Twórczość fanów

Perła Koreliańska

autor: sariusz



Na górzystej planecie Kalarba zapadał już zmrok, kiedy niewielki śmigacz podleciał pod oddaloną zaledwie kilka klików od śródmieścia posiadłość. Był to sporych rozmiarów budynek otoczony płotem energetycznym (w obawie przed drapieżnikami), za którym rozpościerał się bujny ogród. Popielate ściany budynku przypominały teraz skaliste wzniesienie, a drzewa, poruszane zwykle powiewami wiatru, stały jakby martwe, w oczekiwaniu na coś nieuchwytnego. Śmigacz zatrzymał się przed wejściem do budynku, a po chwili wyskoczyła z niego smukła postać, która momentalnie rozejrzała się po okolicy. Na bezchmurnym niebie wzeszły już oba księżyce, a ich światło odbijało się teraz w niewielkich strumykach. W oddali słychać było skrzek niebezpiecznych w tej okolicy vynocków. Twi’lek wzdrygnął się i bez zastanowienia otworzył drzwi.
- Dzień dobry, sir! – przywitał go w wejściu droid protokolarny. – Coś wyjątkowo późno dziś się pan zjawił, sir.
- Dzień dobry, C-8 – odparł rzucając w kąt ubranie, które w mgnieniu oka zostało podniesione przez droida i powieszone w odpowiednim miejscu. – Daj spokój, ta świnia Salv kazała mi zostać dłużej. Jak do jutra nie zobaczę swoich kredytów, to się stąd wynoszę!
Mówiąc to ruszył do salonu, gdzie z widoczną ulgą runął w fotel. C-8 posłusznie podreptał za nim.
- Może się pan czegoś napije, sir? To panu dobrze zrobi – powiedział ruszając w stronę kuchni.
Twi’lek zrezygnowany westchnął i oparł głowę o dłonie. Spojrzał przelotnie na niedokończoną partię dejarika z poprzedniego wieczoru, żeby po chwili skupić wzrok na czymś innym. Na stoliku przed nim leżało metalowe, niewielkie pudełko. Zmarszczył nieznacznie brwi i nachylił się nad nim.
- Ach, to, sir! – wykrzyknął C-8 wracając z tacą z napojami. – Zapomniałem powiedzieć, sir. To przyszło dzisiaj. Podobno jakaś specjalna przesyłka dla pana, sir.
- Dla mnie? – zdziwił się Twi’lek. – A od kogo?
- Nie powiedziano mi sir, myślę, że to jakiś podarunek.
Gospodarz zamyślił się, biorąc pudełko do ręki. Wyglądało wyjątkowo, ozdobione było czarnymi i złotymi znakami. Przejechał delikatnie po wyżłobionych liniach i wypustkach. Nagle włożył jedną rękę do kieszeni i wyciągnął z niej mały, okrągły przedmiot. Chuchnął w niego, jak gdyby na szczęście i spojrzał jeszcze raz uważnie na pudełko. Po dłuższej chwili niepewności, uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się błysk. Zdecydowanym ruchem przycisnął jedną z wypustek. Wieko odskoczyło. Twi’lek otworzył usta, jakby chciał krzyknąć i odruchowo zacisnął pięść.


***


To jest żywa Moc, zamknięta szczelnie w namacalnej jedności. Czujesz to? Ależ oczywiście, nie po to tyle lat cię szkoliłem. Pulsuje przestrzenią, oddycha materią. To klucz do poznania. Wkrótce sam się przekonasz. Mnie już nie będzie, wiem. Nie zmarnuj tego. Nie zapomnij. Dotknij przeszłości i nie przynieś nam wstydu. A wtedy zrozumiesz…

- Kolejna ofiara – mruknął pochmurnie komisarz, odchylając się na wysokim fotelu. Zamyślił się i przyjął groźną minę. Wyglądało to dość komicznie, jak na kogoś, kto ma zaledwie 120 cm wzrostu. Bimm potarł brodę i popatrzył na towarzysza.
- Jak zginął? – spytał siedzący naprzeciwko Rodianin. Poprawił pasek i podrapał się po głowie, uciekając od skupionego wzroku komisarza. W końcu zawiesił go na bezpiecznej wysokości jego klatki piersiowej, gdzie znajdowała się plakietka „Komisarz Rail Mando – Szlak Koreliański, sektor V”, a pod nią symbol Specjalnych Służb Galaktycznych.
Bimm spojrzał na leżący przed nim na stole datapad i odparł:
- Eksplozja. Wielka eksplozja. Ponoć drżenie ziemi czuć było nawet w porcie! Nie wspominając już o samej posiadłości pana Tandi, z której niemal nic nie zostało.
- Niedobrze - skrzywił się Rodianin. – Oznacza to brak dowodów.
- Niekoniecznie, drogi Deanie – odparł Rail otwierając skrytkę w biurku. – Na miejscu zbrodni znaleźliśmy to – powiedział wyciągając niewielką błyszczącą kulkę.
Dean zamarł, by po chwili wybuchnąć serdecznym śmiechem.
- Drogi Railu, co ma do tego wszystkiego jakiś mały kawałek metalu?
Mando spojrzał na niego ponownie tym swoim przeszywającym wzrokiem, uciszając towarzysza.
- Uważasz, że do zwykłego morderstwa ściągali by specjalnie jednostki służb generalnych? Mylisz się, Scope. Wysłali mnie po to, aby rozwikłać zagadkę tego – powiedział wskazując na błyszczący przedmiot.
- A cóż to jest? – rzekł bardziej już zaciekawiony Dean.
- To jest słynna Perła Koreliańska – zawiesił głos w oczekiwaniu okrzyku zaskoczenia. Niezaspokojony jednak kontynuował. - Każdy, kto znalazł się w jej posiadaniu ginął w niewyjaśnionych okolicznościach – przełknął znacząco ślinę i spojrzał na kulkę, kontynuując historię. – Odnaleziono ją na Szlaku Koreliańskim, w pewnej opuszczonej fabryce podczas misji eksploracyjnej. Poza faktem odnalezienia dziwnego przedmiotu, wykonanego z nieznanego nam materiału, nic więcej nie zdołano się dowiedzieć. Krążownik zaginął, wszyscy podejrzewali, że rozbił się gdzieś w polu asteroid. Jakiś czas potem Perła pojawiła się na Tatooine, sprzedana pewnemu odkrywcy, który zdążył wspomnieć o niej w swoich zapiskach. Przed śmiercią, oczywiście. Ta sytuacja powtarzała się na różnych planetach, w okolicach Szlaku Koreliańskiego, lecz Perła zawsze potem znikała. Po jakimś czasie zaczęło to zastanawiać zarówno rządy galaktyczne, jak i mieszkańców planet i narodziła się legenda Perły Koreliańskiej. Dziś po raz pierwszy udało nam się ją zdobyć i mamy zamiar rozwikłać raz na zawsze tę tajemnicę!
- My? – ocknął się Dean.
- Oczywiście, pomożesz mi w tym. Jesteś w końcu niezrównanym łowcą przygód, dobrym najemnikiem i poza tym wisisz mi przysługę – Bimm uśmiechnął się szelmowsko.
Rodianin popatrzył za siebie jakby szacował szansę desperackiego skoku i ucieczki przez otwarte drzwi. Wlepił wzrok w podłogę i zrezygnowany westchnął.
- Niech ci będzie. Ale od czego mamy zacząć?
Mando zmarszczył brwi pogrążając się w głębokiej zadumie. W takich chwilach wydawało się, jak gdyby znajdował się w całkowicie innym świecie, odległym o tysiące parseków, nieczułym na wszelkie impulsy rzeczywistości.
- To nie będzie proste – odparł po dłuższej chwili. Scope dla zabicia czasu zaczął polerować swój blaster. – Trzeba będzie udać się wstecz. Dowiedzieć się, skąd nasza ofiara mogła zdobyć ten artefakt. Tam się udamy i tam, pokładam w tym głęboką nadzieję, dowiemy się więcej. – Podniósł teraz wzrok na Rodianina. Ten widząc pełną powagi twarz Bimma zerwał się na równe nogi, niemal upuszczając blaster na podłogę. Stanął na baczność i zdecydowanym głosem powiedział:
- Rozkaz, panie komisarzu!
- Przygoda wzywa – uśmiechnął się Rail.


***


Przemierzali pewnym krokiem ulice śródmieścia Kalarby. Wybiło właśnie południe i ruch nasilił się kilkukrotnie, przez co dojście do kantyny „Pod Szarym Droidem” wydawało się nie lada wyzwaniem. Co chwila jakiś zamyślony przechodzień wpadał na Bimma, nie zauważając nikogo na poziomie swojego wzroku. Ten z trudem hamował swój wybuchowy charakter, otrzepując się jedynie z kurzu, który wzbijany przez tłum lepił się do ubrań. Rodianin szedł przodem, wpierw uprzejmie przepraszając, teraz jedynie odruchowo odpychając ludzi przed sobą. Minęli kolejny zakręt i ich oczom ukazał się w końcu znajomy szyld. Twarz szarego droida typu protokolarnego witała przechodniów z daleka. Szyld był bardzo zaniedbany i przerdzewiały, jedno oko z powodu awarii neonu przestało działać. Jeżeli ten widok miał kogoś przyciągnąć, to jedynie poszukiwaczy staroci. Powiadali, że kantyna ta kiedyś nosiła nazwę „Pod Białym Droidem”, jednak po jakimś czasie nikomu z personelu nie chciało się czyścić szyldu, więc łatwiejszym sposobem była po prostu zmiana nazwy.
Bimm otarł pot z czoła, poprawił pasek i wszedł do środka. Rodianin podążył tuż za nim.
Zaraz po wejściu uderzyło ich ciepło, a oczy musiały przez chwilę przyzwyczajać się do ciemnego i parnego pomieszczenia. W powietrzu unosił się dym, a przy niewielkich stolikach siedzieli przedstawiciele różnych ras, choć dominowali wśród nich ludzie. Mimo wszystko każdy z nich był typem osobnika, którego lepiej było nie spotykać w ciemnej uliczce. Przy ladzie kręcił się podstarzały z lekka Toydorianin, nalewając w tym momencie dziwny czerwony napój alkoholowy jakiemuś klientowi. Większość z obecnych wpatrywała się w kąt sali, gdzie na dużym hologramie wyświetlane były galaktyczne rozgrywki Jono-Kuli. Hologram napędzanego energią jonową okrągłego przedmiotu śmignął w tym momencie przez całą salę, wzbudzając aplauz części zgromadzonych i dezaprobatę innych. Gdzieś w innej części kantyny słychać było trzask rozbijanego kufla. W powietrzu zagęściło się od przekleństw w najróżniejszych językach galaktyki.
Mando odetchnął głęboko i podszedł do baru. Scope usunął się w kąt i obserwował wszystko z bezpiecznej odległości. Odprowadzał wzrokiem towarzysza, który usiadł na unoszącym się w powietrzu krześle i zamówił drinka. Toydarianin odruchowo zaczął nalewać, po chwili dopiero orientując się z kim ma do czynienia. Spojrzał wpierw na mundur a potem na twarz uśmiechniętego Bimma. Odwzajemnił uśmiech, ukazując pożółkłe zęby i omal nie rozlał zawartości kufla.
- Rail Mando? Stary druhu! Co tu robisz?
- Niestety, sprowadzają mnie tu obowiązki. Szukam czegoś…
- Ależ oczywiście! – zaśmiał się Toydarianin. – Ty i te twoje zagadki, tajemnice, misje… - postawił na stole pełen kufel. Mando wziął porządny łyk trunku i kontynuował.
- Słuchaj, Rivv, chciałbym dowiedzieć się czy widziałeś w ostatnich dniach tą osobę – mówiąc to wyciągnął z torby malutkie urządzenie, które po chwili rozjaśniło trochę otoczenie. Hologram ukazywał dorosłego Twi’leka.
- Ach, to przecież pan Tandi. Pracuje w fabryce części Salva.
- Pracował – poprawił go Bimm wyłączając urządzenie. – Chcę się dowiedzieć czy ostatnio kupował coś… nie do końca legalnie – popatrzył w oczy Toydarianina, które w tym momencie wyrażały strach. – Nie martw się. Tu nie chodzi o żadną kontrolę. Chodzi mi tylko o sprzedawcę, który mógł mu sprzedać niewielki, okrągły przedmiot, powiedzmy… jako amulet?
Rivv zbladł, co było nie lada wyzwaniem przy jego jasnym odcieniu skóry.
- Czy chodzi ci o…
- Tak. Właśnie o to – przerwał stanowczo Bimm.
Toydarianin przełknął ślinę i rozejrzał się szybko na boki. Wszyscy jednak zajęci byli obserwowaniem jak przegrywająca drużyna roznieciła bójkę na hologramowym boisku. W sali zawrzało, a Rivv nachylił się bardzo blisko komisarza Mando.
- Znaleźliśmy to niedawno. Na jednym z księżyców Nelvaan. Początkowo myśleliśmy, że to jakiś nieużyteczny rupieć, ale ten błysk i chłód… Jeden z nas miał się tego pozbyć. Wyrzucić do morza, albo posłać w inne diabły – Toydarianin splunął ostentacyjnie na podłogę. – Najwyraźniej nie mógł powstrzymać swojej chciwości i postanowił dokonać transakcji…
- Śmiertelnej transakcji – szepnął ostro Mando. Toydarianin zatrzepotał skrzydłami i wzniósł się do góry. Już otworzył usta żeby bronić uczciwości swojej organizacji, ale Rail uciął szybko: – Gdzie on teraz jest?
Rivv raz jeszcze zlustrował pomieszczenie. Sądząc po odgłosach gdzieś w drugim jego końcu wszczęła się bójka. Nie było mu jednak teraz spieszno do zażegnania konfliktu.
- Wschodnie wybrzeże – powiedział w końcu, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. – Dokładnie tutaj – zabrał od Bimma wyciągnięty datapad i wystukał współrzędne. Ten uśmiechnął się szeroko i jednym haustem dopił co zostało w kuflu.
- Miło się gawędziło, przyjacielu. Dzięki za cenne informacje.
- Ach i mam nadzieję, że pamiętasz… - Toydarianin trochę spochmurniał.
- O umowie? Ależ oczywiście. Nie wydam was. Czarny rynek będzie kwitł zawsze, a ty przecież nieraz wyświadczyłeś mi przysługę – mrugnął porozumiewawczo. – Czas na mnie. Uważaj na siebie i zapomnij że tu byłem. I… lepiej poleć komuś żeby tam posprzątał – powiedział wskazując przewrócony stół, spod którego wystawały czyjeś nogi. – Pamiętaj: Zawsze kibicuj silniejszym.

Komisarz Rail Mando od zawsze przyzwyczajony był zakładać najgorszy możliwy przebieg zdarzeń – dzięki temu prawie nigdy nie był zaskoczony. Tym razem jednak irytacja wzięła górę, a Bimm ze złości przygryzł wargi. Dean przykucnął obok tego, co zostało z drzwi, w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. Przejechał ostrożnie palcem po stopionym materiale i wstał rzucając zaskoczone spojrzenie komisarzowi.
- Blaster – mruknął cicho.
Rail nie mówiąc nic wszedł do środka. Minął korytarz, zaglądając po drodze do bocznych pomieszczeń. Na samym końcu znajdowała się sypialnia. Przyspieszył kroku i nie zastanawiając się nacisnął przycisk na wbudowanym obok panelu, a drzwi otworzyły się w ułamku sekundy. Bimm zamarł w miejscu. Odwrócił się szukając wzroku Scope’a, który był teraz zajęty przetrząsaniem innych pokoi. Spojrzał z powrotem na wnętrze sypialni. Na ziemi leżało ciało.
- Znalazłem coś! – krzyknął Rodianin z drugiego końca domu.
Mando nie odpowiedział nic, przybliżył się jedynie do martwego człowieka, leżącego bezwładnie twarzą do ziemi. Kucnął i ostrożnie przewrócił go na drugą stronę. Bimm zasyczał i zmrużył powieki. Koszula sprzedawcy była rozcięta i poplamiona krwią. Na odsłoniętym ciele widać było kilka głębokich ran po wibroostrzu. „Paskudny i mało elegancki sposób na zabicie” – pomyślał w duchu Mando. – „Napastnik musi być brutalny i zdesperowany, albo po prostu chce, abyśmy tak o nim myśleli”. Usiadł na ziemi i sapnął głośno. W tym momencie nadbiegł Rodianin i momentalnie zatrzymał się w progu tłumiąc krzyk. Chwilę stał w bezruchu, patrząc raz na ciało, raz na komisarza. W końcu otrząsnął się i wyciągnął w stronę towarzysza trzymane oburącz znalezisko.
- Pozostałość po droidzie astromechanicznym. Być może jego pamięć zdołała się zachować, a wraz z nią jakieś szczegóły.
Bimm spojrzał na głowę droida i potarł czoło.
- Zawiadom Służby Porządkowe. Nic tu po nas. Czas w końcu złożyć wizytę Lunie – powiedział Rail i dodał, widząc pytający wzrok Rodianina. – To jeden z naszych najlepszych ludzi. Zaufaj mi.
Scope westchnął. Za każdym razem, kiedy komisarz Mando wypowiadał te słowa wpadali w tarapaty. Miał dziwne przeczucie, że tym razem nie będzie inaczej. Skinął jednak na znak akceptacji i wyszedł, a kable wystające z tego-co-niegdyś-było-droidem posuwały się majestatycznie za nim.


***


Bardzo dobrze, mój uczniu. Skup na tym całą swoją energię. Zamknij wewnątrz swój umysł, schowaj bardzo głęboko. Wyważ każde jedno słowo, przelewaj je niczym krople rozpalonego, płynnego złota. Tu tkwi tajemnica nieśmiertelności, tylko tu. Jeżeli to zrozumiesz, zwyciężysz. A potem… potem będzie wszystko.

- Wiedziałem, że ci się uda! – krzyknął pierwszy raz od dawna rozradowany Rail. – Powtarzałem już to wiele razy, ale nie zawaham się potwierdzić tego po raz kolejny: Luna – jesteś geniuszem! – Oderwał wzrok od ciągu cyfr zapisanego na datapadzie i spojrzał na rozmówcę.
Luna był człowiekiem. Przynajmniej kiedyś. Teraz istniał jedynie jako cyborg, którego większość ciała została uzupełniona przez mechaniczne części. Nikt tak naprawdę nie wiedział skąd pochodził i jak umarł. Niewiadomo było nawet, czy Luna to jego prawdziwe imię, a on sam zdawał się absolutnie tego nie pamiętać. Jedyne co o nim wiedziano, to to, że był niezwykle wybitnym inżynierem i majsterkowiczem. Kiedy tylko dostrzeżono jego talent, zaoferowano mu pracę w Specjalnych Służbach Galaktycznych, a on z radością ją przyjął. Rail Mando poznał go, kiedy został przydzielony do V Sektora Koreliańskiego. W tym momencie cieszył się w duchu z ich znajomości. A Luna uśmiechał się szeroko, jak to miał w zwyczaju. Jego mechaniczne oko zakręciło się wokół osi. Zdrową ręką przeczesał gęste, ciemne włosy, poprawił mundur i stanął na baczność.
- Nie trzeba komplementów, panie komisarzu! To moje obowiązki. Tak, obowiązki! – odparł cyborg skrzeczącym, chropowatym głosem. Wskazał na urządzenie, które Mando trzymał ciągle w rękach. – To jedyna użyteczna informacja, jaką ten droid posiadał. Niestety, uszkodzenia były zbyt głębokie, nie udało się odczytać wszystkiego. To fragment współrzędnych, mało dokładny.
- Czemu podrzędny sprzedawca miałby zapisywać w pamięci swojego droida współrzędne, a nawet jeśli to czemu miałyby być dla nas interesujące? – ożywił się teraz Dean Scope.
- Na pewno wiedział coś więcej. Coś, co nam się może przydać – powiedział bez zastanowienia Mando.
- To nie jest jedyna rzecz, dla której ta informacja wydała mi się interesująca – Luna wykonał swoją zmechanizowaną dłonią obrót o 360 stopni. Zawsze tak robił, kiedy był wyjątkowo podekscytowany. Wyciągnął z kieszeni projektor.
- To jest Szlak Koreliański. – powiedział wskazując wirujące hologramy planet. – A to jest obszar, który mógł być opisany przez ofiarę – nakreślił palcem koło, pozostawiając wirtualny ślad.
- Ależ tam nic nie ma – krzyknął Rodianin. Luna wyszczerzył zęby.
- Najwyraźniej coś tam musi być!
Mando i Scope popatrzyli po sobie. Obaj zrozumieli, że ta sprawa staje się coraz ciekawsza. I obaj poczuli dziwne ciepło w środku – przekonanie, że mogą odkryć wyjątkową tajemnicę, być może zapisać się w historii? Nawet sceptyczny Dean uśmiechnął się teraz szczerze i ścisnął przypięty przy pasie blaster, z którym nigdy się nie rozstawał. Rail odwrócił się i wyjrzał przez okno swojego gabinetu. Właśnie zachodziło słońce, zalewając złotą poświatą odległe wzniesienia, domy i farmy. Wszystko wydawało się spokojne i jednocześnie niezwykle napięte. Świat zamarł w oczekiwaniu, zaglądał okiem słońca wprost do biura komisarza Mando.
- Zatem nie ma na co czekać – powiedział po chwili Bimm. Luna aż podskoczył z radości.
- Tak, tak! Dokopmy im! – zaskrzeczał i dodał pod wpływem zaskoczonych spojrzeń towarzyszy. – Zawsze trzeba komuś dokopać!
- Nie zawiadomimy Komisji? – Rail oparł się o ścianę, ciągle ściskając blaster drugą ręką.
- Nie – odparł po chwili zastanowienia Mando. – Zdamy raport jak wrócimy. Za…
- Tak, wiem. Mam ci zaufać – dokończył Rodianin. Westchnął głęboko. – To na co czekamy?

Cała trójka kroczyła raźnie hangarem, mijając po drodze wszelkiego rodzaju myśliwce, promy i statki. Na samym przedzie, nadając reszcie szybkiego tempa, sunął Luna, jak zwykle z uśmiechem na twarzy. Tuż za nim dreptał Rodianin, wyglądający teraz jak pierwszorzędny łowca nagród: przy pasie dwa blastery, granaty termojądrowe i bioniczne, dodatkowe magazynki. Na plecach karabin, starej marki – pamiętał ponoć jeszcze Galaktyczną Wojnę Domową. Na czole Scope zawiązał sobie przepaskę. Zawsze niezwykle poważnie brał każdą misję. Łypał teraz na boki, a przechodzący obok piloci umykali czym prędzej z zasięgu jego wzroku. Nieco z tyłu szedł zamyślony Bimm.
- Oto ona – wykrzyknął cyborg zatrzymując się. – Moja najukochańsza! Mando podniósł wzrok. Przed nimi wznosił się elegancki myśliwiec.
- To myśliwiec przechwytujący typu A-11 Vigilance: "Starglare" – powiedział z dumą Luna. – Niezwykle zwrotny, uzbrojony w działka, urządzenia zakłócające. Czyż nie jest urocza? – W jego zdrowym oku pojawił się błysk. Wszedł szybko po rampie na pokład, a za nim Scope i Mando. Obaj rozglądali się teraz po wnętrzu, podziwiając w duchu dzieło tak wybitnego inżyniera, jakim był ich towarzysz. Rozsiedli się wygodnie w fotelach, podczas gdy Luna uruchamiał komputer pokładowy. Po chwili maszyna wzniosła się i ruszyła w stronę otwartej bramy hangaru.
- Zapnijcie pasy, może trochę trząść – zaśmiał się cyborg i wystukał współrzędne na monitorze.
Obaj posłusznie posłuchali rady i spojrzeli raz jeszcze przez okno na oddalającą się coraz bardziej planetę Kalarba. Przez ułamek sekundy Railowi wydawało się, że widzi tą planetę po raz ostatni. Wyśmiał jednak tą myśl w duchu i skupił się na misji. Co może kryć się pod tą tajemnicą? Czy poradzą sobie z wszystkimi czekającymi ich niebezpieczeństwami? A może po prostu zmarnują czas szukając czegoś, co tak naprawdę nie istnieje? Mando niczego już nie był pewien. Zamknął oczy i pozwolił ogarnąć się kojącemu snu. Starglare skoczył w nadprzestrzeń.


***




(1) 2


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 1,00
Liczba: 1

Użytkownik Ocena Data
Luke S 1 2016-10-25 19:44:03

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (0)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.