Twórczość fanów

To nie był mój statek

autor: Stanisław "exsul" Plenzler



III miejsce w bastionowym konkursie literackim, w kategorii "Konflikt" (2011).


- To nie był mój statek.
Ktoś coś do niego mówił, chyba nawet krzyczał. Nie był pewny, nie był pewny niczego. Po głowie kłębiła mu się tylko jedna myśl.
- To nie był mój statek.
Chyba nawet mówił to głośno. Skronie pulsowały bólem. Nie mógł się ruszyć. Powoli któraś część świadomości zaczynała zastanawiać się, gdzie właściwie jest. Ale na pierwszy plan wciąż wychodziło to jedno zdanie. To nie był mój statek, to nie był mój statek, dlatego...
Dlatego co? To się musiało jakoś łączyć, czuł, że już blisko, że zaraz się obudzi i zrozumie, co się stało. Kto jest obok niego - bo ktoś był, tego był już pewien. Ale nie było to aż takie ważne.
- To nie był mój statek – jęknął. - Dlatego się rozbiliśmy.


Robot protokolarny, zaprogramowany przecież, żeby być miłym, zdawał się patrzeć na nich spode łba. Cały ten statek wydawał się nieprzyjazny, ze swoim uporządkowanym, niemal lśniącym wnętrzem, porozwieszanymi po ścianach trofeami, no i ze swoim eleganckim, schludnym i równiutko ostrzyżonym, podstarzałym kapitanem.
- Sprzedałem swój statek - jęczał Lint. - Sprzedałem swojego Szczura, żebyśmy mogli kupić sobie przelot TYM.
Hassu poklepała go ze współczuciem po ramieniu.
- Hej, tak już bywa. Ze Szczurem zaraz by nas znaleźli…
- Wiem, przecież wiem - warknął Lint - ale to był mój Szczur...
Lint i Hassu, Twi'lekowie, wyraźnie byli na tym statku tylko pasażerami, i to najpewniej tymczasowymi. Ich brudne, pospolite stroje zupełnie nie pasowały do eleganckiego wnętrza jachtu.
Droid, wciąż zerkając na nich podejrzliwie, jakby upewniał się, że niczego nie będą dotykać, wprowadził ich do sterówki. Kapitan obrócił się na fotelu w ich stronę i z całkiem nieszczerym uśmiechem rozłożył ramiona.
- Moi drodzy zbiedzy, zbliżamy się do Satomt.
Rzeczywiście, brzęczyk hipernapędu sygnalizował, że podróż dobiega końca.
- Zgodnie z obietnicą - kontynuował kapitan - cało, zdrowo, szybko i bez niepokojącego towarzystwa.
Rozległ się ostatni, przeciągły pisk i mężczyzna popchnął manetkę hipernapędu. Błękitna mozaika za iluminatorem rozpłynęła się najpierw w rozmazane, srebrzyste nici a po chwili w wyraźnie punkciki gwiazd. - Voila - zakończył triumfalnie kapitan. I zamarł.
Hassu patrzyła przed siebie zasłaniając dłonią szeroko otwarte usta. Lint przełknął głośno ślinę i zaklął dość plugawie.
Wylecieli w samym środku kosmicznej bitwy. W ich kierunku zmierzały czerwone błyskawice turbolaserów.


To nie był mój statek - myślał gorączkowo, a wszystko powoli stawało się jasne. Ucieczka, lot, bitwa. Sprzedał statek, ukochany statek i uciekł. Z deszczu pod rynnę.
- Skąd wiedziałeś, gdzie będziemy? Kto ci powiedział o zasadzce?
Chyba go bili, nie był pewny, niewiele czuł. Na niewiele zwracał uwagę, myślał, starał się przypomnieć sobie.
Złapali ich? Przecież uciekli, wymknęli się, przecież sprzedał swój statek, nie mieli prawa ich złapać. Co się stało?
- Kto ci powiedział o zasadzce?
Zasadzka? Wpadli w zasadzkę? Nie, to niemożliwe? Musiał sobie przypomnieć, gdzie jest, dlaczego tu jest, co się stało?
Dlaczego jest sam?


Kapitan, trzeba mu to oddać, zareagował niesamowicie szybko. Ściągnął stery tak, jakby już kilka minut wcześniej wiedział dokładnie, kiedy będzie musiał to zrobić, klnąc pod nosem wprowadził statek w pętlę, i ciasnym zwodem wymknął się kolejnym strzałom. Przeciążenie rzuciło pasażerami o ściany.
- Czekali na nas - syknęła Hassu - to zasadzka.
- Nie czekali - warknął Kapitan - niszczyciele, TIE, X-Wingi i kilka koreliańskich korwet. Regularna bitwa, wpakowaliśmy się w sam środek gówna.
Statek zatrząsł się od trafienia. Kapitan zaklął, Lint złapał Hassu, żeby powstrzymać ją od kolejnego upadku.
- Wyciągniesz nas stąd? - zapytał.
Kapitan warknął, jak urażony.
- Nie płacicie mi za miłą wycieczkę z krajobrazami, pewnie że was wyciągnę!
Zagryzł zęby znów wprowadzając statek w niemożliwy piruet, nieco ponad nimi zderzyły się dwa myśliwce. Wyglądało na to, że strzelają do nich zarówno imperialni, jak i rebelianci.
- Ale - kontynuował kapitan, lecąc tuż ponad imperialnym niszczycielem, zgrabnie unikając ognia z turbolaserów - nie wymkniemy się dopóki kręci się wokół nas tyle robaczków.
Powciskał kilka przycisków na konsolecie, jednocześnie drugą ręką manewrując wolantem. Statek znów się zatrząsł, tuż przed dziobem przeleciał X-Wing. Myśliwiec nagle eksplodował, trafiony zapewne ogniem z niszczyciela.
- Tooeykey - Kapitan krzyknął w stronę w stronę robota - przejmij stery.
Robot posłusznie podpiął się do jednej z konsolet. Najwyraźniej nie był to zwykły droid protokolarny, statek bowiem pod jego sterami nie utracił nic ze swoje zwinności - manewrował niemal tak wprawnie, jak pilotowany prze Kapitana. Mężczyzna zaś poderwał się ze swojego fotela.
- Jedno z was będzie mi potrzebne przy działach. Trzeba sobie wystrzelać przejście na zewnątrz.
Rzucił się w stronę wyjścia, obrócił się jeszcze tylko na chwilę i dodał:
- I niczego mi tu nie dotykać!
Lint i Hassu patrzyli, jedno na drugie, pytająco. Mężczyzna przełknął głośno ślinę.
- To nie mój statek - powiedział niemal szeptem - nie dam rady...
Dziewczyna westchnęła i przewróciła oczami. Koniec końców, kiedy latali razem, to ona zazwyczaj strzelała. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w ślad za kapitanem.
- Hassu!
Statek znów się zatrząsł, ale oboje jakoś zdołali utrzymać równowagę.
- Uważaj na siebie.


Pytających było dwóch albo trzech, trzeci chyba wchodził tylko czasami i mówił coś tym dwóm. Co za różnica?
Zaczynał coraz wyraźniej odczuwać ból. Przede wszystkim rozsadzało mu głowę, skronie pulsowały przenikliwym, tępym bólem. To nie pomagało sie skupić. No i było mu strasznie zimno.
- Nie wiem, o co wam chodzi, nic nie wiem...
- Nie kłam!
Bolało. Naprawdę bolało, nie mógł sobie przypomnieć nic, nic, co mogłoby mu pomóc.
Rozbili się. To nie był jego statek, dlatego się rozbili. Pamiętał, jak przebijali się przez atmosferę, kadłub się rozgrzewał. A teraz był tu, przesłuchiwany. Imperialni musieli złapać go nieprzytomnego. Ale gdzie Hassu, gdzie Kapitan? Czemu był sam?
- To nie był mój statek...
- Przestań to powtarzać! Gówno mnie obchodzi, rozumiesz? Skąd wiedziałeś o zasadzce?
Jakiej zasadzce? Wszystko mu się mieszało.
Nie potrafił dostrzec swoich oprawców, ale widział cienie, przesuwające się przed nim, widział ich sylwetki. Teraz pojawił się trzeci.
- Powiedział coś?
- Kręci w kółko to samo. Potrzebuję więcej...
- Nie ma czasu. Już tu idą.
Milczenie. Kto idzie? Co się dzieje? Chciał krzyczeć, ale budzący się do świadomości rozsądek podpowiadał, że to nie najlepszy pomysł.
- Musimy wiedzieć, musimy...
- Nie ma czasu, musimy uciekać.
- Zabierzemy go...
- To truchło? Nie ma mowy, zbyt by nas spowalniał.
- To co mam z nim niby robić?
- Rozwal go.
Znów milczenie. Myślał gorączkowo, coraz szybciej coraz intensywniej. Rozwal go. Zabiją mnie, zabiją mnie. Umrę.
Tak jak Hassu.


Niczego nie dotykał.
Siedział na fotelu drugiego pilota, zaciskając ręce na poręczach. Trzymał się kurczowo, bo droid tak pilotował statkiem, że Lint co chwila omal nie lądował na podłodze. Lecieli w największym młynie. Dookoła nich statki Rebelii i Imperium strzelały do siebie nawzajem oraz, nadzwyczaj solidarnie, do nich. Twi'lek zdołał zauważyć, że główny ogień wymieniany był pomiędzy niszczycielem klasy Imperial, mocno już pokiereszowanym, płonącym w kilku miejscach, oraz trzema koreliańskimi korwetami o obdrapanych, czerwonych oznakowaniach.
Z dwóch wieżyczek Kapitan i Hassu starannie i systematycznie ostrzeliwywali się. Z jednej strony pomagało to uniknąć wielu nieprzyjaznych strzałów, z drugiej jednak skupiało na nich uwagę większej i większej ilości myśliwców.
- Tooeykey - rozległ się w komunikatorze głos kapitana - pośmigaj trochę przy jednej z tych korwet, musimy narobić trochę dymu i hałasu, bo inaczej nie wyrwiemy się z tego fruwającego burdelu!
- O nie - mruknął Lint do siebie - nie nie nie! Zły pomysł!
Ale robot posłusznie skierował maszynę w stronę największego z rebelianckich statków. Kilka X-Wingów ruszyło za nimi, ale póki co skutecznie zatrzymywał je ogień z dział.
- Co ty zamierzasz, pilociku? - w głośnikach rozległ się głos Hassu.
- Rozwalimy tę puszkę. Ja z Tooeykey się tym zajmiemy, ty trzymaj tylko chłopaczków na dystans.
Robot wyczyniał statkiem istne akrobacje. Manewrował wokół wieżyczek i anten wystających z rebelianckiej korwety. Kapitan krzyczał co chwilę do komunikatora, zazwyczaj okrzyki radości lub złości. Statek coraz częściej podskakiwał od postrzałów. Kontrolka tarcz jarzyła się niepokojąco czerwono.
Nagle, tuż przed dziobem, eksplodowały generatory tarcz rebelianckiego statku.
- Teraz, Eykey!
Robot wystrzelił rakiety, które szybko osiągnęły cel. Mostkiem targnęły wybuchy, które wkrótce rozprzestrzeniły się po całej korwecie. Kapitan ryczał radośnie.
- Świetny strzał, robociku. Teraz zabieraj nas stąd!
Lint pomyślał, że gdyby on pilotował, to teraz ukryłby się przed eksplozjami za drugim z rebelianckich okrętów. Robot najwyraźniej też na to wpadł.
To był błąd.
Imperialny niszczyciel, po wybuchu pierwszego statku, najwyraźniej skupił cały swój ogień na tym, za którym Tooeykey postanowił się schować. Korweta eksplodowała w momencie, kiedy pod nią przelatywali. Statkiem gwałtownie szarpnęło, zatrzęsło i strąciło z kursu, po którym leciał. W jednym momencie wszystkie chyba ostrzegawcze kontrolki w całej sterówce zapłonęły jarzącą czerwienią i zawyły niewesołym piskiem. Trwało to jednak tylko chwilę. Błyskawice wyładowań przetoczyły się przez konsoletę, gasząc i uciszając wszystko. Sięgnęły jednak robota.
Tooeykey zajęczał przeciągle, coś w jego głowie trzasnęło, sypnęło iskrami. Droid z hukiem przewrócił się na metalową posadzkę. Zapachniało paloną izolacją.
- Kapitanie - ryknął spanikowany Lint do komunikatora - kapitanie! Robota szlag trafił, nikt nie pilotuje! Kapitanie?!
- Lint - usłyszał w odpowiedzi głos Hassu - coś trafiło w jego wieżyczkę. Nie widzę stąd dużo, ale chyba nie żyje.
- Hassu...
- Lint, do cholery, łap za stery.
- Hassu, to nie jest...
- Zamknij się i łap za stery!
Chciał się sprzeczać, ale wtedy, kątem oka, gdzieś w dole dostrzegł dwa myśliwce lecące wprost na nich. Posypał się ku nim deszcz szkarłatnych pocisków.
Lint zareagował odruchowo.


- Rozwal go.
Zabiją mnie, myślał, walczyłem żeby przeżyć, żeby wyrwać się z tej cholernej bitwy, żeby tu wylądować, po to, żeby mnie teraz zabili. Umrę, tak jak Hassu.
- Szybko, imperialni zaraz tu będą. Wolf widział, jak lądują.
W głowie mu się kotłowało. Co się działo? O co chodzi?
Szeptali między sobą, nie słyszał co. Czemu chcieli go zabić? Co zrobił? Co się stało? Kroki, ktoś podszedł do niego bardzo blisko.
- Szykowaliśmy tę zasadzkę od tygodni. To była jedna taka szansa, jedna okazja, żeby się go pozbyć. I wygrywaliśmy, było tak blisko. Wszystko zniszczyłeś.
Nie chciał umierać. Mężczyzna podniósł rękę, wycelował blasterem.


Pchnął ster do oporu i statek gwałtownie zanurkował, unikając większości pocisków. Omal nie zderzył się z TIE, ale myśliwiec eksplodował, zestrzelony zapewne przez Hassu. Lint zmrużył oczy, kiedy przelatywali przez ognistą kulę, ale za chwilę już musiał martwić się o kolegów zestrzelonego.
- Lint, do cholery, zabierz nas stąd! - usłyszał w głośniku.
- Myślisz, że ja tu sobie podziwiam wnętrze? - warknął w odpowiedzi. - Po prostu trzymaj się i rób swoje. Mam pomysł.
Była to prawda. Ale musiał się spieszyć, trzeba było skorzystać z chaosu, jaki wywołało zniszczenie rebelianckich korwet. Potrzebował tylko małej luki, żeby przebić się w stronę planety, potem wykorzystać jej pole grawitacyjne, żeby wystrzelić się odpowiednio daleko i móc w spokoju przyszykować się do skoku. Robił już coś takiego. Potrzebował tylko tej luki...
Luka pojawiła się. Dostrzegł ją kątem oka, bo akurat kierował statek w przeciwną stronę, szybko jednak zawrócił na właściwy kurs. Przestrzeń pomiędzy nim a planetą była cudownie pusta. Statek zatrząsł się, a pisk zasygnalizował, że tarcze osłabły. Jeszcze kilka trafień i będzie po nich.
W samą porę, pomyślał Lint, w samą porę. Zbliżył się do planety, przed dziobem śmigały kolejne, chybione strzały, ktoś ich chyba ścigał, imperialni albo rebelianci, to bez znaczenia. Wyraźny opór na sterach dał mu do zrozumienia, że statek złapał się w pole planety. Poczuł narastające podniecenie, teraz był już pewny, że uda mu się uciec, zyskać dostateczną prędkość, by wymknąć się ścigającym go myśliwcom. Niewiele myśląc sięgnął lewą ręką do manetki dopalacza.
Zamarł przerażony. Dźwigni tam nie było.
Spojrzał z niedowierzaniem tam, gdzie próbował sięgnąć. I natychmiast zaklął.
- To nie jest mój… - zdążył jeszcze szepnąć.
Statkiem zatrzęsła potężna eksplozja, dużo silniejsza od wszystkich, które targały nim do tej pory.
- Nie - mruknął Lint - nie, nie, nie!
Było już za późno. Na sterze czuł całkowity luz, wszystkie lampki, które jeszcze działały świeciły na czerwono. Planeta z każdą chwilą rosła w iluminatorze. Spadali.


Wzrok mu się poprawiał. Może to adrenalina, może mijał szok po katastrofie, a może po prostu, w obliczu ostateczności, jego organizm postanowił dać z siebie wszystko, co miał. Ważne, że widział coraz wyraźniej. Inna rzecz, że to co widział wcale mu się nie podobało.
Blaster wycelowany był w jego twarz, zapewne między oczy, z odległości, z jakiej się nie chybia. Lint czuł, jak, mimo niskiej temperatury, poci się, jak jego serce bije w piersi jak oszalałe, jakby przed końcem chciało nabić jeszcze jak najwięcej uderzeń. Widział mężczyznę, który w niego mierzył i dwóch innych, stojących za nim. Wszyscy trzej ubrani byli w pomarańczowe kombinezony pilotów i rozglądali się nerwowo. Było ciemno. Nie wytrzymał, zacisnął powieki. Nie chciał patrzeć.
Coś huknęło, coś strzeliło. Ktoś krzyknął. Lint otworzył oczy.
Mężczyzna, który przedtem celował w niego, trzymał teraz blaster skierowany w stronę małych drzwi.
- Co do... - krzyknął ktoś.
Drzwi z hukiem i błyskiem, w fontannie iskier, wyleciały z zawiasów. Zanim dym wybuchu rozwiał się, kilka laserowych błyskawic wpadło do pomieszczenia, krusząc tynk ze ścian. Jeden z pocisków ugodził Linta w nogę. Twi'lek ryknął z bólu.
Przez wysadzone drzwi do środka wpadło kilku, ubranych w białe pancerze, szturmowców. Pierwszy padł zastrzelony, nim jeszcze na dobre przekroczył próg, ale pozostali zgrabnie i szybko rozprawili się z trójką rebeliantów. Zapadła cisza którą przerywały tylko jęki Linta. Jeden ze szturmowców, głośno stukając ciężkimi butami o betonową podłogę, podszedł do Twi'leka. Lint widział swoje odbicie w czarnym wizjerze jego hełmu. Z deszczu pod rynnę, pomyślał tylko.
Szturmowiec podniósł rękę i wcisnął przycisk komunikatora, znajdujący się na przegubie.
- RM-9891, sektor czwarty, teren zabezpieczony. Myślę, że znaleźliśmy Pilota - chwilę milczał, zapewne oczekując rozkazów. - Tak jest Sir - powiedział w końcu.
Odwrócił się do pozostałych i gestem wskazał na Twi'leka.
- Zabrać go, niech sie nim zajmą droidy medyczne.
Lint nie był pewien co się dzieje, ani co z tego wyniknie, ba, przeczucia miał nienajlepsze. Ale wyglądało na to, że póki co żyje. Uśmiechnął się lekko, i zemdlał z bólu.


- Hassu - krzyczał do komunikatora - Hassu!
- Lint, co tam się dzieje?
- Spadamy. Wyskakuj stamtąd, musimy znaleźć kapsułę.
- Oni cały czas do nas strzelają.
Jakby na potwierdzenie jej słów statek zatrząsł się od kolejnych wybuchów, a przed dziobem z rykiem przemknął X-Wing.
- Przecież już nas zestrzeliliście, wy sukinsyny - ryknął Lint w jego stronę, wygrażając pięścią, choć pilot myśliwca oczywiście nie mógł go zobaczyć.
- Hassu, nie ma czasu, zaraz się rozbijemy. Uciekaj stamtąd.
Rzeczywiście, pokryta śniegiem Satomt II wyraźnie rosła, wirując niespiesznie w iluminatorze. Twi'lek rzucił na nią po raz ostatni okiem i poderwał się z fotela. Przeskoczył nad leżącym na podłodze robotem i po chwili pędził korytarzem. Zza rogu wybiegła Hassu, omal sie ze sobą nie zderzyli.
- Gdzie biegniesz, kapsuła jest w tamtą stronę!
Lint zaklął.
- To nie mój statek - warknął.
- Szybko!
Dziewczyna złapała go za rękę i pociągnęła za sobą. Robiło się coraz cieplej, musieli już przebijać się przez atmosferę. Mieli najwyżej kilka minut na ucieczkę. Statek zaczął niepokojąco drgać i wydawać jęczące dźwięki. Kolejna eksplozja rzuciła ich na ściany. Lint uderzył się w głowę, poczuł, jak po szyi płynie mu krew.
Z Hassu było gorzej, uderzyła bokiem o rury, które wystawały z popękanej grodzi. Nie podnosiła się, jęcząc cicho.
- Hassu!
Doskoczył do niej, ignorując ból głowy. Była poważnie ranna, pod nią tworzyła się szybko kałuża krwi.
- Lint - szepnęła słabo - uciekaj...
Twi'lek zacisnął zęby i z krzykiem podniósł ją.
- Już blisko - zapewnił, zataczając się w stronę małych drzwiczek na końcu korytarza.
Dopadł do nich, łokciem trącił przycisk otwierający i przecisnął się przez wąskie przejście. Hassu kaszlała, z jej ust leciała krew. Obydwa lekku zwisały bezwładnie, ocierając się o podłogę.
Gdy tylko wszedł do kapsuły, nie czekając, pociągnął dźwignię odpalania. Drzwi zatrzasnęły się i kapsuła, z mocnym szarpnięciem, wyskoczyła ze statku.
Położył dziewczynę ostrożnie na ziemi i wyjrzał przez niewielkie okienko. Uciekli w ostatniej chwili, statek przebijając kolejne warstwy atmosfery żarzył się już czerwonym blaskiem, coraz większe fragmenty kadłuba odrywały się od niego. Ośnieżony kontynent planety był coraz bliżej. Lint dostrzegł też trzy X-Wingi, wciąż lecące za statkiem. Czy ich piloci zauważyli wystrzeloną kapsułę? Będzie się tym martwił później.
Uklęknął przy dziewczynie i złapał ją za rękę. Odwzajemniła uścisk.
- Udało się, Hassu - szepnął - udało nam się, uciekliśmy!
- Lint... - odparła słabym głosem.
Z wyraźnym wysiłkiem złożyła zakrwawione usta w uśmiech.
- Przepraszam cię, Hassu, to moja wina, to nie...
Patrzyła na niego, kiedy zgasł blask w jej oczach. Uścisk dłoni zelżał.
- To nie był mój statek - załkał Lint. W oczach stanęły mu łzy.
Kapsuła uderzyła w grunt. Twi'lek poleciał na ścianę, uderzając w nią mocno tyłem głowy.
Potem była już tylko ciemność.


Medal był cięższy, niż się spodziewał. Kiedy zakładali mu go na szyję, kilka godzin temu, na eleganckiej uroczystości, aż się skrzywił. Również dlatego, że szarfa uciskała go w miejscu jednej z ran.
Coruscant. Powoli kuśtykał po widokowym tarasie i obserwował rosnące po horyzont olbrzymie wieżowce. Postrzelona noga wciąż mu doskwierała, ale wiedział, że rany się goją. Wrzucili go do bacty chyba zaraz po tym, jak zabrali go z Satomt. Tak przypuszczał, bo kiedy zbudził się, już na statku kosmicznym, w drodze do stolicy, wszystkie mniejsze rany był zabliźnione. Droid medyczny zapewnił go, że powrót do zdrowia nie zajmie dużo czasu.
A teraz dostał medal. Był bohaterem.
Podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Wiele metrów pod nim kłębiły się chmury, zasłaniające najniższe poziomy miasta. Był bardzo wysoko. Przypomniał sobie spadający statek, przypomniał sobie uderzenie w ziemie. Przypomniał sobie krew na rękach.
Spojrzał na swoje dłonie - były bardzo czyste. Wszystko musiało być w porządku na takiej uroczystości, ubrali go nawet w skromny i schludny, przypominający mundur strój. Wszystko musiało być czyste.
"Pojawił się tam zupełnym przypadkiem - mówił Tarkin, uśmiechając się nadzwyczaj sztucznie, dopiero co, zaraz po tym, jak nałożył Lintowi medal - ale nie wahał się ani chwili. Zdradziecka zasadzka rebeliantów zaskoczyła mnie, kto wie, może i powiodłyby się okrutne plany tych terrorystów, może strąciliby mój okręt, gdyby nie odwaga tego młodego Twi'leka. Z dumą i radością wręczam mu ten medal".
Lint wiedział, że to nie koniec, że teraz będą pytać. Zrobili z niego przykład, teraz będą chcieli wiedzieć, skąd wziął się nad Satomt. Kto wie, czy nie skończy się to dla niego gorzej, niż w tamtej ciemnej piwnicy, z trójką rebelianckich pilotów.
Ale tymczasem został bohaterem. Bo to nie był jego statek, nie udało mu się uciec.
"Pojawił się zupełnie przypadkiem. Właściwy człowiek, we właściwym miejscu. Nie zawahał się i oczywiście został bohaterem."
Chwycił medal w dłoń. Zabłyszczał odbijanym światłem słońca. To przypomniało mu blask gasnący w jej oczach, tak przecież niedawno.
W ciszy, jaka panowała na tarasie, krzyknął ze złością i zamachnął się z całej siły.
Medal leciał w dół długo. Wieżowce na Coruscant były w końcu bardzo wysokie.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,00
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
Kasis 10 2011-10-11 20:18:18
Peterbog 8 2012-04-10 00:02:44
Darth Kasa 6 2011-10-11 20:30:29

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (2)

Na pewno nie jest to opowiadanie słabe, czytało się je nawet ciekawie, a motyw ostatniego akapitu podoba mi się chyba najbardziej. Z drugiej jednak strony, przez większość opowiadania towarzyszyło mi uczucie braku realizmu - do bólu powtarzane "to nie mój statek", całe to otępienie bohatera - koncepcja zrozumiała, lecz jest to nienaturalne. Co ciekawe mogę sobie wyobrazić siebie piszącego takie opowiadanie, bo miewam podobne pomysły, które później wydają mi się sztuczne...
Podobał mi się za to motyw z tym, że bohater był przyzwyczajony do swojego statku i instynktownie sięgał tam, gdzie powinny być jego przyrządy - przy zróżnicowaniu modeli statków w SW jest to najprostszy pomysł z możliwych, a z drugiej strony trzeba mieć wyobraźnię, żeby wpaść na coś takiego :)
Największy minus: Twi'lek dostaje medal od Tarkina, wyznawcy rasistowskiego Nowego Ładu, przy przemówieniu o tym, jak to go uratował. Cóż, IMO Tarkin raczej kazałby zgładzić kolesia, a całą zasługę przypisał Marynarce Imperialnej lub w ogóle nie wspominał o zajściu.
Mimo wszystkich tych wad, opowiadanie bardziej dobre niż słabe. Stąd 6/10.

Daję dyszkę, bo to chyba moje ulubione opowiadanie w tej kategorii. Takie troszkę inne. Ciekawy bohater-nie bohater, sporo niedomówień, zaskakujące, akcja posuwa się żwawo do przodu. Ale najbardziej spodobało mi się dowcipne nawiązanie do cytatu z adaptacji Nowej Nadziei :]

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.