Twórczość fanów

Demony przeszłości

autor: Matiseq



W ciemnej, mrocznej komnacie panowała grobowa, nieprzenikliwa cisza. Okrągłe pomieszczenie przypominające dziurę w kawałku węgla wyżłobioną precyzyjnym walcem jarzyło się straszną, nienaturalną pustką; jedynym elementem zaburzającym ten gładki obraz była postać klęcząca obunożnie idealnie w środku komnaty, ubrana w męską, ciężka tunikę o kolorze współgrającym z otoczeniem. Jej oczy pozostawały zamknięte, oddech miała powolny i głęboki, ręce złożone na udach, a tułów spoczywał na piętach. Był to młody mężczyzna, którego zaczesane do tyłu, średniej długości kruczoczarne włosy z chwili na chwilę przez kolejne odstawanie pojedynczych kosmyków, co raz bardziej odwzorowywały poziom jego zniecierpliwienia.
– Wielcy Ciemnej Strony. Przemówcie do mnie.
Zamilkł. Zrobił kilka kolejnych, głębokich oddechów i tym razem już z nutą rozdrażnienia w głosie wycedził przez zęby naciskając na każdy pojedynczy wyraz:
– Wielcy. Ciemnej. Strony. Przemówcie. Do. Mnie.
Kylo Ren był jednostką bardzo wrażliwą na punkcie swoich niepowodzeń, nie przywykł odnosić porażek, a gdy już go one spotykały, Mistrz Zakonu Ren zawsze dawał upust swojej złości i żalu poprzez efektowne pokazy siły. Nie było inaczej tym razem. Kiedy po dwudziestej siódmej próbie, dwunastego dnia nieprzerwanych praktyk jego wysiłki nie przynosiły owoców, postanowił wyładować negatywną energię poprzez potraktowanie lśniących, czarnych ścian komnaty swoim długim mieczem świetlnym o krwawym zabarwieniu. Cała jego furia - jak zdążyli już przywyknąć jego poplecznicy - trwała zawsze nie dłużej niż krótką chwilę.
Kiedy zdyszany stał z pustą już rękojeścią miecza przed swoim dziełem wyrytym na ścianie, metalowe drzwi do komnaty rozsunęły się z cichym sykiem za jego plecami.
– Ren, twój wrzask słychać na mostku.
Kylo odwrócił się w stronę jasnowłosej postaci ubranej w podłużny, czarny mundur, stojącej w białym od wpadającego światła przejściu.
– Czego chcesz, Hux? – odpowiedział zmęczonym i ochrypłym głosem.
– Na pewno nie próbować cię uspokoić - odparł generał - Najwyższy Wódz chce z tobą mówić.
Kylo poczuł uderzającą falę gorąca, czuł, jak jego twarz zaczyna zalewać się potem. Wyprostował się i ze śmiertelną powagą zapytał:
– Czego ode mnie chce?
– Myślisz, że mi powiedział? - odpowiedział Hux mrużąc nieznacznie oczy. – Przekazałem, co miałem przekazać. Radzę ci stawić się w Grocie jak najszybciej.
Skończywszy, odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając pobladłego ze strachu Kylo w ponownie ciemnej, nieoświetlonej i pustej komnacie. Miał wrażenie, jakoby dźwięk jego szybko bijącego serca odbijał się echem od kamiennych ścian okrągłego pomieszczenia.

***

– Wyczuwam w tobie strach i rozdrażnienie. Ciemna Strona nie toleruje strachu, uczniu.
– N-nie Najwyższy Wodzu. T-to tylko efekt długich treningów i prób - wyjąkał Kylo Ren.
Ogromna projekcja postaci Najwyższego Wodza Snoke'a siedziała wyprostowana na kamiennym tronie naprzeciwko stojącego z głową wycelowaną w podłoże Mistrza Zakonu Ren. Na potwornie bladej i pokiereszowanej twarzy Najwyższego Wodza kolorem przypominającej rozkładające się zwłoki, brakowało jakiegokolwiek wyrazu. Kylo nie potrafił wyczuć, czy Snoke jest na niego zły, zniecierpliwiony, czy obojętny. Jedyne co czuł, to paraliżujący strach.
– Postawiłem przed tobą zadanie – ciągnął Snoke swoim przerażającym, niskim i drgającym głosem – które, z tego co czuję, sprawia ci niemałe problemy. Twój trening jest zagrożony.
– Nie, Wodzu! - krzyknął drżącym głosem Kylo podnosząc głowię i patrząc Snoke'owi prosto w czarne, bezkresne ślepia – Czuję, że jestem blisko, że już prawie, ale jakby... Jakby czegoś mi brakowało – z powrotem spuścił wzrok – jakbym musiał ujrzeć tę więź, a nie tylko o niej wiedzieć...
– W twoich żyłach płynie właściwa krew, uczniu. Ciemna Strony Mocy jest z tobą silna, lecz w dalszym ciągu nie potrafisz utożsamić się ze swoim przodkiem. Bez tego nie osiągniesz jego potęgi, nie mówiąc już o przewyższeniu jej.
Kylo zacisnął pięść. Nienawidził porównywania go do jego dziadka. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, ile mu do niego brakuje, nie czuł potrzeby utwierdzania go o tym.
– Gniew w tobie wzbiera. – powiedział Snoke nie zmieniając spokojnego i powolnego tonu – Potęga Ciemnej Strony drzemie w tobie ukryta. Nie zgłębisz jednak jej tajemnic bez ówczesnego skontaktowania się z duchem Mocy lorda Vadera.
Kylo nie wytrzymał napięcia.
– Co mam robić, Najwyższy Wodzu?! – wykrzyknął ponownie podnosząc głowę i spoglądając na olbrzymich rozmiarów cyfrową emanację Snoke'a – Darth Vader nie chce do mnie przemówić! Wiem, kim był, wiem, kim jest dla mnie, ale nie potrafię tego poczuć! – jego oczy zaszły się łzami – Chcę być potężny jak mój dziadek! Chcę być od niego większy, mocniejszy!
Stał patrząc się prosto na Snoke'a z zaciśniętymi pięściami i łzami płynącymi po policzkach. Mieszanka wściekłości, strachu i smutku przepełniała jego umysł, a skroń pulsowała od krążącej w szaleńczym tempie po żyłach krwi. Po wykrzyknięciu tych słów cisza, która zapadła w Grocie, aż uderzyła w uszy Kylo. Trwała kilka sekund, podczas których ani Kylo, ani Snoke nie odwrócili wzroku, patrząc sobie głęboko w oczy. Najwyższy Wódz wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Kylo poczuł się jeszcze mniejszy, niż w rzeczywistości był, a kiedy projekcja Snoke'a zaczęła podnosić się z tronu odniósł wrażenie, że jego nogi zatapiają się w twardym podłożu. Najwyższy Wódz powoli wstał, spojrzał przed siebie, a następnie ponownie na niewielkich rozmiarów postać Kylo Rena.
– Darth Vader był ucieleśnieniem potęgi. Niezrównoważonej mocy i władzy. Musisz stać się przynajmniej kimś takim jak on, żeby go poznać, a następnie przewyższyć.
Po wypowiedzeniu tych słów Kylo usłyszał charakterystyczny, brzęczący dźwięk zwiastujący dematerializację projekcji. Postać Najwyższego Wodza Snoke'a rozczłonowała się na miliardy niebieskich cząstek, a po chwili całkowicie zniknęła zostawiając po sobie jedynie ziejącą czernią pustkę, którą jeszcze przed momentem wypełniał obraz tronu Najwyższego Wodza. Kylo całkowicie osłupiał, walcząc z burzą myśli wypełniającą jego głowę. Musiał minąć jakiś czas, żeby doszedł do siebie po rozmowie ze Snoke'iem i w ogóle ruszył się z miejsca. Wychodząc z Groty zastanawiał się nad korzyściami, które może wynieść z tej wymiany zdań. Jedno wiedział na pewno - musi skontaktować się z duchem Mocy jego dziadka, lorda Dartha Vadera, ale to wiedział już od dawna, gdy Snoke powierzył mu to zadanie. Jego największym problemem było to, że swojego przodka znał jedynie z historii. Nie czuł więzi z tym Sithem zakutym w czarną, połyskującą zbroję, którego wizerunek często oglądał na projekcjach zapisanych na dyskach Imperium. Jedyne w czym potrafił się do niego upodobnić to kolorystyka ubioru, bezwzględność i broń, którą się posługiwał, jednak nie potrafił niczego więcej przypisać od siebie do postaci mrocznego lorda. Broń i ubiór - pomyślał - kończyn nie dam sobie wyciąć, a gardła spalić... I wtedy go olśniło. Gardło, ubiór, te dwa elementy obijały się o ściany jego czaszki dopóki nie wszedł z powrotem do Centrum Dowodzenia bazy Starkiller.

***

Lodowaty wiatr mierzwił bujną czuprynę Kylo, zasłaniając włosami jego przymknięte oczy obejmujące zimowy krajobraz powierzchni planety. Lubił wychodzić na balkon batalistyczny, który służył również za całkiem niezły taras widokowy i obserwować cykle działań natury, zwierzęta przemykające między ośnieżonymi pniami drzew i ptaki drapieżne kołujące wysoko nad lasem. Te widoki za każdym razem pomagały mu się uspokoić, odciąć od negatywnej energii, która zaburzała jego koncentrację i we współpracy z mroźnym klimatem pozwalały przywrócić chłodny, czysty umysł. Naprawdę to lubił, co też bardzo go martwiło.
– Panie, przybył gość do pana – usłyszał zniekształcony przez mikrofon hełmowy głos szturmowca pełniącego wartę przy drzwiach wejściowych na balkon.
– Kto taki? – odpowiedział Kylo odwracając się.
– Główny inżynier zbrojeniowy, Doran Krennic.
Wiadomość, która pozytywnie zaskoczyła Kylo.
– Wpuść go.
Szturmowiec nacisnął przycisk znajdujący się obok drzwi, te otworzyły się z charakterystycznym, cichym sykiem, a na balkon wkroczył mężczyzna o krótko przystrzyżonych, brązowych włosach, ubrany w wąsko skrojony, jasnoszary mundur, niosący w rękach duże, ciemne, matowe pudło.
– Dowódco Ren – przywitał Kylo przybysz skłaniając lekko głowę.
– Inżynierze Krennic – odpowiedział Kylo powtarzając gest.
– Piękne miejsce. Idealne do delektowania się widokiem gotowej do odpalenia naszej wszechpotężnej broni – powiedział z dumą Krennic rozglądając się dookoła.
– Póki co, nie jest jeszcze gotowa – skwitował Kylo – czy ma pan dla mnie to, o co prosiłem?
Doran Krennic spojrzał na Kylo, niezauważalnie zadzierając nos do góry i odpowiedział wyniosłym, lecz spokojnym głosem:
– Oczywiście, sir. Wszystko zgodnie z pańskimi zaleceniami. – powiedziawszy to, oderwał dłonie od trzymanego przez niego pudła, które zawisło w powietrzu. – Wykonany z najwyższej jakości materiałów – brzegi pudła zaczęły się osuwać w dół – niezwykle wytrzymały, jednocześnie lekki – z pary, która pojawiła się w miejscu pudła zaczął wyłaniać się czarny kształt podobny do ludzkiej głowy – z wbudowanym modulatorem głosu i wzmocnieniem zmysłów słuchu i wzroku, hełm doskonały.
Kylo wziął maskę w ręce, była idealnie gładka i zimna jak lód, kształtem przypominała podłużną, ludzką twarz pozbawioną ust, z ciemną szparą zamiast oczu. Obrócił ją kilkukrotnie w rękach oglądając z każdej strony; nikły uśmiech nie schodził z twarzy Krennica. Kylo spojrzał na inżyniera, jakby szukając zachęty do wypróbowania maski, po czym poprawił ją w dłoniach i powoli, pieczołowicie nałożył na głowę. Gdy hełm całkowicie na niej osiadł, usłyszał kilka bliżej niezidentyfikowanych dźwięków, po czym zapadła chwilowa cisza, a zamiast ciemności znowu ujrzał twarz głównego inżyniera i balkon batalistyczny. Teraz jednak ujrzał również świeże zacięcie w dolnej partii jego brody, zaschnięty kawałek ropy w kąciku lewego oka oraz niesfornie wystający z jego nosa włos. Usłyszał także krzyk jastrzębia krążącego nad lasem oraz pisk królika rozrywanego przez kły wygłodniałego lisa śnieżnego.
– Widzę, że zauważył pan już znaczną różnicę w korzystaniu ze zmysłów wzroku i słuchu – orzekł dumnie Krennic – proponuję jednak wypróbować także głos.
– Imponujące, główny inżynierze – powiedział Kylo, jednak nie był to już jego głos. Usłyszał niskie, zrobotyzowane brzmienie wydobywające się z modulatora konwertującego jego głos w czasie rzeczywistym. – należą się panu pochwały. Proszę mnie teraz zostawić samego, pana beneficja omówimy innym razem.
Krennic ukłonił się nieco niżej niż na początku ich spotkania i wyszedł wyrazistym, pewnym krokiem, stukając oficerskimi butami o oblodzoną posadzkę balkonu.
Kylo z powrotem odwrócił w stronę białego horyzontu ponownie dotykając się po hełmie w każdym możliwym miejscu. Brzmię teraz niemalże identycznie jak lord Vader - pomyślał - jeżeli mam się do niego upodobnić, muszę sięgać po wszelkie dostępne mi metody.
Nie czuł jednak jakby cokolwiek się zmieniło. Odczuwał komfort skrywając młodzieńczą twarz za mroczną maską, czerpał przyjemność z wyostrzonych zmysłów, jednak nie były to efekty jakich się spodziewał zakładając ją. Położył znowu ręce na tyle głowy, nacisnął przycisk odblokowujący i jednym ruchem ściągnął maskę. Objął ją znowu obiema dłońmi i zaczął w nią wpatrywać, szukając odpowiedzi w pustce, którą zionęła szpara znajdującą się w miejscu oczu. Podniósł głowę, a odpowiedź runęła na niego niczym grom z jasnego nieba. Potrzebował artefaktu, który pozwoli mu poczuć więź ze swoim potężnym dziadkiem. Znalazł maskę, hełm, jednak nie ten, którego faktycznie szukał.

***

Obudził się z krzykiem, gwałtownie, jakby rażony prądem. Czoło schowane pod opadającymi na twarz siwymi włosami miał mokre i lepkie od zimnego potu, oddech nierówny i niebezpiecznie szybki. Podpierając się rękoma o twardy materac nadgniłego, starego łóżka rozejrzał się po pomieszczeniu skąpanym w mroku, oświetlonym jedynie przez kamienne palenisko stojące naprzeciwko posłania, w którym trzaskający ogień był teraz jedynym dawcą dźwięku. Wszystko było na swoim miejscu, drewniane okiennice pozostawały szczelnie zamknięte, jedyny mebel w pokoju poza dwuosobowym łóżkiem - stara, zbutwiała szafa wciąż stała nietknięta, jedyne co go zaniepokoiło, to puste miejsce obok niego, leżąca luzem poduszka i odsunięty koc, który powinien kogoś przykrywać.
Luke Skywalker odsunął swoje okrycie i usiadł na sztywnym brzegu posłania, schował twarz w dłoniach i przetarł spocone czoło. Serce biło mu jak szalone, miał wrażenie, jakoby zaraz miało samodzielnie wyrwać się z piersi i wyskoczyć przez zamknięte okno. Przed oczami dalej miał wizję, którą jeszcze przed chwilą widział w koszmarze, który go przebudził. Przełknął głośno ślinę i próbował unormować tchnienie, cały czas pocierając drżącymi rękoma czoło. Nagle usłyszał coś, co sprawiło, że niemal wrzasnął ze strachu - mechaniczny oddech, powolne wdechy i wydechy przypominające odgłosy wydawane przez osobę podpiętą do respiratora tlenowego.
– Luke... Luke... – przemówił za jego plecami niski, przerażający, zmechanizowany, lecz równocześnie bardzo dobrze znany mu głos. Natychmiast się odwrócił, jednocześnie zrywając się z łóżka.
– Luke!
Luke krzyknął. W głębi pokoju jednak niczego nie było.
– Luke, spójrz na mnie!
Tym razem głos dobiegał z drugiego pomieszczenia, natychmiast powiódł wzrokiem na futrynę po wyrwanych drzwiach.
– Luke, wszystko dobrze?
Layla. W przejściu stała Layla. Niewysoka brunetka, której niegdyś piękne i lśniące włosy teraz przerzedzały siwe, niesforne pasma; której niebieskie, wodniste, pełne ciepła oczy spoglądały teraz z obawą na tkwiącego w kącie Luke'a. Odetchnął głęboko i jeszcze raz rzucając okiem na każdy kąt sypialni, usiadł z powrotem.
Layla trzymając w ręku sporych rozmiarów lampę zawieszoną na lichym drucie, przycupnęła obok niego. Odłożyła lampę na ziemię i chwyciła jego rękę.
– Znowu te sny? – cicho zapytała.
Luke pokiwał twierdząco głową, nie otwierając oczu.
– Jak co noc. – odparł – Kiedyś przytrafiały się bardzo rzadko, na tyle rzadko, że kompletnie je bagatelizowałem. Teraz jest inaczej.
– Jak myślisz, czemu?
Luke zamyślił się.
– Zastanawiałem się już nad tym. Myślę, że to zależy od stopnia, w jakim znam Moc. Każdego dnia jestem w niej co raz silniejszy, ale to ona ma też na mnie co raz większy wpływ. Rozmawiałem już o tym z mistrzem Yodą, zgodził się ze mną.
– A... Twój ojciec? – zapytała nieśmiało Layla.
Luke ciężko westchnął. Wstał i zaczął przechadzać się po pokoju.
– Duch mojego ojca jest... Inny, niż wszystkie. Nie spotkałem się z takim przypadkiem ani w życiu, ani w księgach, ani w materiałach cyfrowych, które miałem okazję przejrzeć na Coruscant.
– Inny? W jaki sposób?
– Cóż... Czasami widzę młodego Anakina Skywalkera w tej samej postaci, w jakiej zobaczyłem go na księżycu Endor. Mogę z nim swobodnie rozmawiać, jest zupełnie świadomy, ale czasami... Czasami dzieje się coś dziwnego. Przywołując go, nie pojawia się natychmiastowo, odzywa się rzadko i niejasno, czasami niektóre części jego widmowego ciała są zastąpione przez mechaniczne elementy, a czasami zamiast połowy jego twarzy, widać połowę maski Vadera. To, co do mnie mówi będąc w tej postaci... To straszne, potworne rzeczy. To nie jest mój ojciec. Ciemna Strona bije od niego z daleka.
Usiadł ponownie na materacu i spojrzał w głąb sypialni.
– Chciałbym mu pomóc. Chciałbym uwolnić jego ducha od tej męki.
Layla spuściła wzrok. Nienawidziła tego uczucia, uczucia bezradności. W takich chwilach myślała, bardzo dużo myślała, żeby tylko wpaść na jakiś, choćby najmniejszy pomysł, który mógłby pomóc ukochanemu. I tym razem nie było inaczej, choć tym razem, efekt jej przemyśleń był inny.
– Luke... Mówiłeś, że spaliłeś zbroję swojego ojc... Mówiłeś, że spaliłeś zbroję Vadera, prawda?
Luke zerknął na nią zdziwiony.
– Tak, jak tylko przyleciałem z nią na Endor. Spłonęła na stosie pogrzebowym. Czemu pytasz?
– Czy wróciłeś kiedykolwiek na to miejsce? Zobaczyłeś prochy?
Luke zmarszczył brwi i po chwilowym zastanowieniu odparł:
– Nie, nigdy już nie wróciłem na to miejsce.
Tym razem to Layla wstała gwałtownie, podeszła do okna i otworzyła na oścież drewniane okiennice. Do ciemnego pokoju wpadły pierwsze promienie powolnie wschodzącego zza horyzontalnej linii oceanu, krwistego słońca. Oparła się o kamienny parapet i powiedziała:
– Może właśnie to pozwala demonowi Vadera ogarniać ducha twojego ojca. Jakiś przedmiot, który nie został zniszczony, z którym był bardzo mocno związany za życia.
– Takim artefaktem mógłby być jego sithowski miecz świetlny, ale ten został zniszczony po eksplozji drugiej Gwiazdy Śmierci – odpowiedział Luke.
– A coś innego? - drążyła Layla – Coś, z czym najbardziej kojarzony był Vader? Co mogło nie ulec zniszczeniu?
Luke podniósł się z łóżka
– Jego hełm.

***

Chromowane, eleganckie drzwi wyleciały z hukiem z zawiasów, frunąc ze świstem nad korony wysokich drzew o soczysto zielonych liściach. Wystawna willa zbudowana z połyskującego kamienia o barwie piasku, której ściany odbijające promienie słoneczne oślepiały niespodziewanych gości, stała otworem. Kylo Ren opuścił powoli rękę i uspokoił Moc. Wysoka postać stojąca obok niego, zakuta w wyjątkową, błyszczącą zbroję szturmowca o lekko złotawym kolorze i odziana w czerwoną pelerynę zwisającą do pięt dała rozkaz ręką pozostałym szturmowcom, aby wejść do środka. Oddział białych hełmów natychmiastowo wmaszerował do wewnątrz, pobrzękując płytowymi elementami uzbrojenia.
– Jakie rozkazy, sir? – zapytała kapitan Phasma.
– Sprawdzić każdy cal budynku, przeszukać pod kątem osób, stworzeń lub niebezpiecznych przedmiotów. Przyprowadzić poszukiwanego żywego – odpowiedział stanowczo Kylo.
Phasma poprawiła chwyt na swoim karabinie blasterowym, po czym podążyła krokiem szturmowców.
Kylo wszedł powoli przez stworzone przez niego przed chwilą wejście. Znalazł się w długiej sali, wyłożonej od podłogi po sufit ogromnymi, białymi płytami, oświetlonej z każdej możliwej strony. Ogromne pomieszczenie było swojego rodzaju łącznikiem, zauważył po bokach włazy prowadzące prawdopodobnie do następnych sal lub korytarzy. Zaczął kroczyć w stronę przeciwległego końca komnaty, co chwilę zerkając na uwijających się jak w ukropie szturmowców Najwyższego Porządku. Po momencie podbiegł do niego jeden z nich.
– Melduj, FN-1412.
– Połowa pomieszczeń przeszukana, sir. Żadnych śladów życia ani uzbrojenia, jedynie standardowe wyposażenie, zabezpieczyliśmy także dyski twarde.
– Szukać dalej – rozkazał Kylo – on tu jest, nie rusza się z tego miejsca.
– Tak jest – odparł szturmowiec i pobiegł.
Doszedł do końca sali i zatrzymał się przed włazem identycznym, jak te po bokach. Wyciągnął rękę i pozwolił Mocy przepłynąć przez niego. Drzwi otworzyły się momentalnie. Wkroczył do następnego pomieszczenia, o wiele mniejszego, estetycznie niewiele różniącego się od poprzedniego, jednak już na pierwszy rzut oka przypominającego funkcjonalny, choć minimalistycznie urządzony salon. W samym centrum stał ogromny pulpit wyświetlający trójwymiarowy, ruchomy obraz jakiejś walki naziemnej. Otoczony był owalną, skórzaną kanapą w kolorze wnętrza całego budynku. Idealnie białe ściany podpierały kanciaste, prostokątne meble o tym samym kolorze, wszystkie pootwierane i zdewastowane przez przeszukujących je szturmowców. Jedynym źródłem światła było ogromne, panoramiczne okno zajmujące niemalże całą powierzchnię ściany znajdującej się za pulpitem, zza którego ujrzeć można było morze zieleni tworzone przez gęsto rosnące w dolinie drzewa.
Kylo podszedł przyjrzeć się wyświetlanemu przez pulpit obrazowi. W cyfrowej projekcji zobaczył uzbrojone machiny AT-ACT, wkraczające na egzotyczną plażę, żołnierzy Imperium rozpierzchniętych w panice, walczących z bliżej niezidentyfikowanymi przeciwnikami; Kylo rozpoznał w nich jednostki byłej Rebelii, przynajmniej niektórych. Wnioskując z tego, co zobaczył, zaczął domyślać się jakiej opłakanej w skutkach bitwy dotyczy hologram, jednak w kontemplacji przerwała mu wchodząca do sali kapitan Phasma.
– Sir, znaleźliśmy go.
Dopiero gdy to powiedziała, Kylo zobaczył, że podążała za nią dwójka szturmowców prowadzących skrępowanego, łysego starca o gęstej brodzie i wcale nie wątłej posturze.
Kylo spojrzał na więźnia.
– Posadźcie go i rozkujcie – rozkazał.
Zrobili, jak kazał, sam Kylo stanął zaś naprzeciw opierając się obiema rękoma o pulpit, wcześniej wyłączając projekcję.
– Resztę znam, ale ty coś za jeden? – powiedział starzec rozmasowując sobie nadgarstki, zerkając na Kylo.
– SW-0405? – zapytał Kylo głosem zmodyfikowanym przez swój nowy hełm.
Starzec spojrzał na niego podejrzliwie.
– Kiedyś. Obecnie w stanie spoczynku.
Kylo przyjrzał się jego zniszczonej przez czas twarzy i zauważył wiele mniejszych lub większych blizn, co rozwiało jego wątpliwości. Położył dłonie na tyle głowy, zwolnił blokadę i ściągnął hełm.
– Kylo Ren. Słyszałem o tobie. – oznajmił więzień nie odrywając wzroku od twarzy Kylo.
– Trudno, żebyś nigdy nie usłyszał! – oburzyła się Phasma.
– Spokojnie, kapitanie – uspokoił ją Kylo – SW-0405, jesteś...
– Meydeforth – wtrącił się staruszek – od upadku Imperium nazywam się Meydeforth.
– Dobrze więc – zgodził się Kylo – Meydeforcie, mamy do ciebie kilka pytań.
– W niczym wam nie pomogę – zaznaczył od razu Meydeforth – myślicie, że ubierając się w białe płytki i włamując się do domu starego człowieka upodobnicie się do nas, do Imperium? Kobieta z tak wysoką rangą? Już Rae była skandalem... – mówiąc to spojrzał na Phasmę – Gdyby Wielki Moff to widział...
– Mikroskopijne części ciała Wielkiego Moffa pewnie dalej dryfują w pustce, możesz zaraz do nich dołączyć, jeżeli nie udzielisz nam informacji. – zagroził Kylo głosem pełnym irytacji.
Meydeforth oburzył się jeszcze bardziej i wstał zagotowany ze złości.
– Co ty gówniarzu możesz o tym wszystkim wiedzieć?! Myślisz, że ta wasza zgraja z pompatyczną i bezsensowną nazwą jest w stanie dorównać wielkiemu Imperium Galaktycznemu?! Jeszcze z tobą na czele, ubranym jak przeżytek religijny, myślącym, że jesteś nie wiadomo kim! A ta maska? – powiedział wskazując na hełm Kylo, który odłożył na piedestał pulpitu – co ty chcesz tym osiągnąć? Łudzisz się, że jeśli zamaskujesz swoje oblicze i głos, to nagle zyskasz moc lorda Vad... AAA! – przerwał swój monolog przeraźliwym, ochrypłym krzykiem, upadając jednocześnie na kolana i chwytając się za głowę.
– AAA, MOJA GŁOWA, SKOOOŃCZ! – wrzeszczał Meydeforth. Kylo opuścił podniesioną niezauważenie rękę, choć niechętnie, wciąż kipiąc ze złości. Meydeforth oddychał głęboko, będąc na czworakach. Kylo skinął na Phasmę, kapitan od razu podeszła do starca, chwyciła go za ubranie i siłą posadziła z powrotem na skórzanej kanapie.
– Mam nadzieję, że się rozumiemy – wycedził Kylo przez zęby.
– Czego... Czego ode mnie chcecie... – wydyszał Meydeforth trzymając rękę na sercu.
– Rok czwarty po bitwie o Yavin, księżyc Endor. Byłeś tam wtedy. – oznajmił Kylo.
– Byłem... – przyznał Meydeforth – Byłem, walczyłem, zabijałem rebelianckie ścierwa...
– I przeżyłeś – wtrącił Kylo – jednak nie uciekłeś z księżyca od razu po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci. Z informacji, które przekazała nam członkini naszego wywiadu wynikało, że odwlekłeś wykonanie rozkazów o natychmiastowym przegrupowaniu sił szturmowców.
Meydeforth patrzył na niego ze strachem. Jego zeszklone oczy drżały, a usta pozostawały na wpół otwarte i co chwilę nieznacznie się poruszały, jakby były szturmowiec chciał coś powiedzieć.
– Ja... Ja... – wyjąkał.
Kylo rzucił się do niego i złapał za kołnierz.
– Gadaj, czy widziałeś stos! Gadaj, czy czekałeś specjalnie aż ogień zgaśnie! – pytał rozwścieczony i zniecierpliwiony Kylo.
– To nie... Ja nie wiedziałem...
– GADAJ, CZY CZEKAŁEŚ AŻ OGIEŃ POD CIAŁEM DARTHA VADERA ZGAŚNIE, ŻEBY UKRAŚĆ JEGO RELIKWIE, GADAJ, CO ZABRAŁEŚ, WIEMY, ŻE TAM BYŁEŚ! – wykrzyczał Kylo potrząsając Meydeforthem.
– Tak, tak, wszystko się zgadza! – wrzasnął z paniką starzec – Widziałem jak Skywalker wylądował, a następnie ciągnął ciało lorda Vadera, żeby podłożyć pod nim ogień! Widziałem jak zbroja płonęła, jak ta szumowina nie chciała odejść od stosu – tłumaczył – gdy tylko zniknął za drzewami, a ogień zmalał, podbiegłem i wziąłem to, co się ostało!
Kylo puścił ubranie Meydefortha czując podniecenie bliskością celu jego poszukiwań. Emerytowany szturmowiec upadł z powrotem na siedzisko.
– Czyli co? – zapytał Kylo.
Meydeforth zrobił kilka głębokich wdechów.
– Hełm... Zdjąłem jego hełm. Zbroja była już zniszczona, a ciało musiało dziwnym trafem spalić się wcześniej, bo była pusta w środku, hełm był w miarę dobrym stanie...
Udało się, pomyślał Kylo i wpadł w prawdziwą euforię. Rozluźniony i szczęśliwy usiadł na kanapie naprzeciwko Meydefortha i przemówił:
– Właśnie po to tu jestem. Po hełm Dartha Vadera.
Meydeforth otworzył szeroko oczy, dolna warga znowu mu opadła i odezwał się jakby pewny tego, że to, co zaraz powie będzie miało opłakane skutki.
– Ale ja już nie mam tego hełmu... Sprzedałem go kilka tygodni temu jednemu łowcy nagród...
Kylo wziął bardzo głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Spojrzał Meydeforthowi prosto w oczy zaślepiony furią, zacisnął wargi i ciężko oddychając wstał. To, co wydarzyło się potem, trwało moment. Kylo sięgnął za pazuchę i wydobył rękojeść swojego miecza świetlnego, odpalił go i z całym impetem wbił jarzące się ostrze w serce oblanego potem Meydefortha. Staruszek zacharczał, jego ciało dostało gwałtownego skurczu, a następnie opadło bezwładnie. Oczy szturmowca pozostawały szeroko otwarte, wciąż pełne strachu przed nieznanym, lecz pozbawione jakiegokolwiek życia, także po wyjęciu klingi miecza z jego zwłok. Kylo nie miał zamiaru poprzestawać tylko na Meydeforcie, zaraz po zabójstwie SW-0405 przy akompaniamencie własnych krzyków, wziął się za destrukcję pulpitu i kanap. Phasma wraz ze szturmowcami Najwyższego Porządku odsunęli się na bezpieczną odległość.
– Sprawdzić monitoring wszystkich wejść do budynku z ostatnich tygodni, spisać tożsamość wszystkich gości – rozkazała cicho szturmowcom.

***

Ostatnie dni były dla Luke'a katorgą. Jego sny nieustannie były mącone przez mroczne wizje, czuł wyraźne zaburzenia Mocy, a widok przerażającej zjawy będącej hybrydą Anakina Skywalkera i Dartha Vadera mroził krew w żyłach i źle odciskał się na jego zdrowiu psychicznym. Próbował znaleźć ukojenie w codziennych zajęciach, chociaż na wyspie, na której pomieszkiwali trudno było o jakiekolwiek hobby. Dużo czasu spędzał łowiąc ryby, a przynajmniej próbując to robić, do momentu, w którym po kilku godzinach cierpliwego oczekiwania na choćby najmniejszy ruch żyłki złapał na własnoręcznie zrobioną przynętę wyczekiwaną, sporych rozmiarów rybę, którą jednak tuż po wyciągnięciu na brzeg porwał głodny, przelatujący akurat maskonur. Od tamtego czasu widywał swojego ptasiego nemezis co raz częściej, mimo ograniczenia czasu, który poświęcał na swoje najnowsze hobby.
W końcu nawet sztuka łowienia nie potrafiła odsunąć Luke'a od jego problemów i całkowicie ją zaniechał, podjął jednak bardzo ważny krok, o którym jeszcze niedawno nie potrafił nawet pomyśleć. Bał się natomiast jego potencjalnych konsekwencji, a właściwie skutków niepowodzenia.
Wszedł do najmniejszej izby kamiennej chatki, która służyła od jakiegoś czasu jemu i Layli za dom i zaczął się rozglądać za niewysokim obiektem przykrytym brązowym, wypłowiałym płótnem. Jak tylko go odnalazł za stertą nieużywanych rupieci, pudełek i skrzynek, wyprowadził go przed dom. Wtedy chwycił za materiał i jednym, zdecydowanym ruchem zdjął go; jego oczom ukazała się wielka, szara i brudna puszka na kółkach.
– Luke, po co go wyjąłeś? – usłyszał za plecami głos Layli.
Luke bez słowa wyjął z kieszeni malutki przedmiot wielkości ludzkiego palca i pokazał ukochanej. Layla szeroko się uśmiechnęła i powiedziała:
– Tak się cieszę. Mam tylko nadzieję, że wiesz, komu ją przekazać.
– Jasne. Staruszek będzie odpowiedni, mówiłem ci ostatnio o nim, jednak musimy wziąć pod uwagę fakt, że na czas jej wysłania będziemy odcięci od galaktyki.
– Sądzisz, że poradzi sobie – odparła Layla wskazując na puszkę, którą przed chwilą odkrył Luke – z X-Wingiem samodzielnie?
– Mam taką nadzieję. – odpowiedział niezbyt przekonywująco Luke, po czym przekręcił uchwyt znajdujący się z tyłu robota.
Metalowy karzeł wydał z siebie kilka dźwięków konfiguracyjnych, diody zaczęły świecić, droid rozgrzewał się i budził. Luke odczekał, aż stary kompan Rebelii przejdzie w stan zupełnej gotowości.
– Chopper, słyszysz mnie? – zapytał.
Początkowo robot nie odpowiadał, ale zaraz później odwrócił swoją blaszaną imitację głowy w stronę Luke'a i odpowiedział twierdząco swoim dialektem. Luke ucieszył się mogąc porozumieć się z kimś innym niż Layla po latach ukrywania się na Ahch-To. Tym bardziej uradował go fakt, że jest to ktoś, a właściwie coś, co zupełnie odwróci bieg ich losu, a przynajmniej znacząco się do tego przyłoży.
– Chopper, posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie – zaczął Luke nie odwracając wzroku od droida – mam dla ciebie niezwykle ważne zadanie. Mam tutaj bardzo istotny przedmiot – pokazał malutki dysk, który trzymał w ręku – trzeba go dostarczyć człowiekowi, którego dane zaraz wprowadzę do systemu – powiedział Luke po czym zaszczepił droidowi wszystkie potrzebne informacje. – Weźmiesz mojego X-Winga, polecisz i przekażesz mu ten dysk, dobrze?
Luke słysząc, że Chopper zgadza się na wszystkie rozkazy, ciągnął dalej:
– Nie możesz kontaktować się z nikim innym, przekazać tego dysku nikomu innemu i najważniejsze - nie dać się złapać. Ale w tym ostatnim jesteś chyba niezły, co? – Luke znowu się uśmiechnął, słysząc odpowiedź droida.
Chopper otworzył jedną z komór, w której Luke umieścił dysk, a następnie zapytał się na jaką planetę ma się kierować.
– Jakku. – odpowiedział Luke z dozą niepewności.
– Co?! – krzyknęła Layla – Luke! Ona tam jest!
– Wiem – odparł zrezygnowany Luke – ale staruszek również – to wszystko Chopper, zjedź na dół, zaraz do ciebie dołączę.
Droid odwrócił się i wolno odjechał na swoich małych kółkach.
– Wymyśliłaś coś? – zapytał odwracając się.
– Tak. Ale nie spodoba ci się. – odpowiedziała Layla.
Luke zmrużył oczy, wiedząc, że jeżeli Layla mówi, że coś mu się nie spodoba, to faktycznie bardzo mu się to nie spodoba.
– No więc... Wiem, skąd mogłabym zaczerpnąć informacji, ale to mogłoby narazić mnie na ujawnienie się...
– Nie kończ, nie zgadzam się.
– Wysłuchaj mnie! Znam pewne miejsce, w którym skupiają się chyba wszystkie plotki galaktyki, sęk w tym, że udostępniając X-Winga Chopperowi zostaniemy tylko z moim...
Luke już wiedział, co planuje Layla i bynajmniej nie miał zamiaru na to pozwolić.
– Nigdzie nie polecisz sama, zapomnij o tym. Albo lecimy we dwójkę, albo nikt z nas nigdzie nie leci.
– Proszę cię! Nie chcę lecieć z nikim ani z niczym walczyć, chcę tylko zdobyć trochę informacji i wrócić, a uwierz mi, jestem o wiele mniej rozpoznawalna niż ty.
– Ale czy ty nie rozumiesz, że... – zaczął Luke, ale nie zdążył skończyć.
– Luke, ufasz mi? – spytała krzyżując ręce na piersiach.
Nienawidził tego pytania, ponieważ było początkiem łańcucha zezwalającego Layli na podejmowanie wszystkich niebezpiecznych decyzji.
– Tak, ufam, ale...
Znowu nie zdążył skończyć, znowu przerwała mu Layla, lecz tym razem przytykając swoje usta do jego ust i obdarowując go pocałunkiem pełnym ciepła i nieskrępowanej miłości.
– Zatem ustalone. Wrócę szybciej niż myślisz! – mówiąc to schodziła już po kamiennych stopniach w dół wyspy zostawiając go samego, osłupiałego, wrytego w podłoże.
Usłyszał cichy klekot przypominający śmiech. Spoglądnął na miejsce, z którego dochodził, na dach kamiennej chatki; na samym jego brzegu siedział wpatrzony w niego, kłapiący dziobem maskonur.

***

Ciemność, która panowała w wąskim korytarzu sprawiała, że Layla uważnie i powoli musiała stawiać kroki na kolejnych stopniach prowadzących w dół budynku. Już wchodząc na skromny dziedziniec przed wejściem słyszała cicho grającą muzykę i całą gamę przeróżnych głosów. Schodząc, dźwięki nasilały się i utwierdzały ją w przekonaniu, że trafiła w dobre miejsce.
Gdy zeszła na sam dół, poprawiła narzucony na głowę kaptur i weszła do głównej sali kantyny. Jej oczom ukazało się ogromne pomieszczenie skąpane w półmroku, zapełnione przez ogromny wachlarz przedstawicieli przeróżnych ras i różnej maści istot z wielu rubieży galaktyki. Layla przełknęła ślinę - im większa różnorodność gości kantyny, tym większa szanse na zdekonspirowanie jej tożsamości. Ruszyła w stronę baru niepewnym krokiem starając się nie podnosić głowy wyżej, niż było to konieczne, a i tak czuła na sobie wzrok klienteli. Były też plusy ogromnej ilości gości i ich różnorodności - nikt nie rzucał się w oczy dłużej niż chwilę. Zważając na ten fakt, Layla uspokoiła się i usiadła na okrągłym taborecie przy ladzie. Wiedziała, że z powodu godzin szczytu będzie musiała poczekać na swoją kolej, co niezbyt się jej podobało - im krócej była w kantynie, tym lepiej.
Po dłuższej chwili usłyszała znajomy, przyjazny głos:
– A tobie? Co podać?
Layla upewniwszy się, że należał on do tej osoby, o której myślał, podniosła lekko głowę odsłaniając twarz przed rozmówcą.
– Na wszystkich potężnych Mocą! – wydała zduszony okrzyk Maz Kanata – Co ty tu robisz?!
Layla przyłożyła palec do ust i wyszeptała:
– Nie tutaj, Maz.
Wielkie ślepia wyglądające zza powiększających je okularów właścicielki kantyny zmierzyły całą postać Layli wystającą zza barowej lady. Maz szybko się jednak zreflektowała i sięgnęła po niepierwszej czystości szklankę i butelkę niebieskiego napoju; jednym ruchem ją odkorkowała i zaczęła zapełniać szklankę. W międzyczasie nie patrząc w ogóle na Laylę wymruczała cicho:
– Idź do stolika w samym rogu na prawo od drzwi. Zaraz tam przyjdę.
Layla zaczęła już wstawać, ale Maz jej przerwała, podając szklankę z niebieskim płynem – Ale weź to! Zrobiła jak poprosiła i przeszła kawałek sali, po czym zajęła miejsce przy małym, okrągłym stoliku stojącym na uboczu. Czekała popijając drinka, aż po dłuższej chwili dosiadła się do niej Maz Kanata.
– Czego tu szukasz? Jeszcze cię ktoś rozpozna! – powiedziała Maz nachylając się przez stół.
– Potrzebuję twojej pomocy – odpowiedziała Layla odkładając szklankę na stół. – A właściwie informacji.
– Niewątpliwie trafiłaś do najlepszego miejsca w tej części galaktyki, jeżeli chodzi o ich pozyskanie, ale to wciąż bardzo niebezpieczne – oznajmiła Maz.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Luke tym bardziej – rzekła Layla rozglądając się ukradkiem po sali, upewniwszy się, że nikt ich nie podsłuchuje – Maz, powiedz mi, czy odwiedzają cię tutaj czasami jacyś kolekcjonerzy spod ciemnej gwiazdy?
Maz podniosła swoje olbrzymie szkła odsłaniając prawdziwy rozmiar swoich rzeczywiście malutkich oczu osadzonych w zmarszczonych, pomarańczowych oczodołach.
– Zapytaj mnie lepiej, kto mnie nie odwiedza, będę mówić krócej – odpowiedziała – o kogo ci konkretnie chodzi?
Layla znowu pokręciła głową na boki, po czym nachyliła się poprawiając swój kaptur i powiedziała:
– Sęk w tym, że nie wiem. Wiem za to, że chodzi mi o kogoś, kto mógł zostać właścicielem resztek zbroi Dartha Vadera.
Maz zakryła usta ręką z przerażeniem.
– Kochana, to było trzydzieści lat temu... Co prawda słyszałam pogłoski o tym, że na Endorze znaleziono spalone zwłoki Vadera, a właściwie jego pancerz, ponieważ ciała i hełmu brakowało...
– Hełmu? Powiedziałaś hełmu? – wtrąciła Layla, której serce zaczęło mocniej bić.
– Tak... Mówiło się, że zabrał go jakiś szturmowiec, ale...
– MAZ, HEJ, MAZ! OGIEŃ! – usłyszały wrzask dobiegający z głębi kantyny. Szybko odwróciły się obie próbując zlokalizować jego źródło. Obok baru stał jeden z członków obsługi Maz, który machał energicznie obiema rękoma w ich stronę.
– Maz, kuchnia się pali! – krzyczał.
W całej kantynie wybuchło ogromne zamieszanie. Layla nawet nie zauważyła, kiedy Maz Kanata zniknęła z jej pola widzenia. Goście zaczęli biegać we wszystkie strony, harmider panujący wewnątrz stał się nie do zniesienia, panika zaczynała udzielać się każdemu. Layla stała jak słup soli, nie wiedząc co robić. Nagle poczuła dłoń zaciskającą się na jej ramieniu, niemal podskoczyła ze strachu i natychmiast się odwróciła. Stał za nią starszy mężczyzna o ciemniejszej karnacji, krótkich siwo-czarnych włosach i dokładnie ogolonej twarzy, choć zniszczonej już przez czas. Nie wyróżniał się ubraniem, na sobie miał zwykłe spodnie, rozpiętą przy kołnierzu, wiekową koszulę i ciemną kamizelkę. Przy jego pasie Layla zobaczyła przypięty blaster.
– Chodź za mną, wiem czego szukasz! – powiedział mężczyzna po czym złapał ją za nadgarstek i zaczął prowadzić.
Zszokowana Layla nie stawiała oporu, i tak musiała się wydostać z tej dżungli rozpierzchniętych w histerii gości. Przybysz zaczął szybko iść, ciągnąc ją za sobą, aż doszli do jednej z kamiennych ścian, po czym pociągnął za pochodnię wiszącą na ścianie. Coś zastukało, a kawałek ściany zaczął powoli przesuwać się w bok, trąc głośno o podłoże, odsłaniając mroczne, czarne jak smoła przejście, do którego wciągnął ją nieznajomy.
– Idź do samego końca i wejdź po drabinie! – krzyknął do niej, samemu czekając, aż tajne przejście z powrotem się zamknie.
Walcząc z własnym zdumieniem i poczuciem nieufności posłuchała go i zaczęła powoli iść wzdłuż wąskiego korytarza, nie widząc kompletnie nic ani przed, ani pod sobą. Wędrując tak, po jakimś czasie jej wyciągnięte wprzód ręce natrafiły na opór. Zaczęła macać nimi na oślep, aż w końcu jej palce poczuły kształt kilku belek ułożonych poziomo i równolegle do siebie. Pewnie je złapała, następnie położyła nogę na dolnej z nich i zaczęła się wspinać. Po pokonaniu kilkunastu szczebli drabiny usłyszała głos z dołu:
– Uważaj, teraz będzie klapa, musisz ją popchnąć!
Layla weszła jeszcze dwa szczeble wyżej i wyciągnęła rękę w górę, faktycznie poczuła nagrzany kawałek szorstkiego drewna. Przyłożyła do niego dłoń, po czym całą siła pchnęła. Promienie słoneczne, które wpadły do potwornie ciemnego tunelu oślepiły Laylę i zmusiły ją do zakrycia sobie oczu. Po chwili delikatnie odsunęła rękę od twarzy cały czas mrużąc ślepia i wydostała się na zewnątrz. Okazało się, że znalazła się przy wydeptanej ścieżce obok granicy z lasem. Zaraz później wyszedł jej towarzysz, który z powrotem zamknął klapę, która teraz wyglądała jak zwykła kępa trawy, w ogóle nie wyróżniająca się.
Layla zaczerpnęła świeżego powietrza pełną piersią i zwróciła się do swojego kompana:
– Kim pan w ogóle jest?
Mężczyzna strzepał kurz z ramion, po czym spojrzał na nią i odpowiedział.
– Nie tutaj. Wszystko wyjaśnię pani w kryjówce.

***

Weszli do drewnianego domku stojącego w samym sercu puszczy. Nie była to stara rudera psychopaty, ani prowizoryczny szałas sklecony z kilkunastu desek, tylko funkcjonalna, estetyczna i zadbana chatka z ogrodem, spadzistym dachem i kominem, z którego wydobywał się dym. Layla już dawno nie widziała takiej przaśnej architektury, w otoczeniu której odczuwało się wrażenie przebywania w innym, wolnym od zła i trudów życia wymiarze. Nowopoznany mężczyzna zaprosił ją do środka, po czym zamknął drewniane drzwi i przesunął metalową zasuwę. Następnie nacisnął jeden z przycisków znajdujących się na piedestale znajdującym się obok wejścia; mechaniczne rolety w oknach zaczęły opadać w dół odcinając wnętrze chatki od światła słonecznego. Layla zaniepokoiła się biegiem wydarzeń biorąc pod uwagę to, że znajduje się w nieznanym domu nieznanego człowieka. Otuchę znajdowała w ciężarze, który nosiła pod peleryną, przypiętym do pasa.
Kiedy w pokoju zapanowała całkowita ciemność, zapaliły się lampy wbudowane w sufit, a jej towarzysz podszedł do kominka, w którym wesoło trzaskał ogień, po czym wcisnął jedną z cegiełek, z których był zbudowany. Layla zobaczyła, jak całe palenisko zaczęło znikać za ścianą obracając się wokół własnej osi. Minął moment, kiedy w jego miejscu zamiast błysków płomieni ujrzała ciemną, kamienną półkę, na której leżało czarne, matowe pudło.
– Jestem ci winien wyjaśnienia – powiedział mężczyzna, przerywając grobową ciszę, Layla aż podskoczyła, po czym pokiwała twierdząco głową.
– Mam coś, czego prawdopodobnie szukasz, kupiłem to całkiem niedawno – rzekł cicho, po czym wskazał na pudło, które wcześniej zauważyła.
Layla odczuła uderzenie fali gorąca, która rozprowadziła się po całym jej ciele, ani na chwilę nie spuszczała wzroku z cienistego pojemnika. To ku jej uciesze, samodzielnie się podniosło i zaczęło ku niej sunąć. Gdy tylko do niej dotarło, chwyciła je drżącymi rękoma, wtedy uniosło się jeszcze wyżej i zaczęło otwierać, obniżając kolejne ścianki. Wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Światła, które oświetlały pomieszczenie zaczęły mrugać, niektóre całkowicie zgasły, powietrze stało się o wiele cięższe, a temperatura wewnątrz domu drastycznie spadła. Layla zaczęła dostrzegać parę wydobywającą się z jej ust, pudełko nie przestawało się otwierać.
– Mam nadzieję, że to tego szukałaś... – usłyszała głos mężczyzny, jednak nic nie było wstanie oderwać jej od tego, co za chwilę zobaczy.
Wszystkie ściany pojemnika opadły, został jedynie bardzo gęsty dym, który powoli się rozrzedzał odkrywając kształt przedmiotu, który był wewnątrz. Layla zamknęła oczy i mocno dmuchnęła. Kiedy je otworzyła, ledwo powstrzymała okrzyk, który chciał wyrwać się z jej gardła. Patrzyła na nadtopiony, zszarzały i zniszczony hełm lorda Dartha Vadera.
– ...i mam nadzieję, że zdążyłaś się pogodzić z tym, że tego nie dostaniesz – usłyszała, po czym oderwała wzrok od maski i spojrzała przed siebie. Ciemnoskóry mężczyzna mierzył do niej z blastera ze wzrokiem pełnym nienawiści. Nogi się pod nią ugięły.
– Szkoda, że to ty, a nie twój sławny, hm... Partner? Kimkolwiek wy tam dla siebie jesteście – kontynuował.
Layla patrzyła na niego doszczętnie zaskoczona i zlękniona.
– Nawet nie wiesz, jak wiele kosztowało mnie wydostanie się z paszczy Sarlacca i odbudowanie reputacji po tym, co Skywalker uczynił mi trzydzieści lat temu!
Wtedy zrozumiała.
– Boba Fett... – wyszeptała wstrząśnięta.
– Cieszę się, że przynajmniej nie umrzesz w całkowitej niewiedzy – przemówił Boba Fett odblokowując blaster – choć i tak jako zwykła przystawka...
BUM. Drzwi wejściowe do chatki wpadły z impetem do wewnątrz, Layla natychmiast uskoczyła na bok, Boba natychmiastowo przeniósł celownik z niej na wejście, ale nic więcej nie zdążył zrobić. Layla zobaczyła jedynie grad czerwonych pocisków blasterowych, które przedziurawiły Boba Fetta. W mgnieniu oka łowca nagród padł martwy z hukiem na podłogę. Layla błyskawicznie wstała i sięgnęła pod pelerynę, szukając jej gwarancji bezpieczeństwa. Do wnętrza budynku wtargnęli szturmowcy Najwyższego Porządku celując do niej z karabinów blasterowych i otaczając stale lewitującą maskę Vadera. Layla dobyła tego, czego szukała i wyciągnęła rękojeść swojego miecza świetlnego, momentalnie odpalając jego niebieskie ostrze.
– Stój! Odłóż broń! – usłyszała radiowy komunikat jednego ze szturmowców.
Nie miała najmniejszej ochoty na wykonywanie rozkazów. We framudze drzwi pojawiła się następna postać, ubrana cała na czarno, która pierwsze, co zrobiła wchodząc, to podeszła do unoszącego się hełmu i pieczołowicie ujęła go obiema rękoma.
– Zostaw to, Solo – wycedziła wściekła Layla.
Kylo Ren przeniósł wzrok schowany za swoją maską na Jedi.
– Nie sądzisz, że to trochę niemądre wydawać mi teraz rozkazy, Kenobi? – zapytał.
– Nie spodziewałem się tu ciebie. Gdzie mój kochany wujek? Jest tu z tobą? – rzekł Kylo, rozglądając się leniwie po pomieszczeniu.
– Czego tu szukasz? – spytała Layla.
– Hm, jak widać tego samego, co ty – odpowiedział ponownie zerkając na trzymaną przez niego w dłoniach maskę – ale ty już na pewno tego nie dostaniesz. Zabijcie ją – rozkazał.
Layla zareagowała momentalnie; najpierw Mocą powaliła dwójkę szturmowców, a następnie użyła swojego miecza świetlnego, aby odbić lecące w jej stronę pociski, które rykoszetem załatwiły strzelców. Rzuciła się do ucieczki; najpierw machnęła ręką, aby podnieść wszystkie żelazne zasłony w oknach, a następnie wyskoczyła przez jedno z nich na zewnątrz nie oglądając się za siebie.
– Gońcie ją! – usłyszała głos rozgniewanego Bena Solo.
Szturmowcy podbiegli do wybitego okna.
– Sir, nie ma jej. Musiała uciec w las – zameldowali.
Kylo podszedł do okna, rozejrzał się i powiedział:
– Zostawcie ją. Mamy czego szukałem – spojrzał ponownie z zachwytem na maskę Dartha Vadera.
– Sir, rozkazać przygotować statek do powrotu na bazę Starkiller? – zapytała kapitan Phasma, która ledwo weszła do środka. – Nie – zaprzeczył Kylo – kurs na Dagobah.
– Jakie koordynaty, sir? – dopytała zdziwiona Phasma.
Kylo odszedł od okna i kolejny raz wlepił wzrok w zdobyty niedawno artefakt.
– Jaskinia Zła – odpowiedział cicho.
Laylę, która leżała bezgłośnie na śliskim, spadzistym dachu chatki, na dźwięk tych słów przeszły dreszcze.

***

Statkowi Najwyższego Porządku nie sposób było wylądować tuż obok celu wyznaczonego przez Kylo. Dagobah, lesista planeta pokryta niezliczoną ilością bagien i ruchomych gruntów nie była odpowiednim obiektem do przyjmowania jakichkolwiek pojazdów kosmicznych. W końcu pilotowi udało się osiąść na niedużej polanie. Kiedy tylnia klapa zaczynała się otwierać, szturmowcy wraz z kapitan Phasmą zaczęli przeładowywać i odbezpieczać broń, co Kylo skwitował krótko:
– Nie. Idę sam.
Phasma odwróciła głowę w jego stronę poprawiając błyszczący hełm.
– Sir, czy to aby na pewno bezpieczne?
Kylo podniósł hełm Vadera, który przez całą podróż spoczywał na siedzeniu obok niego i odpowiedział: – Idę sam. Możecie wracać do bazy.
– Sir, ale jak pan wróci? – zapytała kapitan nie kryjąc zdziwienia.
– Wracać do bazy, to rozkaz – powiedział stanowczo Kylo wskazując palcem na Phasmę, po czym wyszedł po opuszczonej klapie statku.
Kiedy stanął na zgniłozielonej, miękkiej trawie, usłyszał dźwięk zamykających się wrót, a następnie warkot startującego silnika. Nie odwracając się ruszył naprzód, między poszarzałe drzewa i cuchnące bagna, poprawiając chwyt na hełmie swojego dziadka.
Po kilkunastu minutach marszu, przedzierania się przez mokradła i lawirowania między gałęziami wyginającymi się we wszystkie strony, Kylo dostrzegł cel swojej wyprawy. Już od jakiegoś czasu wyczuwał, że się do niego zbliża, ale dopiero teraz stanął mu przed oczami. Wielka, ciemna pieczara, która wyglądem przypominała portal do innego, mrocznego świata jarzyła się między dwoma potężnymi choć martwymi już pniami. Nienaturalna cisza panująca wokoło utwierdzała Kylo w przekonaniu, że dobrze trafił. Nie wahając się ani chwili dłużej, ruszył w stronę jamy, ściągając czarny kaptur ze swojego hełmu.
Gdy znalazł się w środku, zaskoczył go fakt, że jaskinia nie była zupełnie odcięta od światła; gdzieniegdzie wpadały do środka pojedyncze promienie oświetlające mu drogę. Stawiając kolejne kroki, zaczął słyszeć ciche szmery dochodzące z odległych części jaskini. Nie potrafił określić, czy był to wiatr wpadający w szczeliny, czy szepczące głosy; nie zważając na podejrzane dźwięki szedł dalej, w co raz głębsze partie Jaskini Zła.
W końcu dostrzegł ostateczny kres swojej drogi, która zaczęła się w Grocie na planecie Starkiller, toczyła się przez willę Meydefortha, kryjówkę Boby Fetta i miała zakończyć tutaj, w Jaskini Zła. Ujrzał ogromny, owalny dół z wysokim sklepieniem, przyozdobionym setkami stalaktytów, pośrodku którego widniał niski, okrągły podest zbudowany z ciemnego kamienia.
Kylo zaczął powoli iść w kierunku centrum groty, słysząc co raz głośniejsze szelesty; teraz wiedział już na pewno, że nie są one dziełem wiatru. Czuł się przytłoczony przez olbrzymią kumulację Ciemnej Strony Mocy, w której była skąpana cała jaskinia. Dotarł wreszcie do kamiennego piedestału, chwiejnym krokiem postawił na nim nogi, po czym położył na jego środku stopioną maskę Dartha Vadera, zrobił dwa kroki w tył i trzęsącymi się rękoma zdjął własny hełm, a następnie odłożył go na ziemię. Rozejrzał się dookoła; zauważył, że w całej grocie znajdują się bardzo ciemne wgłębienia, w których nie umiał niczego dostrzec. Zaobserwował nagle parę wydobywającą się z jego ust i poczuł przenikliwe zimno, niczym to, które zapanowało w chacie Boby Fetta. Uznał to za sygnał wydawany przez Moc, który skłonił go do klęknięcia na jednym kolanie przed maską jego potężnego dziadka. Kylo starał się połączyć z Ciemną Stroną Mocy, pozwolić, aby go przeniknęła do kości, całkowicie jej ulec. Szepty stały się jeszcze głośniejsze, potrafił już rozróżniać niektóre ich słowa, temperatura jeszcze bardziej spadła. Kiedy poczuł, że jest gotowy, zamknął oczy i w pełnym skupieniu powiedział:
– Wielcy Ciemnej Strony. Przemówcie do mnie.
Szepty prawie przemieniły się w krzyki.
– Wielcy Ciemnej Strony. Przemówcie do mnie. – powtórzył.
Kamienny podest zaczął niezauważalnie drżeć.
– Lordzie Darthcie Vaderze, mój potężny dziadku, przemów do mnie! – krzyknął Kylo nie otwierając oczu.
Nagle szepty ucichły, piedestał uspokoił się, zimno ustało. Kylo już chciał wstać kiedy usłyszał.
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Mechaniczny oddech towarzyszył krokom, których echo odbijało się od kolczastego firmamentu. Wszystkiemu towarzyszył szmer peleryny przeciąganej po podłożu. Serce Kylo zaczęło bić w anomalnym, szaleńczym rytmie. Otworzył oczy, a to co zobaczył, nieomal strąciło go z nóg. W jego kierunku kroczył zakuty w czarny, połyskujący pancerz i hełm, zamiatając kamienny grunt ciemną peleryną, lord Darth Vader.
Mroczny lord zatrzymał się przed swoją starą, zniszczoną maską i zwrócił zamaskowaną twarz w stronę Kylo. Wdech. Wydech.
– Ben – powiedział Darth Vader, niskim, zniekształconym głosem.
Kylo wybałuszył oczy i nie umiejąc podnieść się z kolan poprawił dziadka:
– K-kylo – wyjąkał – n-nazywam się Kylo Ren.
Wdech. Wydech.
– Ben. – powtórzyła zjawa mrocznego lorda – Ben Solo.
Powiedziawszy to ruszył naprzód. Kylo natychmiastowo wstał, nie mogąc wykonać żadnego innego ruchu ani wykrztusić z siebie żadnego słowa. Darth Vader szedł prosto na niego krokiem wolnym, lecz zdecydowanym. Gdy ciało wnuka i materia dziadka zetknęły się, Kylo poczuł potworne, lodowate skurcze w całej klatce piersiowej, jego serce zaczęło uderzać w jeszcze szybszym tempem, a powietrze przestało docierać do płuc. Duch Vadera przeniknął przez Kylo i nie zwracając uwagi na swojego potomka przeszedł jeszcze kilka kroków. Kylo z powrotem upadł w agonii na kolana, rozpaczliwie próbując złapać oddech i nie utracić przytomności. Gdy tylko doszedł do siebie, znowu się podniósł i odwrócił w stronę widma, którego widział teraz jedynie plecy osłonięte kruczoczarną peleryną i tył hełmu połyskującego światłem, które wpadało przez pojedyncze dziury kamiennego sklepienia.
– Lordzie Vader... – wyszeptał Kylo – jestem Kylo Ren... Syn twojej córki...
Zapadła głucha cisza przerywana przez odgłosy mechanicznie wspomaganego oddechu lorda Sithów. Darth Vader wciąż nie odwracając się w stronę swojego wnuka, uniósł powoli ręce i położył je na swoim hełmie.
– Jesteś Ben – poprawił go Vader i nacisnął na hełm. Coś zasyczało. – Ben Solo – mówił podnosząc czarne opancerzenie i zdejmując je z głowy – jesteś synem mojej córki – kontynuował zrzucając na ziemię hełm, który momentalnie się zdematerializował; następnie przyłożył dłonie do zamaskowanej twarzy i pieczołowicie ściągnął czarną jak noc maskę, która rozpłynęła się w powietrzu – Lei Skywalker – zakończył, mówiąc ostatnie słowa zupełnie niepodobnym do swojego, ludzkim głosem.
Kylo ujrzał burzę brązowych, długich i poskręcanych włosów, która opadła na kark Dartha Vadera. Charakterystyczny dźwięk pobierania powietrza zniknął, Kylo całkowicie osłupiał. Postać, która przed nim stała powoli odwróciła się w jego stronę - co prawda widział ciało, zbroję i pelerynę Dartha Vadera, jednak zamiast głowy zakutej w rozpoznawalny, ciemny hełm, ujrzał twarz młodzieńca w jego wieku - spokojną i pogodną, choć charakterną, co podkreślała cienka, pionowa blizna nad okiem. Kylo poczuł się doszczętnie zbity z tropu, ogarnęło go poczucie, że zrobił coś źle, że cały finał jego starań to tylko jakaś ułuda, farsa, zupełnie nie taki, jaki miał być.
– Kim jesteś?! Gdzie jest Darth Vader?! – wrzasnął zdesperowany Kylo nie ukrywając swojego rozwścieczenia.
– Darth Vader zginął jeszcze przed Imperatorem – odezwał się zupełnie inny głos zza pleców zjawy, z ciemnej głębi jaskini. Kylo przeszedł dreszcz, natychmiast zbliżył rękę do miejsca na pasie, gdzie zwisała przypięta rękojeść jego miecza świetlnego.
Najpierw usłyszał kroki zbliżające się z ciemności, z której następnie wyłoniła się zakapturzona postać w brązowej, zniszczonej i wypłowiałej szacie. Zatrzymała się obok widma Vadera i powoli ściągnęła kaptur, odsłaniając pomarszczoną twarz, obrośniętą siwą szczeciną. Luke Skywalker zmierzył Kylo surowym i chłodnym spojrzeniem pełnym odrazy.
Kylo przełknął głośno ślinę i cofnął się kilka kroków ze strachu, po czym sięgnął po miecz, odpalając go jeszcze w tej samej chwili.
– Ben, daj spokój. Nie pokonasz naszej dwójki – rzekł Luke beznamiętnie nie odrywając oczu od siostrzeńca.
– Jak to dwójki? – zapytał Kylo rozglądając się panicznie po jaskini.
Luke zauważył jego rozpierzchający się wzrok i odpowiedział:
– Przyszedłem tu sam. Dwójki, ponieważ jestem tu ja i mój ojciec.
– To tylko widmo... – odparł Kylo.
– Nie w tym miejscu. Nie w miejscu o takim nasyceniu Mocy – wyjaśnił Luke.
Anakin Skywalker sięgnął ręką pod czarną pelerynę i wyjął srebrną rękojeść miecza świetlnego, który zaraz zajarzył się niebieskim światłem.
Kylo poprawił oburęczny chwyt na swojej broni.
– Przyszedłem tu zniszczyć tę maskę – powiedział Luke wskazując metalowym palcem prawej dłoni na stopiony hełm Dartha Vadera.
Kylo spojrzał na artefakt i powtórnie przeniósł wzrok na dwójkę Skywalkerów; następnie wyprostował się, podniósł głowę i wycedził:
– Nie tylko ty masz wsparcie.
Luke zauważył ruch w różnych zakamarkach groty znajdujących się za Kylo Renem. Z ciemnych kątów zaczęły wyłaniać się trzy czarne, zamaskowane postacie, włączające po kolei swoje czerwone, jarzące się miecze świetlne. Rycerze Ren podeszli do Kylo i stanęli obok swojego przywódcy.
Luke nie pozostał im dłużny; nie minęła sekunda, a w rękach dzierżył już swoją jaskrawozieloną broń. Kylo Ren uśmiechnął się nikczemnie widząc popłoch malujący się na starczej twarzy swojego byłego mistrza.
– Tylko w przewadze czujesz się taki silny? – odezwał się kolejny głos nieznany Kylo. Głos należący do kogoś silnego wiekiem, jednak głos potężny Mocą.
Rozglądając się za jego źródłem ujrzał kolejną nieznajomą postać stojącą niedaleko Luke'a Skywalkera. Jej zniszczone przez czas oczy wpatrywały się w niego spod białych jak mleko brwi, a usta pozostawały nieruchome, w obojętnym wyrazie, schowane pod gęstwiną białej brody. Nigdy wcześniej nie widział tego starca, jednak już nie jednokrotnie widział osobę, która pojawiła się obok niego - kobietę o ciemnych włosach przenikających siwymi pasmami, która również dzierżyła w ręku gotowy do walki miecz świetlny.
– Layla... – wyszeptał Luke.
– Obi-Wan! – wykrzyknął duch Anakina.
Ojciec Kenobi wraz z córką podeszli do dwójki Skywalkerów gotowi do nieuchronnej potyczki z rycerzami Ren.
Kylo przestał się czuć równie pewnie, jak jeszcze parę chwil temu. Widok bohaterów Wojen Klonów oraz Bitwy o Endor stojących po drugiej stronie barykady przyprawił go o niemałe wątpliwości i ogromną niepewność. Nie mógł jednak tego okazać; pokręcił jedynie szyją i zacisnął mocno dłonie na mieczu.
– Oddaj nam maskę – rozkazała Layla Kenobi.
– Tylko ona pozwoli mi się skontaktować z prawdziwym Darthem Vaderem! – wykrzyknął Kylo wskazując na widmo Anakina Skywalkera – a nie z nim!
Luke rozchylił usta z niedowierzaniem, po czym zrugał siostrzeńca:
– Ty głupcze! Myślisz, że przywoływać Duchy Mocy pozwoli ci stary hełm? Tego się nie da nauczyć!
Kylo nie wytrzymał napięcia. Z okrzykiem na ustach wyskoczył w stronę swojego wuja biorąc zamach swoim czerwonym mieczem. Jego klinga zatrzymała się jednak na niebieskim ostrzu, które błyskawicznie wyrosło między Kylo a Luke'iem. Atak mistrza Zakonu Ren powstrzymał duch Anakina Skywalkera wciąż odzianego w zbroję Dartha Vadera. Wybraniec Mocy kopnął Kylo w brzuch, odrzucając go w tył, a w sukurs skoczyli mu Rycerze Ren. Zaczęła się dynamiczna walka na śmierć i życie; Layla przyjęła na siebie jednego z przeciwników, odciągając go od reszty. Dwójka pozostałych rycerzy skoczyła do gardeł duchom Anakina i Obi-Wana. Wściekły Luke zaczął zmierzać ku leżącemu na ziemi Kylo trzymając nisko swój miecz. Dookoła było słychać okrzyki walczących i dźwięki zderzania się świetlistych kling. Jeden z Rycerzy Ren walczący z widmem Obi-Wana odepchnął byłego mistrza Jedi uderzając z ogromnym impetem w jego broń, po czym pobiegł w kierunku Luke'a. Najstarszy żywy Skywalker jednak niespecjalnie przejął się atakiem nadchodzącym z flanki - nie spoglądając w stronę agresora wystawił w jego kierunku rękę i wykorzystał Moc do obrony. Napastnik gwałtownie wyleciał w powietrze, z hukiem uderzył o ścianę i upadł; w międzyczasie Kylo zdążył podnieść się z ziemi i przygotować do ataku. Luke podniósł swój miecz i przeszedł do defensywy, odbijając ostrzem kolejne ataki Kylo. W pewnym momencie potraktował go jak wcześniej jednego z Rycerzy i zręcznie odepchnął w tył, Kylo ponownie stracił równowagę. Luke był zły, jednak nie chciał zabijać Bena. Próbował zapanować nad swoim gniewem, wiedział, że to aura jaskini, Ciemnej Strony Mocy próbuje zawładnąć jego uczuciami i działaniami. Przyszedł tu po maskę, a nie zabijać, jednak jeśli nie będzie miał wyboru, zrobi to. Patrzył na próbującego wstać z podłoża Kylo - za każdym razem, gdy go widział, ogarniało go rozwścieczenie, jednak nie na siostrzeńca, lecz na samego siebie. Nie potrafił przełknąć porażki jakiej doznał próbując wychować młodego Solo na rycerza Jedi nowej generacji. Zawsze, gdy patrzył w oczy tak bardzo podobne do oczu jego siostry widział zaszlachtowane ciała swoich uczniów leżące w kałużach krwi po spotkaniu z ostrzem miecza Bena. Nie potrafił mu tego wybaczyć, jednak jeszcze bardziej nie potrafił tego wybaczyć sobie; wiedział, że te dzieciaki zginęły przez niego.
Nagle poczuł ogromną siłę uderzająca w jego prawe ramię, która zwaliła go z nóg. Pchnięty padł na wilgotną i zimną skałę, miecz wypadł mu z ręki i poturlał się. Leżąc próbował dostrzec, co wytrąciło go z równowagi, jednak jedyne co zauważył, to jednego z Rycerzy Ren, który wyjmował klingę swojej broni z ziemi w miejscu, w którym przed sekundą stał Luke. Niedaleko niego stała Layla, która opuszczała jeszcze przed chwilą wyciągniętą rękę - wtedy zrozumiał, że to ona uratowała go przed niechybną śmiercią. Luke wstał pospiesznie i dopadł rękojeści leżącej na ziemi; natychmiast doskoczył do niego inny Rycerz, który spróbował ciąć płasko celując w klatkę piersiową Luke'a. Uniknął ataku, po czym wyprowadził kontrę próbując trafić przeciwnika w rękojeść jego broni. Rycerz odbił jego cięcie, a następnie sam wykonał ogromny zamach nad głową. Luke upatrzył w tym szansę. Uskoczył w bok, klinga agresora uderzyła w kamienne podłoże rozbryzgując dookoła strumienie iskier. Luke nie zawahał się i wykonał atak ciągnąc miecz świetlny od ziemi; świetliste ostrze przeszło przez nadgarstki Rycerza jak przez wodę. Trysnęła bordowa krew wylewająca się ze sterczących kikutów, zakonnik padł na ziemię z wrzaskiem, konając z bólu, jego martwe już, odcięte dłonie padły na ziemię z obrzydliwym chlupotem, a rękojeść miecza razem z nimi. Luke podszedł i kopnął broń głęboko w ciemne czeluście.
Rozejrzał się po kamiennej komnacie - najbardziej zagorzała była walka ducha Obi-Wana z innym z Rycerzy. W pewnym momencie odbił on atak niebieskiej klingi byłego mistrza ojca Luke'a, sparował poprawkę i wyprowadził kontrę, przed którą Obi-Wan nie zdążył się uchronić. Czerwone ostrze z całym impetem wbiło się w jego brzuch, czemu towarzyszył głośny jęk ducha. Mimo, że na jego niematerialnym ciele nie pojawiła się żadna rana, a ostrze po prosto go przeniknęło, jego postać zaczęła blednąć, aż w końcu zniknęła całkowicie. Siły wyrównały się.
Inną parą walczących była zjawa jego ojca i trzeci z Zakonników. Luke ani przez chwilę nie miał wątpliwości kto wygra ten pojedynek - ruchy Anakina były dla Rycerza za szybkie, odbijał on jedynie ataki Jedi zepchnięty do głębokiej defensywy. Było tak, dopóki do walki nie przyłączył się drugi z Zakonników, ten sam, który przed chwilą odesłał duszę Obi-Wana. Mimo przewagi napastnicy nie potrafili pokonać widma Anakina. W tym samym czasie Layla prowadziła wyrównaną wymianę ciosów z Kylo Renem, co rusz będąc blisko od rozbrojenia go. Luke już chciał ruszyć na pomoc ukochanej, kiedy usłyszał dwa jazgocące z bólu krzyki - wydali je równocześnie Rycerze Ren dotychczas walczący z duchem ojca Luke'a. Okazało się, że podczas bitwy z Anakinem, uniknął on zwinnie ich jednoczesnych ciosów, które w konsekwencji zadali sobie nawzajem, rozcinając własne tułowia iskrzącymi się klingami. Ich ciała huknęły o posadzkę zwracając uwagę zajętego swoja bitwą Kylo.
Spojrzał on najpierw na swoich dwóch martwych towarzyszy, a następnie na trzeciego pozbawionego dłoni, konającego w kącie, jednocześnie nie dając za wygraną Layli Kenobi. Spychała go ona w głąb jaskini i zmuszała do rozpaczliwej obrony przed wyprowadzanymi przez nią ciosami. Kylo wiedział, że jest w tragicznej sytuacji, jednak nie potrafił znaleźć z niej wyjścia. Layla nieustannie się przesuwała, pewnie stawiała następny krok, aż w końcu jeden z nich okazał się zgubny. Nie zauważyła dziury w podłożu, w którą nieumyślnie włożyła nogę. Niemal błyskawicznie straciła równowagę i runęła na kolana. To było wyjście z sytuacji.
Kylo niezwłocznie podszedł do niej i z ogromną siłą kopnął w rękę trzymającą miecz. Usłyszał nieprzyjemny i trzaskający dźwięk łamanej kości, Layla zawyła z bólu, a jej miecz poturlał się w stronę Kylo. Stał i patrzył się na cierpiącą Kenobi pałając żądzą zemsty; zacisnął palce na rękojeści tak mocno jak tylko umiał i patrzył dalej. Nie umiał. Nie umiał zrobić nic więcej. Nie umiał tego zrobić.
– ZABIJ JĄ! – usłyszał potworny, niski, lodowaty głos bardzo dobrze mu już znany, głos, którego się bał, któremu nie miał odwagi się sprzeciwić.
Złapał rękojeść swojej broni odwrotnie, ostrzem w dół i nie zwlekając podniósł ją najwyżej, jak tylko umiał. Czerwone ostrze rozjaśniało całą tę makabryczną scenę, spowijało płaczącą Laylę Kenobi trzymającą się za zmasakrowaną rękę, klęcząca na śliskim podłożu odbijającym krwawą poświatę. Kylo pozwolił, aby Ciemna Strona Mocy wypełniła go po brzegi, od stóp do głowy, od głowy do serca, od serca do rąk.
W tym samym czasie wszystko bacznie obserwujący duch Anakina Skywalkera zaczął wydawać dziwne odgłosy, targany nienaturalnymi spazmami. Zszokowany i osłupiały Luke spojrzał na widmo swojego ojca - część bujnych włosów zniknęła, cała postać nabrała nienaturalnego kształtu i złapała się obiema dłońmi za twarz. Po chwili zamiast twarzy Anakina, spojrzało na Luke'a jedno żółte ślepie i jedno zaszklone czerwono-czarną soczewką. Połowa jego twarzy zaczęła przypominać zniszczoną maskę Dartha Vadera, na pół-łysej głowie pojawiła się charakterystyczna, długa i głęboka blizna.
Kylo nie zwracał uwagi na nic, co działo się dookoła niego. Pewnym ruchem opuścił klingę, która wbiła się z przeraźliwym sykiem w kark córki Obi-Wana Kenobiego. Później już dało się tylko słyszeć mrożące krew w żyłach, chropowate dźwięki, które wydawała próbując zaczerpnąć powietrza przedziurawionym gardłem, z którego lał się strumień rubinowej krwi, rozbryzgującej się na kamiennym podłożu.
– NIEEE!!! – zaczął przerażająco krzyczeć Luke – NIEEE!!!
Cała jaskinia zaczęła się trząść. Z kamiennego sklepienia zaczęły odpadać kawałki zbrązowiałych stalaktytów, jakaś niewidzialna siła zaczęła targać podłożem groty. Zniekształcone widmo ojca Luke'a zbliżyło się do mistrza Jedi w zawrotnym tempie i wyszeptało mu do ucha:
– Zabij.
Następnie wspólny duch Anakina Skywalkera oraz Dartha Vadera wsiąkł w ciało Luke'a.
Luke poczuł trzy rzeczy - ogromne zimno, żądzę krwi oraz Ciemność. Nie zważając na odpadające kawałki sklepienia, z pianą na ustach i mieczem świetlnym w ręku zaczął biec w stronę swojego siostrzeńca. W tej chwili nie był Jedi. W tej chwili chciał tylko rozćwiartować Kylo Rena, chciał zetrzeć Bena Solo na pył.
Kylo wyciągnął ostrze miecza z ciała Layli, które bezwładnie opadło na posadzkę, wokół którego zaczęła się tworzyć olbrzymia kałuża krwi i spojrzał na szarżującego w jego stronę swojego byłego mistrza. Przygotował swój miecz do obrony przed atakiem Luke'a, jak się okazało, niepotrzebnie. W ułamku sekundy postać Luke'a Skywalkera pofrunęła kilkanaście metrów w tył, pchnięta niewidzialną siłą, wypuszczając z rąk swój miecz świetlny. Kylo popatrzył na miejsce, skąd przyszła pomoc - w ciemności ukazała mu się ogromna , łysa sylwetka osoby bądź stworzenia, odziana w czarną jak ściany Jaskini Zła szatę. Kylo poczuł ulgę zmieszaną z przerażeniem i wstydem.
– Najwyższy Wodzu... – wydukał Kylo.
– Cisza! – rozkazał Snoke rozchylając swoje obrzydliwe, zniekształcone usta – bierz maskę i chodź – powiedział wskazując kościstym palcem na stopiony hełm.
– Ale Skywalker... – odparł Kylo patrząc na leżącego nieruchomo Luke'a. Był takim łatwym celem.
– Nie jesteś gotowy! Rób co mówię! – rzekł zniecierpliwiony Snoke nie chowając swojego niezadowolenia.
Kylo schował miecz za pazuchą, przeszedł nad krwawiącym ciałem Layli i podbiegł do nietkniętej od jego przybycia maski, unikając kawałków stropu walących się mu na głowę. Chwycił hełm jego dziadka oraz swój własny i wrócił do Najwyższego Wodza.
Luke ocknął się po dłuższej chwili. Jaskinia dalej się trzęsła; cudem było to, że dalej żył.
Zauważył, że Kylo Ren zniknął, ale nie miał teraz czasu dochodzić gdzie. Ku nieszczęściu Luke'a wraz z jego siostrzeńcem zniknęła maska jego ojca. Ogarnęła go wściekłość, którą zaraz zastąpił potworny żal i niewyobrażalny smutek, gdy spojrzał na krew cieknącą po podłożu. Podbiegł do miejsca, gdzie zginęła Layla, ale jej ciało zniknęło, została jedynie jej brązowa, mokra od krwi szata. Oczy Luke'a zaszkliły się od łez, nie było to jednak właściwe miejsce ani tym bardziej czas na rozpacz. Musiał się ewakuować, zanim cała jaskinia zwali mu się na głowę.

***

Wyszedł ponownie na szczyt wyspy, jak miał już w zwyczaju codziennie robić. Opuszczał kamienne domostwo, żeby patrząc się na bezkresny ocean wspominać wszystkie wspaniałe chwile, które razem z nią dzielił. Od tamtego dnia na Dagobah przestał liczyć dni, przestał się dla niego liczyć czas, przestało się dla niego liczyć cokolwiek. Uczucie pustki towarzyszyło mu nieustannie, stracił najbliższą mu osobę, nic nie zyskując. Poświęcenie Layli zostało zmarnowane wraz z ucieczką Kylo Rena z maską. Wszystko potęgował fakt, że nie zobaczył się z jej duchem jeszcze ani razu, a minęło tyle czasu.
Patrzył na kamienną tablicę, którą sam wyrzeźbił. Zrobił ją dla niej - prymitywny nagrobek, który postawił w najwyższym miejscu wyspy, nad symbolicznym grobem, w którym pochował jej skrwawioną szatę. Był całkowicie odcięty od reszty galaktyki, od jakichkolwiek wiadomości. Pocieszał się faktem, że są jeszcze dwie bliskie mu kobiety, których nie widział od wielu, wielu lat, które jednak również skrzywdził. W ten, lub inny sposób.
Jedyne co słyszał, to dźwięk fal rozbijających się o brzegi klifu i krzyki latających niedaleko maskonurów. Wszystko zniszczyłem - pomyślał - jestem ojcem klęski Nowej Republiki, śmierci moich uczniów, a teraz także śmierci mojej ukochanej.
Po policzku popłynęła mu leniwie łza, po czym spadła i wsiąknęła w suchą i twardą ziemię tworzącą grób Layli Kenobi zostawiając wilgotną plamę na powierzchni. Otarł ręką mokrą twarz i moment później prawie podskoczył ze strachu; potężny dźwięk przerwał błogą ciszę panującą na wyspie. Coś wleciało w przestrzeń kosmiczną planety. Serce zabiło Luke'owi szybciej. Poprawił kaptur naciągnięty na głowę i spojrzał za siebie, na taflę oceanu, której gładkie lustro było przecinane przez pojazd kosmiczny, który właśnie wyszedł z prędkości nadświetlnej. Luke zamarł i wyszeptał do siebie z niedowierzaniem:
– Sokół Millenium.


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 0,00
Liczba: 0

Użytkownik Ocena Data

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (1)

Serdecznie dziękuję za publikację! :)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.