Twórczość fanów

Dawno temu, w Odległej Galaktyce

autor: Zielony Czarnoksiężnik



I


Artis V
Przestworza Przystani
Dziesięć tysięcy lat po Drugiej Galaktycznej Wojnie Domowej


Makashi było jej ulubionym stylem.

Początkowo była to sztuka walki białą bronią, udoskonalona na przestrzeni wieków przez użytkowników Mocy, dzięki czemu stała się niemal idealnym narzędziem przeznaczonym do walki w pojedynku jeden na jeden. Artystyczne ruchy, niesamowita precyzja, a także oszczędność ruchu – to tylko niektóre cechy tego wspaniałego stylu.
Jednakże gdy techniki Makashi używał niedoświadczony adept, łatwo mógł paść ofiarą przeciwników preferujących nowocześniejsze style walki, cechujące się większą zapalczywością i użyciem siły fizycznej.
Nann Starstorm nie była niedoświadczoną użytkowniczką Mocy. Pomimo młodego wieku, była prawdziwą mistrzynią. Miecz świetlny i techniki walki tą bronią były dla niej zupełnie tak naturalne i oczywiste jak to, że oddycha. A dzięki temu, była również śmiertelnie niebezpieczna dla każdego przeciwnika.
Przybrała klasyczną postawę dla swojego stylu. Miecz świetlny trzymała w silniejszej prawej ręce, skierowanej w dół przed siebie, przybierając dumnie wyprostowaną postawę ciała, ustawioną nieco na ukos, bokiem do przeciwnika. Lewa ręka, uniesiona w przeciwnym kierunku do prawej służyła do utrzymywania równowagi.
Z błękitno - białej klingi świetlnego miecza dobywał się przeszywający otoczenie syk.
Musiała użyć tego, co było jej najsilniejszą stroną, gdyż w takim pojedynku nie było miejsca nawet na najmniejszy błąd.
A jej przeciwnik wymagał właśnie bezbłędności.
Był wyższy o głowę i co naturalne, o wiele cięższy. To dawało mu przewagę siłową, którą w pojedynku mógł przełamać tylko bardzo uzdolniony wojownik.
Starstorm nie była wprawdzie zwykłym szermierzem, ale i przeciwnik nie mógł być uznany za zwykłego.
Cassius Caine był jedną z wielu tajemnic Zakonu, która nawet dobrze poinformowanym mistrzom nie była w pełni udostępniana. Moc była w nim niezwykle silna. I wiedział to każdy użytkownik Mocy, który kiedykolwiek miał z nim styczność.
Cassius Caine rzadko jednak pozwalał sobie na tyle otwartości, by pozwolić się zlokalizować za pośrednictwem Mocy. Szczególnie dotyczyło to walki. Z momentem kiedy świetlista klinga wysuwała się ze srebrnej rękojeści jego miecza, obecność Caine’a w Mocy natychmiast zanikała.
Komnata treningowa w siedzibie jej Mistrza była urządzona w pięknym stylu. Kolumny wyrzeźbione w piaskowym kamieniu otaczały szeroką elipsę głównego placu walki. Bardziej na zewnątrz, ciągnęły się jeszcze dwa kręgi kolumn, dzięki czemu całe ogromne pomieszczenie, oświetlone naturalnym ogniem wydobywającym się z otworów w kamiennych ścianach, sprawiało wrażenie przepełnionego atmosferą walki, zmagania i przezwyciężania swoich naturalnych lub nabytych słabości.
Pojedynek z mistrzem był niemal ceremonią - odwieczną tradycją. W pewnych kręgach użytkowników Mocy często kończył się śmiercią jednego z walczących… albo obu jeśli „szczęście” tego dnia nie dopisywało. Wygrywał ten, który opanował więcej form walki świetlnymi mieczami i poznał więcej sekwencji posługiwania się tą starożytną sztuką. Jednakże nie tylko znajomość rzemiosła dawała przewagę nad przeciwnikiem, ale również potęga i biegłość w posługiwaniu się Mocą.
W tym przypadku był to pojedynek prawdziwych gigantów.

Pierwsze starcie świetlnych mieczy zainicjowała kobieta. Jej zwinny wypad połączony z mylącym przeciwnika wychyleniem sylwetki niemal dotarł do celu. Mistrz jednak doskonale zdawał sobie sprawę gdzie za chwilę znajdzie się jej klinga. Raz po raz odpierał ekwilibrystyczne ataki, coraz częściej mijające jego ciało jedynie o milimetry. Chcesz pokazać jaki jesteś dobry, pomyślała Starstorm. Wiedziała, że Caine obrał bardzo ryzykowną technikę walki. Jak na razie stosował defensywną stronę Djem So, którą sam udoskonalił poprzez scalenie z technikami Teras Kasi, co w efekcie powodowało, że w walce obronnej do parowania i unikania ciosów przeciwnika używał nie tylko samego miecza ale również każdej części swojego ciała. Idealny balans, refleks i nieomylna intuicja pozwalały mu kierować swoimi ruchami w taki sposób, aby każdego ciosu unikał zaledwie o włos. Dzięki takiej oszczędności ruchów zyskiwał czas na znalezienie luki w technice swojego oponenta.
Starstorm pamiętała jednak na czym polega Djem So. Była więc przygotowana na moment, kiedy Mistrz zaatakuje używając całej swojej fizycznej siły, wspomagając ją zasobami Mocy. Caine pozwolił jej zadać jeszcze kilka ciosów, które z łatwością odparował, po czym bezlitośnie uderzył na Starstorm. Siła ataku niemal zwaliła ją z nóg. Z ledwością zdołała odsunąć się od opadającego na jej ciało ostrza. Od razu musiała przystąpić do ataku, w przeciwnym wypadku Mistrz zyskałby zbyt dużą przewagę zadając kolejne potężne ciosy. Musiała zmusić go do bardziej finezyjnej walki. Wyskoczyła więc wysoko do tyłu na jedną z ramp, które ciągnęły się wokół areny walki.
Kiedy tylko jej stopy dotknęły kamiennego podłoża zobaczyła nadlatującego Mistrza z mieczem uniesionym do decydującego uderzenia. Starstorm jednak to przewidziała. Natychmiast jak tylko było to możliwe, wyskoczyła z powrotem naprzeciwko swojemu Mistrzowi. Cios wymierzyła precyzyjnie, niespodziewanie i niestandardowo. Być może była to tylko pochlebna sugestia jej własnej podświadomości, ale niemal poczuła jak Mistrz zatopił się w aurze zdziwienia. Jej miecz świetlny pomknął z ogromną szybkością w stronę nóg Caine’a. Nie miał najmniejszych szans. Sekundy wydawały jej się godzinami, w zwolnionym tempie patrzyła jak niebieska klinga zatapia się w ubraniu mężczyzny. Po czym nagle znowu pojawiło się zdziwienie. Jej zdziwienie. Ogłuszająca energia nie poraziła nóg Caine’a.
Ostrze jedynie rozjarzyło się jaśniejszym światłem a w tym samym momencie to Starstorm poczuła jak snop światła dotyka jej tułowia. Mistrz i tym razem wszystko przewidział. Jej zaskakującą zmianę stylu, i prawie udaną pułapkę. Dzięki Mocy wytwarzał wokół swego ciała pancerz, który nie przepuściłby żadnego ciosu. Tym razem w żaden sposób nie mogła zwyciężyć.
Dalej postrzegała rzeczywistość w zwolnionym tempie. Czuła jak spada ze zdrętwiałym ciałem. Nie uderzyła jednak o posadzkę komnaty. Tuż nad ziemią jej ciało zwolniło, utrzymywane siłą umysłu jej Mistrza. Spokojnie opadła na ziemię. Zobaczyła podziurawiony świetlikami sufit komnaty i usłyszała kroki Caine’a. Podszedł do niej, uklęknął i uniósł dłonie ponad jej ciałem, mrużąc lekko oczy. Po chwili wstał a Starstorm poczuła, że znowu potrafi poruszać kończynami.
- Pamiętaj aby zawsze mieć w zanadrzu przynajmniej jedną alternatywną sekwencje na wypadek, gdyby przeciwnik przewidział twój ruch- Głos Caine był spokojny i pozbawiony jakiegokolwiek wyrzutu. Co więcej, nie było w nim również tonu nauczycielskiej wskazówki, a jedynie przyjacielska, dobra rada.
- Nic z tego, kiedy ty widzisz co najmniej pięć ruchów naprzód. To nieuczciwa gra- odparła z udawanym oburzeniem.
-Dlatego miejmy nadzieję, nigdy nie zdarzy ci się walczyć z kimś takim jak ja- Powiedział poważnie Caine. Podał jej dłoń, aby wstała a następnie ruszył powoli w kierunku wyjścia z komnaty. Dotrzymała mu kroku i słuchała jego słów.
- Spisałaś się lepiej niż ostatnio, ale wciąż nie jest to wymarzona forma. Obyś ciągle poprawiała swoje umiejętności, gdyż tam gdzie się udasz może przydać ci się ich bardzo wiele.- Zawiesił głos i na chwilę zapadła cisza, tak że słychać było jedynie ich kroki. Kiedy doszli do wyjścia Mistrz zatrzymał się i rzekł:
- Twoim następnym celem jest system Iego. Spotkasz tam mojego starego przyjaciela. Twoim zadaniem będzie przekazanie mu pewnej bardzo cennej przesyłki.

Starstorm nie odpowiedziała od razu, chociaż czuła, że jej misja nie będzie polegała na prostym dostarczeniu przedmiotu. Wypowiedziała swoje wątpliwości na głos.
- Jaki jest prawdziwy cel tego zadania? Są inne bezpieczne sposoby przekazywania przesyłek, nawet do Odległej Galaktyki – Celowo użyła tej nazwy, podkreślając to jak niemile widziani byli użytkownicy Mocy poza swoimi terytoriami. – Chyba nie posyłasz mnie, żebym chroniła starego Ohri’iona…? - Rzuciła pytające spojrzenie.
Wypowiadając te słowa spojrzała w lodowate oczy Mistrza, czując narastające przerażenie. Co lub kto mógł zagrażać komuś tak potężnemu jak wielowiekowy Mistrz Jedi, którego techniki używania Mocy urosły do rangi prawdziwej legendy?
Starstorm nie musiała pytać o nic. Spojrzenie Caine’a było jednoznaczne. Skinęła głową i już ruszała do przejścia, kiedy Mistrz ręką zagrodził jej przejście.
- Nie tak szybko moja droga, tych dwóch gości czeka na Twoje gorące przywitanie – Powiedział wskazując komnatę za plecami kobiety i stojące kilka metrów od nich androidy. Dwumetrowe postacie czekały już z uniesionymi pikami. Naan zdumiało to, że do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z ich obecności. Dopiero po chwili zorientowała się dlaczego. W komnacie pojawiły się dwie repulsorowe klatki, z zamkniętymi w środku znajomymi zwierzętami. Starstorm od razu rozpoznała, że to pochodzące z Myrkr isalamiry.
Mistrz staje się jeszcze bardziej, już prawie fanatycznie wymagający pomyślała, po czym ruszyła w stronę androidów.
Komnatę zalała kolejna, oślepiająca fala niebieskiego światła.

***


Genes Prime
Przestworza Przystani


Cassius Caine stał pośrodku Wielkiej Komnaty Rady w Świątyni Jedi znajdującej się w stolicy Przystani – na planecie, która jako pierwsza została zasiedlona po odkryciu tej części Ramienia Thrawna.
Ghenes Prime była pięknym, zielono-niebieskim światem, planetą od początku „zaprojektowaną” tak, aby nigdy nie stała się koszmarem na kształt mitycznego Coruscant czy innej planety-miasta, jakich tysiące było w Odległej Galaktyce. Tutaj miasta zajmowały ściśle określone obszary zielonego globu, wybrane tak, aby w jak najmniejszym stopniu zakłócać planetarny ekosystem.
Zza ogromnych transpastalowych szyb Komnaty docierał do niego widok pięknych krajobrazów, pełnych ogromnych, sięgających niemal pięćdziesięciu metrów drzew jarrif czy też drzew skalistych wyglądających jak porośnięte zielenią kamienne słupy. To wszystko poprzetykane było mlecznobiałymi skałami, które dominowały w tej części planety.
Caine patrzył na jedną z dwunastu postaci siedzących w obszernych, elegancko zdobionych marmurowych fotelach. Istota, w stronę której był zwrócony, była potężnie zbudowanym Fallenem, ubranym w tradycyjne, brązowe szaty Jedi. Caine doskonale znał tego potężnego członka Rady.
Crypto Ceido brał udział w wielu misjach na terenie całych przestworzy Przystani, nie raz przechylając szale zwycięstwa na rzecz Zakonu. Był jednym z najbardziej znanych wizjonerów wśród wszystkich żyjących do tej pory Jedi. Mówiono, że jako jedyny przedstawiciel swojej rasy potrafił powstrzymać zmianę odcienia skóry, co u innych Fallenów następowało zwykle pod wpływem określonych emocji. Nikt nie mógł zatem odczytać w jakim stanie emocjonalnym znajduje się Mistrz Jedi. Jego zielonkawa skóra utrzymywała niezmienną barwę, bez względu na okoliczności w jakich się znalazł.
- Zgodnie z życzeniem Rady chciałbym przedstawić raport na temat moich działań w Odległej Galaktyce – Oznajmił Caine. Nie spodziewając się po Mistrzach odpowiedzi, rozpoczął swoją relację.
- Naszym najważniejszym celem było odnalezienie i zabranie z zagrożonych rejonów pozostałych artefaktów, których nie przejął do tej pory Wywiad Republiki.
Mistrzowie wymienili ponure spojrzenia. Od dziesiątek lat próbowano przechytrzyć republikańskie służby w odnajdywaniu starożytnych pamiątek po zlikwidowanym Zakonie Jedi.
Caine zdawał sobie sprawę z tego, o czym myśleli w tej chwili członkowie Rady. Czuł dreszcz na samo wspomnienie o tym czego sam doświadczył w przestworzach Republiki próbując pomóc sprawie Zakonu. Wiedział doskonale z relacji historyków oraz zapisów utrwalonych w pradawnych holokronach jakich cierpień doświadczyli Rycerze Jedi od czasu ich wygnania i likwidacji Zakonu.
Dziesięć tysięcy lat.
Tyle minęło od kiedy Rycerze Jedi nie mogli już dumnie przemierzać Galaktyki, strzegąc pokoju i sprawiedliwości wszędzie tam, gdzie konwencjonalne metody nie miały racji bytu. W zamian za tyle wieków poświęceń, wyrzeczeń i cierpień, Senat Republiki wygnał Jedi, zdelegalizował Zakon i zakazał im wszelkiej działalności. Napiętnował ich i upokorzył. Holonet posłużył jako narzędzie hańby dla każdej istoty w jakikolwiek sposób sprzyjającej Jedi. W końcu garstka Rycerzy i Mistrzów, którzy przeżyli prześladowania, odnalazła bezpieczne miejsce w najdalszych regionach Galaktyki, by od nowa rozpocząć budowanie potęgi Mocy, by w końcu ponownie w jej łonie zapanowała Równowaga. Dla skrytego w niedostępnych przestworzach Zakonu przestworza Republiki od tej pory sentymentalnie określano jako Odległą Galaktykę.
Caine niemal widział myśli przemykające przez świadomość Mistrzów. Nie było jednak słów by chociaż w części wyrazić smutek i żal jaki w tej chwili czuli. Ilekroć zdawał raport ze swojej działalności, w każdym przypadku, gdy wspominał o zaginionych artefaktach, na twarzach Mistrzów pojawiał się ten sam wyraz.
Nie mógł jednak dłużej skupiać się na czymś, co w żaden sposób nie przynosiło korzyści dla Zakonu. Smutek był w pewnym sensie dobry, ale tylko i wyłącznie w odpowiedniej chwili i w umiarze. Kontynuował więc raport:
- Udało nam się odzyskać kilkadziesiąt przedmiotów z okresu po wojnie sithyjsko-imperialnej, w tym dwa niezwykle cenne holokrony.
Ta wiadomość spowodowała ożywienie wśród członków Rady. Caine delikatnie poczuł, iż głos zamierza zabrać jeden z najstarszych spośród obecnych na Sali, siedzący po prawej stronie Mistrza Ceido, Arkanianin Haliaeetus Albico. Wiekowy Jedi nosił szare szaty, współgrające z jego zupełnie białymi, długimi włosami i równie białymi gałkami ocznymi, tak charakterystycznymi dla jego rasy. Jego twarz, chociaż pomarszczona i zmęczona promieniała niezwykłą mądrością i potęgą Mocy.
- Cassiusie, czy znasz imiona strażników tych holokronów?- zapytał.
- Tak, znam z całą pewnością nazwisko jednego, jest to Mistrz K’Kruhk.- Caine wiedział, że członkowie Rady żywo zareagują na tą wiadomość. Od dawna poszukiwali tego starożytnego przedmiotu, gdyż według relacji strażników innych holokronów, zawierał on bardzo cenne informacje na temat sztuki iluzji, transów leczniczych oraz opis unikalnej techniki reanimacji przy użyciu potęgi Mocy. Mistrzowie pieczołowicie gromadzili tego typu dane od samego początku istnienia odrodzonego Zakonu.
Najsilniejsza była reakcja twillekańskiej Mistrzyni Chely de Petron.
- Holokron Mistrza K’Kruhk’a!- niemalże wykrzyknęła. – Cóż za wspaniała wiadomość. Mistrzu Caine, wyświadczyłeś bardzo wielką przysługę całemu Zakonowi. Być może teraz o wiele łatwiej będziemy leczyć niektóre z tak uciążliwych zaraz, które ostatnio nawiedziły nasze systemy…
Była to naturalna reakcja kogoś, kto przez niemal całe życie zajmował się zwalczaniem wszelkich chorób i dolegliwości istot zamieszkujących przestworza Przystani.
Wiadomość ta ucieszyła niemal wszystkich Mistrzów….z wyjątkiem jednego.
Mistrz telepatii, zabrak Inoceramus patrzył pustym wzrokiem w stronę Caine’a. Inni członkowie Rady natychmiast zauważyli jego reakcję.
- Czy coś cię niepokoi Mistrzu?- zadał mu pytanie Haliaeetus Albico.
Ten jednak nie odpowiedział staremu arkanianinowi, lecz kierował wzrok wciąż na Caine’a. Po chwili milczenia zadał pytanie:
- Kto jest strażnikiem drugiego holokronu?

Caine nie odpowiedział od razu, co wprawiło mistrzów w jeszcze większe zdumienie. Gdyby nie znali swego gościa, być może jego reakcja uszłaby uwadze tak znamienitych Jedi. W tym przypadku mieli jednak do czynienia z kimś, kto już setki razy miał okazję występować przed Radą. Mistrzowie znali Caine’a z profesjonalnego podejścia do powierzanych mu zadań, przywykli do szybkich i rzeczowych odpowiedzi.
- W celu dokładnego ustalenia autorstwa holokronu, został on wysłany do Mistrza Ohri’iona, moja uczennica powinna za niedługo dotrzeć na Iego – odpowiedział Caine.
Patrząc na Mistrzów zdawał sobie sprawę, iż te słowa jeszcze bardziej dotknęły sędziwych członków Zakonu. Mistrz, który miał zająć się badaniem holokronu był największym znawcą historii Jedi oraz wielokrotnym członkiem Rady, któremu nie raz proponowano dożywotnie miejsce w jej szeregach. Ohri’ion jednak za każdym razem odmawiał. Twierdził, iż taka służba pozbawiłaby go tej jedynej rzeczy, której poszukiwał w Mocy – wytchnienia od istnień, odpoczynku, prostoty. Namiastkę tego wszystkiego z pewnością dawała mu planeta, na której się osiedlił. Iego była niemal opustoszałą i urosłą do rangi legendy planetą, budzącą respekt i nieprzejednaną chęć unikania jej okolic.
Odpowiedź Caine w żadnym wypadku nie zaspokoiła ciekawości Mistrzów, którzy jednak doskonale wiedzieli, że Caine dokończy sprawozdanie, z normalną dla niego dokładnością. Tymczasem usłyszeli pełen niemal udawanej wątpliwości głos:
- Doskonale wiecie Mistrzowie, że Ohri’ion jest wielkim znawcą okresu Drugiej Galaktycznej Wojny Domowej. To właśnie w tych ramach czasowych prawdopodobnie powstał znaleziony holokron… Myślimy…- nie dokończył jednak zdania, gdyż wcześniej wtrącił się Inoceramus:
- Wiemy Mistrzu Caine jaki jest główny cel działalności Ohri’iona – na chwilę zawiesił głos, lekko zerkając w obie strony, jakby szukając zrozumienia w twarzach innych mistrzów. – Powiedz więc nam drogi Cassiusie… Czy znalazłeś Holokron Wielkiego Mistrza?

Na Sali nagle zapanowała gęsta atmosfera. Członkowie Rady widocznie nie mieli najmniejszej ochoty ograniczać emanującej od nich aury wątpliwości, która nagle pojawiła się w polu Mocy. Wymieniali spojrzenia, dało się nawet usłyszeć wymianę cichych komentarzy, co było czymś niezwykle rzadkim w Wielkiej Komnacie.
Caine wciąż słyszał w głowie pytanie jakie mu zadano. Czy rzeczywiście istniała możliwość, by po tylu tysiącleciach odnaleziono Holokron Wielkiego Mistrza? Większość badaczy twierdziła, iż ten starożytny artefakt został zniszczony podczas czystki, jaka nastąpiła po zdelegalizowaniu Zakonu. Co prawda od czasu do czasu pojawiali się i tacy, którzy snuli przedziwne teorie, według których holokron znajdował się w posiadaniu Republiki, która strzegła jego tajemnic przed wszystkimi istotami, mogącymi przejawiać chociażby minimalną wrażliwość na Moc. Powszechnie uważano, że konstruktorem Holokronu i jego głównym strażnikiem był Wielki Mistrz Luke Skywalker, najpotężniejszy spośród wszystkich Jedi, którzy kiedykolwiek żyli w Galaktyce. Skywalker miał umieścić w nim najściślej strzeżone tajemnice o technikach wykorzystania Mocy, informacje na temat metod szkolenia Rycerzy a także ogromy zasób wiedzy na temat Ciemnej Strony Mocy i metod jej zwalczania. Nic więc dziwnego, że Holokron Wielkiego Mistrza był marzeniem każdego poszukiwacza skarbów w całych przestworzach Przystani. Na jego temat krążyły legendy, a dziadkowie opowiadali swoim wnukom bajki o pewnym przedziwnym artefakcie, dzięki któremu można było komunikować się z duchami pradawnych Mistrzów.

Caine w kilka sekund po usłyszeniu pytania, rozważył co powinien odpowiedzieć Mistrzom i chociaż czuł niewytłumaczalny opór przed takim stwierdzeniem, to jednak wiedział, iż przed Radą należy być zupełnie szczerym.
- Tak, uważam, że holokron jest autentyczny. Nie było możliwości aby sprawdzić to zaraz po jego odnalezieniu, gdyż został umieszczony w sejfie molekularnym, jednak wystarczy znaleźć się w jego pobliżu a wyczuje się potężny ładunek Mocy jakim emanuje. Jeśli nie jest to oryginalny Holokron Mistrza, to z pewnością został stworzony przez kogoś bardzo potężnego. Dobrze wiecie Mistrzowie, że umiejętność skupiania Mocy w martwych przedmiotach posiadła zaledwie garstka osób.
Na twarzach Mistrzów pojawiło się zadowolenie zmieszane z wielkim zdumieniem. Każdy z nich doskonale zdawał sobie sprawę, jakie możliwości mogło nieść ze sobą odnalezienie Holokronu Wielkiego Mistrza.
- Powiedz nam jeszcze Cassiusie – zaczął Heliaetus Albico – Gdzie dokonałeś tego znaleziska?
Mistrzowie uważnie wpatrywali się w Caine’a, zupełnie jakby miał zdradzić im wielką tajemnicę – zupełnie tak, jakby na co dzień nie mieli do czynienia z poufnymi informacjami.
Młody Mistrz nie zamierzał przetrzymywać w niepewności członków Rady długim opowiadaniem na temat swojej niedawnej przygody, dlatego wyjaśnił krótko i rzeczowo:
- Natknąłem się na holokron w archiwum starego muzeum na Had’Abbadon w Głębokim Jądrze.
Tym razem niektórzy Mistrzowie wymienili lekkie uśmiechy.
- Twierdzisz, że Holokron Mistrza cały czas znajdował się w jakimś starym…. muzeum?? – Zapytała Chelly de Petron, zerkając w bok na Mistrza Inoceramusa – Być może ktoś chciał, żebyśmy go znaleźli. Czy zachowałeś Cassiusie środki ostrożności?
- Nie mam co do tego wątpliwości – odparł.
- W takim razie niecierpliwie czekamy na twoją padawankę Mistrzu Caine, miejmy nadzieję, że stary Ohri’ion szczegółowo zbada nasze znalezisko. Jesteś wolny – zakończył Heliaeetus Albico.

Wymienili ukłony, Caine odwracając się na pięcie ruszył ku wyjściu z Wielkiej Komnaty. Nim jednak dotarł do celu, poczuł że któryś z Mistrzów ma coś jeszcze do powiedzenia, zatrzymał się więc i posłuchał:
- Mistrzu Caine – rzekł Crypto Ceido poważnym tonem – powinieneś natychmiast udać się na Iego.

Caine nie musiał pytać o szczegóły, gdyż chwilę później poczuł to samo. Również on był doskonałym wizjonerem. W tym zakresie Moc była dla niego bardzo łaskawa. Przyszłość byłą w ciągłym ruchu, każde wydarzenie miało nie jedną, nie dwie, czy nawet pięć wersji. Każda opcja, i każda możliwa ścieżka miała dziesiątki, setki wariantów. Czasami jednak Moc pozwalała spojrzeć w przyszłość o wiele wyraźniej. Tym razem Caine potrafił dostrzec niebezpieczeństwo, grożące bliskiej mu osobie.

Jego uczennica.

II


System Iego
Zewnętrzne Odległe Rubieże


Iego jak zwykle oszałamiała swoim pięknem. Srebrno niebieska planeta wisiała majestatycznie w przestworzach, otoczona przez tysiące wraków – pozostałości po wyprawach, które na przestrzeni wieków dotarły w pobliże planety.
Mgławica, w której znajdowała się planeta, była jedną z najrzadziej zamieszkałych w Odległych Rubieżach. Nieliczni kosmiczni wędrowcy, którym dane było usłyszeć nazwę tego globu marzyli, by kiedyś postawić stopę na jego powierzchni. Jakimś zrządzeniem losu, Iego nie zostało opisane w żadnej z gwiezdnych map, w żadnym atlasie, nawet w republikańskich bazach danych, do których Nann Starstorm uzyskała potajemnie dostęp.
Jej środek transportu – kosmiczny jacht typu Maruder stał zabezpieczony na skalistym lądowisku.
Kiedy tylko znalazła się w przestworzach Iego, wysłała swoje sygnatury staremu mistrzowi, który miał dokonać identyfikacji holokronu.
Zgodnie z otrzymanymi współrzędnymi, znajdowała się dwieście metrów od wejścia do kompleksu zajmowanego przez Ohir’iona.
Rozglądając się wokół można było dostrzec tylko i wyłącznie czerwonawe lub szare formacje skał, które rozciągały się po sam odległy horyzont.
Ohirion celowo wybrał na swoją siedzibę to miejsce. Zupełnie niezamieszkany płaskowyż, bezpieczny, cichy. Sama nigdy nie chciałaby, aby jej dom znalazł się w tak pustym, monotonnym otoczeniu. Nann Starstorm wybrałaby swoje rodzinne Elysse, a więc piękne, zielone krajobrazy, jeziora, strumyki i majestatyczne góry.
Idąc w kierunku durastalowej kopuły z turbowindą, prowadzącą do domu Ohiriona, Nann skupiała swoje zmysły na niewidzialnych prądach Mocy, by jak najwięcej dowiedzieć się o miejscu, do którego zmierzała.
Aura była zupełnie neutralna, żadnych emocji, wszystkie formy życia w najbliższym otoczeniu znajdowały się w niewzruszonym stanie. To było całkiem ciekawe zjawisko. Niepokojące.
Zwykle badając zmysłami Mocy określone środowisko, wprawny Jedi potrafił odebrać wiele oznak emocji, którymi emanowały nawet stworzenia, znajdujące się na niskim etapie rozwoju. Każda żywa istota posiadająca chociażby zalążek mózgu, odczuwała przynajmniej w pewnym stopniu coś, co u ludzi określa się jako „emocja”. Jeśli wziąć pod uwagę, iż Jedi potrafili wyczuwać emocje z otaczającego ich terenu, to z pewnością byli również w stanie zlokalizować przy użyciu Mocy wszelkie, nawet najprostsze organizmy.
Tym razem Starstorm odczuwała neutralność. Ładunek zerowy. Wszystko wyglądało w zbyt dużym stopniu tak jak powinno. Chaos był naturalną cechą wszechświata, tutaj zaś chaosu zupełnie brakowało. Tak jakby ktoś stworzył zbyt idealną kopię oryginału.
Taki stan oznaczał, iż Nann musiała zachować szczególną ostrożność. Biorąc jednak pod uwagę, iż znajdowała się tuż przy wejściu do domostwa jednego z najbardziej zaufanych mistrzów Jedi, porzuciła myśli o niebezpieczeństwie i skupiła się na swoim bieżącym zadaniu. Musiała przekazać holokron Ohri’ionowi a następnie bezpiecznie dostarczyć legendarny artefakt z powrotem na Ghenes Prime.

***


Iego
Kwatery Mistrza Ohiriona


- W żadnym razie nie dziwi mnie miejsce, w którym Twój mistrz odnalazł holokron. I trzeba przyznać, że jego symbolika jest niesłychanie odpowiednia do sytuacji.
Sędziwy człowiek, ubrany w ciemne szaty, charakterystyczne dla republikańskiego arystokraty stał przy szarej, kamiennej poręczy, ciągnącej się wokół ogromnej podziemnej jaskini. Cała przestrzeń wewnątrz tego zadziwiająco wielkiego tworu oświetlona była potężnymi repulsorowym promiennikami. W oddali za plecami Ohiriona można było dostrzec przedziwne kamienne rzeźby, posągi wojowników, bramy czy też piramidy. Wszystko to wyglądało jakby było wnętrzem wielkiego muzeum lub przynajmniej przyzwoitego stanowiska archeologicznego.
- Mistrz Caine opowiedział mi historię Had Abbadon, podobno planeta ta łączona jest z początkami naszego Zakonu – Nann doskonale znała historię Jedi więc w zupełności rozumiała wymowę tego zbiegu okoliczności. Stary mistrz nie wydawał się jednak zainteresowany dyskusją. Odczekał sekundę w ciszy po czym oświadczył:
- Młoda Starstorm, pomińmy te nieistotne kwestie i zobaczymy z czym tym razem przysłał cię twój mistrz, jestem pewien że będzie to coś fascynującego. Kto jest strażnikiem tego Holokronu?
Nann była zdziwiona, że Ohirion nie wie po co jej mistrz ją przysłał. Nie było jednak powodów do niepokoju, niestandardowe działania były bardzo podobne do Cainea, dlatego postanowiła wyjaśnić cel, w jakim przybyła na Iego. Ohirion słuchał z wielką koncentracją, nie zdradzając nawet cienia emocji, kiedy Starstorm dokończyła historię, zapadła chwila wymownej ciszy.
- A więc w końcu go znaleźli… W starożytnych przekazach jest określany jako Holokron Wielkiego Mistrza lub Źródło Wiedzy; nie sądziłem że kiedykolwiek uda się go odnaleźć – Ohirion przybrał obojętny wyraz twarzy, niemal sprawiał wrażenie nieobecnego. Dodał tylko krótko – Pokaż mi ten wspaniały artefakt.
Nann wyciągnęła z bocznej kieszeni przy pasie okrągły, niemal przeźroczysty przedmiot. Była to kula o średnicy kilku centymetrów, na tyle mała że można ją było schować do dłoni. Kryształowa struktura promieniowała niebieskawym światłem, dzięki czemu Holokron wyglądał jakby był otoczony energią Mocy.
- Coś wspaniałego – zaczął mistrz - Czuję, że to niezwykle potężny przedmiot – Patrzył na małą świecącą się kulę okiem prawdziwego profesjonalisty.- Domyślam się, że ten cud potrafi dokonać wielu interesujących rzeczy.

Mówiąc to wypuścił z dłoni holokron, który jednak nie upadł na posadzkę jak zwykły przedmiot. Przed uderzeniem o skałę wyhamował, jakby powstrzymany samą energią Mocy. Ohirion był wyraźnie zafascynowany.
- Jestem pewien, że również trudno zniszczyć ten kryształ… Najwyraźniej Wielki Mistrz poświęcił mu bardzo wiele swojego cennego czasu.
Nann była zadowolona, że stary Jedi wykazuje taki entuzjazm. Oznaczało to, że holokron rzeczywiście jest tym, którego szukał Caine. Oznaczało to również, że Starstorm wypełniła kolejne zadanie dla swojego mistrza. Jeszcze tylko potwierdzi czy Ohiron jest pewien co do autentyczności artefaktu, włoży holokron do bezpiecznego sejfu i niezauważona przemknie się z powrotem do Wewnętrznych Przestworzy. I wtedy zyskamy bardzo cenne, unikalne źródło wiedzy, pomyślała.
-Mistrzu czy potwierdzasz prawdziwość holokron?- Patrzyła na twarz starca i przysięgłaby, że ten zanim odpowiedział przez chwilę się zastanowił.
- Tak, to Holokron Wielkiego Mistrza. I z wielką przyjemnością przeprowadzę jego badanie.- Ohirion patrzył urzeczony w kryształ, który znajdował się w jego dłoni.
Nann czuła się niekomfortowo, gdyż sytuacja zmusiła ją, by rozczarowała starego mistrza. Czuła opór na myśl, że musi rozwiać jego nadzieje. W końcu jednak najważniejsze było dokładne wykonanie zadania, które zlecił jej Caine.
- Niestety Mistrzu, ale musze zabrać Holokron i jak najszybciej wyruszyć z powrotem do Świątyni - powiedziała wyciągając rękę po holokron.
Ohirion popatrzył nieciekawie najpierw na młodą Jedi, później znowu na drogocenny artefakt, przekazując go Nann. Przykro było jej odbierać radość staruszkowi. Pocieszyła się myślą, że zawsze mógł wpaść do Świątyni i wziąć udział w badaniach holokronu. Ukłoniła się, wypowiadając zdanie pozdrowienia i ruszyła w stronę terminalu z windą. Myślami wybiegała już w przyszłość, kiedy razem z Cainem skorzystają z możliwości holokronu. Idąc tak, nagle poczuła coś dziwnego. Niebezpieczeństwo. Takiego odczucia nie powinna doświadczyć w tym miejscu. Nie zdążyła jednak zareagować. Poczuła trzask powietrza, a jej oczy poraziła paraliżująca błyskawica.
Zanim poczuła uderzenie o twardą posadzkę, zrozumiała dlaczego wcześniej czuła, że coś jest nie w porządku. Po sekundzie uświadomiła sobie, że leży na podłodze. Ohirion stał oddalony o kilka metrów. Patrzył na nią. I zaczynał iść w jej stronę. Chyba muszę wziąć się w garść, pomyślała. Natychmiast zaczęła pokonywać paraliż. Powoli wstała.
Musiała przygotować się na prawdziwe kłopoty.

Słaba Jedi. Myślała, że może równać się z potęgą Ciemnej Strony. Ośmieliła się sprzeciwić jej woli. Teraz ponosi konsekwencje swojego wyboru. Ohirion patrzył jak Starstorm chwiejnie wstaje z marmurowej posadzki. Była mocno osłabiona. Wiedział o tym doskonale. Teraz wystarczyło tylko słabe tchnienie.
Lekki podmuch potęgi jaką dysponował dotarł do młodej kobiety w formie kolejnej fioletowej błyskawicy, tym razem nie dającej żadnych szans na odzyskanie przytomności. Przynajmniej jeśli on tego nie zechce. Holokron delikatnie opadł i zatrzymał się na wysokości dziesięciu centymetrów nad gruntem. Na szczęście błyskawice nie uszkodziły go. Ohirion był jednak pewien, że nawet kontakt z błyskawicą Mocy nie mógłby wyrządzić w strukturze holokronu najmniejszej szkody. Wielki Mistrz nie mógł nie zabezpieczyć holokronu przed taką możliwością.
Starzec dotknął panelu umieszczonego na nadgarstku i już po kilku sekundach pojawiły się przy nim cztery smukłe droidy, o korpusach przypominających szkielet człowieka.
- Umieścić w polu energetycznym, podać środki dezorientujące i przygotować pełen zestaw do przesłuchań – rozkazał ponurym głosem. To nie będzie przyjemne zajęcie, dodał w myślach. Młoda Jedi nie zdawała sobie sprawy jakie postaci może przybrać ludzkie cierpienie. Teraz miała tego wszystkiego doświadczyć na własnej skórze.
Ohirion spojrzał na posadzkę, ponad którą unosił się holokron. Musi zbadać ten skarb, gdyż może mu dostarczyć wiedzy, której poszukuje od wielu długich lat. Może dać mu umiejętności, które wreszcie pozwolą oddalić wszelkie codzienne niebezpieczeństwa, nieodłącznie związane z byciem żywą istotą. Młoda uczennica Caine’a pozostanie nieprzytomna przez długie godziny, tymczasem on zdoła wstępnie zbadać holokron. Później musi wydobyć z niej informacje, które mogłyby okazać się dla niego pożyteczne. W szczególności dotyczące Caine’a , jego najbliższych planów, aktualnych nawyków. To istotne jeśli chciał przeżyć najbliższe dni. Caine z pewnością szybko zorientuje się, że jego uczennica zbyt długo nie powraca do Wewnętrznych Przestworzy. Bardzo prawdopodobne było także, że jego dawny uczeń umieścił w jachcie Starstorm, lub nawet w niej samej urządzenie śledzące, i w każdej chwili doskonale wie, gdzie znajduje się młoda kobieta. Tym bardziej Ohirion musiał pozostać na Iego. Gdyby zabrał swoją zdobycz do innej kryjówki, mógłby zostać szybko wyśledzony przez Caine’a, gdyż Jedi nie miał sobie równych w tej dziedzinie. Musi zatem wykorzystać ten czas, najwyżej kilka dni, by zbadać holokron i zabawić się z piękną pupilką jego sławnego, byłego ucznia. Bardzo pragnął poznać jej najskrytsze tajemnice, a to niestety wymagało olbrzymiego poświęcenia. Jej poświęcenia.

Nie zabije jednak młodej Starstorm.
To byłaby łaska.
Okaleczy ją, złamie, wydrze z niej resztki człowieczeństwa.
I wtedy odda ją Cainowi.

Żądza by potraktować młodą Jedi z najwyższym okrucieństwem osiągnęła poziom krytyczny w momencie, kiedy okazało się, że cała historia była jednym wielkim oszustwem i pułapką przygotowaną właśnie dla Ohiriona. Holokron był sfałszowany. Doskonała robota, wybitne dzieło inżynierii Mocy, a jednak sfałszowane. Co za bolesny zawód widzieć, że zamiast Wielkiego Mistrza, strażnikiem holokronu pozostaje przez nikogo nie znana postać, dysponująca najwyżej przeciętną wiedzą (jeśli wziąć pod uwagę potrzeby Ohiriona). Stary mistrz zbadał dziesiątki różnych holokronów i niewiele z nich zrobiło na nim naprawdę duże wrażenie. Artefakt dostarczony przez Starstorm również sprawiał takie wrażenie, jednak po głębszej analizie okazał się misternym falsyfikatem. To zaś oznaczało niebezpieczeństwo. Wielkie niebezpieczeństwo. Wkrótce na Iego pojawią się Jedi, albo nawet i sam Caine. To równa się śmierci. Na korzyść starego mistrza przemawiały jednak inne elementy układanki. Caine będzie najszybciej na Iego za trzy standardowe doby. To zupełnie wystarczy, by załatwić sprawę młodej uczennicy, i przygotować się do podróży. Nowa, o wiele doskonalsza siedziba już na niego czekała. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Przebudziła się jak po najgorszym koszmarze. Nim zdążyła otworzyć oczy, poczuła chłód sterylnego pomieszczenia w jakim zapewne się znajdowała. Co gorsza, była naga, a jej nadgarstki oraz kostki u nóg oplecione były energetycznymi okowami, utrzymującymi ją w prostej pozycji kilkadziesiąt centymetrów powyżej powierzchni pomieszczenia. To były pierwsze wrażenia w Mocy, jakie odczuła po przebudzeniu. I ostatnie. Coś zalało jej świadomość nieprzenikalną barierą, zakłócającą jej wszystkie nadnaturalne zdolności.
Usłyszała syk otwieranego włazu. Pojawiły się w nim droidy, jeden człekokształtny, drugi beczkowaty, wyposażony w dziesiątki manipulatorów, ostrz, i innych narzędzi. Nann nie łudziła się co do celu jakiemu posłużą te przedmioty. Roboty ustawiły się po obu jej bokach.
Białe światło pomieszczenia raziło jej oczy, jednak doskonale widziała wchodzącego Ohiriona. Ubrany jak zwykle w swoją arystokratyczną tunikę zbliżał się do niej z udawanym politowaniem na twarzy. Zatrzymał się tuż przed nią, zmierzył spojrzeniem od stóp aż do jej twarzy. Zauważyła lekkie drgnięcie kącika ust. To zaskoczyło Nann. Takie zachowanie było oznaką przeżywania silnych emocji. Jeśli tak potężny mistrz Jedi nie potrafił powstrzymać tak podstawowego odruchu…
- Mamy do omówienia kilka delikatnych kwestii moja droga Starstorm. Bardzo mi jednak przykro, że to wszystko nie może się odbyć w przyjemniejszej atmosferze. – Na sekundę zawiesił głos lekko się uśmiechając. – Podzielisz się z nami każdym, nawet najbardziej skrywanym sekretem, opowiesz wszystko w bólu i w świadomości potwornego, nieodwracalnego okaleczenia. Twoje piękne ciało przeminie, oszpecone i nienadające się do żadnego użytku.
Nann nie reagowała. Widziała szaloną satysfakcję w oczach starucha. Pomimo całej dyscypliny bała się. Prawdę mówiąc była przerażona jak nigdy w życiu. Postanowiła jednak nie dać satysfakcji człowiekowi który ją zniewolił. Zdawała sobie sprawę, że wszystko co się z nią stanie, będzie jedynie zwykłą zemstą na jej mistrzu, który kiedyś sam był uczniem Ohiriona. Nann nigdy jednak nie została bardziej wtajemniczona w tą część historii Caine’a.
- Myślisz, że twój kochany mistrz przybędzie ci na ratunek. Masz rację, przykro mi jednak, że będzie już wtedy za późno. Jego wszystkie cele związane z tobą zostaną przekreślone – kolejny raz szyderczo się uśmiechnął. – Bardzo mi przykro również, że nigdy nie dowiedziałaś się kim naprawdę jesteś dla Caine’a, że zostałaś oszukana, a w ostateczności – oddana jako dar ofiarny na ołtarzu szaleństwa twojego ukochanego mistrza.
Nann zdawała sobie sprawę, do czego zmierza Ohirion. Chciał zmącić jej umysł. Będzie stosował w tym celu podstęp i kłamstwo, bo to jego droga. Wiedziała o tym i musiała wykorzystać tą wiedzę. Nic nie jest prawdą.

Trudno było jednak nie słuchać tych słów. Wdzierały się w jej świadomość niczym robactwo, pożerające spróchniałe drewno. Wzbudzały wątpliwości, szokowały.
- Caine wiedział, że masz odegrać ważną rolę. To mówiły dawne przepowiednie. Jesteś z Linii Krwii. Dopełnieniem odwiecznej symboliki. Czyż symbole wcześniej nie decydowały o losach całej galaktyki? Caine jednak cię wykorzystał. Zaryzykował twoim życiem. I przegrał je. Nie wiedział, jak szybko rozpoznam holorkron, i zarazem jak szybko odkryję fałszerstwo. Myślał, że będzie miał więcej czasu. Mylił się. I ty jesteś ceną jego porażki.
Nann nie chciała słuchać. Dochodzące do jej głowy słowa mogły ranić, gdyby były prawdziwe. Nie rozumiała dokładnie o czym mówi Ohirion, jednak przez jej głowę przemykały różne obrazy z przeszłości. Wiele z nich potwierdzało słowa starego Jedi. Caine odnalazł ją bez żadnego powodu, po prostu zjawił się pewnego dnia oznajmiając, iż zaprasza młodą padawankę na szkolenie do siebie. Był już wtedy sławnym mistrzem, przyjacielem jej dotychczasowego nauczyciela, który w końcu sam rekomendował ją, by dokończyła trening pod okiem Caine’a.
Trening trwał do dzisiaj. Siedem lat. Siedem długich lat zmęczenia, potwornego wysiłku, kształtowania jej psychiki i ciała tylko po to by skończyć właśnie tak. Na końcu dowiadywała się, że jej mistrz miał tajemne plany, ukryte cele których nie dostąpiła zaszczytu poznać. Nigdy nie dowie się już, co oznacza, że jest z Linii Krwii. Nigdy nie uzyska odpowiedzi na te potworne zarzuty, które dotyczyły przeszłości Caine oraz w ogóle tego czym jest i kim jest. To bolało, potwornie i przeszywająco. Była narzędziem, zwykłym narzędziem. A teraz miała skończyć jak każde inne narzędzie, które wykonało swoją rolę……

Nie zdążyła nasycić swojego umysłu wątpliwościami. Zorientowała się, że okoliczności zaczęły przybierać niepokojący obrót. Droidy które do tej pory spoczywały nieruchomo obok niej, nagle ożyły i zaczęły krzątać się wokół, wymachując manipulatorami i kończynami. Ohirion dalej stał przed nią, jednakże widziała go jak przez mgłę. Czuła się odurzona, prawdopodobnie narkotykami, które zostały jej podane. - Wyostrzają ból – wyjaśnił Ohirion, zupełnie tak jakby czytał w jej myślach. – Najmniejsze dotkniecie będzie teraz dla ciebie torturą. Wyobraź sobie co poczujesz po użyciu narzędzi – na końcu zdania zerknął na manipulatory jednego z droidów.
Głos starego człowieka dobiegał jakby z oddali. Nagle poczuła w kończynach eksplozję. Droidy użyły najwyraźniej ostrzy. Mogła się tego jedynie domyślić, gdyż oczy pod wpływem narkotyku niemal odmawiały jej posłuszeństwa. Jednakże przejmujące uczucie rozcinanej skóry było nazbyt charakterystyczne, by pomylić je z czymkolwiek innym. To tylko delikatne nacięcia, które prawdopodobnie miały przygotować jej skórę do czegoś o wiele gorszego. Odczuwała je coraz bardziej boleśnie. Wzdłuż kończyn, tułowia, szyi.
W duchu zastanawiała się co może zrobić by stracić przytomność i nie doświadczać tego wszystkiego. Nie znajdowała jednak żadnego sposobu.
Wkrótce ból zwielokrotniał, gdy okrutna tortura była kontynuowana.
Po kilku chwilach otumanienia bólem, zorientowała się, że po jej ciele spływało coś na kształt lepiej cieczy, wsiąkającej powoli w niemal mikroskopijne nacięcia a następnie wypalającej stopniowo okoliczne tkanki. Ból z każdą sekundą zyskiwał nową definicję a jej umysł ogarnęło szaleństwo cierpienia. Jednocześnie z nim, zupełnie niespodziewanie pojawiła się nienawiść, przejmująca i zimna nienawiść.
W miarę korzystania przez droidy z kolejnych potwornych sposobów zadawania jej ciału cierpienia, nienawiść obejmowała coraz to większe obszary jej wszechświata, aż w końcu przenikała do samej mocy Mocy i w niej trwała. To nie był płomień, lecz eksplozja energii skierowanej wszędzie wokół.
Do wszystkiego i wszystkich, którzy kiedykolwiek stanęli na jej drodze. Którzy doprowadzili ją do tego momentu, w którym traci to co cenne, kawałek po kawałku, każdą część jej pięknego, podziwianego przez wiele istot ciała oraz każdą część jej ciepłego, a zarazem niesłuchanie rozwiniętego ducha.

Gdzieś głęboko w środku zgasł ostatni płomyk smutku, pochłonięty przez odmęty szaleńczego cierpienia.


III


Gdzieś w nadprzestrzeni


Stał cierpliwie na mostku swojego okrętu. Z założonymi na plecach rękoma wpatrywał się w blask nadprzestrzeni. Dla wielu istot w galaktyce świetliste smugi miały w sobie coś magicznego. I była to szczera prawda. Nie raz słyszało się opowieści o szaleństwie wywołanym wpatrywaniem się w iluminatory podczas podróży w nadprzestrzeni. Mało kto zdawał sobie jednak sprawę, że to co wydawało się zwykłą plotką, rozsiewaną przez zdziwaczałych gwiezdnych podróżników, miało swoje uzasadnienie i głęboki sens.
Nadprzestrzeń była przekaźnikiem. Nie tylko dla informacji czy materii ale także czegoś o wiele bardziej złożonego. Moc wypełniała i oddziaływała na zdecydowaną większość znanego wszechświata. Można było ją dostrzec w niemal każdym żywym organizmie, w prądach powietrznych, burzach i trzęsieniach ziemi. Przepływ energii, temperatury a nawet grawitacja były dla wprawnego oka przesiąknięte Mocą. Zupełnie tak jak nadprzestrzeń. Starożytni Mistrzowie uczyli technik, które pozwalały wykorzystać te fascynujące cechy nadprzestrzeni. Dzięki treningowi, Jedi potrafili perfekcyjnie nawiązywać komunikację podczas przelotów gwiezdnymi szlakami.
Teraz Caine stał nieruchomo, w nadprzestrzennym transie, próbując nawiązać kontakt z uczennicą. Gdzieś tam w oddali wyczuwał jedynie echo strachu, rozczarowania a później potwornego cierpienia, pochłaniającego każdy kawałek jego serca. Nie potrafił utrzymać równowagi. Spojrzał przez ramię na siedzącego w obszernym fotelu kapitana okrętu i pospiesznie zażądał:
- Kapitanie, reaktory na sto dwadzieścia procent, zawiadom Mistrza Rae, że powinien natychmiast zająć się stabilizacją hipernapędu.
Musieli się pospieszyć. Chociaż słusznie postąpił podążając za wskazówkami zawartymi w niedawnej wizji, to jednak nawet natchniony przez Moc sen nie mógł zapewnić powodzenia całej misji. Niewiele brakowało. Chociaż los jego uczennicy miał dziesiątki wariantów, to tylko niektóre z nich gwarantowały jej przeżycie. To wystarczyło Caine’owi. Wiedział, że kiedy znajdzie się w tym konkretnym momencie, w konkretnym miejscu, Moc poprowadzi go. Dostrzeże punkt przełomu, który zadecyduje o życiu i śmierci jego uczennicy. Pytaniem jest tylko to, jakiego wyboru będzie musiał dokonać, żeby ocalić młodą Starstorm. Był gotów. Teraz trzeba tylko zapewnić, by pozostałe elementy układanki zadziałały zgodnie z planem.
- Black ? – pytanie dotyczyło porucznika sił lądowych na jego okręcie flagowym. Vero Black był doświadczonym żołnierzem, co jednak najważniejsze, znał styl działania Caine’a. W tak delikatnych misjach zrozumienie zespołu mogło być o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek inne okoliczności.
- Tak jest szef..e.. mistrzu – Zameldował ciemnowłosy człowiek, natychmiast poprawiając spoufalony ton. Chociaż Caine przyjaźnił się z młodszym żołnierzem, to jednak oficjalnie, na głównym mostku gwiezdnego niszczyciela nie mogło być mowy o luźnym tytułowaniu. Załoga wymagała przykładu perfekcyjnej dyscypliny.
- Czy twoi ludzie są gotowi? – Zapytał powoli mistrz Jedi.
- Oczywiście mistrzu, wyposażeni w pancerze klasy pierwszej i inne bajery, które zwykle zabieramy z myślą o przeprowadzeniu szturmu całej, fortyfikowanej planety.
Uwaga Blacka była słuszna. Caine nie dziwił się wątpliwościom jakie pojawiały się wśród załogi. Gwiezdny niszczyciel i dwa inne, mniejsze okręty liniowe, prawie piętnaście tysięcy wyszkolonego personelu, dziesiątki gwiezdnych myśliwców i ogromna ilość sprzętu naziemnego. Taki arsenał nie był zwykle używany w misjach, które miały na celu odwiedziny starego znajomego. Dlatego prędzej czy później musiał wytłumaczyć podwładnym jaki jest sens misji.
- Lecimy ocalić moją uczennicę. Została uwięziona u bardzo potężnego, upadłego mistrza Jedi. Nie ma sposobu żeby przewidzieć co nas tam czeka. Może będzie to sam Ohirion i garstka personelu, a może myśliwce, czołgi i armia droidów bojowych. Musimy być gotowi na wszystko. Bez względu jednak na to, jakie będą siły wroga, ty i twoi ludzie wkroczycie razem ze mną. Macie unieruchomić wszystko z wyjątkiem Ohiriona. Nim zajmę się osobiście. Jak tylko uda mi się związać go walką, wy poszukacie mojej uczennicy i odetniecie drogi ucieczki z całego kompleksu.

***


Iego
Sanktuarium Ohiriona


W pomieszczeniach siedziby starego mistrza panował prawdziwy chaos. Droidy służące do utrzymywania całego kompleksu w należytym porządku uwijały się jak w ukropie, próbując przenieść do transportowców najwięcej dóbr jak tylko się dało. Ohirion zgromadził na Iego prawdziwy skarb, dziesiątki artefaktów i pamiątek po starym Zakonie. Teraz uśmiechał się w myślach. Jedi nigdy nie zobaczą już żadnego z tych przedmiotów. Przygotowania do odlotu dobiegały niemalże końca, a jego nowa siedziba była na tyle dobrze ukryta, że nawet sam Caine nie byłby w stanie go odnaleźć. Ohirion rozstał się ze swoim uczniem wiele lat wcześniej, ale więź która ich łączyła nawet po tak długim czasie nie zanikła zupełnie. Stary mistrz potrafił jednak odcinać się od tego połączenia.
Powietrze jego kwater było gęste od dziwnego przeczucia, niewytłumaczalnego, nieuchwytnego. Coś miało wydarzyć się na Iego a Ohirion nawet przez sekundę nie pomyślał, że mogłoby to być coś chociaż odrobinę korzystnego dla niego. Nadciągała zmiana. Niepokojąca zmiana.

Wtedy to poczuł. Jak gdyby ktoś nagle pozbawił jego płuca tlenu. Przytłaczające i ogarniające zmysły przeczucie nieuchronnej katastrofy. Jeżeli cokolwiek lub ktokolwiek mógł spowodować w tak doświadczonym mistrzu podobne wrażenie, to Ohirion był pewien, że mogła być to tylko jedna osoba, która w dodatku nie przybywała w pokojowych zamiarach. Szybkim krokiem udał się do celi młodej uczennicy Caine’a. Po oględnym zbadaniu jej stanu, stwierdził, że wkrótce nastąpi koniec. I Caine musiał również to wyczuwać. Wkrótce wszystko będzie przesądzone. Polecił droidowi okryć ciało kobiety płótnem i przenieść na repulsorowe nosze. To jego ostatnia szansa. Caine był już na powierzchni planety. W całym kompleksie można było wyczuć delikatne wstrząsy, prawdopodobnie wywołane przez ładunki wybuchowe, dzięki którym jego uczeń i towarzyszący mu ludzie przedzierali się przez kolejne zabezpieczenia Sanktuarium.

Caine wpadł do ogromnego hangaru, w którym znajdował się już tylko jeden pojazd. Piękny gwiezdny jacht stał z opuszczoną rampą, jego silniki pracowały. Na ścieżce prowadzącej bezpośrednio na lądowisko zobaczył kilka postaci i repulsorowe nosze otoczone przez droidy bojowe. Dostrzegł Ohiriona. I stanął w odrętwieniu, gdyż zdał sobie sprawę, że przybył za późno. Wszystko przebiegało zgodnie ze scenariuszem, który ułożył jego były mistrz. Odległość między nimi była zbyt duża, by zdążył dotrzeć do starca zanim ten wsiądzie na pokład jachtu. To nie był jednak koniec, ani sedno planu upadłego mistrza.
Caine patrzył jak Ohirion zatrzymuje się i patrzy w jego kierunku. Starzec podszedł do noszy i wyciągnął zza pasa rękojeść świetlnego miecza. Purpurowa klinga wystrzeliła z emitera. Chociaż Caine, z powodu odległości nie słyszał charakterystycznego dźwięku zapalonego miecza, to jednak jego serce przeszyło coś o wiele bardziej przerażającego.
Zobaczył jak Ohirion podnosi ostrze i zatapia je w ciele młodej uczennicy.

Świat eksplodował. Kiedy znowu otworzył oczy, leżał na podłodze, a z jego nosa i uszu ciekła krew. Po chwili usłyszał jeszcze huk startującego jachtu. Ohirion nie miał już znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Jego uczennica i zarazem wielka nadzieja została unicestwiona. Nie wiedział jakim cudem udało mu się wstać. Ruszył biegiem w kierunku jej ciała. Kiedy tylko dotarł do repulsowych noszy zobaczył przerażający widok. Nann Starstorm, piękna i utalentowana Jedi już nie istniała. Jej zewnętrzna postać, potwornie okaleczona, porozdzierana na skutek długotrwałych tortur wzbudzała nieopisany żal i wyrzuty sumienia. Jako jej mistrz, zobowiązany był ją chronić. Tymczasem wysłał ją na Iego, świadomie ryzykując jej życiem. Nigdy nie popełnił podobnej…. zbrodni. Nacisnął przycisk na panelu noszy, które natychmiast opadły na samą posadzkę. Uklęknął przy ciele młodej uczennicy. W miejscu jej serca ziała okropna zwęglona rana. Myśli Caine’a pędziły w szaleńczym tempie. Nic nie mógł zrobić. Poczuł spływające po twarzy łzy. Tak bardzo ją kochał… Czy taki miał być koniec przygody, która według długo układanych planów nigdy nie miała znaleźć końca? Czy tak zmarnowana zostanie największa szansa, jaka kiedykolwiek spotkała odrodzony Zakon Jedi?

Gdzieś w najgłębszych zakątkach świadomości usłyszał cichy szept. Słowa ułożone w prastary wiersz, opowiadany niegdyś w rodzinach osób wrażliwych na Moc. Wiersz o odwiecznej walce światła i ciemności, dobra i zła. Głęboko zakorzeniony w świadomości każdego członka Zakonu.
Ciemność jest szczodra, jest cierpliwa i zawsze zwycięża,
lecz w samym sercu jej siły leży jej słabość:
wystarczy jedna, jedyna świeca, by ją pokonać.
Miłość jest czymś więcej niż świecą.
Miłość potrafi zapalić gwiazdy

Wiedział co powinien zrobić, w jakiś sposób zawsze wiedział, że do tego dojdzie. Chociaż sama myśl, by w taki sposób złamać zasady, którymi dotąd się kierował napełniała go przerażeniem, to jednak istniały w jego życiu wartości o wiele cenniejsze.
Spojrzał jeszcze raz na ciało uczennicy. Już dobrze moja droga, pomyślał.
Błękitne błyskawice wystrzeliły z jego dłoni jak potężna fala, pochłaniając poranione szczątki młodej kobiety.


Epilog


Stali na krawędzi skalnego lądowiska na Iego. Pod ich stopami rozpościerała się długa aż po horyzont równina. Czerwonawe i brunatne skały wyraźnie kontrastowały z błękitnym niebem planety. Długo rozmawiali. Caine nie mógł dłużej ukrywać pewnych faktów, związanych z nauką u starego Ohiriona. Prędzej czy później, mogłyby zostać ponownie wykorzystane aby zasiać wątpliwości w sercu jego uczennicy.
- Mistrzu, nie wyjaśniłeś jeszcze jednego...- Nann zawiesiła głos, jakby obawiała się zadać to pytanie. – Black twierdził, że widział jak Ohirion wbija w moje serce klingę świetlnego miecza… pamiętam też jak przez mgłę jak zostało okaleczone moje ciało… Czy ja… umarłam?
Caine chwile zwlekał z odpowiedzią. W końcu jednak stwierdził, że czas rozpocząć nowy rozdział tej wielkiej przygody, która trwała od momentu, kiedy pierwszy raz spotkał młodą Starstorm.
- Tak, umarłaś – Odpowiedział bez ogródek. – Dawno temu pewien Jedi odkrył jednak umiejętność, która dla Sithów zawsze była prawdziwą obsesją. Marzeniem i ostatecznym celem ich nauk. Wiele lat temu podczas wspólnej misji z Ohirionem, udało nam się odkryć ten sekret.
Spojrzał wymownie na swoją uczennicę i wyprzedzając jej pytanie oznajmił:
- Ale nie sądzę, byś była gotowa, by już teraz poznać tę tajemnicę.
- Po tym wszystkim? Mistrzu, z całym szacunkiem, wczoraj umarłam, a ty przywróciłeś mnie do życia, czy naprawdę sądzisz, że jest coś na co nie jestem gotowa?

***


Caine milczał przez chwilę. Moc była niezwykle silna w młodej kobiecie. Może miała rację. Może nadszedł w końcu czas. Dziesięć tysięcy lat temu Zakon został pozbawiony prawa do egzystencji. Przez dziesięć tysięcy lat osoby wrażliwe na Moc były odrzucane i prześladowane przez galaktyczne rządy. Ostatnie wydarzenia jednoznacznie wskazywały jednak, że w tunelu ciemności pojawił się promyk nadziei.
Tak, prastare proroctwa zostaną wypełnione. Już wkrótce. Podjął więc decyzję.
- Did you ever hear the Tragedy of Darth Plagueis the Wise?


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 8,00
Liczba: 2

Użytkownik Ocena Data
Darth Aleksus 10 2012-05-09 21:52:31
Kasis 6 2012-05-09 19:15:09

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (1)

Podoba mi się osadzenie historii w tak odległej przyszłości oraz nawiązania do Dziedzictwa. Czegoś jednak brakuje, jakby zabrakło czasu na wykończenie, albo konkursowy limit słów przeszkodził ;P

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.