Różne

O galopie rzeczywistości słów kilka...

Autor: Lord Sidious

O galopie rzeczywistości słów kilka...
Chciwość jest dobra?

Kiedy George Lucas tworzył oryginalną klasyczną trylogię, wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że to nie tylko wciągająca historia, ale także pewne odbicie rzeczywistości. Żelazna kurtyna, Zimna Wojna, Galaktyczna Wojna Domowa, Związek Radziecki, Imperium zła, Solidarność czy inne zrywy, oraz Sojusz Rebeliantów walczących o wolność... Masa fikcyjnych symboli przez które przebijała rzeczywistość tamtego okresu, ale też echo epoki z której wyrósł Flanelowiec. Nixon, wojna w Wietnamie, kompromitowanie się demokracji. Można się zastanawiać, co miało większy wpływ, lecz ostatecznie to widz decyduje, co widzi i jak to odbiera. Gdy tamte filmy wchodziły na ekrany kin, to właśnie te pierwsze skojarzenia bardziej rzucały się w oczy, choć pamiętajmy, że przed 1977, gdy powstawał scenariusz, nie wszystkie te zdarzenia zdążyły zaistnieć. Lucasowi może udało się nie tyle je przewidzieć, co doskonale wyczuć swoją epokę i w sposób wizualny ją przedstawić. A jak to miało miejsce z prequelami? Tu większość z nas parsknie śmiechem, stwierdzając lakonicznie „nijak”. Ale może w końcu świat zaczął doganiać prequele? I na tym się w tym tekście skupię.

Oderwane od rzeczywistości?

Kiedy w roku 1999 wchodziło „Mroczne widmo”, chyba zdarzyło mi się dyskutować z kimś na podobny temat. Pamiętam, że śmialiśmy się wtedy jeszcze z Microsoftu (choć ja zarówno wtedy jak i dziś czuje się microsofciakiem i bez ich oprogramowania ciężko mi sobie wyobrazić życie). Krążył nawet żart o tym, co by było gdyby Microsoft produkował samochody – trzeba by po premierze każdego nowego modelu budować nowe drogi i autostrady, by dało się nimi po nich jeździć. Ale próbowaliśmy też przyrównać Microsoft do chciwej Federacji Handlowej. Jednak nikt nie potrafił sobie wyobrazić, by firma Billa Gatesa w ramach walki np. z piractwem, zablokowała choćby Polskę. Internet nie był jeszcze tak powszechny, by odcięcie od niego całego kraju zrobiło na kimś szczególne wrażenie. Choć we wrześniu 2001 dostaliśmy pierwszą nauczkę, jak to może wyglądać. Krótko po zamachach łączność ze Stanami nie działała, sprawdzenie choćby tego, co pojawiało się na oficjalnej Gwiezdnych Wojen nie wchodziło w grę. A tam pojawiały się wówczas już newsy o „Ataku klonów”. Ta względnie krótka przerwa w dostępie do Internetu mniej więcej pokazuje jak mogłaby wyglądać blokada kraju w XXI wieku. Ale w 1999 raczej wyobrażaliśmy sobie samochody dostawcze, które blokują granicę Rzeczpospolitej. I śmialiśmy się. To fajny przykład, bo wystarczyły tylko dwa lata, by na głupią blokadę spojrzeć inaczej. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Minęło kilka lat, w roku 2010 wyszła książka Dawno temu w galaktyce popularnej. Ciekawy zbiór esejów, z których wynikało jedno: że świat prequeli wcale nie jest tak odległym odbiciem rzeczywistości jakby mogło się nam wydawać. I przyznaję, że z czasem mam wrażenie, że tego odbicia jest coraz więcej niż było w klasycznej trylogii. Zresztą sam zacząłem to dostrzegać. Owszem może niektóre rzeczy sobie dopowiadam, może niektóre naciągam, ale coś w tym jest.
Na początek warto sobie zdefiniować świat prequeli. Owszem można zrobić to na poziomie fabularnym, gdzie mamy Starą Republikę, Rycerzy Jedi czy Moc, ale nas tym razem interesuje pewne odbicie naszej rzeczywistości, które jest gdzieś w tle, zupełnie jak Zimna Wojna w przypadku klasycznej trylogii. Więc dostajemy targaną skandalami i korupcją demokrację, która słabnie, która jest coraz bardziej głucha na wołania swoich obywateli, która nie respektuje własnych praw i ma wiele do ukrycia. W której nikt nie ma czasu zastanawiać się nad ustawami, nad którymi głosuje i ich konsekwencjami. Z drugiej strony mamy silne lobby korporacji, które usiłują za wszelką cenę wymusić, już nie lobbować, korzystne dla nich zmiany prawne i maksymalizować zyski. Mamy też kartele, oligopol jakim jest Konfederacja. Ona służy przede wszystkim interesom Gildii Kupieckiej, Klanu Bankowego, Sojuszu Korporacyjnego i Federacji Handlowej. Dla tych firm przestaje liczyć się klient, czy reputacja. Liczy się marka, ale nie jako symbol jakości, a źródło zarobku. Reputacja jest ważna, ale głównie na zasadzie zastraszania tych, którym coś się nie podoba i PRu. Działaniem pod publikę jest przecież oburzenie Lotta Doda w senacie. Kolejna rzecz: przecieki, zamieranie wolnego rynku oraz ograniczanie praw społeczeństw demokratycznych. Niezbyt przyjemny to obraz, ale najsmutniejsze jest to, że w wielu miejscach robi się coraz bardziej rzeczywisty. Na szczęście nie we wszystkich dziedzinach życia. Jasne, to wszystko jest doskonałym tłem fabularnym, w którym dochodzi do buntu korporacji, zupełnie jak u Gibsona czy Dicka, gdzie to olbrzymie kompanie ostatecznie przejmują władzę nad państwem, a demokracja upada. Jednak Lucas koncentruje się na tym, co jest o wiele bliższe naszej rzeczywistości, którą w pewien sposób diagnozuje. Ma wspaniałą umiejętność wyciągnięcia tego, co złe i ukazania tego w jeszcze gorszym świetle, fabularnie to wyolbrzymiając.

Kocham demokrację, kocham Republikę

O demokracji i jej kondycji nie chcę pisać dużo. Głównie dlatego, że w Polsce w wielu miejscach się poprawiło. Skala korupcji znana z lat 1990-2005 na szczęście jest już trudna do szybkiego osiągnięcia Niemniej jednak na całym świecie wyraźnie widać rosnący kryzys władzy. Nie pierwszy i nie ostatni, ale to inna kwestia. U nas świadczy o tym choćby frekwencja wyborcza. Acz akurat ten aspekt nie jest w żaden sposób odkrywczy. George Lucas nie raz wspominał, że interesowała go historia starożytnego Rzymu, w szczególności czasy Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta, okres w którym umierała demokracja. Zresztą Lucas jest demokratą także dlatego, że bardzo źle wspomina rządy Richarda Nixona. Dla niego tamten okres stanowił właśnie analogię do starożytnego Rzymu i tym okresem także Lucas się inspirował pisząc w szczególności scenariusz do „Ataku klonów” i „Zemsty Sithów”, gdzie Palpatine sięga po władzę. Sam zaś popiera zarówno demokrację, jak i finansowo Partię Demokratyczną.
Czy przemijanie demokracji to w pewien sposób naturalny proces? Tego nie wiemy, możemy tylko przypuszczać, że to pewien element cyklu. Ale do jakiego miejsca zmierzamy? Lepiej będzie to ocenić w perspektywie dziesiątek lub setek lat, choć już pewnie nie nam. Pewne jest tylko to, że nic nie trwa wiecznie, więc akurat w tej materii bardzo łatwo było pójść śladami filmu.
Niestety.
Ten kryzys władzy widać choćby po trzeciej kadencji Palpatine’a. Jako kanclerz powinien mieć maksymalnie dwie, ale Palpatine jest najlepszym wyborem. Nie dlatego, że jest najlepszy, ale dlatego, że nie ma realnej konkurencji. Jest silny słabością swoich oponentów. I ludzie głosują na mniejsze zło. W pewien sposób to znamy, prawda?

Politykom nie powinno się ufać

Kolejnym wspaniałym tematem jest fasada polityków, którzy ukrywają prawdę. Pewnie żaden z nich nie jest Sithem, nie planuje masowych morderstw i przejęcia władzy. Nawet jeśli chcą kogoś rozliczać. Jednak dla nie-ideowej większości władza jaką sprawują jest tylko i wyłącznie narzędziem do osiągania korzyści, czego lepiej nie pokazywać publicznie. Ponownie trudno to stwierdzenie uznać za jakąś prawdę objawioną. Lucas nie jest żadnym guru, który otwiera nam oczy na prawdę, raczej rozumie pewien odwieczny problem wielu systemów, nie tylko demokracji. Dziś jednak rządy zatrudniają specjalistów od PRu, analizują sondażowe słupki i starają się podjąć takie działania, które nie odbiją się negatywnie na ich odbiorze. Inne rzeczy najlepiej zamieść pod dywan i nie wyciągać ich, dopóki nie będzie to konieczne. Dobry przykład to ACTA, która gruchnęła nagle jak grom z jasnego nieba i nie udało się jej zakopać w tematach zastępczych. Jednak wcześniej nikt nie chciał o niej głośno mówić. Wiadomo, temat był niepopularny, więc lepiej go ukryć.
ACTA ma jeszcze drugie dno. Sprawa utworzenia armii Republiki jest równie kontrowersyjna, a sposób jej wprowadzenia jeszcze ciekawszy. Zwłaszcza, że w imieniu największej przeciwniczki tej ustawy formalnie zgłasza ją Jar Jar. Choć w przypadku Binksa jest jeszcze jedna analogia, na którą warto zwrócić uwagę. Niedawno, przy ACTA część europosłów przyznała się, że głosowała za, ponieważ nie przeczytała tej ustawy. Ja widzę jedynie Jar Jara, który w senacie proponuje bronienie demokracji rozmontowując ją. Też pewnie nie przeczytał ustawy, którą zgłosił. A już na pewno nie zrozumiał.
W „Mrocznym widmie” główną rolę polityczną odgrywa Palpatine. Skrzywdzony (korporacyjni dranie najechali mu rodzinną planetę), skromny, nie skorumpowany, otwarty polityk. Ile ukrywał, wiemy, a jak wszystko zmanipulował doskonale oddał to James Luceno w Darthie Plagueisie. Ale jeśli miałbym się zastanawiać, co naszym politykom chodzi po głowach, to chyba dostałbym przysłowiowego zwarcia. Może lepiej nie wiedzieć, by nie zostać zagorzałym przeciwnikiem demokracji. I chyba lepiej wątek polityczny na tym skończyć.

S.P.E.C.T.R.E.

O ile wątki polityczne do odkrywczych nie należą, o tyle te związane z korporacjami to już zupełnie inna kwestia. Zgodzę się z tym, że zysk zawsze był najważniejszy. To znów stara, dobrze znana prawda, acz w momencie, gdy firmy muszą ze sobą konkurować, trzeba myśleć także w trochę dłuższej perspektywie. Maksymalizacja zysku w krótkim okresie jest dobra, ale jeśli potem stracimy klientów, lepiej sobie odpuścić trochę. Dlatego wiele firm od lat stara się podejść relacyjnie do klienta, sprawić by ten był zadowolony z ich usług oraz kontaktów. Sprowadza się to do tego, by klient był zadowolony z usług, wtedy często jest chętny płacić więcej. To działa zwłaszcza w trochę bogatszych społeczeństwach, gdzie ludzie nie patrzą tylko na cenę, ale też interesuje ich jakość usług czy towarów.
Przypadków, gdzie maksymalizacja zysku jest najważniejsza, jest niestety całkiem sporo. Nie trzeba szukać daleko - nasz „komplenty” dystrybutor - Imperial Cinepix. Wychodzi z prostego założenia, że w Polsce wydając ich płyty nie mają żadnej konkurencji. Mogą dyktować cenę, mogą dyktować jakość i nikt nie ma na to wpływu. Brakuje konkurencji. Jedyne, co można zrobić, to nie kupić. Jak ktoś piratuje - to łamie prawo, można go ścigać. Jak ktoś nie kupuje w ogóle, to już jego problem, ryzyko wliczone. Przez to dostaliśmy drogą (ponad 100 PLN droższą niż brytyjska) kompletną sagę, z błędem na okładce i pozbawioną angielskiego dźwięku HD. Dodatkowo przy próbie zwrócenia uwagi na problem z napisem, dostaliśmy jedynie głupie komentarze, że błąd to biały kruk. Swoją drogą przykre, że nawet nie wiedzą, co biały kruk znaczy. Sprawę oczywiście dało by się inaczej załatwić. Parę lat temu wydawnictwo MAG popełniło błąd na okładce „Tryumfu Endymiona” Dana Simmonsa i mogło zorganizować akcję wymiany obwoluty. Owszem rynek mniejszy, a o klienta trzeba dbać, więc lepiej do niego podejść relacyjnie. Sytuacja jest bardzo analogiczna, gdyż podobnie jak Imperial, tak i MAG nie miał na rynku żadnej konkurencji z tą konkretną książką, ale to działanie z pewnością przysporzyło wydawnictwu wielu fanów. W końcu pomyłki zawsze się zdarzają, nawet najlepszym. Jasne, w obu przypadkach można było kupić angielskie wydanie i się z firmami nie użerać. Z tym, że jedna miała jaja i przeprosiła, druga niestety zakpiła sobie z klienta. Albo może łosia, który dał się nabrać na ich trefny towar.
Podobnych, negatywnych przypadków znajdziemy mnóstwo - choćby - Galapagos, który równie patrzy tylko na zysk, sprzedając „The Clone Wars” w takiej, a nie innej jakości (brak wydania BD, brak zebranego pierwszego sezonu). Jak ktoś chce to i tak kupi, reszta niech się wypcha. To oczywiście przypadki, gdy na rynku nie ma bezpośredniej konkurencji. Ale kwiatki chciwych i pazernych firm znajdziemy też na innych rynkach. Choćby ubezpieczeń, pozornie to rynek doskonale konkurencyjny. Jakiś czas temu sam miałem nieprzyjemność z firmą HDI Asekuracja, która do mnie jako klienta podchodziła roszczeniowo, ba domagała się pieniędzy i straszyła procesem, pomimo, że nie miała już do tego prawa. Ich własny bałagan i negatywne podejście do klienta były bezpośrednią przyczyną całego zamieszania. Trudno tu mówić o jakiejś relacyjności. Każdą sprawę bowiem można załatwić na dwa sposoby, dogadać się lub pójść na wojnę. Firma idąc na wojnę liczyła tylko na to, że wystraszony zapłacę im, by mieć spokój. To dobry przykład szybkiej maksymalizacji zysku, bez oglądania się na przyszłość. Ja wiem, że z nimi już nie chcę mieć nic wspólnego. Zresztą, jak ktoś chce poczytać o tym jakie problemy mają ludzie z odzyskiwaniem pieniędzy za szkody, Internet jest pełen negatywnych opinii o tej firmie. Po mojej przygodzie z nimi jestem w stanie w nie uwierzyć.
I to właśnie dokładnie pokazuje Lucas w „Mrocznym widmie”, oczywiście w pewnej fantastycznej formie. Federacja Handlowa też idzie na wojnę (już nie przysłowiową), licząc na maksymalizację swoich zysków. Klient, czy życie ludzkie są po prostu nieważne. Czy zastanawiają się nad tym, czy lud Naboo będzie chciał potem korzystać z ich usług? Czy to ma znaczenie, skoro w całej galaktyce jest tyle innych łosi do wydojenia? A skoro tamci i tak mogą odejść, to lepiej się nachapać, póki jeszcze można. Strasząc, bo to zazwyczaj działa.
Na szczęście nawet i u nas są już pierwsze jaskółki. Dobry przykład to Deutsche Bank, który ma dość wysokie jak na polskie standardy TOIPy (tabela opłat i prowizji), ale jednocześnie bardzo trudno wyrwać klienta od nich. Nie dlatego, że bank nie puszcza, że armia prawników przygotowała kruczki, ale dlatego, że klient nie chce. Zadowolony i zadbany klient może wejść w romans z inną firmą, ale wtedy jeszcze szybciej wróci, zwłaszcza jeśli poziom usług będzie niższy. Niestety do dziś na naszym rynku jest niewiele firm, które naprawdę stawiają na relacyjność. W bardzo wielu o tym się mówi, mówi o tym zarząd i często to właśnie zarząd i kierownictwo są dużo bardziej otwarte na klienta, niż ludzie którzy go obsługują. Tak miałem choćby w przypadku DHLu. Trudno taką sytuację ocenić, na pewno dobre jest to, że firmy pragną się zmieniać, choć w korporacjach czasem jest to bardzo karkołomne.

Rycerze Jedi wolnego rynku

Kolejna rzecz to kartele, lobbing i wymuszanie zmian prawnych. I tu wchodzi właśnie idealnie pasuje nasza ACTA. Osobiście stoję w pierwszym szeregu chroniących prawa autorskie. Jednak czy takim organizacjom jak ZAIKS chodzi o autorów czy własne zyski? Cały czas uważam, że nie można w imię walki z piractwem ograniczać praw konsumentów. Nie tędy droga. Wiemy, że za ACTA odpowiadają amerykańscy producenci, którzy tylko pozornie ze sobą konkurują. W końcu każdy film ma tylko jednego dystrybutora. Ale zamiast psioczyć na ACTA, znów skoncentruję się na tym, co jest ważniejsze: pozytywnym podejściu do konsumenta. I choć przywykliśmy do tego, by opluwać chciwość George’a Lucasa, Billa Gatesa czy Steve’a Jobsa, warto zwrócić uwagę na pewne ich posunięcia, które próbowały odmienić rynek. Na korzyść klienta!
George Lucas niedawno sam skrytykował porozumienia ACTA, PIPA i SOPA. Właśnie dlatego, że nie chroni praw konsumenta. Ale pewnie także dlatego, że dużo lepiej rozumie jak płynna jest granica między łamaniem prawa autorskiego, a wykorzystaniem fragmentu dzieła w celach twórczych. Owszem walczył mocno z pornograficznymi parodiami (Starballz) i przegrał, ale to dość specyficzny rynek, z którym Lucas nie chce mieć nic wspólnego. I trudno mu się nie dziwić.
Natomiast ciekawie rzecz się miała z prawdziwymi parodiami i magazynem MAD, który nabijał się Gwiezdnych Wojen (ściślej rzecz biorąc, było to po premierze „Imperium kontratakuje”). W latach 80. redakcja otrzymała dwa listy z Lucasfilmu, prawie jednocześnie. Jeden był sygnowany przez Lucasa, w którym gratulował poczucia humoru i jako twórca cieszył się, że jego dzieło żyje poza ekranem, stając się elementem popkultury. Był to typowy list fanowski, do magazynu. Natomiast drugie pismo wysłali prawnicy, którzy domagali się odszkodowania za złamanie praw autorskich. Tu sytuacja się wyjaśniła, Lucas gdy dowiedział się o drugim liście odwołał prawników. Znów jednak chciwość i nadgorliwość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem, choć tym razem bezskutecznie. Warto jednak zapamiętać różnicę między twórcą a jego prawnikami. Czasem działania nie są zgrane, jak w tym przypadku.
Bill Gates miał mniej szczęścia. Zabrał znaczący głos podczas wojny formatów HD DVD i Blu-ray, popierając ten pierwszy jako bardziej przyjazny dla konsumentów. Główną różnicą między nimi nie była jakość, ale podejście do zabezpieczeń antypirackich. HD DVD działało podobnie jak obecne DVD, Blu-ray w swoich zabezpieczeniach poszedł dalej i w efekcie utrudnia czasem normalne oglądanie filmu i inne korzystanie – np. tworzenie kopii zapasowych. Temu właśnie przeciwstawiał się „chciwy i pazerny” Gates. Niestety lobby producentów filmowych go przegłosowało. Ostatecznie wygrał Blu-ray. Piractwo nie spadło, ale oglądanie BD na komputerze, który często jest już domowym centrum rozrywki, szybko nie będzie tak popularne jak było i jest DVD. W efekcie zyski ze sprzedaży nowych płyt nie urosły tak prędko jak mogłyby. Widać to doskonale na polskim rynku i cenach płyt BD. Czymś tę mniejszą popularność trzeba sobie rekompensować. Ślepa chciwość zwyciężyła.
Chyba najlepiej z całej trójki i tak wyszedł Steve Jobs. Jemu rewolucja się udała. Kiedy przemysł muzyczny próbował walczyć z Napsterem, stworzył własne systemy do sprzedaży muzyki. To się nie sprawdziło. Głównie dlatego, że uznano każdego potencjalnego klienta za potencjalnego oszusta i złodzieja. Obostrzenia, obwarowania i dodatkowo nie-intuicyjność sprawiły, że system nie mógł zadziałać. Piractwo kwitło, także dlatego, że rynek nie potrafił zareagować. Jobs zbudował własny system sprzedaży, iTunes. Owszem wprowadził tam też pewne ograniczenia antypirackie, ale dużo lepiej rozumiał konsumenta. Jedną z podstawowych różnic między systemem wytwórni a iTunsem było to, że ten drugi umożliwiał kupno jednej, wybranej piosenki. Dla Jobsa insynktownie wiedział, że skoro ludzie za darmo mogą ściągnąć ten wybrany utwór w sposób prosty, acz nielegalny, to nie wciskajmy im całego albumu. Kupując tę jedną piosenkę i tak płacą, a muzyk na tym zyskuje. Zwłaszcza, że jest szansa, iż kupi to także ktoś, kto nie kupiłby całego albumu.
I znów sprawdza się zasada, że zadowolony i dopieszczony klient wróci. Nawet gdy piraty ma za darmo. Bo prawda jest taka, że są ludzie, którzy nie chcą wspierać korporacji, ale chętnie wesprą ulubionego artystę. Jeśli jego dzieła im się podobają, niech na nich zarabia i tworzy kolejne. Proste i logiczne. iTunes to akurat doskonały przykład, gdyż ukazuje, że nie zawsze pazerność wygrywa. Tylko trzeba mieć kogoś, kto będzie walił na tyle długo głową w mur głupiej chciwości, aż go przebije.
Jak to się ma do Gwiezdnych Wojen? Ano prosto. Lucas jest bowiem daleki od tego, by pokazywać wszystkich przedsiębiorców jako chciwe i zgniłe typki. Nawet jak Watto kombinuje, to mamy jeszcze Dexa i jego podejście do klienta. Monopolistą nie jest, ale jednocześnie ma jadłodajnię w takim miejscu, że nie musi się martwić o klientelę. Jednak to wciąż zadbane miejsce, a gospodarz przyjacielsko podchodzi do swoich gości. Można, prawda? Ten obraz poniekąd wynika też z doświadczeń Lucasa, jego ojciec był drobnym przedsiębiorcą, a sam twórca Gwiezdnych Wojen nigdy nie potrafił dogadać się z wielkimi koproracjami, mimo, że dzięki nim zarobił krocie. Choćby na sadze. Jednocześnie plakaty do „Red Tails” drukował w tym roku za własne pieniądze.

Zagrożenie ze strony separatystów

Myślę, że w sprawie ACTA trzeba przypomnieć jeszcze jedną rzecz, sposób jej wprowadzenia. Negocjacje koncernów z rządem USA, to niestety odpowiednik spotkań Separatystów. Bo firmy, które nalegały na tę regulację, ostatecznie nie konkurują ze sobą tak mocno, o czym już wspomniałem. Łączy je chęć do maksymalizacji zysku, za wszelką cenę. We wszystkich wskazanych przykładach, odbiorca końcowy, czy to towarów Federacji, czy żartów o Gwiezdnych Wojnach, czy filmów lub muzyki, nie jest ważny. Ma tylko zapłacić. I się nie czepiać. Bo jak nie, to policję i sąd na niego. Albo jak teraz w przypadku ACTA, nawet i bez sądu. A gdy ktoś powie głośno co myśli, najlepiej go zakrzyczeć. Zupełnie jak Lott Dod w senacie. Przecież to była nieprawda, bo Amidala nie miała dowodów, więc może uda się ją zastraszyć, a jak nie to załatwić proceduralnie. I tym samym zachować dobry PR.
Jednak to, co mnie najbardziej przeraża to fakt, że nie mamy wielkiego wpływu na rzeczywistość. Politycy, których wybieramy nie są prawdziwymi władcami świata. Rządzi pieniądz, albo też różne tajne organizacje, jak sugeruje popkultura. W nowej trylogii tę rolę doskonale odgrywają właśnie Separatyści, którym się bardzo dużo wydaje. Mają pieniądze, mają władzę prawie absolutną, ale nad nimi jest jeszcze ktoś. Sithowie. Czy i tu Lucas przewiduje tajną siłę, która rządzi światem? Wątpię. Doskonale jednak udaje mu się wyczuć nasze czasy i to, w co wierzy mnóstwo ludzi na całym świecie. Wystarczy spojrzeć tylko na popularność spiskowych teorii.

Kłamstwa i oszustwa, to jego droga

Ostatnia sprawa, która przewija się przez prequele, to odpowiednik Wikileaks. Jedi wiedzą o zasadzie dwóch, dowiadują się o powrocie Sithów, ba nawet dowiadują się, że Darth Sidious kontroluje senat. Część przecieków była kontrolowana, część nie. O wykorzystywaniu tych pierwszych już kiedyś pisałem, drugie zaś powoli stają się częścią naszej rzeczywistości. I niestety czasem stają się ostatnim bastionem wolności słowa, tak jak to miało miejsce w krajach arabskich. Tylko dzięki przeciekom ludzie mogli się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja w ich kraju. Szukać daleko nie trzeba, wystarczy spojrzeć na publikacje o wykradzionej korespondencji syryjskich dygnitarzy. W wiadomościach widzimy skutki. Dlatego ukrócenie przecieków czy dostępu do informacji może być takie kuszące. I pewne rzeczy mają miejsce, jak magazynowanie latami naszych SMSów, o problemach z ACTA nie ma co wspominać. I tu przypomina się senator Amidala mówiąca: oto jak umiera wolność przy burzy oklasków. Tu wraca wątek, który był demonem Lucasa, umierania demokracji, która cały czas próbuje w pewien sposób chronić swoich obywateli. Chronić tak bardzo, że granica między ochroną a działaniem na ich niekorzyść się zaciera. Żyjemy w takich czasach, że trzeba się z tym mierzyć, a nowe Gwiezdne Wojny idealnie się w nie wpasowują. Wizja przyszłości, czy może znak czasów? I ważne jest też to, że zarówno w naszej rzeczywistości, jak i sadze, władza i wielkie pieniądze zlewają się całkowicie, ale to chyba również nigdy nie było niczym nowym.

Nowa nadzieja

Na ile Lucas oddał nasz świat, a na ile go gonimy? To raczej punkt wyjścia do interpretacji. Może Gwiezdne Wojny opowiadają o tak uniwersalnych procesach, że te z czasem muszą nastąpić. I tak się złożyło, że teraz je odczuwamy na własnej skórze? Może jednak nawet nowa trylogia jest swoim znakiem czasu? Nawet aktualny temat klonowania jest całkowicie drugoplanowy, tak jak w świecie rzeczywistym.
Natomiast póki mamy wolność, powinniśmy się nią cieszyć. To my głosujemy, tak kartą do głosowania, jak i swoim portfelem. To my możemy wpływać na rodzinę i znajomych, by robili podobnie. To my tworzymy rynek konkurencyjny. I choć Imperial może nie mieć konkurencji jako dystrybutor Star Wars, jeśli przez kilka miesięcy większość klientów zbojkotuje ich produkty, znikną lub się zmienią. I choć wiem, że nie ma co liczyć, by wszystkie firmy były tak relacyjne jak Deutsche Bank, to jednak życzę sobie, by takie koszmarki wczesnego kapitalizmu jak komplentny Imperial, ociężały Galapagos, czy chciwe HDI, albo zniknęły na rynku na dobre, albo dorosły i znormalniały. No i mam nadzieję, że wizja świata ukazana w prequelach, już bliżej się do naszej rzeczywistości nie zbliży.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 0,00
Liczba: 0

Użytkownik Ocena Data

Tagi: George Lucas (30) Publicystyka (77)

Komentarze (0)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.