Twórczość fanów

Dziewczyna z Coruscant

autor: Palulynka



Zaja spoglądała tęskno na tętniące życiem szlaki Coruscant. Co chwilę głośniejszy świst ogromnego statku pasażerskiego przerywał myśli. Raz po raz zastygłą sylwetkę młodej kobiety szturchała matka, przypominając o obowiązkach. Ręce zatapiały się wtedy znowu w stertę naczyń, oczy nadal jednak błądziły przez okno, po zapierających dech w piersiach widokach Galactic City.
Zaja była zamyślona tak bardzo, że nie usłyszała nawet kroków ojca oraz jego gościa. Odwróciła się przestraszona, gdy usłyszała obcy głos.
- Panie Teo, przedstawiam moją żonę i córkę.
Obie kobiety dygnęły posłusznie. zaskoczone niespodziewaną wizytą.
- Pan Teo Cardan zje z nami kolację, mamy kilka interesów do omówienia.
Mężczyzna nie czekał na odpowiedź kobiet, poklepał jedynie gościa po plecach i delikatnym ruchem skierował go w kierunku jadalni.
- Zapraszam do stołu, moja żona przyrządza niebywały chleb jaśminowy.
- Panowie wybaczą na chwilę. – kobieta szepnęła i pociągnęła męża za rękaw. – Horudzie, co w naszym domu robi członek Ruchu Oporu? – przerwała na chwilę i spojrzała na strój przybysza. – Myślałam dotąd, że brzydzisz się polityką.
- Cornelio, to mój klient. Nie obchodzi mnie, czym się zajmuje w wolnym czasie, niech tylko dobrze płaci.
- Ale…
- Bez dyskusji.
Horud oddalił się do swojego gościa.
- Jeszcze będą z tego kłopoty. – stwierdziła prawie bezgłośnie Cornelia.
Zaja posłusznie zaczęła przygotowywać kolację. Świeżo upieczony chleb przyjemnie chrupał pod naciskiem ostrza. Matka obok mieszała pachnącą, gorącą strawę. Zapowiadał się długi wieczór.

Posiłek powoli dobiegał końca. Potrawy szybko znikały z suto zastawionego stołu, co jakiś czas w izbie rozbrzmiewał śmiech mężczyzn. Teo spoglądał co jakiś czas w błękitne oczy Zai. Dziewczyna jednak szybko uciekała wzrokiem od przystojnego przybysza. Gdy ten znowu zwracał się ku ojcu, zerkała na niego ukradkiem podziwiając ciemną czuprynę i silne, umięśnione ręce.
- Muszę przyznać, że chleb pani domu jest rzeczywiście wyśmienity. – stwierdził z grzecznością Teo.
Cornelia uśmiechnęła się z przekąsem.
- Z daleka pan na ten posiłek przybył. Ponoć sytuacja w galaktyce robi się coraz bardziej napięta. Oby takie wycieczki nie były źródłem waszej porażki.
- Cornelio! – krzyknął Horud chcąc przerwać odważne wystąpienie swojej żony.
- Ależ spokojnie Horudzie. – uspokoił go Teo i zwrócił się do kobiety. – Owszem, jestem członkiem Ruchu Oporu, ale na Coruscant jestem tylko w interesach. Jestem konstruktorem, a twój mąż pani jest znany w całej galaktyce z niezawodnych części do blasterów. Nie zamierzam sprowadzić na waszą rodzinę kłopotów.
Cornelia westchnęła bez przekonania.
- Czas na mnie. – rzekł Teo. – Dziękuję za gościnę Horudzie.
- Jutro sfinalizujemy transakcję, pozwól tymczasem, że odprowadzi cię moja córka, zna to miasto jak własną kieszeń. Ja muszę rozmówić się z żoną.

Zaja i Teo szli niespiesznie ulicami Galactic City. Wiatr sunących obok pojazdów delikatnie mierzwił włosy.
- To był bardzo miły wieczór. Nie spodziewałem się, że spędzę go w towarzystwie tak uroczej osoby. – powiedział Teo. Zaja zarumieniła się.
- Masz na myśli moją matkę panie? – roześmieli się.
Stanęli oboje na krańcu szlaku, z którego mężczyzna miał odjechać. Rozpościerała się stąd panorama nocnego nieba z zarysowaną jak na dłoni linią planet i pobliskich gwiazd.
- Chciałabym kiedyś frunąć pomiędzy nimi. – szepnęła Zaja.
- Jedź ze mną. – odpowiedział bardzo poważnie Teo.
Dziewczyna roześmiała się serdecznie i postanowiła wrócić do domu. Nie chciała, żeby ojciec się niepokoił.
Teo ujął jej dłoń na pożegnanie i złożył na niej delikatny pocałunek. Oddaliła się pospiesznie. Czuła, że szybuje pomiędzy drapaczami chmur, czuła delikatne mrowienie na karku i nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że to jego wzrok.

Zaja przez najbliższe dni była bardziej zaniepokojona, niż zwykle. Nie mogła wyrzucić ze swoich myśli Teo i jego spojrzenia. Wiedziała jednak, że znajomość z takim mężczyzną nigdy nie byłaby zaakceptowana przez jej rodzinę, więc karciła samą siebie, gdy tylko zdarzyło jej się pomyśleć o tajemniczym przybyszu.
Tamtego dnia Zaja pomagała wyprawić się ojcu do pracy. Trzymała szorstkie, wykrochmalone szaty, w które pieczołowicie owijał się mężczyzna.
- Ojcze, opowiedz mi dokładnie czym się zajmujesz.
Horud spojrzał na córkę zaniepokojony.
- Skąd u ciebie tak nagła ciekawość?
- Ojcze dość mam siedzenia w domu. Zajęcia z matką są przydatne, lecz nużące. Weź mnie ze sobą , naucz mnie sztuki handlu.
Mężczyzna podrapał się po brodzie i chwilę pomyślał.
- Zajo mogę spróbować uczynić cię moim uczniem. W zasadzie sporo myślałem ostatnio o twojej przyszłości. Wahałem się czy szukać dla ciebie męża, czy posłać cię na nauki, ale skoro masz chęć na handel, niech tak będzie. Będę rad, jeśli będę miał komu zostawić interesy.
Spojrzał czule na córkę i uśmiechnął się.
- Pamiętaj jednak, że twoja matka nadal będzie potrzebowała pomocy w prowadzeniu domu, zdrowie jej przecież niedomaga. - Nie martw się tatku. Będę pracować przy sprzątaniu i gotowaniu wieczorami ze zdwojoną siłą.
- Dobrze Zajo, ubieraj się zatem w wizytowe szaty. Udasz się dziś ze mną, nie ma czasu do stracenia.
Dziewczyna skinęła głową i uważnie odprowadzając wzrokiem wychodzącego ojca myślała przejęta o tym, że właśnie zaczyna zmieniać swoją przyszłość.

Zaja dzielnie towarzyszyła ojcu w dniu przepełnionym obowiązkami. Horud był zadowolony, gdyż zauważył jak zbawiennie na relacje handlowe wpływa obecność młodej, urodziwej kobiety. Widział też jednak, że jego córkę coś trapi. Nie próbował jednak dociekać źródeł zmartwień. U kobiet tak bywa, nachodzi je czasem pewien rodzaj melancholii, a potem ustępuje sam z siebie.

Po kilku tygodniach pracy, nudnego rachowania i kontaktów z nieprzyjemnymi dostawcami Zaja usłyszała wiadomość, na którą czekała od wielu dni.
- Dziś w interesach przybędzie Teo Cardan. Musimy zająć się nim godnie. - powiedział Horud podczas śniadania.
Zaja poczuła znajomy uścisk w żołądku.
- Ojcze, uczysz mnie od wielu tygodni, mam nadzieję, że poczyniłam postępy?
- Owszem Zajo, jestem pełen podziwu.
- Pozwól mi więc wykazać się nowymi umiejętnościami i przekaż mi jednego klienta, choćby właśnie Cardana.
- Cornelio, nasza córka zadziwia mnie swoją zaradnością. - powiedział Horud do krzątającej się żony. - Nie wiem czy to dobry pomysł. Teo to bardzo ważny klient. - zwrócił się do córki.
- Zaufaj mi ojcze.
Zaja wiedziała, że błękit jej oczu nie pozwoli Horudowi na długie zastanawianie się.
- Dobrze. Polecę wiec dziś na Bespin po materiały, ty zajmiesz się Teo.
Dziewczyna skinęła głową i spokojnie wyszła z pomieszczenia, choć w środku skakała z radości.

Horud na miejsce spotkania z klientem wybrał kantynę, w której łatwo było o anonimowość. Zaja wiedziała jednak, że kobiety rzadko bywały w takich miejscach, więc jej obecność mogła aż zanadto rzucać się w oczy. Ubrała się więc w męski, brązowy płaszcz, włosy schowała pod zwałami materiału. Tak odziana wraz ze szklanką jaskółczego piwa czekała w karczmie na Teo.

Teo wszedł zdecydowanym krokiem do zatłoczonego pomieszczenia i szukał wzrokiem Horuda. Napotkał jednak parę znajomych, błękitnych oczu. Uśmiechnął się i podszedł szybko do stolika.
- Cóż za miła niespodzianka. - powiedział - Byłem umówiony tu z twoim ojcem.
- Wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania. - odparła. - Jestem przedstawicielem interesów mojego ojca i możesz panie ze mną uzgadniać wszelkie niezbędne umowy.
- Cieszą mnie takie wiadomości. Myślę, że nasza współpraca będzie owocna.
Uśmiechnęli się do siebie i zanurzyli swoje myśli w rachunkach i negocjacjach.
- Jestem mile zaskoczony. - stwierdził Teo po jakimś czasie. - To przyjemność robić interesy z taką damą.
Zaja nie mogła przestać się rumienić i uśmiechać na zmianę. Odkrywała właśnie, jak wielką przyjemność sprawia jej obecność tego człowieka.
- Opowiedz mi coś o sobie Zajo. - poprosił.
- Jestem zwykłą dziewczyną panie. Nie będę zanudzać pana opowieściami.
- Jesteś piękna i jak widzę, zdolna. Dziwię się, że taka kobieta nie podbiła jeszcze galaktyki.
- Nie zawstydzaj mnie panie.
- Interesy na dzisiaj skończone, możesz mówić mi po imieniu. - przerwał na chwilę i spojrzał Zai głęboko w oczy. - Nie ukrywam, że wzywają mnie obowiązki, ale chętnie odwdzięczę się za ostatni wieczór i tym razem to ja odprowadzę cię do domu.

Mimo, że Teo musiał niebawem odlatywać przeciągał chwilę rozstania jak najdłużej. Szlakami Galactic City poruszali się tak wolno, że wszyscy się o nich obijali. Ekspresowe życie gigantycznego miasta nie obchodziło ich jednak w ogóle.
- Będziemy się teraz spotykać o wiele częściej. Potrzebuję dużo części. - powiedział Teo gdy byli już obok wejścia do jej domu. Pochylił się ku niej, tak, że prawie musnął skórę tuż nad jej ustami.
Zaja lekko przestraszona dygnęła grzecznie i zniknęła za drzwiami. Gdy już pieczołowicie zamknęła wrota, wypuściła powietrze. Miała wrażenie, że nie oddychała od kilku godzin. Potem długo jeszcze w oknie obserwowała oddalającą się sylwetkę postawnego mężczyzny.

Dni mijały szybko. Zaja zajęta była interesami z Teo, wieczory poświęcała pomaganiu matce. Ojciec z podziwem obserwował poczynania córki. Był przekonany, że Zaja będzie utalentowanym handlarzem, który przejmie w przyszłości wszystkie interesy. Do szczęścia brakowało tylko jednego - dobrego męża.

Młodzi spotykający się pod pozorem handlu szybko przywiązali się do swojej obecności. Dni spotkań były celebrowane długimi rozmowami, ukradkowymi spojrzeniami i dotknięciami, niby przypadkiem. Tego wieczoru Zaja wróciła do domu wyjątkowo późno, spóźniła się na kolację. Horud nie gniewał się na córkę, była przecież pod opieką postawnego mężczyzny, który dostarczał jego interesom dużą ilość kredytów oraz popularność.
Dziewczyna wchodząc do domu, zauważyła, że w jadalni oprócz rodziców siedzi ktoś jeszcze, obcy mężczyzna. Wszyscy zaaferowani byli rozmową. Horud zauważył córkę dopiero wtedy, gdy ta stanęła w progu.
- Chodź Zajo, usiądż z nami. Musimy ci kogoś przedstawić.
Przybysz o jasnych włosach wstał natychmiast i ucałował dłoń dziewczyny.
- Poznaj Warlida, kupca z Republic City. Prawdziwy mistrz w swoim fachu, mamy zaszczyt gościć go w naszym domu.
- Nie przesadzaj Horudzie. Mógłbym jeszcze wiele nauczyć się od ciebie. Razem zdziałamy niewątpliwie więcej. – powiedział Warlid i mrugnął wymownie w stronę Zai.
Dziewczyna usiadła przy stole i niepewnie chwyciła za kawałek chleba, który leżał na jej talerzu. Zauważyła strojnie przyozdobiony stół i obrus, który matka wyciąga tylko na specjalne okazje. Złapane świeżo pustynne świetliki uroczyście oświetlały twarze zgromadzonych.
- Czy coś świętujemy dziś ojcze? Zapomniałam o jakimś ważnym wydarzeniu? – spytała zaciekawiona.
- Zajo, jedyna córko. Nie chcieliśmy ci z matką o tym wcześniej wspominać, byłaś taka zajęta. Z dumą obserwowałem twoje starania, jak stajesz się odpowiedzialną i samodzielną kobietą. Będziesz wspaniałą żoną.
- Żoną? – była zaskoczona.
- Zajo przedstawiam ci twojego przyszłego męża, Warlida.
Dziewczyna pobladła. Czuła nadchodzące ciarki, które mroziły jej myśli.
- Połączenie naszych interesów umocni naszą rodziną. Czeka cię wspaniała przyszłość. – kontynuował ojciec.
- Horudzie, nie chodzi tu tylko o zyski. Marzeniem moim było wziąć za żonę tak piękną i mądrą kobietę. – uśmiechnął się Warlid, pokazując swoje śnieżnobiałe zęby.
- Zajo dobrze się czujesz? – spytała matka widząc jej drżące usta.
- Zajo? – zaniepokoił się ojciec.
W pomieszczeniu zapanowała cisza. Świst promów turystycznych za oknem jakby umilkł, wszyscy wpatrywali się w trupiobladą twarz dziewczyny.
- Nie… - szepnęła sama do siebie i wybiegła z domu.

Tułała się długo po zakamarkach Galactic City. Ciemność przyciągała podejrzane, dziwne osobniki czyhające na okazje, naiwnych, międzygalaktycznych turystów. Zaja czuła zimno i strach. Bała się tego co przyniesienie noc i przyszłość, bała się małżeństwa z obcym człowiekiem i gniewu ojca.
Nogi same pokierowały ją do domu przyjaciółki z dzieciństwa, miała nadzieję, że znajdzie tam pomoc.
Nie mogła zostać tam długo, wiedziała, że wściekły ojciec będzie szukał jej w znajomych miejscach.
Dostała odrobinę ciepłej strawy i pozwolenie na wysłanie jednej hologramowej wiadomości.

Teo przyleciał tak szybko, jak tylko mógł. Była już późna noc, gdy zastał ją na skraju szlaku, ich ulubionego miejsca. Zziębnięta, wystraszona spoglądała na niego wzrokiem proszącym o łaskę.
Przytulił ją mocno, przycisnął jej ciało do swojego, tak by mogła poczuć się bezpiecznie. Tak bliski dotyk wstrząsnął ich ciałami, ale rozlewające się ciepło powoli uspokajało.
Gdy Zaja zaczęła oddychać spokojnie, oderwali się z uścisku i Teo zaprowadził ją do swojego statku.
- Niewiele tu miejsca. – przepraszał, gdy usadawiali się. – Nie możemy spędzić tu nocy, nie zasługujesz na takie warunki. Czy znasz miejsce, gdzie nie zwrócimy niczyjej uwagi?
- I gdzie nie znajdzie nas ojciec. – dodała Zaja i skinęła głową.

Kilka chwil później dolecieli do obskurnego motelu. Zaja ubrana w płaszcz z kapturem udawała mężczyznę, towarzysza podróży. Nie było to trudne, miała wprawę ze spotkań handlowych z Teo, na których również musiała się ukrywać. Gdy byli już w pokoju, znowu rzucili się sobie w ramiona, a potem opowiedziała mu cała historię.

Leżeli spokojnie na łóżku, gdy Zaja kończyła mówić. Trzymał ją mocno w objęciach, czuł cały czas jak ważna dla niego jest ta dziewczyna. Chlipała co jakiś czas, ale uspokajał ją gładząc po gęstych, brązowych włosach.
- Kochana Zajo, nie spodziewałem się tak szybkiego rozwoju wydarzeń.
- To znaczy, że ty nie…? – spytała zaniepokojona.
- Ale oczywiście, że tak. Od początku, odkąd tylko cię poznałem, chciałem wierzyć, że los połączy nasze drogi. Miałem jednak tyle zadań, tyle obowiązków, że trudno mi było planować spokojne, rodzinne życie.
- Nie chciałam ci sprawiać kłopotu.
Teo wstał nagle i stanął przed oknem. Patrzył na nigdy nie zasypiające Coruscant.
- Zajo, muszę zrobić wszystko, abyś była szczęśliwa.
Odwrócił się do niej i podszedł do łóżka. Uklęknął tuż przed jej kolanami i złożył głowę na jej dłoniach.
- Obiecuję ci z całego serca, że będę się tobą opiekował, będziesz bezpieczna, nic nas nie rozdzieli.
- Nawet mój ojciec?
- Jutro udamy się do niego na rozmowę. Dotąd nic nie wiedział o naszym uczuciu. Miejmy nadzieję, że jeśli opowiemy mu o wszystkim będzie wyrozumiały.
- A jeśli nie?
Teo nie odpowiedział. Westchnął tylko i położył się obok Zai. Zaczynało już świtać, gdy zapadli w niespokojny sen.

Teo i Zaja stanęli w drzwiach domu Hodura w południe. Oboje rodzice siedzieli zmartwieni przy stole.
- Zaja! – krzyknęła matka i podbiegła do córki. Wzięła ją w objęcia sprawdzając, czy jest cała. Horud również wstał i przerażonym wzrokiem spoglądał to na dziewczynę, to na towarzyszącego jej mężczyznę.
- Panie Teo, dziękuję za odprowadzenie mojej córki do domu. Na pewno odwdzięczę się w kredytach. – powiedział.
Zaja cofnęła się nieco i objęła w pasie Teo. Gdy mężczyzna odwzajemnił uścisk, rodzice wpatrywali się w nich z niepokojem.
- Czegoś tu nie rozumiem. - Horud próbował być opanowany.
- Ojcze, Teo jest dla mnie ważny. Planujemy wspólną przyszłość, dlatego wczoraj zareagowałam tak gwałtownie.
- To prawda? - spytał młodego mężczyzny.
- Owszem Horudzie. Twoja córka nie jest mi obojętna. Wiem, że miałeś ku niej inne plany, ale możesz mi wierzyć, że ze mną będzie szczęśliwa i bezpieczna.
Ojciec Zai pobladł, oczy zrobiły mu się wielkie i czerwone ze złości.
- Nie! - krzyknął i walnął pięścią w stół. - Moja córka ma być żoną członka Ruchu Oporu? Ma być wmieszana w tę waszą politykę, wojnę?
W pomieszczeniu zapadła głucha cisza.
- Po moim trupie.- krzyknął jeszcze głośniej.
- Proszę sobie dać choć chwilę, aby to przemyśleć… - Teo próbował ratować sytuację.
- Zajo udaj się do siebie, pana będziemy musieli prosić o opuszczenie naszego domu. Zawiodłem się na was. - powiedział spokojny już Horud.
Dziewczyna zrobiła się blada. Nie zauważyła, w którym momencie zaczyna kręcić jej się w głowie. Słowa ojca mieszały się z zapachem strachu. Poczuła ciężar swoich nóg i bezwładnie osunęła się na ziemię.

Ocknęła się na ramionach Teo. Zimne powietrze mierzwiło jej włosy.
- Teo... - szepnęła mu do ucha.
- Nie martw się Zajo. Zaopiekuję się tobą. Dzisiaj spełnię jedno z twoich marzeń, będziesz fruwała wśród gwiazd. - powiedział czule, gdy pomagał jej usadowić się w jego statku.

Był już wieczór gdy wylądowali na jakiejś planecie. Zaja próbowała rozejrzeć się dookoła, ale widziała tylko piasek. - Gdzie jesteśmy? - spytała zaspana.
- W bezpiecznym miejscu.
Ktoś zapukał w szybę statku. Ubrany w białą, lnianą szatę mężczyzna trzymał małą latarenkę i czekał, aż drzwi statku wreszcie sie otworzą.
- Chodźcie, szybciej. - pospieszał, gdy byli już na zewnątrz.
Zaja poczuła zimno i dziwny zapach. Powietrze było suche, pod stopami chrzęścił drobny piasek. Ciężko było iść, ziemia wydawała się niegościnna. Teo trzymał kurczowo płaszcz dziewczyny i pomagał w każdym kolejnym kroku.
Przeszli dwa wzniesienia i ich oczom ukazała się mała wioska. Kilkanaście domków skupionych było wokół tajemniczego urządzenia.
- Co to jest? - spytała.
- Cysterna nawilżacza. Dzięki temu tu żyjemy. - odparł z powagą mężczyzna.
Wioska pogrążona była we śnie. Pośród domów wiatr ucichł. Cała trójka bezszelestnie podreptała do jedynej chatki, w której paliło się światło. Jego źródłem okazało się niewielkie palenisko. W kotle nad nim coś się gotowało, pachniało dość przyjemnie.
- Świeżo ugotowana strawa. - powiedział mężczyzna, który ich przyprowadził. - Teo wszystko ci wytłumaczy. - zwrócił się do Zai. - Zostawię was, dobrej nocy.
- Gdzie jesteśmy? - spytała zaniepokojona, gdy byli już sami.
- W małej wiosce Tuanul, planeta Jakku.
- Myślisz, że ojciec mnie tu nie znajdzie? Będzie pewnie przeczesywał całą galaktykę…
- Będziesz udawała wieśniaczkę. Człowiek, który nas tu sprowadził przyjaźni się ze mną i był mi winny przysługę. Mieszkańcy będą myśleć, że jesteś jego kuzynką, którą sprowadził po śmierci bliskich. Od dziś masz na imię Anhera i zajmujesz się tkaniem. Będziesz tu bezpieczna.
Teo otulił Zaję ramionami. Kołysali się chwilę w uścisku.
- Co z nami będzie? - spytała.
- Zajo, nie będę mógł być teraz przy tobie, choć wiem, że każda chwila bez ciebie będzie cierpieniem.
- Jak to? Myślałam, że razem będziemy tu żyli. - była zrozpaczona.
- Wiem, ale na to musi przyjść jeszcze czas. Teraz wzywają mnie obowiązki, musimy walczyć… Obiecuję, że będę przylatywał tak często, jak będę mógł.
Usiadła zrezygnowana.
- Och Zajo… - mówił melodyjnym głosem. - Kiedy to wszystko się skończy przybędę po ciebie, wezmę cię za żonę i stworzymy dom. Nic nam nie przeszkodzi.
Jakby na potwierdzenie tych słów złożył na jej ustach długi pocałunek. Jego dotyk był obietnicą, a jej ciało mimo, że drżało, było gotowe na czekanie.
- Czas już na mnie. Muszę zdążyć przed świtem. - powiedział
W tym samym momencie do chaty wszedł znajomy mężczyzna. Trzymał w ręku niebieski zawiniątek.
- To dla ciebie Zajo. - powiedział. - Musisz wyglądać jak nasza kobieta.
Dziewczyna wzięła od niego lnianą, prostą suknię i rozłożyła ją na kolanach, oglądając uważnie każdy szczegół. - Trochę znoszona, ale na razie wystarczy. - przyznał.
- Ja też mam coś dla ciebie. - powiedział Teo i szybko wyszedł z chaty.
Gdy wrócił, trzymał coś sporego, zawiniętego w szmatę. Położył pakunek na glinianej podłodze i delikatnie odwinął go z materiału. Oczom Zai ukazał się nieduży droid, lampki zapalały się po kolei i wyłączały, maszyna najwyraźniej powoli się uruchamiała.
- To droid VC200, roboczo nazwany Jack. Mój własny prototyp. - mówił rozemocjonowany Teo.
Mały robot zaczął cichutko piszczeć. Zaja ujęła jego metalową obudowę w dłonie, wtedy się uspokoił. Gładziła go niczym małego chłopca, aż do momentu kiedy lampki paliły się synchronicznie.
- Chyba cię polubił. - uśmiechnęli się. - Mam nadzieję, że będzie dobrym towarzyszem, nie chciałem, żebyś odczuwała samotność.
- Pamiętaj trzymać ten kawał blachy u siebie w izbie. Strach pomyśleć co by było gdyby któryś z wieśniaków go zauważył. - powiedział gospodarz domu.
- Nie jestem kawałkiem blachy. Jestem droidem towarzyskim, wykonanym ze stopu stali i fosforanu węgla. - odpowiedział Jack.
Wszyscy się roześmieli.
- Opiekuj się tą damą. - rzucił Teo do droida.
Był już gotowy do wyjścia. Złożył na czole Zai pocałunek i zniknął w ciemności za drzwiami. Gdy wychodził, Zaja odwróciła głowę. Na niebieską sukienkę spadła jedna, przepełniona bezradnością łza.

Szybko nauczyła się życia pustelników. Kobiety z osady zaznajomiły ją ze sztuką tkactwa, ona sama była dla nich pomocą w gotowaniu. Baty, bo tak miał na imię jej gospodarz, był bardzo gościnnym i ciepłym człowiekiem. Przy obiedzie opowiadał jej niesamowite legendy o pustelnikach, przynosił smakołyki od handlarzy, o które trudno było na pustyni. Wieczorami zamykała się w izbie i gawędziła z Jackiem. Nocami czekała spoglądając przez okno i zaciskając pięści, próbowała radzić sobie z tęsknotą za Teo i rodzicami.
Pewnej nocy szykowała się już do snu, gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Słyszała jak Baty się krząta i kogoś wpuszcza. Zamarła, gdy usłyszała zbliżające się do izby kroki. Odruchowo popchnęła Jacka pod łóżko i przykryła szatą. Prawie pisnęła, gdy w wejściu pojawił się Teo. Rzucili się sobie w ramiona. Nie musieli nic mówić, długie, milczące chwile spędzili w uścisku.
- Czy ktoś chce tu kogo udusić? - Jack wysunął się spod łóżka.
- Nie, po prostu się kochamy. - odparł rozbawiony Teo.
- Jesteś głodny? - spytała Zaja.
- Nie najdroższa, mam tylko kilka godzin.
Minuty zamieniały się w godziny i przelatywały przez palce. Zakochani rozmawiali i cieszyli się swoją obecnością. To była najpiękniejsza noc w życiu Zai.
Pierwszy raz miała okazję zaznać tak męskiego, zdecydowanego, ale jednocześnie czułego dotyku. Płonęła, gdy odrywał się od niej i spoglądał na jej ciało oświetlone blaskiem dwóch księżyców.
- Co z nami będzie? - pytała od czasu do czasu.
- Gdziekolwiek będziesz, ja odnajdę drogę do ciebie. - opowiadał, rysując palcem po jej brzuchu. Opuszki palców błądziły po gładkiej skórze, zostawiały po sobie dreszcze. - Mam mapę… - szeptał muskając ustami ucho.
- Mapę? Gdzie?
Teo nie odpowiadał, tylko brał jej dłoń i kładł ją tuż nad swoim sercem. Oboje zastygali wtedy na chwilę wsłuchując się w bezpieczny, miarowy rytm. Zaja wierzyła mu bezgranicznie.

Tuż przed wschodem słońca Teo znikał, zostawiał ją siedzącą w oknie. Gładziła metalową obudowę Jacka.
- Cóż mi powiesz mój mały przyjacielu? - pytała, gdy nie mogła spać.
- Teo cię kocha pani. - odpowiadał robot.
- Wiem… - przyznawała i odwracała głowę w kierunku zasypiających gwiazd.

Kolejne dni mijały leniwie. Zaja ceniła obecność wiernego towarzysza ukrytego w izbie, który umilał jej czas i przypominał o ukochanym. Pustynne życie jednak trochę nużyło, pozbawione było rozrywek Dziewczyna podziwiała często nieme piękno pustyni, jej moc, którą można było dostrzec poprzez głuche świsty wiatru. Dym wydobywający się z chat łączył się w jedną stróżkę płynącą ku niebu, która odmierzała czas.
Zaja nie przypuszczała nawet, że cisza panująca wokół zwiastować może tak gwałtowną i przerażającą burzę.

Tego wieczoru kończyła już obowiązki domowe. Uporządkowywała podłogę w chacie i wymiatała pył na zewnątrz. Słońce niedługo miało chylić się ku zachodowi. Powietrze wydawało się dziś inne, elektryzujące. Mieszkańcy wioski odczuwali niepokój.
- Zbiera się na deszcz. - stwierdził przechodzący obok mężczyzna.
- Przecież nie padało 50 lat. - powiedział drugi.
- Chyba 75. - poprawił pierwszy. - pamiętam ten dzień, chyba miałem 4 lata.
Roześmieli się.
Zaja na progu chaty wpatrywała się w migoczący horyzont, na którym pojawił się zarys lądującego statku. Serce jej zakołatało. Czyżby to Teo? Od wielu dni nie dawał znaku życia. Dziwiła się jednak, że zdecydował się przylecieć, kiedy jeszcze jest jasno. Może wszystko się rozwikłało i nie będą musieli się więcej ukrywać?
Mężczyzna, który wysiadał z pojazdu początkowo rzeczywiście przypominał Teo, ale im bardziej zbliżał się do Zai, rozczarowana stwierdziła, że nie jest to jej ukochany.
Obok niej na powitanie gościa wyszedł przywódca wioski. Przybysz o ciemnych włosach, ubrany w znoszoną, brązową kurtkę już po chwili był na wyciągnięcie ramion.
- Jestem Poe Dameron. - przywitał się. - Przybyłem w poszukiwaniu Lor San Tekki.
Mężczyzna obok Zai skinął głową i zaczął prowadzić Poe do jednej z chat. Poe spojrzał jednak na dziewczynę badawczym wzrokiem.
- Ty masz na imię Anhera?
Przytaknęła niepewnie.
- Rzeczywiście jesteś niczego sobie, tak jak mówił Teo.
- Zna pan Teo?
- Oczywiście. Mam od niego wiadomość.
Zaja zacisnęła usta i z niepokojem pozwoliła przybyszowi mówić.
- Znalazł się w niebezpieczeństwie. Masz postępować…
- Co się stało? Proszę mi powiedzieć! - przerwała mu przerażona.
- Nie mogę, to tajne. Masz postępować według operacji Cornelia.
- Jakiej operacji? - była zmieszana.
- Nic więcej nie wiem. - Poe rozłożył bezradnie ręce i podążył za przywódcą wioski. - Powodzenia. - dodał na odchodne.

Zaja wpadła do swojej izby. Upewniła się, że drzwi są szczelnie zamknięte, a za oknem nikt się nie kręci. Zapadł już zmrok, więc rozpaliła ogień w palenisku. Zawołała Jacka, który wyłonił się z ukrycia.
- Co się stało pani? Analizuję pani twarz jako przestraszoną.
- Co wiesz o operacji Cornelia?
- Proszę o powtórzenie.
- Operacja Cornelia.
Jack chwilę analizował dane.
- Czy chcesz aktywować operację Cornelia?
- Tak… - odpowiedziała niepewnie.
- Operacja Cornelia nazwana na cześć twojej matki. - droid zaczął opowieść. - Aktywowana w momencie zagrożenia, musisz obowiązkowo wykonywać jej procedury. Masz chwilę na spakowanie swojego dobytku. - Jack przerwał i zastygł w oczekiwaniu.
Zaja zebrała w tobołek kilka rzeczy. Poczuła ukłucie w sercu, gdy ostatni raz spojrzała za okno. Żegnała przecież kolejne miejsce, do którego przywykła, które stało się jej domem . Nie pozwoliła jednak sobie na długą ckliwość. Podążyła szybko za uciekającym z chaty Jackiem.
- Za mną. - ponaglał Jack. Zaja próbowała nadążyć, opanowując grzęznące w piasku nogi.
Kilka kilometrów za wioską droid stanął.
- Kop tutaj. - powiedział.
- Jak to mam kopać? Czego mam szukać?
- Kopać tutaj, w piasku. - powtórzył.
Zaja posłusznie wykonała instrukcje i zaczęła przeczesywać wskazane miejsce. Rzeczywiście, pod palcami poczuła coś twardego.
- Dźwignia? - zdziwiła się. Pociągnęła za nią i usłyszała cichy pomruk dochodzący z ziemi. Odwrócili się oboje. Góra piasku za nimi zaczęła się osuwać. Dziewczyna krzyknęła zdumiona, gdy spod piaskowego prześcieradła wydobył się mały, turystyczny stateczek.

Nie zastanawiała się długo, wiedziała, że to sprawka Teo. Wsiadła szybko do środka. W statku paliła się czerwona kontrolka oznaczająca wiadomość. Zaja nacisnęła guzik i jej oczom ukazał się hologram Teo.
- Kochana Zajo, jeśli widzisz tę wiadomość, niestety wydarzenia nie potoczyły się po naszej myśli. Nie wiem jaka będzie przyszłość, ale obiecałem ci, że zapewnię ci bezpieczeństwo. Nigdy nie chciałem cię ograniczać. Jesteś mądrą, zdolną kobietą, która potrafi podejmować właściwe decyzje. Statek to misja ratunkowa, która ma za zadanie umieścić cię w bezpiecznym miejscu. Jeśli spojrzysz do góry odkryjesz dwa przyciski synchronizowania autopilota. Pomarańczowy przycisk pozwoli ci dolecieć do bazy Ruchu Oporu. Dostaniesz tam ochronę, moi przyjaciele będą na ciebie czekać. Wiem jednak, że ty i twoja rodzina nigdy nie chcieliście zagłębiać się w politykę, czy walki zbrojne. Dotąd chciałem trzymać cię od tego z daleka, lecz teraz wybór należy do ciebie.
Masz jeszcze jedno wyjście. Długo myślałem nad tym rozwiązaniem i być może właśnie ono będzie dla ciebie najwłaściwsze. Zielony guzik zabierze cię na Coruscant…
Teo przerwał na chwilę i smutno popatrzył w dół.
- Statek wyląduje tuż obok twojego domu rodzinnego. Wierzę, że twoi rodzice przyjmą cię z otwartymi rękami, szczęśliwi, że odzyskają tak cenną zgubę. Będziesz tam bezpieczna… Zajo - powiedział poważnie - wierzę, że wybierzesz dobrze i będziesz szczęśliwa. Wierzę, że jeszcze cię zobaczę.

Wypowiedź urwała się nagle. Zaja odsłuchała wiadomość jeszcze trzy razy, tak bardzo pragnęła słyszeć jego głos. Nie wahała się ani chwili z podjęciem decyzji.
- Zajmę się startem i lądowaniem pani. - powiedział Jack.
Dziewczyna pogłaskała czule droida, potem objęła dłońmi swój brzuch. Wiedziała, że w środku niej tli się życie, które musi chronić. Maleńka cząstka, która pływała w galaktyce jej wnętrzności.
W momencie kiedy startowali, w wiosce Tuanul właśnie lądowały statki Najwyższego Porządku. Domy, które były jej schronieniem sukcesywnie stawały w ogniu.
Zaja wzięła oddech i nacisnęła guzik. Przed nią była ciemność, a ona fruwała w gwiazdach…


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 2,00
Liczba: 1

Użytkownik Ocena Data
Jaro 2 2017-04-30 11:09:35

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (1)

No cóż... pierwsze śliwki?

Debiuty nigdy nie są łatwe, więc nic dziwnego, że rzadko też prezentują sobą szczególną jakość. Dlatego nie obraź się na tę raczej ostrą krytykę, która powinna Cię raczej zmotywować do zwiększonego wysiłku w przyszłości i poprawy warsztatu.

No więc: nie podobało mi się niestety w ogóle. Historia jest po prostu dokumentnie sztampowa. Główny wątek, romansowy, położony został całkowicie. Ale po kolei. O Zai i Teo nie wiemy bowiem absolutnie nic. Nie wiemy, ile mają lat, ani jaką mają osobowość. Serio, odpowiedz mi na pytanie: dlaczego Zaya się w nim zabujała? O ile w przypadku Teo można ewentualnie zrozumieć, że po prostu dupencja wpadła mu w oko, to w drugą stronę niespecjalnie to działa. Co on takiego sobą reprezentuje? Dowiadujemy się o nim tylko tyle, że zna się na melodramatycznych wyznaniach miłosnych no i podobno jest "przystojny". A poza tym? Jest śmieszny? Zaradny? Męski? Oczytany? Bozia jedna wie.

Jako kobieta (suponuję, że cisgender i hetero) przy tworzeniu męskich obiektów westchnień powinnaś sama się zastanowić, co Cię w nich kręci (ale tak szczerze, nie to, co się odpowiada w ulicznych sondach), bo jest duża szansa na to, że zgodzi się z Tobą całkiem spora rzesza czytelniczek. Idę o zakład, że bardziej niż deklaratorzy wzniosłych poematów miłosnych pociągają Cię choćby faceci, którzy na pytanie, czy postawią Ci drinka, każą Ci spadać na drzewo, bo nie marnują hajsu na małolaty. A żeby zarzucić trochę bardziej konkretnym przykładem: samo zrobienie z rodziny Zayi członków Ruchu Oporu a z Teo — Najwyższego Porządku co najmniej o jotę podwyższyłoby zainteresowanie tematem każdego czytelnika. Oczywiście nie rozwiązałoby to innych problemów trapiących Twoje opowiadanie.

Okrutna jakość dialogów, ekspozycyjnych do bólu i pozbawionych jakiejkolwiek dozy subtelności, idzie w parze z ogólnie dość naiwną konstrukcją historii. O ile jestem w stanie przymknąć oko na dziwacznie wiktoriański charakter społeczeństwa Coruscant okresu TFA, to dlaczego rodzina bogatego, jak się wydaje, handlarza musi własnymi rękami zajmować się przygotowywaniem jedzenia, a nawet zmywaniem naczyń? Czym dokładnie zajmuje się Horud i czy nie dało się w jakiś zgrabniejszy sposób przedstawić tego, w czym takie szybkie postępy osiąga Zaya? Anglojęzyczna krytyka coś takiego nazywa "cop out", czyli ogólnikowe opisywanie jakiejś cechy czy wydarzenia, z reguły wynikające z wygody autora i/lub braku obeznania w danym temacie. Nie oczekuję, że przedstawisz nam przy okazji konkretny wykaz zysków i strat firmy ojca, z uwzględnieniem podatku VAT oraz składek na ZUS i NFZ dla Zayi (o funduszu na galaktyczne studia nie wspomnę), ale jednak mogłabyś się wysilić na coś więcej niż liche "rachowanie i negocjowanie". No i właśnie - znowu rachowanie. Czy dawno, dawno temu w odległej galaktyce ludzie w dalszym ciągu zajmują się czymś takim jak obliczanie?

Do tego dochodzi idiotyzm bohaterów. Fakt, że Horud nie domyślił się, że Zaya sika w majty na myśl o Teo, nie tylko podaje w wątpliwość jego zdrowie psychiczne, ale w najlepszym razie świadczy o tym, że chemia pomiędzy naszymi gołąbeczkami jest tak marna, że nie związałaby nawet wodoru z tlenem. Swoją drogą nieźle kontrastuje to z jego początkowo charakteryzacją jako w gruncie rzeczy porządnego faceta, ale niestety nie w sposób, który można by nazwać rozwojem postaci, tylko raczej diametralnym odwróceniem kota ogonem z uwagi na wygodę autorki.

Potem mamy odtworzenie wstępu do TFA, tylko że niewiele z tego wynika. Liczyłem na to, że opisywane wydarzenia w jakikolwiek wpłyną na akcję znaną z filmu, ale nic takiego się nie stało. Zaya i Teo równie dobrze nigdy mogli nie istnieć, a wybór, jaki pod koniec dokonuje nasza bohaterka, ma mniej więcej takie znaczenie, jak dylematy moralne z gier od Telltale. Rozumiem przy tym próbę zainteresowania czytelnika w ostatniej chwili w formie otwartego zakończenia, ale niestety oparłaś to na zbyt wątłych fundamentach.

Od strony technicznej też nie wygląda to najlepiej. Patos i sztywność dialogów jedynie podkreśla wręcz Syrzycka mania na punkcie stosowania wołacza przy każdej okazji. Który swoją drogą trzeba oddzielać przecinkami od reszty zdania. Zgaduję, że masz na imię Paulina? Polecam Ci zrobić któregoś dnia badanie: notuj, w jakiej formie ludzie się do Ciebie zwracają: wołaczowej (Paulino/Paulo) czy mianownikowej (Paulina/Paula), a potem przelej to na papier przy następnym fanfiku. I rekomendowałbym pozbycie się tej trapiącej polskich literatów anglojęzycznej mody na punkcie zwracania się do ojców per "Ojcze". Mała rada: zastąp wszystkie "ojcze" "tato" i zobacz, w jaki sposób zmieni to aparycję dialogu.

No nic, 2/10. Surowo, ale tak bywa. Nie przejmuj się, praktyka czyni mistrza. Mój pierwszy fanfik był tak do dupy, że dziś nawet nie jestem w stanie na niego spojrzeć. A potem szło już lepiej — nawet jeśli nie idealnie, to już przynajmniej znośnie to wyglądało.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.