Twórczość fanów

Z życiem nie ujdziecie

autor: LKZ



I
Spróbujcie mi tylko podskoczyć…


1


Wysłużony airspeeder przecinał noc mknąc napowietrznym szlakiem komunikacyjnym. Wszechobecne światła migały z lewej i prawej strony pojazdu, by zaraz zniknąć równie szybko, jak się pojawiły. Pilot wyprzedzał innych uczestników ruchu najwyraźniej drwiąc sobie z obowiązujących przepisów ograniczających prędkość. Pędził, jakby wiedział, że nie zatrzyma go patrol Coruscańskiej Służby Bezpieczeństwa.
I nie mylił się. Właśnie wleciał w strefę do której tej nocy policja nie miała wstępu. I miało tak pozostać aż do odwołania. A osobą władną odwołać ten rozkaz był on sam. On i nikt inny – no może z wyjątkiem jego przełożonych, ale oni w tej chwili spali lub właśnie kładli się spać. A zresztą sami wyznaczyli go na dowódcę tej operacji.
Ruch zaczął zamierać, ale nie ze względu na późną porę – Coruscant tętni życiem przez całą dobę. Strefa zamknięta dla CSB i innych służb publicznych znajdowała się po prostu na skraju gigantycznej dzielnicy przemysłowej. Tutaj nikt od dawna nie mieszkał. Przynajmniej legalnie. Oczywiście wszyscy wiedzieli, jak wygląda stan faktyczny, ale gdy idzie o istoty wykluczone poza margines społeczny, nikt o zdrowych zmysłach nie podjąłby się dokładnego sprawdzenia kto, gdzie i dlaczego mieszka. Nie na planecie, której ilość mieszkańców szacuje się z dokładnością do miliardów…
Jednak nawet gdyby ruch był większy, zapewne nikt nie zauważyłby trzech gunshipów LAAT/i uporczywie podążających za niezbyt nowym airspeederem. Wprawdzie mieszkańcy Coruscant przywykli do demonstracji siły, ale nawet w czasie Wojen Klonów miało to swoje granice. A po ich zakończeniu? Taki śmiercionośny sprzęt na pewno przyciągnąłby uwagę. Nawet w tak nędznej okolicy jak ta. Właśnie dlatego piloci-klony utrzymywali swoje maszyny w górnych warstwach atmosfery.

2


Daric Arx, oficer Imperialnego Wywiadu, posadził swojego airspeedera na brudnej, ferrobetonowej, nawierzchni. W dzielnicy przemysłowej, zwanej Roboty wszędzie panował mrok. Nigdzie nie było widać kolorowych reklam, oświetlenia ulicznego; nigdzie nie paliło się światło w oknie jakiegoś mieszkania. Tutaj nie było mieszkań.
Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, Arx zaciskał dłoń na rękojeści swojego pistoletu blasterowego ukrytego pomiędzy fotelami. Rozglądał się przy tym, trochę zbyt nerwowo, na boki. Miał za sobą niejedną niebezpieczną operację i to właśnie doświadczenie nakazywało mu zachowywać czujność i bez przerwy być gotowym do ucieczki.
Wokół widać było posępne budowle. Część z nich była kompletnymi ruinami dawno nieczynnych fabryk. Inne były w nienajgorszym stanie i na pewno były zamieszkiwane przez emigrantów z całej galaktyki. Pomimo niemal całkowitej ciszy, pomimo całkowitego braku ruchu Arx był niemal pewien, że jest obserwowany. Miał tylko nadzieję, że obserwują go wystraszone istoty obawiające się deportacji, a nie obiekt, stanowiący cel jego bytności w tym podłym miejscu.
Ciekawe – jeśli po ogłoszeniu przez Imperatora Palpatine’a Nowego Ładu, Coruscant zaczęła być oficjalnie nazywana Imperialnym Centrum, to czemu Coruscańska Służba Bezpieczeństwa jeszcze nie zmieniała nazwy? Senackie Biuro Wywiadu już uległo „restrukturyzacji”. Po szybkiej weryfikacji i odsunięciu na boczne tory oficerów i pracowników o poglądach potencjalnie odbiegających od linii Nowego Ładu, SBW stało się podstawą dla stworzenia Imperialnego Wywiadu.
Arx nie był głupcem. Biurokracja zawsze była biurokracją, również w czasach Republiki. Awans często nadchodził niezależnie od sukcesów odnoszonych na polu zawodowym i Daric miał tego pełną świadomość. Przestawienie się z funkcjonowania w warunkach biurokracji republikańskiej, na funkcjonowanie w warunkach biurokracji imperialnej przyszło mu bez większego trudu.
Nie był idealistą. Ani teraz, ani wcześniej, przed Wojnami Klonów. Po prostu zawsze starał się możliwie najlepiej wykonywać swoją pracę, i utrzymywać dobre stosunki z przełożonymi, czy też raczej ze wszystkimi od których mógł zależeć awans.
A poza tym najzwyczajniej lubił…
Co to?
W zaułku zauważył ruch. Bezwiednie silniej zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Dotyk dobrze znanego mu DL-GQ podziałał uspokajająco. Gdy ów ruch przybrał sylwetkę postaci, Arx powoli uniósł swojego deela. Był gotów. Był całkiem niezłym strzelcem, nawet jak na standardy wojskowe (chociaż z bronią długą nie miał właściwie żadnego doświadczenia, to z krótkiej strzelał jakby to należało do jego codziennych obowiązków).
Ciemna sylwetka szła powoli w stronę airspeedera. Z zaułka wyłoniła się kolejna postać i ruszyła za pierwszą. Tym razem kobieta. Jeszcze chwila… Bezdomny w poszarpanym stroju był coraz bliżej… Jeszcze chwila niepokoju i Arx rozluźnił napięte dotąd mięśnie. To byli jego ludzie. Doszedł do wniosku, że chyba trochę zapomniał jak to jest pracować w terenie. Trochę praktyki mi nie zaszkodzi – pomyślał, po czym spytał krótko:
- I co? – gdy tylko przybyli wsiedli do pojazdu.
- Jest tam – padła równie krótka odpowiedź.
- Wszystko zgodnie z naszymi meldunkami – uzupełnił głos z tylnego fotela.
Owa dwójka podległych Arksowi funkcjonariuszy już od dwóch tygodni bacznie śledzili Loppera Kilnaha i jego ludzi nielegalnie zajmujących ruiny jednego z oddziałów LiMerge Corporation. Przekupili nawet jedną z istot, która krótko tam gościła, dzięki czemu uzyskali całkiem przyzwoite plany wnętrza budynku i wiele innych istotnych informacji. To ułatwiło przygotowanie dzisiejszej operacji.
Arx ruszył z miejsca, ale tym razem leciał nad podłożem nie wyżej, niż wtedy, gdy przed chwilą parkował. Skręcił i zobaczył budynek należący niegdyś do LiMerge. Wyjął komunikator.
- Wódz do Jastrzębionietoperza-1.
- Jastrzębionietoperz-1. Odbiór – natychmiast odezwał się kapitan znajdujący się na pokładzie jednego z gunshipów.
- Wykonać – polecił Arx po prostu.
Tak, poza tym, że pensję miał tym wyższą, im wyższe zajmował stanowisko, najzwyczajniej lubił wydawać innym rozkazy.

3


Nie dalej niż sto metrów przed airspeederem Arksa nagle pojawił się LAAT/i o kryptonimie Jastrzębionietoperz-2. Gunship zawisł pół metra nad powierzchnią, a z jego pokładu zaczęły wysypywać się postacie w pancerzach.
Żołnierze-klony.
Trzy pięcioosobowe drużyny dowodzone przez sierżantów i czwarta dowodzona przez porucznika, dowódcę Zespołu Drugiego. Towarzyszyło im dwóch oficerów Imperialnego Wywiadu. Sprawnie, niczym palce jednej ręki klony zajęły pozycje obronne na wypadek ewentualnego ataku. Jastzrzębionietoperz-2 natychmiast wzbił się w powietrze. Na jego pokładzie znajdowało się dwóch snajperów. Ich zadaniem była obserwacja terenu, meldowanie o ruchach potencjalnego przeciwnika i eliminacja celów.
Arx zatrzymał swój pojazd i wysiadł wraz z podwładnymi. Powróciła względna cisza, przerywana jedynie chrzęstem elementów wyposażenia żołnierzy. Przycichł też odgłos silników Jastrzębionietoperza-3. Z jego pokładu wysiadł Zespół Trzeci – dwudziestu pięciu klonów – którego zadaniem było otoczenie budynku-celu. Nikt nie miał prawa do niego wejść ani wyjść. Ten stan rzeczy mógł zmienić jedynie wyraźny rozkaz Arksa.
Na pokładzie Jastrzębionietoperza-3 również znajdowało się dwóch snajperów.
- Jastrzębionietoperz-1 do Wodza – rozległo się w słuchawce, którą Daric właśnie umieścił w uchu.
- Tak, kapitanie?
- Trójka melduje gotowość.
- Rozumiem. Niech zamkną pierścień, jak tylko wejdziemy do środka.
- Tak jest.
Arx zerwał połączenie.
- Poruczniku – zwrócił się do stojącego obok dowódcy Zespołu Drugiego. – Zaczynajcie. Wszystko zgodnie z planem.
- Tak jest. – Klon odwrócił się do swoich podwładnych. – Zaczynamy!
Daric patrzył, jak żołnierze ustawiają się wzdłuż ściany budynku, po obu stronach wejścia. Jeden z nich, osłaniany przez kolegę, podbiegł do drzwi. Po chwili obaj oddalili się. Jeszcze jedno lub dwa mrugnięcia oczyma i rozległa się eksplozja ładunku udarowego. Arx wzdrygnął się – do takich atrakcji nie miał okazji przywyknąć. Popatrzył na pozostałych oficerów wywiadu. Wyraźnie nie byli pewni jak się teraz zachować. Oni też nie byli żołnierzami. Czekali na to, co zrobią klony.
Wybuch wyłamał płytę drzwi. Żołnierze w białych pancerzach z czerwonymi oznaczeniami wrzucili coś do środka. Wewnątrz rozległa się kolejna eksplozja i wszyscy zniknęli w tumanie kurzu wbiegając do budynku. Arx musiał przyznać, że poruszali się z szybkością i sprawnością – niemal gracją – jakby robili to przez całe życie. Całe życie. Głupia uwaga odnośnie klonów… – pomyślał. Ci należeli do formacji Shock-Trooperów. Byli elitą, nawet jak na klony. Formację tą utworzono specjalnie do ochrony stolicy, jeszcze w czasie Wojen Klonów. Szkolili się specjalnie do walki w terenie zabudowanym, w zatrzymywaniu i eliminacji terrorystów. Nie pierwszy raz formacja ta współpracowała ze służbami cywilnymi – wywiadem, czy policją. Powstała jako ich zbrojne ramię. Ramię, a może raczej miecz.
Teraz i tak liczyło się głównie to, że realizowali pozostałą część planu. Jego planu. Planu Wodza. To on opracował ogólny zarys akcji. Dzięki jednemu z funkcjonariuszy Imperialnego Wywiadu, który przed Wojnami Klonów służył w wojsku opracowali szczegóły. A przed samą akcją dopracowali całość z kapitanem CC-98-coś-tam, który znajdował się na pokładzie Jastzrębionietoperza-1. Daric nie pamiętał całego ośmiocyfrowego numeru klona i nie bardzo go to obchodziło. Było to powietrzne centrum dowodzenia i kontroli. Na przenośnych konsoletach z ekranami wyświetlany był obraz rejestrowany przez wizjery wszystkich klonów biorących udział w operacji. Z kapitanem było tam czterech sierżantów i oficer Imperialnego Wywiadu oraz Zespół Pierwszy – trzy pięcioosobowe drużyny, stanowiące odwód, na wypadek, gdyby coś poszło niezgodnie z planem.
Ale Plan Wodza, jak Arx lubił go nazywać, był dobrze opracowany. Darika dziwiło tylko to, że ich przybycie, które obudziło chyba wszystkich w okolicy i jeszcze kilka ulic dalej, nie wzbudziło niczyjej reakcji.
I właśnie wtedy na ulicy dało się słyszeć kilka strzałów.
- Co się dzieje? – Arx nie widział zdarzenia. Wiedział, że to był Zespół Trzeci, którego część już pojawiła się na froncie budynku.
- Trójka melduje, że zdjęli dwóch uciekinierów… - powiedział kapitan i urwał, jakby nadal odbierał meldunek. – Kobieta i mężczyzna. Twi’lekowie. Wybiegli z jednego z sąsiednich budynków. Nie żyją.
Zgodnie z Planem Wodza. Na klonach też można zresztą polegać. Są użyteczne.
Nagle rozległy się kolejne strzały. Tym razem dobiegały z wnętrza budynku. Nadal zgodnie z planem. Eksplozja i znowu strzały. Arx drgnął. Zobaczył jak klon odsuwa jednego z jego ludzi, który ciekaw wydarzeń stanął w świetle drzwi. Słusznie – zbłąkany pocisk energetyczny lub inny mógł nagle przez nie przelecieć.
- Tu Jastrzębionietoperz-1.
- Słucham, kapitanie.
- Dwójka melduje, że sytuacja w środku jest prawie opanowana. Nadal trawa przeszukanie…
- Dziękuję – odparł Arx i kiwnął na swoich. Teraz oni musieli załatwić swoją część zadania.
- Chciałbym zauważyć… - podjął kapitan, ale Daric nie dał mu skończyć:
- Że nie jest całkiem bezpiecznie?
- Tak jest.
- Rozumiem. Proszę poinformować Dwójkę, że wchodzimy.
Może i powinni jeszcze poczekać, ale przecież nikt nie mógł powstrzymać Wodza. Ta operacja miała mu zapewnić kolejny awans.

4


W czasach, kiedy budynek użytkowany był zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem, stanowił fabrykę półproduktów dla jednego z wielkogabarytowych wyrobów LiMerge. Albo coś w tym stylu. Arx nie miał pewności, ale sugerowała to specyficzna budowa wnętrza obiektu.
W środku panował półmrok. Było tam jaśniej niż na zewnątrz, ale ciemniej niż życzyłaby sobie większość istot klasyfikowanych przez medycynę jako normalne. W holu wejściowym stał jeden z klonów. Bez słowa ręką wskazał kierunek. Tam znajdował się porucznik.
Arx ze swoimi ludźmi ruszył w kierunku hali produkcyjnej. W czasach swojej świetności wnętrze było urządzone bardzo skromnie, co nie mogło dziwić. Jednak teraz sprawiało bardziej niż wstrętne wrażenie. Daric wzdrygnął się na samą myśl o tym, że miałby spędzić w tych warunkach choćby sekundę dłużej niż było to absolutnie konieczne. Kurz i zalegające wszędzie śmieci… Za plecami usłyszał kilka cichych uwag swoich ludzi na ten właśnie temat.
Przeszedł jeszcze kilka kroków. Potknął się o jakiś przedmiot leżący na podłodze. W polu widzenia miał już drzwi do głównej hali. Stał przy nich klon. Zaraz też pojawił się porucznik. Podszedł do Arksa i bez słowa czekał na rozkazy.
- Proszę meldować – polecił Daric nawet nie zwalniając kroku.
- Opanowaliśmy wszystkie pomieszczenia, o których wiedzieliśmy. Zatrzymaliśmy około trzydziestu pięciu istot. Cztery z nich są ranne. Siedem kolejnych nie żyje. Zatrzymanych gromadzimy w największym pomieszczeniu.
Przed całą piątką otworzyła się rozległa przestrzeń części produkcyjnej budynku. Środek był pusty. Najwyraźniej ktoś kiedyś stwierdził, że zna lepsze zastosowanie dla wykorzystywanych tu maszyn. Zostało ich zaledwie kilka. Ale do czego mogły służyć? Tymczasem porucznik kontynuował, w miarę jak zbliżali się do grupy istot siedzących na podłodze z rękoma skutymi na plecach:
- Zaraz zaczniemy szczegółową rewizję. Jest jeszcze jakieś pomieszczenie na samej górze…
Arx zadarł głowę. Wokół ścian na wysokości mniej więcej pierwszego i trzeciego piętra rozmieszczone były podesty połączone ze sobą w kilku miejscach drabinami. Gdzieniegdzie na podestach zauważył żołnierzy. Trzech z nich wspinało się do góry po jednej z drabin. Zatrzymali się przy kracie blokującej przejście, żeby przeciąć ją palnikiem plazmowym.
- … które zaraz sprawdzimy – powiedział porucznik i umilkł, gdy grupa zatrzymała się przy więźniach. Wszyscy bez wyjątku mieli głowy spuszczone na piersi. Otaczało ich pięciu klonów. Żołnierze w swoich pancerzach wyglądali przy tych brudnych i wymizerowanych istotach jak bogowie. Arx zastanawiał się przez chwilę, jak dobrowolnie można zdecydować się na takie życie. Był pewien, że przynajmniej dla części z nich życie, które prowadzili było ich wyborem. Potwierdzały to raporty z kilku śledztw. Idealiści…
Nie miał zamiaru marnować czasu na jałowe rozmyślania. Gestem wskazał jednego ze swoich ludzi, którzy przylecieli Jastrzębionietoperzem-2.
- Zostaw graty i sprawdź biura. Może znajdziemy tam coś ciekawego.
Wskazany funkcjonariusz zdjął pękaty plecak i ruszył z powrotem, a Arx kontynuował nie dając komukolwiek szansy na powiedzenie czegokolwiek:
- Oddzielcie tych z Whiplasha od pozostałych i znajdźcie mi Kilnaha.
Porucznik i pozostałe klony stały w bezruchu, kiedy trójka funkcjonariuszy z datapadami w rękach podeszła do więźniów. Patrzyli na każdego z więźniów i porównywali jego wizerunek z tym, co mieli w bazach danych. Jeśli kogoś rozpoznali, brutalnie ciągnęli go na bok – teraz już cztery istoty, troje ludzi i obcy, którego rasy Arx nie potrafił nazwać. Z podziwem spojrzał też na swoją podwładną. Nigdy nie przypuszczałby, że w tym drobnym ciele znajdzie się tyle siły, żeby tak pomiatać roślejszymi osobnikami. Chyba też chciała zapracować na awans. I jeszcze jeden człowiek, tym razem kobieta, odciągnięty na bok.
Członkowie Whiplasha, tworzącego się na Coruscant ruchu oporu, byliby zaskoczeni, gdyby wiedzieli jak wielu z nich znajduje się w imperialnych bazach danych. Początkowo Whiplash zajmował się głównie umożliwieniem ucieczki z planety wszystkim, którzy mieli powody obawiać się Imperium. Potem zaczęły powstawać różne jego odłamy z których część zajęła się działalnością terrorystyczną.
I wtedy Arx zauważył tego, na którym najbardziej mu zależało. Lopper Kilnah we własnej osobie.

5


Początkowo Whiplash był niczym więcej tylko grupą idealistycznie nastawionych zapaleńców. W chwili obecnej nikt nie był w stanie oszacować, jak wiele istot uciekło służbom imperialnym, korzystając z ich pomocy. Potem, w miarę jak organizacja zaczęła się powiększać, doszły kolejne formy działalności. Było to podyktowane prostą zależnością – jeśli Whiplash coś znaczył, to będąc razem z nim również coś znaczę. A jeśli coś znaczę, to kto powiedział, że muszę marnować życie na pomoc jakimś tam obcym istotom, których nawet nie znam? Może zrobię lepiej coś dla siebie i trochę dorobię? Sprzedaż narkotyków na dolnych poziomach Coruscant (po co u licha zmienili tą nazwę na Imperialne Centrum?!) była całkiem intratnym zajęciem. A poza tym, jeśli istnieją kanały przerzutu poza planetę, to czemu nie wykorzystać ich, żeby coś przywieźć?
Z takimi Arx też miał okazję się zetknąć. Mieli teraz sporo czasu, żeby przemyśleć swoje postępowanie. Prawdopodobnie dlatego przełożeni wybrali go do realizacji tej właśnie misji. Misji, która była wyjątkowo delikatna ze względu na swój przedmiot. Lopper Kilnah.
Cel i przebieg operacji miały pozostać ściśle tajne. O klony Arx był spokojny, ale jeśli chodzi o jego ludzi z Wywiadu… Cóż, oni też znali cel operacji i sposób jej przeprowadzenia. Musieli się domyślać, jaki będzie efekt ich głupoty. Wiedzieli – musieli wiedzieć – co stanie się, jeśli będą za dużo gadać…
W chwili obecnej już jedenaście istot oddzielonych było od reszty zatrzymanych. Byli wyraźnie zdezorientowani i przestraszeni. Prawdę powiedziawszy nie byli bardziej przestraszeni niż pozostali więźniowie. Wszyscy byli po prostu przerażeni. Tak, lękajcie się. Macie ku temu prawdziwe powody – przemknęło przez myśl Arksowi. Przez chwilę napawał się tą myślą. Przerwał mu łoskot. Zerknął w górę i zobaczył, że trzech wspinających się do góry żołnierzy-klonów właśnie przecięło palnikiem przeszkodę stojącą im na drodze i podjęło wspinaczkę. W tym samym momencie z jednego z bocznych korytarzy wyszło dwóch klonów prowadząc jeszcze trójkę jeńców. Jednym z nich był ranny devaronianin. Na pierwszy rzut oka widać było, że już po nim, chociaż jeszcze mógł poruszać się podtrzymywany przez pozostałą dwójkę.
- Gotowe, Wodzu – odezwał się jeden z funkcjonariuszy.
Arx mrugnął i spojrzał na podwładnego.
- A ci? – Głową wskazał na trzech nowo prowadzonych.
- Nie. Ci nie. Jakieś szumowiny – stwierdziła funkcjonariuszka z wyraźną pogardą w głosie. – Ale nie mamy ich w bazie danych.
Arx stwierdził, że jej nie zależy chyba jednak na awansie. Ona po prostu wierzyła w Nowy Ład. We wszystko, czym sobą reprezentował. Dla niego pozabijałaby wszystkich, których aresztowali. Daric nie miał takich problemów. Polityka go nie interesowała.
Podszedł do grupki wyselekcjonowanej przez swoich ludzi. Wszyscy zdawali się skurczyć kiedy się zbliżał. Jeden z nich nie zareagował w taki sposób. Tylko jeden miał odwagę i czelność patrzeć mu prosto w oczy. Człowiek szanowany chyba przez wszystkie odłamy Whiplasha, ba, przez całe podziemie, jeśli wierzyć przekupnym donosicielom i oficerom wywiadu działającym pod przykrywką.
Arx stanął dwa metry od Loppera Kilnaha. Odwzajemnił jego twarde spojrzenie. Obaj zdawali sobie sprawę z tego, kto jest prawdziwym panem sytuacji.
Daric przez moment patrzył na Loppera Kilnaha napawając się chwilą. Stał przed człowiekiem, który miał mu zapewnić awans.
Wódz wyjął z kabury pistolet i strzelił zatrzymanemu prosto w czoło.


II
O co tu, do cholery, chodzi?


6


Operację tego typu można przeprowadzić na dwa sposoby.
Po pierwsze można wysłać gunshipy, które siłą ognia przewyższały każdą komórkę ruchu oporu. Po zajęciu pozycji wszystkie odpaliłyby pociski ze swoich bliźniaczych wyrzutni. Pociski uderzyłyby w ferrobetonowe ściany budynku w kilku kluczowych miejscach. W efekcie grawitacja spowodowałaby zawalenie się całej konstrukcji. Odmianą tego planu byłoby wysłanie kompanii żołnierzy-klonów w celu otoczenia i wdarcia się do owego budynku z rozkazem zabicia wszystkich zebranych.
Proste. Brutalne. Stuprocentowo skuteczne.
Jednak w pewnych przypadkach byłoby to działanie nieskuteczne w dłuższym okresie czasu. Właśnie wtedy do akcji musiał wkroczyć ktoś taki, jak on – Daric Arx. W pewnych przypadkach zabicie człowieka przyniosłoby efekt przeciwny do zamierzonego. W pewnych przypadkach zabicie człowieka było niewystarczające. W pewnych przypadkach trzeba było zabić legendę, która otaczała go za życia.
Gdy ciało Loppera Kilnaha upadło na podłogę, wszystko wokół zdawało się stanąć w miejscu.
Tak, jakby wszyscy zebrani przestali oddychać, gdy Kilnah odetchnął po raz ostatni.
Tak, jakby umarli razem z nim.
Arx był niemile zaskoczony. Powinien powoli smakować nadchodzącego sukcesu, a przez moment… Przez moment zdawało mu się, że zrobił coś, czego nie powinien był zrobić.
Po chwili jednak dziwne, całkowicie nienaturalne uczucie minęło. Więźniowie jeszcze bardziej zamknęli się w sobie. Dwóch klonów podeszło z trójką zatrzymanych, których przed sobą prowadzili i, całkowicie ignorując fakt, że przed chwilą ktoś został zamordowany, brutalnymi uderzeniami kolb powaliło więźniów na podłogę tuż obok pozostałych. Ktoś zaczął cicho szlochać, inny wymówił przekleństwo pod adresem Imperium. Żołnierze wspinający się dotąd po drabince dobrnęli do pomieszczenia niemal niewidocznego z poziomu zero, które mieli przeczesać i szykowali się do ponownego użycia palnika w celu otwarcia drzwi. Pozostałe klony stały na swoich miejscach obojętne.
I nagle cały świat drgnął.
Zatrzęsło się wszystko dookoła.
- Bomba – krzyknęła funkcjonariuszka wywiadu, która nagle straciła cały rezon i w panice zaczęła uciekać.
Trzeba wiać! Arx zerknął w lewo, gdzie coś z łoskotem przewróciło się. To chyba bomba sejsmiczna! Zerknął w prawo nie wiedząc co robić. Zaraz wszyscy zginiemy!
I nagle zdał sobie sprawę, że wstrząsy ustały, że trwały tylko ułamek sekundy, który zdawał się trwać co najmniej kwadrans. Nagle zdał sobie sprawę, że musi zaprowadzić porządek. To nie była żadna bomba-pułapka, którą żołnierze przeoczyli. A nawet jeśli była, to już wybuchła i to niegroźnie.
- Zabić ją – wskazał uciekającą z krzykiem funkcjonariuszkę. Dwóch zakutych w białe pancerze katów bez wahania uniosło lufy swoich karabinków blasterowych DC-15S. Niczym podczas ćwiczeń na strzelnicy kolby przycisnęli do ramienia, uchwycili cel i wystrzelili niemal w tym samym momencie. Kobieta była martwa zanim jej ciało bezwładnie upadło na podłogę.
Tak, na klonach można było polegać, w przeciwieństwie do niektórych oficerów Wywiadu.
I nagle świat znowu drgnął. Tym razem wstrząsy zdawały się być sto razy silniejsze niż poprzednio.

7


Skuteczne wyeliminowanie kogoś takiego jak Lopper Kilnah wymagało cierpliwości i finezji.
Przede wszystkim należało go precyzyjnie zlokalizować i zidentyfikować. Operację tego typu można było przecież przeprowadzić tylko raz. To musiało być jak strzał snajpera – jeden wystrzelony pocisk musiał przełożyć się na jedno trafienie. Pudło nie wchodziło w rachubę. W dalszej kolejności należało pozbyć się Kilnaha w taki sposób, żeby wszyscy, którzy do tej pory popierali go – co przekładało się na jego skuteczne działania, a w efekcie na jeszcze większa popularność, a więc na jeszcze skuteczniejsze działania – uznali go za kogoś kim należy gardzić.
Ktoś postawiony w hierarchii o wiele wyżej niż Arx zadecydował, że nie wystarczy po prostu oczernić Loppera. Należało pokazać kim jest on naprawdę. A przynajmniej „naprawdę” według oficjalnych czynników.
Darikowi absolutnie to nie przeszkadzało. Dostał rozkaz do wykonania i subtelnie zawoalowaną obietnicę awansu. Zaplanował operację i zamierzał przeprowadzić ją perfekcyjnie. Bardzo chciał awansować. Cała reszta niewiele go obchodziła.
I nagle cała reszta sprawiała wrażenie, że zaraz spadnie mu na głowę. Wstrząsy nasilały się. Nagle z krzykiem na podłogę upadły trzy ciała. Krzyk umilkł gwałtownie, sygnalizując śmierć. Arx nie do końca zdając sobie sprawę z tego co widzi, rozpoznał trzech szturmowców, którzy chwilę wcześniej wspinali się po drabinie.
I nagle wszyscy siedzący do tej pory na podłodze więźniowie zerwali się na nogi. Jak w zwolnionym tempie Daric obserwował stojącego obok porucznika i pięciu z jego podwładnych unoszących broń. Z minimalnej odległości zaczęli eliminować kolejne cele krótkimi seriami. Ktoś krzyknął. Komuś pocisk blasterowy usmażył głowę. Ktoś padł obok z dymiącą raną ramienia i wrzeszcząc turlał się po podłodze. Jeden z klonów został obalony przez uciekający w panice tłum. Z nieznanej sobie przyczyny Arx uniósł swojego DL-GQ i przyłączył się do rzezi. Strzelił w plecy jakiemuś mężczyźnie i po chwili sam został potrącony przez jednego z przebiegających. Upadł w samą porę, żeby zobaczyć jak stojący na kładkach powyżej żołnierze otwierają ogień do uciekających, którzy oddalili się już od Darika, jego podwładnych i znajdujących się obok klonów.
Huk zagłuszał odgłosy strzelania. Arx nie słyszał już wrzasków rannych. A może po prostu zostali zabici? Słyszał tylko wszechobecny huk. I nagle pośród chaosu jedna z kładek na której stali żołnierze-klony oderwała się od ściany i runęła w dół roztrzaskując się o podłogę.
Arx czuł, że cała podłoga zaczyna wibrować. Budynek sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się zapaść do środka. I wtedy Daric zauważył jednego ze swoich ludzi, tego w stroju bezdomnego. Leżał pomiędzy zwłokami i innymi rannymi trzymając się za brzuch. Spomiędzy palców unosiła się smużka dymu. Krzyczał, chociaż jego głosu nie można było słyszeć. Oberwał przez przypadek.
Nagle gwałtowny huk oznajmił wszystkim, że musiała zawalić się jakaś część budynku.
Równie nagle wszystko ustało.
W nagłym przebłysku Arx uświadomił sobie, że jego misterny plan legł w gruzach. A co gorsza pogrzebał jego awans.



(1) 2


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 4,00
Liczba: 2

Użytkownik Ocena Data
Jaro 7 2012-07-21 12:48:25
Luke S 1 2016-10-25 19:44:27

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (2)

Dobre opowiadanie, choć niekoniecznie się na takowe zapowiadało. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakikolwiek fanfic trzymał mnie w takim napięciu jak końcówka Twojego dzieła. Jak Kasis, mnie też wydawało się, że może dojść do konfrontacji z zombie ("Death Troopers" się kłania). Fajnie wyszedł też punkt zwrotny: taki, nie wiem, nowoczesny. Nie na zasadzie "No, I am your father", tylko taki subtelnie wpleciony w tekst.

Niestety ogólnie dobrą oceną zdecydowanie obniża poziom językowy. Po pierwsze: literówki. Wiem, że każdemu mogą się zdarzyć, zwłaszcza w dziwnych nazwach jak jastrzębionietoperz, które Word tak czy siak podkreśla, czy napisane poprawnie, czy nie, ale jednak należy przykładać do tego większą wagę. Ostatecznie Twoje opowiadanie nie jest takie długie. Dużym problemem jest też słownictwo, a konkretnie mnóstwo powtórzeń. Część zdań wygląda również dość osobliwie, trochę jakby nieudolnie przetłumaczone z angielskiego, np. "stanowiący cel jego bytności w tym podłym miejscu". W języku Lucasa takie "which was the reason for his being in this nasty place" brzmiałoby nieźle, ale po polsku już nie do końca.

Za całość byłbym chyba skłonny dać nawet 9/10 (a wobec fanficów jestem BARDZO krytyczny), choć byłaby to lekko naciągana ocena. Mam lekkie wątpliwości odnośnie motywów Arksa - jego pogoń za awansem powinna była IMO ustąpić czystemu pragnieniu zachowania życia nieco wcześniej. W każdym razie z uwagi na rozliczne błędy na poziomie technicznym ocenę muszę obniżyć do mocnej siódemki.

Pozdrawiam i pisz dalej!

Podobało mi się to opowiadanie, bo było dość oryginalne. Fajny klimat się zrobił w tej fabryce, spodziewałam się zombie :P W sumie nie wiedziałam jak się zakończy, a to zdecydowany plus. Nie do końca pasuje mi zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy w ostatnim fragmencie, rozumiem, że miało to być jakieś wzmocnienie opisu tego co się dzieje, ale wydało mi się niepotrzebne.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.