cię na własne oczy dopiero w tej zapadłej dziurze na Odległych Rubieżach.
- Pamiętam.


***


Paxton poprawił dyskretnie kaptur i rozejrzał się jeszcze raz po zgromadzonych, wsuwając się jednocześnie głębiej w cień. Banda obszarpańców i wykolejeńców w niezwykłym skupieniu przypatrywała się występowi. Na rzęsiście oświetlonej scenie mały, groteskowy człowieczek prezentował repertuar tradycyjnych, magicznych sztuczek. Wszystko to czynił w asyście potężnie zbudowanej żony i dwójki drągowatych synów.
Redwyne’a bardziej od sztukmistrza interesowała publiczność. Starał się dojrzeć pod szerokimi kapeluszami, przeciwpromiennymi goglami i kłakowatymi zarostami znajome cechy. Postać wiercąca się niecierpliwie w drugim rzędzie wydawała się obiecująca, dopóki w nagłym błysku reflektora nie dostrzegł, że to kobieta. Czyżby informator kłamał?
Magik wyciągnął ze stożkowatego kapelusza królikopodobne stworzenie, które kicało teraz po deskach estrady i ciekawie przyglądało się zakazanym gębom widzów. W chwilę później z ust sztukmistrza wyleciało stadko kolorowo upierzonych ptaków, czym zasłużył sobie na gromkie brawa.
Tam! Stał oparty swobodnie o ścianę namiotu. Gęsta, zapewne fałszywa broda i skórzany czepiec narzucony na głowę dość skutecznie maskował jego aparycję, ale te oczy i ten charakterystyczny, wydatny nos.
Paxton wsunął ręce w kieszenie i powoli ruszył w stronę podejrzanego. Jedną dłoń zaciskał już na podręcznym paralizatorze, drugą na kolbie blastera. Iluzjonista zapowiedział tymczasem swój popisowy numer. Kolejne obiekty znikały bez śladu po przejściu przez wielką obręcz.
Był już zaledwie kilka kroków od celu, gdy w krąg światła tuż przed nim wpadł, cuchnąc przeraźliwie, kolejny obszarpaniec.
Złapawszy oddech zawołał donośnie:
- Hej, magiku! Przyszła wiadomość! Boba Fett jest na planecie…
Zakotłowało się. Braxxa – Redwyne był już pewien, że to on – spojrzał w jego stronę. W jego oczach błysnęło zrozumienie.
- … i szuka właśnie ciebie! – dokończył zdyszany obdartus.
W jednej chwili wydarzyło się kilka rzeczy. Niesamowity Magwit zakrztusił się połykanym właśnie ptakiem i padł na ziemię, rozpaczliwie przebierając wszystkimi kończynami. Niko Braxxa uchylił nakrycia głowy, uśmiechnął się kpiąco i przemknął pod poluzowaną płachtą namiotu. A między Paxtonem a wyjściem zaroiło się nagle od ludzi.
Nim udało mu się wydostać na zewnątrz, magik zdążył już skonać, a jego cel zniknął bez śladu.


***


- Czego właściwie szukałeś na tym zadupiu kosmosu?
- Odwiedzałem starego przyjaciela. Niesamowitego Magwita właśnie.
- Sentymenty?
Braxxa roześmiał się cicho.
- Prawie tylko i wyłącznie. Chciałem też pożyczyć parę tych jego obręczy do pomocy przy następnej robocie.
- Fett trochę pokrzyżował ci plany.
- E tam, zastąpiłem je czymś innym. Chociaż przyznam, że wytresowanie kowakiańskiej małpojaszczurki zabrało mi trochę czasu. A Fetta zdążyłem jeszcze zobaczyć.
- Naprawdę?
- Kilka dni później odbył się pogrzeb Magwita. Ty się nie pojawiłeś, za to on – i owszem. Mało się nie zeszczałem ze strachu, jak tam wparował w tej swojej konserwie, cały obwieszony bronią. No, ale nie o mnie mu chodziło. Otworzył trumnę, obwąchał ciało i poszedł. Mówię ci, całkiem równo pod sufitem to on nie ma. Z drugiej strony, gdybym całe życie spędził z wiadrem na głowie, też by mi pewnie odwaliło.
- I z tego strachu aż musiałeś poszukać duchowego pocieszenia.
- Dokładnie – wyszczerzył zęby Braxxa. – Rzecz jasna kwestia Kon-i-suura miała tu pewne znaczenie.


***


Redwyne westchnął i oparł się o parapet potężnego okna. Poniżej Wielką Świątynię opuszczała wreszcie uroczysta, doroczna procesja. Pośród gęsto wypełniających ulice tłumów płynęła przystrojona kwiatami platforma. Najwyższy kapłan wznosił rękę w geście pozdrowienia. Na jego szyi błyszczał Kon-i-suur, ogromny wisior z życioklejnotów, jeden z najświętszych artefaktów Dramaputhry. Wśród przyglądających się procesji dominowali przystrojeni w białe szaty wyznawcy kultu z wieńcami kwiatów na szyjach, tym niemniej dostrzec można było również wielu turystów, przyciągniętych przez barwną oprawę święta.
Korelianin przeciągnął się i ruszył korytarzami świątyni. Najwyższy kapłan kategorycznie odmówił wydania Braxxy, twierdząc, że wszystkie jego przeszłe przewinienia zostały wymazane, gdy wstąpił w szeregi wyznawców Dramy. Tym niemniej nie zabronił Paxtonowi poszukiwań, w związku z czym Redwyne spędził kilka ostatnich dni przechadzając się po ogromnym kompleksie świątynnym w poszukiwaniu śladów zbiega.
Idąc, wodził wzrokiem po barwnych malowidłach pokrywających ściany przybytku. Dominowały pośród nich wyobrażenia wypełnionego kwitnącymi drzewami raju oraz wielorękiego Dramy o rozradowanym obliczu.
Nagle usłyszał jakiś chrobot za drzwiami, które, jak zdążył się zorientować w czasie swoich wędrówek po świątyni, broniły dostępu do małego składziku ze środkami czystości. Rozglądając się dookoła, przyłożył ucho do drzwi. W środku coś się ruszało. Po chwili wahania odsunął zasuwkę.
Ze środka wytoczył się natychmiast brzuchaty starzec o nalanej twarzy, ogolonej głowie i długiej, nadającej mu patriarchalny wygląd brodzie. Prócz opaski biodrowej na jego odzienie składał się wyłącznie knebel oraz miękki sznur krępujący ręce i nogi.
W przebłysku olśnienia korsekowiec rozpoznał twarz pierwszego kapłana. Litościwie wyciągnął knebel z ust starca.
- Wasza Świątobliwość? Dopiero co widziałem was na platformie.
- Brat Niko… Brat Niko poprosił mnie o spotkanie i…
- Niko Braxxa? – Redwyne zerwał się i biegiem ruszył w stronę wyjścia. Dopiero na ulicy zorientował się, że zapomniał rozwiązać staruszka.
Tłum oddalił się tymczasem w kierunku Placu Światła, gdzie miały się wkrótce rozpocząć główne obchody. Zastanowiwszy się chwilę, ruszył na przełaj przez miasto, chcąc przeciąć trasę procesji. Wkrótce ujrzał przed sobą Łuk Radości, uformowaną na podobieństwo tęczy budowlę, pod którą miał przejść korowód.
Ignorując złorzeczenia zajmujących już najlepsze miejsca widzów, Korelianin przedarł się na sam szczyt łuku. Platforma przepływała właśnie dostojnie pod nimi.
Bez wahania przesadził niską barierkę i skoczył. Siła upadku wycisnęła mu powietrze z płuc, ale udało mu się utrzymać na nogach. Oniemiały kapłan spoglądał na niego ogromnymi oczami, wciąż wznosząc rękę ku wiwatującym widzom.
Paxton uśmiechnął się złośliwie, zrobił dwa długie kroki i pociągnął mocno za brodę staruszka. W ręku ostała mu się maska, a przed sobą ujrzał twarz zaskoczonego złodzieja.
- Niko Braxxa, jesteś aresztowany… - zaczął, chwytając go za ramię.
- Miło znów spotkać.
- … w imieniu rządu Korelii.
- Chyba nie.
Braxxa zamknął oczy i wsadził drugą rękę pod szatę.
Nagle rozległ się głośny huk, wszystkich oślepił gwałtowny błysk, po czym powietrze wypełniło się kłębami gęstego, czarnego dymu.
Nim ogłuszony korsekowiec wygrzebał się spod sterty kolorowych kwiatów, po uciekinierze nie było już śladu. Tłum oddalał się w panice z miejsca zdarzenia we wszystkich kierunkach.
Paxton opadł na plecy i spojrzał w czyste, błękitne niebo.
- Nie, nie znowu – jęknął cicho.


***




(1) 2


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,67
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
Bardan Jusik 9 2012-03-18 18:13:54
Kasis 9 2011-10-11 20:23:23
Cuyir 8 2012-01-14 14:46:04

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (6)

Niezłe, ale nie pasują do tego polskie wulgaryzmy.

Ciekawie opisane relacje zbrodniarz - śledczy choć ten pierwszy nie jest takim typowym przestępcą. Bardzo dobre opowiadanie.

No, mogłaby też być miłość :D

Pomysł na to opowiadanie chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, a jakoś łatwiej mi się zmobilizować do pisania, kiedy w grę wchodzi jakaś rywalizacja :P. Dlatego też nie wiem, czy "zbrodnia", ale tekst się najlepiej wpasowywał w tę akurat kategorię ;).

Bardzo dobra konstrukcja opowiadania (IMHO lepsza niż w zwycięskim tekście), choć siłą rzeczy zakończenie przewidywalne. Pierwszy akapit jakoś ciężko mi się czytało, ale dalej styl bardzo mi się spodobał i wciągnął.
Tylko czy takie niewinne igraszki a'la Tombat to faktycznie "zbrodnia"...? ;)

Zdecydowanie dowcipne, napisane lekko i ze sporą dozą gwiezdnowojennego klimatu. Choć końcówka przewidywalna.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.