Twórczość fanów

Mrok Duszy

MROK DUSZY


"Rycerz Jedi nie powinien znać gniewu strachu nienawiści ani miłości"


Antyczny Kodeks Jedi

PROLOG. TATOOINE, DZIEŃ OBECNY

Żar dwóch słońc Tatooine łagodnie przemienił się w chłodny półmrok, gdy Jaeh-Sa wkroczył do Kantyny. Jak zwykle o tej porze dnia była praktycznie pełna. Istoty wszelkich ras ze znanych i nieznanych obszarów kosmosu szukały tu schronienia przed spiekotą. I kilku głębszych. Co jak co, ale Kantyna była z tego znana. Tylko tu klient mógł być pewien, że dostanie to, czego szuka. Jaeh-Sa też wiedział, czego szuka. Zapomnienia. Paradoksalnie szukał go w miejscu, które nierozerwalnie było związane z jego życiem, przeszłością, teraźniejszością i prawdopodobnie przyszłością. Wucher, właściciel baru, spojrzał spode łba na niego i skinął głową. Znali się bardzo dobrze jeszcze z czasów początku Rebelii. Na ladzie pojawił się sok Juri, który został pchnięty przez Wuchera w kierunku nowo przybyłego. Jaeh-Sa wziął go i usiadł w kącie przy jedynym wolnym stoliku. Pociągnął łyk delikatnego, złocistego nektaru i, jak tysiące razy przedtem, zapatrzył się przed siebie. Jego prawa ręka niknęła pod szarożółtym płaszczem farmera wodnego, a dłoń dotykała lewego ramienia i przedmiotu do niego przytwierdzonego. Delikatny ruch nadgarstka i obły, cylindryczny przedmiot znalazł się w jego ręce. Miecz świetlny. Jaeh-Sa, jak tysiące razy przedtem, patrzył na miecz w swojej dłoni. Kiedyś był Jedi. Nie będzie nim już nigdy. Nie w tym stanie ducha. I nie z tym mieczem. Mieczem Sitha. Znienawidzonym przez wszystkich prawych Jedi. Jego miecz należał już do Ciemnej Strony Mocy. Tak, jak większa część jego duszy. Nie chciał być już Jedi. Nie mógł nim być. Jedyne, co mógł zrobić, to oddalić się od wszystkich przyjaciół, zaszyć się w odległym miejscu galaktyki i nie dopuścić do tego, aby jego jedyną pozostałą cząstkę duszy zabrała Ciemna Strona. Tę walkę przegrywał. Patrzył na swój miecz i czuł, jak po policzku spływa mu łza. Jedna sekunda zabrała mu cały sens życia, całe światło słońca, jedna sekunda zabrała mu najcenniejszą rzecz na świecie. Jedna sekunda wystarczyła, aby Ciemna Strona nim na chwilę zawładnęła. I pozwoliła na poczucie jej smaku. Smaku zemsty, gniewu, furii i rozpaczy. I satysfakcji z odebranego komuś życia. Przełknął ślinę, czując, jak jego gardło ściska się z żalu. Mimo ogromu czasu, który już upłynął, wciąż pamiętał wszystko, co się zdarzyło. Próbował zapomnieć, ale prędzej by zapomniał własne imię i nazwisko. Patrzył w przestrzeń przed sobą i słyszał, tak jakby to było wczoraj, jak ona mówi...

NABOO, 20 LAT WCZEŚNIEJ

-...oboje! Jaeh-Sa potrząsnął głową. - Nie możemy lecieć oboje... Rada potrzebuje teraz wszystkich Jedi na Coruscant. Czasy są teraz takie niepewne. Poza tym wciąż jestem Padawanem. Mistrz Plo Koon czeka na mnie, aby wznowić mój trening. I tak cudem wybłagałem u niego tę eskapadę... Kaiee przekręciła się na plecy i zapatrzyła w błękitne obłoki, przesuwające się nad nią. W oddali huczały wielkie wodospady. Dookoła nich rozciągała się przepiękna, skąpana w słońcu łąka. Pachniało wiosną. Zresztą na Naboo zawsze pachniało wiosną. - Czemu mam teraz odlatywać na Riggan? - Dla bezpieczeństwa. Rada jest zaniepokojona sytuacją w Galaktyce. Plo Koon napomknął mi podczas rozmowy o tym, że powinienem zatroszczyć się o swoich przyjaciół i odesłać ich w bezpieczne miejsce. Mam tylko ciebie. I postanowiłem zrobić to osobiście... - Mój kochany przyjacielu, i teraz jesteś tu, ze mną... - powiedziała przysuwając się do niego. W tym momencie zabrzęczał komunikator u pasa Danaeena. - Słucham - zgłosił się, zły na złośliwość rzeczy martwych. - Wiadomość od Mistrza Jedi Mace Windu. - zabrzęczał mechaniczny głos komputera pokładowego jego statku. - I to by było na tyle - rzekł do Kaiee Jaeh-Sa wyłączając komunikator i podnosząc się z trawy - Chyba muszę już wracać. - Odprowadzę cię - oznajmiła, również wstając.

Przekaz od Mace Windu miał priorytet najwyższej ważności. Mistrz pojawił się spowity w pasma zakłóceń. - Padawanie Jaeh-Sa Danaeenie, mam nadzieję, że odtworzysz tę wiadomość tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. Nowy Imperator ogłosił stan wyjątkowy w Galaktyce. Do wszystkich ważniejszych planet, w tym i do Naboo, zbliża się flota statków wojennych. Są uzbrojone i planują całkowitą blokadę planet. Musisz natychmiast wracać na Coruscant. Powtarzam, musisz wracać na Coruscant! - obraz rozmył się i zgasł. Jaeh-Sa wyskoczył z kokpitu swojego Z-95 i zeskoczył na lądowisko do czekającej na niego Kaiee. - Musisz jeszcze dziś wsiąść na pierwszy gotowy do startu prom i odlecieć!!! Kaiee spojrzała na niego niepewnie. - Dlaczego jesteś taki niespokojny? - Czuję coś... czuję, że coś się wydarzy i lepiej, aby ciebie tu nie było w tym czasie... - Jesteś taki zdenerwowany... Jedi potrafią przewidywać przyszłość, prawda? Wyjadę jeszcze dzisiaj, obiecuję! - Przygotuję swój statek do startu. Jeśli tamte statki rzeczywiście są tak blisko, jak twierdzi mistrz Windu, to znajdują się już w systemie. Lepiej, abym wystartował razem z twoim promem... Uśmiechnęła się i przygarnęła go do siebie. - Czymże sobie zasłużyłam na eskortę Rycerza Jedi? - Swoją wyjątkowością, o Pani! Objęli się mocno. - Do zobaczenia w takim razie. Idę... - Odwiedzę ciebie, jak tylko zakończę swój trening i będę prawdziwym Rycerzem. Pomachała mu, odbiegając w stronę wejścia do miasta. Patrzył chwilę za nią, aż zniknęła w bramie wejściowej. Potem wskoczył ponownie do kokpitu. Pstryknął kilkoma przełącznikami i rozpoczął testy systemów. Podczas gdy komputer, pikając wesoło, sprawdzał kolejne z nich, spojrzał na chwilę w niebo. Poczuł coś w swym brzuchu. Gniotące napięcie. Niepokój. I trwogę. Bał się, że ona nie zdąży odlecieć z planety. Potrząsnął głową i skoncentrował się. Odegnał od siebie wszelkie uczucia, tak jak uczył go mistrz Koon. Odetchnął głęboko i znów panował nad sobą. Komputer piknął cicho, pytając się czy przeprowadzić test głównego uzbrojenia pokładowego. Jaeh-Sa uśmiechnął się. - Nie będzie potrzebne - mruknął i sięgnął do wyłącznika. Jego ręka zatrzymała się w połowie drogi. Znowu ogarnął go niepokój. Tym razem silniejszy, połączony z zimnym dreszczem. Ręka cofnęła się niepewnie. Komputer piknął ponownie i rozpoczął test broni pokładowej. Jaeh-Sa Danaeen zapatrzył się w horyzont. Nadciągały ciężkie, burzowe chmury. Zanosiło się na deszcz...

Dwa stateczki wznosiły się szybko. Jednym z nich był pękaty, trójsilnikowy prom pasażerski. Drugim był wojskowy Z-95 HeadHunter z insygniami Rady Jedi. Z rykiem silników przebiły się przez chmury i wzniosły nad stratosferę. Błękit nieba ustąpił chłodnej czerni kosmosu, usianej połyskliwymi punktami gwiazd, planet i galaktyk. I statkami Imperatora. Nadlatywały od prawej strony planety, z każdą minutą zbliżając się do Naboo. W kokpicie Z-95 piknął komunikator. Jaeh-Sa włączył go. - Do dwóch niezidentyfikowanych statków. Tu mówi Kapitan Statku Wojennego Imperium „Rozjemca”. Planeta Naboo została objęta absolutną blokadą ruchu międzyplanetarnego. Natychmiast zawróćcie i lądujcie na planecie. Na drugiej linii zgłosił się kapitan promu. - Sir, co mamy robić? W końcu lecimy razem... Jaeh-Sa spojrzał niespokojnie w kierunku zbliżających się statków. Olbrzymie, podłużne krążowniki wchodziły właśnie na orbitę planety. Znowu poczuł niepokój. Coś więcej niż niepokój. To był prawdziwy strach. O nią. Nie uda jej się, będzie musiała wrócić na Naboo... Oni są już za blisko. - Nie zawracać. Dajcie 105 procent mocy silników i kierujcie się w stronę pozycji skoku hiperprzestrzennego, postaram się ich zatrzymać na jakiś czas...- przekazał kapitanowi promu. - Zrozumiałem, pełna moc w kierunku skoku hiperprzestrzennego. Wyłączamy się i życzymy powodzenia, Sir. Prom błysnął silnikami i wyraźnie przyspieszył. To już nie był lot tranzytowy, tylko ucieczka. Jaeh-Sa z kolei zwolnił lot, aby dłużej pozostawać w centrum radaru Imperialnych statków i ich zainteresowania. - Tu Padawan Jaeh-Sa Danaeen. Eskortuję statek, odwożący bardzo ważną osobistość. - Proszę czekać na potwierdzenie - brzmiała odpowiedź. Przez kilka sekund bliski paniki obserwował oddalający się prom. Nie dadzą rady!!! - Padawanie Jaeh-Sa! Z informacji odebranych z Naboo wynika, że na tym promie nie znajdują się żadne osobistości. Proszę to wyjaśnić, Sir. - To jakaś pomyłka. Musicie mieć złe informacje - punkt skoku był tuż. Jeszcze minuta - Proszę jeszcze raz je sprawdzić. - Serce waliło mu jak młotem. - Padawanie Jaeh-Sa Danaeenie, powtarzam... - prom dotarł w końcu do punktu skoku, błysnął i zniknął w nadprzestrzeni. Udało się! Była bezpieczna!!! Komunikator zatrzeszczał złowieszczo. - Niezidentyfikowany statek opuścił przestrzeń planetarną. Uznajemy to za nielegalne pogwałcenie nałożonej blokady. Nie wiemy, kogo pan eskortował, Sir, jednak mimo to składamy niniejszym notę protestacyjną do Rady Jedi. Życzymy miłego dnia, jako członek organizacji Jedi ma pan drogę wolną, Sir. Jaeh-Sa wyłączył komunikator i przesunął manetkę na pełen ciąg. Silniki ożyły z gwizdem i statek pomknął przed siebie. Miał ochotę śpiewać z radości. Nie przejmował się nawet czekającą go na Coruscant reprymendą od mistrzów Jedi. Kaiee była bezpieczna i to było najważniejsze. Zaprogramował skok i zerknął przez ramię na Naboo. Wrzecionowate statki właśnie ją otoczyły. Blokada Naboo, jak i zapewne innych głównych planet tego sektora, właśnie się rozpoczęła. Już miał uruchomić napęd hiperprzestrzenny, kiedy piknął odbiornik podprzestrzenny. W kokpicie rozległ się jej głos. - Jaeh-Sa, nie wiem, jak Tobie dziękować!!! Jesteśmy już w sąsiednim systemie, wszystko w porządku. Na razie ani śladu innych statków. Czy ty też dałeś radę? - Kaiee, właśnie ruszam w stronę Coruscant. Skontaktuję się z tobą po przylocie na miejsce. - Już czekam na tę chwilę, mój ukochany przyjacielu... czekam, aż usłyszę znów twój głos... aż cię znowu zobaczę! - Też na nią czekam - wyszeptał i polecił komputerowi wykonać skok. Gwiazdy zlały się w świetliste linie i Z-95 z rykiem zanurkował w podprzestrzeń.

Yoda stukał głośno swą laską w takt wypowiadanych słów, jeszcze mocniej je tym akcentując. - Karygodnym zachowanie twe było!!! Nie do obowiązków Jedi naginanie prawa należy!! Jaeh-Sa przełknął ślinę i odchrząknął. - Mistrzu, musiałem tak postąpić, bałem się o nią i... Yoda odwrócił się do niego - Bałeś się, mmm? Słowa twoje cię zdradzają! Tak, już nie uczucia, a słowa do tego! Czegóż Plo Koon cię uczy, powiesz mi może? - Kodeksu Jedi, Mistrzu! Jedi nie powinien się bać... czuć nienawiści... - Z pamięci Kodeks mi cytujesz. Tego nie chcę, nie. Co uczucia twe wtedy mówiły? - Że powinienem działać, zapewnić jej bezpieczeństwo. - Niecierpliwszyż od Obi-Wan’a w twoim wieku jesteś, Padawanie! Bezpieczeństwo zapewnić, a reguły złamać to dwie różne sprawy. Bezpieczeństwo jej zapewniłeś, za sprzeniewierzenie się prawa zasadom cenę. Czy szczęśliwy chociaż z tym jesteś? - Jest bezpieczna... - Spokój ducha odzyskałeś, znaczy się. To dobrze. Jednak jedną sprawę do omówienia z tobą jeszcze mam. Niestety, za czyn ten muszę egzaminy twoje na Rycerza Jedi przesunąć... Wciąż nie jesteś przygotowany na nie... - Tak, Mistrzu - Danaeen zwiesił pokornie głowę, z ciężkim sercem przyjmując karę. To oznaczało następny rok w Akademii, cały rok do egzaminów. Yoda spojrzał na niego uważnie. - Twe uczucia więcej mówią, niż się przyznać sam sobie chcesz. Ona więcej dla ciebie znaczy, niż przyjaciółka. Danaeen odchrząknął. - Czasem odczuwam przy niej coś więcej, niż zwykłą sympatię... tak jakby miała od początku więcej dla mnie znaczyć, niż teraz. - Kodeks Jedi na takie związki nie zezwala, pamiętasz Padawanie Jaeh-Sa? - Mistrzu, to bardzo trudne być tylko jej przyjacielem... - Jedi nie do miłości stworzeni zostali. Pokoju galaktyki bronić powinni, na takie życie się dobrowolnie zdecydowali. Drogę swą sam wybierzesz i po egzaminie za swe czyny sam odpowiadać będziesz. - Yoda przysunął swą twarz do twarzy Danaeena - Dobrą radę ci dam: mroczną przyszłość twoja i jej się wydaje na drodze tej oczywistej ścieżki. Miłość rzeczą ludzką jest, nie powinna jednak do utraty samokontroli prowadzić. Pamiętaj o tym zawsze. A teraz odejść możesz. - Tak, Mistrzu Yoda... Z drzwiami sali posiedzeń Rady czekał na niego Plo Koon. Zmierzył go bacznym spojrzeniem zza okularów swej maski. I nic nie powiedział. Razem ruszyli w stronę kwater mieszkalnych Akademii. - Czy w tym jest racja? Czy rzeczywiście z powodu miłości można stracić samokontrolę i też przejść na Ciemną stronę? - odezwał się w końcu Jaeh-Sa. - Aspekt tej sprawy jest bardzo zawiły, mój uczniu - zahuczał zza maski Plo Koon. - Wart głębszego rozpatrzenia. Wszystkie ludzkie uczucia mogą w końcu poprowadzić cię w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Natura ludzka jest tak samo skomplikowana, jak rządzące nią prawa. - Czy ja straciłem kontrolę nad sobą? - Uczyniłeś to, co uczyniłeś, w imię słusznej dla ciebie sprawy. Ratowanie życia ludzkiego to również dobro dla ogółu. Postąpiłeś więc słusznie, jednak wybrałeś przy tym najprostszą i najbardziej szkodzącą innym drogę. I w rezultacie zaszkodziłeś najbardziej sobie. Niech to będzie dla ciebie nauczką, że żadna decyzja nie pozostaje bez konsekwencji. To prawo natury - każda akcja spotyka się z reakcją. Oczywiście nigdy nie uda się jej wyeliminować. Do zadania Jedi należy podejmowanie takich decyzji, które będą wywoływać możliwie najmniejszą negatywną reakcję. Dziś nic już więcej nie będziemy robić. Idź odpocząć do swojej kwatery, a jutro powtórzymy Etykę i Prawo. Nie zaszkodzi ci to. Przez ten tydzień będziesz miał tylko to do roboty. Na razie odkładamy szermierkę na bok. - Nie będę mógł trenować w tym tygod... - zaczął pytanie Jaeh-Sa, przerwał na chwilę i dokończył - Dobrze, Mistrzu Plo Koon... - Widzę, że zaczynasz już wyciągać wnioski ze swojego postępowania. To bardzo dobrze, ucz się cierpliwości, mój uczniu. Masz na to cały rok... Z tymi słowami rozstali się. Jaeh-Sa dotarł do swojej kwatery i zamknął za sobą drzwi. W tym momencie uaktywnił się jego komputer domowy odbierając nową wiadomość dla niego. Była przesyłana Holonetem. I była od niej. Przypadł do wyświetlacza chłonąc każde jej słowo. - Mój kochany, jestem już na Riggan, u celu mojej podróży. Moi znajomi umożliwili mi skorzystanie z tego środka komunikacji, ponieważ wszystkie inne są już zagłuszone. Niedługo i ten zostanie wyłączony z cywilnego użytku. Nie wiem, czy możliwe będzie jeszcze skontaktowanie się z tobą, więc chciałam ci powiedzieć, że bardzo mi ciebie brakuje i tęsknię za tobą... Jaeh-Sa przesunął palcami przez przezroczysty hologram. - Też za tobą tęsknię, moja przyjaciółko... niestety muszę jeszcze jakiś czas tu pozostać. Dostałem reprymendę za moje czyny na Naboo... Zaśmiała się. - Będę wyczekiwać więc twego przybycia z odwiedzinami, mój Rycerzu...

Te ostatnie wypowiedziane przez nią słowa huczały mu w głowie w takt bijącego dziko pulsu, gdy kilka miesięcy później biegł ulicami jakiegoś miasta. Był przerażony. I wcale nie próbował koncentrować się na Mocy by się uspokoić, jak radził mu Mistrz Plo Koon. Nie było już Mistrza Plo Koona. Nie było już Jedi. On, jako jeden z nielicznych, wyszedł cało z potwornej rzezi, urządzonej im przez Imperatora i Lordów Sith, którzy ponownie objawili się w Galaktyce. Długa szata, spełniająca rolę przebrania, powiewała za nim, a maska zakrywająca połowę jego twarzy, utrudniała mu oddychanie. Nie pozbywał się ich jednak. Mimo niewygody dość skutecznie maskowały jego postać. Miał mało czasu. Mógł już tu być o wiele wcześniej, jednak długa kłótnia z kontrolerem lotów o pozwolenie na lądowanie w stolicy Riggan, New Sun Sea, dramatycznie zmniejszyła margines bezpieczeństwa. Imperium już docierało do tego zapomnianego kąta kosmosu. Dolatując do planety śledził na radarze pierwsze statki wchodzące do systemu. To, co robił było szaleństwem. Ale teraz był sam, zdany na siebie. I robił wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie. I osobom, które były dla niego bliskie. Mistrz Yoda miał rację co do tego. Ten wybór mógł doprowadzić do jego zguby. Nie dbał o to. Ona była teraz ważniejsza dla niego, niż cokolwiek innego. Skręcił za róg i stanął, jak wryty. Przed nim na placu stał równy dwuszereg zakutych w białe pancerze żołnierzy. Klony!!! Niegdyś sprzymierzeńcy Republiki, teraz jej najgorsi wrogowie. Największym wysiłkiem woli zmusił się, aby nie rzucić się do ucieczki, by wyrównać krok i spokojnym spacerem przemknąć koło ściany na drugą stronę placyku. Klony tymczasem rozbiegły się i zaczęły wyciągać z okolicznych domów ich mieszkańców. Inwazja się zaczęła. Jaeh-Sa w tym momencie dotarł do bocznej uliczki i zniknął w niej pospiesznie. Domy w tej dzielnicy były niskie i oddzielone wąskimi ulicami. Postanowił dostać się na jeden z nich i kontynuować bieg po dachach. Rozejrzał się bacznie, jednak na razie w uliczce nikogo nie było. Przykucnął lekko i jak wystrzelony z katapulty znalazł się na poziomie dachu, jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią. Złapał za krawędź okapu i lekko wskoczył na niego. Był bezpieczny. Chwilowo. Na ulicach poniżej zaczynało się szaleństwo, które doskonale już znał. Wszędzie roiło się od białych pancerzy, ludzie biegali, wrzeszczeli, klony też wrzeszczały, aby się zatrzymywali, wybuchały pierwsze pożary, słychać było pierwsze strzały z blasterów, we wszystkich kierunkach jeździły śmigacze i inne pojazdy, toczyły się roboty, przemykały istoty innych ras. Pędząc po dachach wyprzedzał falę inwazyjną o dosłownie paręset metrów. Jeszcze nie chciał w to wierzyć, ale czuł, że to się nie uda. Jeśli nawet ją odnajdzie w tym chaosie, to i tak nie odlecą z planety. Zmusił się, aby jeszcze przyspieszyć. Już nie dbał o to, czy ktoś zainteresuje się poruszającą się nienaturalnie szybko postacią, przesadzającą lekkimi skokami odstępy między dachami. Już widział jej sektor mieszkalny. Nad jego głową z ogłuszającym rykiem przemknęły jakieś statki. Ich obłe kadłuby również były dobrze Danaeenowi znane - bombowce. Rozpoczęła się druga faza inwazji. Na oddalone o kilka kilometrów wysokie budynki fabryk spadły pierwsze bomby. Kolosalne budowle załamywały się ku ziemi z drżeniem gruntu i w chmurze pyłu i ognia. Lada moment, a i przedmieścia pójdą pod bomby. Jaeh-Sa odwrócił się i skoncentrował na swoim wnętrzu. Odegnał strach i niepewność. Odzyskał jasność umysłu. W otaczającej go Mocy odebrał dźwięczne wibracje jej energii życiowej. Teraz już nie było czasu na zastanawianie się. Jednym skokiem pokonał wyrastający przed nim budynek i ze zgrabnym przewrotem w powietrzu miękko i precyzyjnie wylądował na jej balkonie. W tym momencie usłyszał trzask wyłamywanych drzwi wejściowych. Przez przezroczystą płytę ujrzał wbiegające do mieszkania dwa klony. I ją!!! Klony wycelowały w nią broń. - Jazda na zewnątrz, zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy!!! Kaiee, przerażona, cofając się w stronę balkonu potknęła się i upadła. - Jak to, co to jest, co tu się dzieje...?? - Nie dyskutować, jest pani aresztowana! Jazda, na zewnątrz budynku!! W tym momencie jeden z klonów dojrzał cień na balkonie. - Tam ktoś jest!! Ręce do góry i położyć się na podło... - więcej nie zdążył powiedzieć. Pchnięcie Mocy rzuciło oba klony na ścianę. Z trzaskiem pancerzy wybili w niej olbrzymie dziury i w chmurze pyłu upadli na podłogę. Kaiee obróciła się gwałtownie i jej oczy rozszerzyły się na widok odzianej w luźne szaty i maskę niewyraźnej postaci. Zaczęła się gwałtownie czołgać w przeciwnym kierunku, do broni upuszczonej przez żołnierzy. Danaeen tymczasem próbował otworzyć drzwi balkonu. Za nim bombowce wciąż prowadziły bombardowanie strefy przemysłowej miasta. Jednak eksplozje zbliżały się coraz bardziej w ich kierunku. Kaiee tymczasem podniosła jeden z blasterów i uginając się pod jego ciężarem wycelowała w gmerającą przy drzwiach balkonowych postać. W tym momencie, tracąc cierpliwość, Jaeh-Sa wyciągnął swój miecz, uruchomił go i wyciął w opornej przeszkodzie otwór. Jednym skokiem znalazł się w mieszkaniu. A Kaiee, przerażona tym widokiem, wystrzeliła. Jakkolwiek strzał był nie mierzony i oddany w panice, mógłby zakończyć dość gwałtownie całą wyprawę ratunkową Danaeena. Jednak był to strzał w kierunku Jedi, który w dodatku wciąż miał włączony miecz świetlny. Instynktownie, tak jak tysiące razy przedtem podczas treningów, Jaeh-Sa poddał się Mocy, ustawił miecz pod właściwym kątem, a laserowa igła zrykoszetowała od klingi, i wyleciała z wyciem, i deszczem iskier przez wycięty otwór na zewnątrz. Widząc, że Kaiee zamierza strzelić ponownie, zerwał maskę i wrzasnął: - Kaiee, to ja!!! To ja, nie strzelaj!!! Blaster wypadł z jej dłoni i uderzył ze stukotem o ziemię. Jak zmartwiała wpatrywała się w niego. W końcu rzuciła się na niego i objęła mocno. - Jaeh-Sa!!! Ty żyjesz!!! Wszelkie wiadomości z Coruscant podawały, że w Galaktyce toczą się ciężkie walki! Miliony, miliardy zabitych! Co robią Jedi??!!! Czemu nas nie bronią???!!!! Jaeh-Sa puścił ją, usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach - Nie ma już Jedi, Kaiee... zostaliśmy zaskoczeni. Nie dali nam szansy na równą walkę. To była rzeź. Bez nas podbicie nieprzygotowanej do wojny galaktyki to pestka. Uszła tylko garstka z nas i ukrywamy się... Kaiee uklękła obok niego. - Co ty tu robisz?? Ujął jej twarz w dłonie. - Kaiee, przyleciałem po ciebie... chcę cię stąd zabrać w bezpieczne miejsce - głos mu się załamał - Kaiee, znaczysz dla mnie więcej, niż przypuszczasz... moje uczucia... to co czuję do ciebie... Kaiee delikatnie dotknęła jego policzka i przyciągnęła go do siebie. - Miałeś nigdy tego nie wiedzieć. - szepnęła do jego ucha - Ze względu na twe śluby Jedi i Kodeks... od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałam, w mym sercu nie ma miejsca dla innego mężczyzny... Delikatnie chwyciła jego głowę, po czym ich usta spotkały się w pocałunku. Po chwili jeszcze raz... i jeszcze... - Musimy uciekać! Uciekać jak najdalej stąd... - powiedział Jaeh-Sa. Skinęła głową. I jeszcze raz go pocałowała. Zerwali się z podłogi. Podczas gdy ona zbierała swe drobiazgi i najpotrzebniejsze rzeczy, Danaeen przestępował z nogi na nogę. Niższe piętra pacyfikowały już klony. Jeszcze chwila i ktoś przybiegnie by sprawdzić, co się stało z patrolem. W końcu była gotowa. Chwycił ją za rękę i wybiegli z mieszkania. Prosto na grupę zakutych w białe pancerze postaci. - Stać w tej chwili!!!!!! - zabrzmiał rozkaz. Jako, że paskudnie wyglądająca lufa blastera wisiała tuż przed jego oczyma, Jaeh-Sa uznał, że lepiej będzie posłuchać. Kaiee przylgnęła do niego z tyłu. - Dokumenty!!! Natychmiast!!! - zażądał dowódca oddziału. Jaeh-Sa skoncentrował się. - PRZECIEŻ JUŻ NAS WYLEGITYMOWALIŚCIE... Blaster zadrżał w dłoni dowódcy. - Yyy, tego, rzeczywiście, przypominam sobie teraz... - JESTEŚMY TYLKO DWÓJKĄ CYWILI, KTÓRZY ZOSTALI ODESŁANI NA DÓŁ PRZEZ PANA... - Właśnie, co tu jeszcze do diaska robicie??!!! Przecież kazałem wam iść na dół! Ruszać w tej chwili!!!! Jaeh-Sa i Kaiee rzucili się biegiem do turboliftu. Po chwili byli już na zewnątrz. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, biegały klony ścigające uciekających mieszkańców i zapędzające ich na place. Co chwila lądowały jakieś statki i zabierały, albo rozładowywały całe garnizony żołnierzy. Płonęły domy, na ulicach leżały już trupy. Jednak droga na lądowisko portu kosmicznego wyglądała na w miarę spokojną. Widać było, jak z doków płynie w stronę chmur nieprzerwany strumień uciekających stateczków, promów i większych statków. Których na razie nic i nikt ich nie ścigał, ani nie ostrzeliwał. Może mieli jednak szanse... Jednak los był przeciwko im. Za następnym zakrętem wpadli prosto na oddział klonów, zbierających kolejnych uciekinierów. I strzelających do nich. Jaeh-Sa i Kaiee wyhamowali gwałtownie tuż przed placem. - Kaiee, biegnij z powrotem, uciekaj!!!!! - wrzasnął Danaeen. Za późno jednak. Dowódca grupy już ich spostrzegł. Zobaczywszy, że uciekają złożył się do strzału. Jaeh-Sa odwrócił się. Czas zamarł. Wydawało się, że laserowy promień leci nieprawdopodobnie wolno, wręcz leniwie. Jaeh-Sa, jakby poza sobą, patrzył jak strzał mija go i leci dalej. Prosto w środek pleców Kaiee. Jego ręka sama, bez udziału woli, ruszyła w kierunku lewego ramienia. Czas ruszył ponownie. W zaułku wybuchł snop iskier. Laserowa błyskawica zrykoszetowała i krzesząc dalsze iskry na ścianach budynków nieszkodliwie pofrunęła w niebo. Jaeh-Sa Danaeen wiedział, że wszystko jest już skończone. Stał oto naprzeciwko zaskoczonego oddziału, a w jego ręce brzęczał miecz świetlny, którym właśnie uratował życie Kaiee. Dowódca zaś wrzeszczał do komunikatora z nutą paniki: - JEDI!!!!!!! ZNALEŹLIŚMY JEDI!!!!!!!! PRZYŚLIJCIE POSIŁKI!!!!! NATYCHMIAST!!!!!!!! Oddział cofnął się jakby niepewnie. Jaeh-Sa odwrócił się szybko do Kaiee. - Kaiee, słuchaj mnie dobrze, tu masz kartę dostępu do mego statku, stojącego w Porcie, w doku 11-38. Pilotuje się go tak samo, jak tego wycieczkowca, którym lataliśmy na Naboo. Jest tylko zrywniejszy i oczywiście uzbrojony. Na karcie tej są również dane skoku nadprzestrzennego na Dagobah. Znajdziesz tam Yodę. Przekaż mu, że postaram się jeszcze wrócić. - Ale... - Żadne ale, uciekaj!! Znikaj! Ja ich zatrzymam!! No już!!! Pchnął ją w stronę zaułka. Jakby niepewnie zaczęła biec w tym kierunku, obejrzała się jeszcze z oczami pełnymi łez. - NO DALEJ!!!!!! Zniknęła wreszcie. Jaeh-Sa odetchnął głęboko. Oddział klonów zaczął się w międzyczasie przybliżać. Szczękały przestawiane na ogłuszanie miotacze. Mierzył ich wzrokiem, wolno się cofając. W końcu zaatakowali. Odbił kilka strzałów, unikiem wydostał się ze strefy zagrożenia. I ruszył na nich. Nie mieli najmniejszych szans. Padali z wrzaskami jak zboże pod szerokimi ciosami jego miecza. Zacisnął zęby czując, jak co chwila kogoś rani. Bronił się. Ratował swe życie przed atakami wroga. Ratował czyjeś życie. Był Jedi. W końcu ostatni z nich padł jęcząc na ziemię. Został sam na pobojowisku. Jednak nim się ruszył, ze wszystkich zaułków zaczęli wybiegać następni. I następni. I następni. Posiłki przybyły. I ktoś jeszcze. Uczucie zimnego mrowienia pojawiło się w okolicy karku i rozlało się na całe ciało. Odcinając się od wszechobecnej bieli pancerzy w swej czarnej szacie stał naprzeciw niego ktoś, kogo najbardziej się obawiał. Klon Ciemnego Jedi, z ręki którego zginął jego mistrz, Plo Koon. Darth Marron, Lord Sith. - Jaeh-Sa Danaeen, Padawan Plo Koona - wycedził przez zęby Marron - Wreszcie się spotykamy. Trudno dziś znaleźć Jedi, chciałbym zauważyć... wreszcie się dowiem, czy uczeń dorównuje swemu mistrzowi. Jaeh-Sa nie pozwolił wybić się z równowagi tymi słowami. Oddychał głęboko, koncentrując się i jednocześnie zdejmując swój płaszcz. Po chwili stał przed Marronem w swym prostym odzieniu. Był całkowicie spokojny. Miał kontrolę nad sobą i Mocą. Przygotowywał się do walki o swe życie. Marron zmierzył go szyderczym spojrzeniem. - Szukasz Mocy? Twe śmiechu warte zdolności nie pomogą ci dzisiaj... a ja będę mógł pokazać Imperatorowi kolejny zdobyczny miecz świetlny... Danaeen nie słuchał jego słów. Moc przepływała przez niego. Powoli wykonywał rękoma kuliste ruchy w powietrzu przed sobą, tworzące skomplikowany wzór. Zakończył rytuał i zastygł z wyciągniętą przed siebie lewą ręką. Prawą wzniósł nad głowę. Włączył miecz. Klinga zapaliła się z brzękiem. Marron uczynił tak samo. Czerwone ostrze rzuciło krwawą łunę na najbliższe pancerze żołnierzy. - Niechże tak będzie - wyszeptał Jaeh-Sa i z obrazem Kaiee przed oczami rzucił się do walki. Wymieniali dziko ciosy tańcząc po placu. Raz po raz ostrza krzyżowały się z trzaskiem, krzesząc snopy iskier. Danaeen walczył jak opętany, zadając cięcia, wykonując zwody, przykucając i odskakując. Na twarz zaczęły występować mu krople potu. Jednak Marron wcale nie wyglądał na zmęczonego. Z zimną precyzją parował wszelkie uderzenia i wykorzystując zwody przeciwnika wyprowadzał podstępne uderzenia z dołu w górę, prowadząc ostrze po lekkim ukosie. Z nieprawdopodobną szybkością Danaeen odbijał wszelkie te ciosy i próbował zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Co chwila wykonywał szybkie wypady próbując dźgnąć Marrona samym czubkiem klingi, chociażby w rękę trzymającą miecz. Jednak próby te były skazane na niepowodzenie, Sith zawsze w ostatnim momencie odchylał ostrze swoim. I natychmiast zadawał kontruderzenie, którego impet z ledwością dawało się odeprzeć. W końcu zwarli się, miecze zajazgotały, gdy ich kondensatory próbowały zrównoważyć kosmiczne ilości traconej przy tym energii. Przez chwilę siłowali się, ramię w ramię, klinga w klingę, oko w oko. Marron wyszczerzył zęby w upiornym uśmiechu i powoli, powolutku, z nieopisaną siłą zaczął przypierać Jaeh-Sa do ziemi. Grunt drżał i dygotał, gdy energia Ciemnej Mocy przepłynęła przez Marrona, pomagając mu w tym. Jaeh-Sa zacisnął ze zgrzytem zęby, próbując powstrzymać dopychaną do swego gardła klingę własnego miecza. Pot zaczął zalewać mu oczy, oślepione dodatkowo jasnym blaskiem zetkniętych ostrzy. Marron górował nad nim, napierając i gotując się do ostatecznego popchnięcia, które na pewno zakończy jego życie. Jaeh-Sa zamknął na chwilę oczy i wychwycił drgnięcia Mocy, pozwalając im się poprowadzić. Wyczuwając moment, w którym Marron pchnął, wyłączył swój miecz i używając Przyspieszenia usunął się z drogi ciosu. Lord Sith, zaskoczony nagłym brakiem oporu drugiego miecza zatoczył się i zadrobił nieskładnie nogami, po raz pierwszy od rozpoczęcia walki. Jaeh-Sa zawirował wokół własnej osi i wyprowadził perfekcyjne cięcie prosto w odsłonięty bok przeciwnika. I wtedy port kosmiczny eksplodował. Gigantyczna kula ognia pochłonęła doszczętnie jego główne zabudowania wraz z dokowiskami i hangarami, a fala uderzeniowa zmiatała otaczające go budynki. Podmuch zachwiał Danaeenem i klinga jego miecza dosłownie o milimetry minęła żebra Marrona, odcinając wąski pas materiału z jego tuniki. Basowy pomruk eksplozji przeniósł się w powietrzu wzbudzając drgania gruntu pod stopami. Zebranych na placu żołnierzy obsypały dymiące szczątki gruzu i sadzy. Nie było już portu kosmicznego. Nie było już jego statku. I nie było już... - Nie!!!! - wyszeptał Danaeen, chwytając równowagę na falującej ziemi - nie, to niemożliwe, to się nie zdarzyło, to nieprawda!!! - powtarzał, jak w transie. Ona zginęła!!! W tak krótkim czasie nie mogła przecież wystartować. Może dotarła już do statku, ale rozruch też trwa trochę. Już jej nie było.... Marron zawinął się i z półobrotu trafił go stopą w splot słoneczny. Jaeh-Sa odebrało na chwilę dech, odegnał paraliżujący ból Mocą, jednak było już za późno. Zahaczył piętą o wystającą kostkę brukową i padł na plecy, wypuszczając miecz z ręki. Natychmiast sięgnął po niego Mocą. - Ani mi się waż, dobrze ci radzę - zabrzmiał głos nad nim. Noga Marrona przydepnęła jego prawą rękę, a koniuszek miecza był ledwie o kilka centymetrów oddalony od jego gardła. - To już koniec, więc się nie rzucaj. Muszę jednak przyznać, że walka z tobą sprawiła mi trochę satysfakcji. A teraz leż spokojnie, załatwimy to w miarę bezboleśnie. - No to dalej! Uderzaj! Miejmy to już za sobą! - wychrypiał Jaeh-Sa. Marron uśmiechnął się - To będzie trochę inaczej, niż myślisz. Odsunął się na krok od Danaeena i w tym samym momencie leżący zerwał się na równe nogi. Nie, nie zerwał się, został na nie postawiony. I pchnięty z potworną siłą na ścianę stojącego po drugiej stronie placu budynku. Uderzenie głową w mur, potworny ból i ogarniająca wszystko ciemność. Lord Sith popatrzył na nieprzytomnego Padawana. - Zabrać go do promu. Za godzinę ma być w naszej bazie głównej. Przygotować go do przesłuchania. W tym momencie wyczuł ruch za sobą. Usłyszał brzęczenie miecza Danaeena. Obrócił się powoli. Wszyscy żołnierze również się obejrzeli, jak jeden mąż. Przed nim stała młoda kobieta. To ona dzierżyła w drżących rękach upuszczony przez Jaeh-Sa miecz. Na jej twarzy malował się wyraz determinacji. - Ni... nigdzie go nie zabierzecie! Natychmiast puśćcie go wolno! - wykrztusiła. Darth Marron podniósł wolno ręce do góry. - Ależ z przyjemnością spełniłbym pani życzenie - mówiąc to bardzo wolno okrążał stojącą przed nim Kaiee. Czubek miecza drgał przed jego piersią. Ona sama usiłowała patrzeć równocześnie na niego i na znajdujące się teraz za jej plecami klony. - Jest to jednak niestety niemożliwe... jest zdrajcą Imperium i będzie za to sądzony. Mam za to dobrą wiadomość, będzie mogła mu pani towarzyszyć. Spojrzała na niego nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Marron nie mówił już nic więcej. Stojącemu dokładnie za Kaiee żołnierzowi wyskoczył z ręki blaster i w locie do dłoni Marrona uderzył w tył głowy Kaiee. Upadła bez jęku. - Zabrać oboje do statku!!!! Zdaje się, że nasz padawan znalazł sobie bliską duszę... to nam nawet ułatwi sprawę - dodał w zamyśleniu, oglądając podniesiony z ziemi miecz Danaeena. Po chwili kanonierka wystartowała w kierunku prowizorycznej imperialnej bazy, zostawiając za sobą spacyfikowane, płonące i umierające miasto.

Delikatny brzęk wspomaganych zasilaniem łańcuchów zabrzmiał nieco silniejszym tonem, gdy Jaeh-Sa poruszył nieprzytomnie głową. Zamrugał oczami i ponownie potrząsnął głową. W tym samym momencie otrzeźwił go potworny ból ramion, które, wykręcone do tyłu, przytwierdzone były do jednych ze zwisających z sufitu celi zasilanych pęt. Jego stopy wisiały bezwładnie o pół metra nad posadzką. W celi było ciemno, jednak Danaeen był w stanie dostrzec stojące przed nim postaci. Ubrane w białe pancerze klony i odziany w czerń Darth Marron. - Chyba ponownie opuściłeś nasze towarzystwo na chwilę, jak widzę... a jeszcze nie odpowiedziałeś na moje ostatnie pytanie. Gdzie są pozostali Jedi? Gdzie ukryli się ostatni z tych żałosnych zakonników, zwących siebie Strażnikami Pokoju?! Jaeh-Sa uśmiechnął się krzywo na tyle, na ile pozwoliła mu spuchnięta z jednej strony twarz i potrząsnął głową. - Nie znajdziesz ich - wychrypiał - Musiałbyś zniszczyć okrągły miliard systemów, aby usunąć ostatniego z galaktyki. Prędzej wyczerpie ci się bateryjka, Numerze!!!! Darth Marronowi zadrgał spazmatycznie policzek. Danaeen poczuł, jak niewidzialna siła zaczyna miażdżyć mu gardło. Rzucił się spazmatycznie w pętach i zacharczał, usiłując zebrać resztki swojej mocy w daremnej próbie przywołania Ochrony. Marron zwolnił uścisk po całych pięciu sekundach. Przysunął swą twarz do twarzy Jaeh-Sa. - Nigdy - wysyczał - ale to nigdy nie waż się mówić do mnie Numerze!!! Oni są głupimi numerami - wywrzeszczał, wskazując na klony za nim - Ja otrzymałem imię i godność od samego Imperatora!!! - Czy ta twoja godność pozwoli ci żyć dłużej, niż pięć lat? - wyszeptał niedosłyszalnie Danaeen. Lord Sith usłyszał to jednak. - Ty nie dożyjesz nawet jutra - nachylając się do jego ucha obwieścił, również szeptem, Marron - Twoja ezgekucja nastąpi dzisiaj. O zachodzie słońca. Zdanie poparł potężnym ciosem pięści, który wylądował na obolałym splocie słonecznym Danaeena. Przez zamykającą się wokół niego czarną mgłę cierpienia usłyszał jeszcze, jak Marron wychodząc wydaje ostatnie rozkazy. - Zebrać pluton egzekucyjny. Zostanie dziś stracony. Przekażcie Imperatorowi, że to moja osobista decyzja. I przygotujcie sprzęt holograficzny. Jestem pewien, że Mistrz z przyjemnością dołączy tę egzekucję do swych archiwów.

Pluton egzekucyjny przyszedł po niego parę godzin później. Jaeh-Sa miał jeszcze nadzieję, że może uda mu się zebrać resztkę sił i będzie mógł przekonać chociaż jednego z żołnierzy, aby pomógł mu uciec. Nie dano mu tej szansy. Dwaj szturmowcy mieli ze sobą stelaż z Ysalamirem. Gdy tylko wkroczyli do pomieszczenia, Danaeen poczuł się jak człowiek zamknięty nagle w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Moc wygasła. Nieważne, jakby się skupiał, przywoływał czy próbował. Był od niej odcięty. Został odczepiony od łańcucha i powleczony korytarzem. Wszędzie dookoła niego wrzało życie, biegały szwadrony żołnierzy, przechodziły i toczyły się różnego rodzaju roboty. Maleńka baza, ledwo 100 ludzi obsługi, zajmowała się koordynacją kolejnego ataku gdzieś w pobliżu. A on był prowadzony na śmierć. Ogarnęła go rezygnacja. Bez Kaiee na tym świecie nic go już tu nie trzymało. Wprowadzono go do głównego hangaru bazy. Wysoko, pod sufitem hali dokowały szeregi przygotowywanych do lotu bombowców i nowych myśliwców bojowych: TIE. W samym hangarze czekała na niego prawie cała pozostała obsługa bazy. Zebrali się, aby zobaczyć, jak ginie kolejny Jedi, pomyślał stawiając automatycznie kroki i czując, jak ktoś popycha go z tyłu blasterem. Darth Marron również czekał już na niego, z paskudnym, nie wróżącym niczego dobrego uśmiechem. Obok niego stał... stała... Nie wierzył własnym oczom, nie mógł uwierzyć w to, co właśnie widział. Kaiee!!! Ona żyła... z olbrzymiej ulgi na chwilę zapomniał, gdzie jest i dlaczego. Już chciał do niej podbiec, gdy ostre szarpnięcie trzymającego go za rękę strażnika sprowadziło go na ziemię. - Mam nadzieję, że jesteś pozytywnie zaskoczony, ponieważ w dużej mierze twoja przyszłość zależy od rozmowy, którą za chwilę odbędziemy - odezwał się Sith - Ta oto kobieta złożyła mi propozycję. W zamian za oszczędzenie twego życia dostałem od niej pewne współrzędne... i co ty na to? Pomachał do Jaeh-Sa trzymaną w ręku kartą dostępu do jego statku, tą samą, którą dostała wcześniej Kaiee. Danaeen z przerażeniem w oczach patrzył na nią, jak zahipnotyzowany. Mistrz Yoda był zgubiony. Marron dostał to, co chciał. Chwilę potem jego wzrok napotkał wzrok Kaiee. Patrzyła na niego z niemymi przeprosinami w oczach pełnych łez. „Jesteś dla mnie ważniejszy, niż cokolwiek innego” mówiły... - Alternatywą dla ciebie jest teraz zesłanie na Kessel. Dożywocie, rzecz jasna. I oczywiście troskliwa ochrona dla tak cennego reliktu przeszłości, jak żywy Jedi... - kontynuował tymczasem Darth Marron. Pomachał ponownie z namysłem trzymaną kartą. W końcu bardzo powoli odwrócił się do stojącej za nim Kaiee. Cofnęła się pod wpływem jego spojrzenia. - Co do ciebie... obawiam się, że nie mogę zapomnieć, że miałaś te dane przy sobie... Jaeh-Sa Danaaen, którego wszystkie zmysły zaczęły wrzeszczeć nagle z nieopisanej grozy, szarpnął się w trzymających go ramionach. - Nie!! Błagam!! Puść ją wolno!! Ona tę kartę dostała ode mnie!! Nie wie nic więcej! Nie rób tegooo! Marron nie zwracał na niego uwagi. Bardzo powoli zaczął wyjmować z kabury swój blaster. - Niniejszym uznaję cię winną zdrady Imperium oraz pomagania zbiegłemu przestępcy. Karą za to jest śmierć. Z tymi słowami przyłożył blaster do jej piersi i pociągnął za spust. Straszliwy wrzask wydobył się z piersi Jaeh-Sa. Po drugiej stronie hali drobna postać powoli opadła na ziemię. Marron zaniósł się chrapliwym śmiechem. W głębi duszy Jaeh-Sa coś się zmieniało. Narastało w niej coś, co przypominało olbrzymią chmurę atramentu, wpuszczoną do czystej wody. Błyskawicznie, jakby jego krzyk to potęgował, mrowiący strumień przeniósł się na ramiona. Po rękawach zaczęły pełzać błękitne iskierki. Obaj szturmowcy zdążyli tylko z niedowierzaniem na nie spojrzeć, a Ysalamiry zaskrzeczeć w panice, kiedy potężne wyładowanie odrzuciło ich na ściany. Ich zwłoki nie dotknęły jeszcze ziemi, a Jaeh-Sa był już w połowie drogi do Darth Marrona. I wciąż przyspieszał. Sam Marron unosił właśnie swój miecz do ciosu, kiedy Jaeh-Sa wpadł na niego z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Po potężnym uderzeniu Sith poszorował po ziemi i uderzył o ścianę z trzaskiem łamanych kości. Tymczasem Ciemna Moc szalała w Jaeh-Sa, żywiąc się jego gniewem, strachem i rozpaczą. Olbrzymie wiązki błyskawic uderzały w uciekających szturmowców, oficerów, gwardzistów i klony. Zadokowane pod sufitem hali statki eksplodowały jeden po drugim, obsypując wszystkich rozżarzonymi szczątkami. Marron osłaniał się przed nimi swoim mieczem, kulejąc w stronę wyjścia i przytrzymując wygiętą pod kątem drugą rękę. Jedna z błyskawic wystrzeliła w jego kierunku. Instynktownie uniósł ostrze i ładunek rozlał się po klindze. Drobne wyładowanie przeskoczyło z niej na rękojeść i w tym samym momencie miecz eksplodował gorącą plazmą. Grunt drżał pod stopami Danaeena. Któreś z wyładowań trafiło w generator znajdujący się w hangarze i teraz reakcja łańcuchowa rozsadzała całą resztę bazy na kawałki. Co chwila nowa eksplozja rozsiewała wokół wielkie kawały plastali, rusztowań, sprzętu, ludzi i robotów. Potem wszystko ucichło. Zlany potem, trzęsący się Jaeh-Sa patrzył nieprzytomnym wzrokiem na chaos wokół. Wszędzie leżały ciała i palące się wraki, ściany hali były okopcone. Z nadwyrężonej stacji dokowania pod sufitem spadał gruz, i płonące, poskręcane fragmenty myśliwców. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę kupy gruzów, potknął się i upadł. Wstał na czworaki i wyciągnął trzęsącą się rękę. Skupił się. Spod dymiącego korpusu TIE wyskoczył jego miecz i wylądował w dłoni. Złotożółte ostrze zapłonęło przyjaznym blaskiem. Dzierżąc miecz podążył w kierunku wraka. Darth Marron, cały poparzony i dymiący, czołgał się w kierunku porzuconego blastera. Już miał go chwycić, kiedy czyjaś stopa odkopnęła go na bok. Spojrzał w górę. Jaeh-Sa stał nad nim. Jego miecz brzęczał w dłoni, zwiastując nieuchronne. Trzęsąc się, Marron pokręcił błagalnie głową. Próbował odsunąć się na bok, schować za stos gruzu. Zaciskając zęby, Jaeh-Sa Danaeen podniósł miecz nad głowę. Zastygł na chwilę, tak samo, jak Marron. Patrzyli sobie głęboko w oczy. Przez głowę Jaeh-Sa przelatywały tysiące myśli. Jakaś nieznana do tej pory część jego jestestwa pchała go do czynu, nakazywała uderzyć, obiecywała uwolnienie od cierpień poprzez zemstę. Cała reszta jego dawnej osobowości powstrzymywała mroczny cień, który się nad nim zamykał. Patrzył na Sitha i go nie widział. Widział tylko ją. Jej oczy. Jej twarz. Jej postać. Widział wciąż i wciąż, jak pada po strzale. Ostatnie resztki samokontroli zanikły. Z jęknięciem poddał się Ciemnej Mocy i uderzył. Z brzękiem ostrze przecięło ciało i wryło się w posadzkę. Danaeen przez chwilę stał bez ruchu w tej pozycji, pozwalając by klinga topiła posadzkę i zwęglała leżące przed nim zwłoki. Jego duszę wypełniała mroczna satysfakcja z dokonanego przed chwilą mordu. Jakaś cząstka jego świadomości z bliskim obłędu przerażeniem obserwowała, jak delektuje się smakiem zemsty. Chwilę później Jaeh-Sa zataczając się podbiegł do leżącej bezwładnie nieopodal dziewczyny. Upadł przy niej na kolana i nie wyłączając miecza pochwycił ją w ramiona. Cała resztka nadziei zgasła w nim, jak zdmuchnięta świeca. Kaiee była martwa. Z kącika ust wypływała zastygła strużka krwi. Na jej rzęsach lśniły ostatnie łzy bólu i przerażenia. Szloch wydobył się z niego i przerodził w pełne cierpienia zawodzenie. Ponownie Moc zawirowała w nim dziko i skupiła się w ręce, trzymającej miecz. Z cichym trzaskiem kryształ w rękojeści pękł. Miecz zagrał fałszywym tonem, a kolor klingi zaczął się zmieniać. Poprzez brunatnobrązowy, brudnopomarańczowy i ciemnopurpurowy doszedł wreszcie do jaskrawej czerwieni. Tuląc jej drobne ciało, płakał cicho, a czerwony miecz brzęczał w jego dłoni, jak niemy wyrzut sumienia. Tak doczekał wschodu słońca.

TATOOINE, DZIEŃ OBECNY

Zamrugał oczami. Przestrzeń wypełniły dźwięki najnowszego hitu bandy Figrina D'ana. Gwar rozmów eksplodował w pustce. Z powrotem był w barze Wuchera. Upił łyk z trzymanej w ręku szklanki i powrócił do wspomnień. Reszta tej opowieści była już krótka. Następnego ranka po śmierci Kaiee wziął jej ciało na pokład odnalezionego w bazie wahadłowca Darth Marrona i przedostał się nim przez blokadę planety. Osobisty statek Lorda Sith odlatujący ze spacyfikowanej planety nie wzbudził najmniejszych podejrzeń. Celem jego podróży była planeta Talasea w systemie Morobe. Wiecznie spowita w zielonkawej mgle, unoszącej się nad bagniskami, była idealnym miejscem, aby się na niej ukryć. Gęsty całun mgieł otulał również szczelnie jego duszę i pozwolił jakiś czas spokojnie tam żyć. Mieszkający na Talasei osadnicy wiedli proste i pozbawione rozrywek życie. Zaoferowali mu kąt do spania w zamian za parę dodatkowych rąk do pracy. Jaeh-Sa pochował Kaiee na wysokim wzgórzu, obrośniętym u podnóża wielkimi lasami i odłożył swój miecz do kufra. Postanowił nigdy więcej w życiu nie powrócić do swej przeszłości. Czas jednak pokazał, że nie dane mu było umknąć Imperium. Mimo, że usunął wszelkie znane mu urządzenia naprowadzające z wahadłowca, w jakiś sposób imperialny droid zwiadowczy trafił na tę zapomnianą planetę. Podczas przeszukiwania lasów natrafił na wioskę i zabił dwóch kolonistów, zanim Jaeh-Sa pchnął go Mocą na skalną ścianę. Niestety, sygnał o znajdujących się na planecie ludziach, a zwłaszcza tym jednym z najbardziej poszukiwanych, dotarł do znajdującego się w pobliżu statku Imperium. Z przedstawicielem terroru panującego w Galaktyce - Darthem Vaderem na pokładzie. Koloniści nie mieli nawet cienia szansy na przeprowadzenie ewakuacji. Pozostało tylko jedno wyjście. Danaeen dostał się do zatopionego w bagnie wahadłowca i wystartował tuż przed nosem lądujących grup zwiadowczo-szturmowych w nadziei, że siły Imperium pogonią za nim... niestety. Vader za wszelką cenę chciał ukarać zdrajców. Gdy Jaeh-Sa wychodził z atmosfery, z przerażeniem obserwował, jak rozpoczyna się masakra kolonii. Za jego wahadłowcem pogoniły myśliwce i próbowały zmusić go do zatrzymania się - nie udało im się to. Ciężko uszkodzony statek wykonał ślepy skok w nadprzestrzeń - czyn samobójczy, gdyż bez koordynatów wyjścia z prędkości światła został tym samym skazany na wieczne błąkanie się w hiperprzestrzeni. Jednak mimo wszystko Moc wciąż była z Danaeenem - szczęśliwy traf sprawił, że lot hiperprzestrzenny został przerwany i Jaeh-Sa ponownie wrócił do świata żywych. Jednak Galaktyka nie była już tą samą. Terror Imperatora trwał już od dwudziestu lat, nikt nie pamiętał o Rycerzach Jedi. Jaeh-Sa był sam, opuszczony, z potwornymi wspomnieniami i bólem poprzedniego życia, nawiedzającymi go w snach co noc. Ciemna Strona, której posmakował rozbudziła w nim pragnienie zemsty, które nie zostało ugaszone wraz ze śmiercią Darth Marrona. Zemsty, którą chciał dobrze ukierunkować, dobrze wykorzystać. Jego celem życia stała się zemsta na Imperium za wszystko, czego było przyczyną. Stanął po stronie Rebelii. Walczył w wielu bitwach, na Hoth i pod Endorem. Przyczynił się do upadku Imperium, śmierci Vadera i Imperatora. Za mrok, w którym przebywała jego dusza płacił jednak straszną cenę - utracone marzenia dopadały go wciąż w jego samotności, dręczyły go, nie dawały mu spokoju. Nienawiść, gniew i cierpienie kłębiły się w nim, czekając tylko na to, aby je uwolnił. Dlatego wrócił na Tatooine, aby zapomnieć raz na zawsze. Dlatego nie miał tu prawie żadnych przyjaciół. Dlatego siedział, jak co tydzień w barze, usiłując się upić. Co nie było łatwe ze względu na haileński metabolizm... Oparł głowę na ręce... zapomnieć... Kaiee... zginęła przez niego... nie mógł jej ocalić. Uratowała go, a on nic nie zrobił dla niej... zapomnieć wszystko... jeszcze wiele szklanek przed nim... zapomnieć... Upił kolejny łyk i podniósł wzrok znad stolika. Kaiee uśmiechnęła się do niego. Czas stanął w miejscu na chwilę. Wydawało mu się, że całe widzialne światło wokół niego ciemnieje, pogrążając go w mroku. Mroku nie przepuszczającym dźwięków, ani obrazów. Nie był to też mrok Ciemnej Strony. Było w nim coś bardzo pozytywnego, delikatne wibracje przejęły go dreszczem, tak dobrze znanym. Wiedział, co to jest. Wizja Jedi. Wpatrywał się w ulotną wizję przed sobą. Patrzył na delikatną, mglistą zjawę, unoszącą się po przeciwnej stronie stolika. Kaiee patrzyła na niego i uśmiechała się łagodnie. Przekazywała mu wiadomość. Nic nie mówiła, jednak odczuwał wszystko najdrobniejszym nerwem swego ciała. Jej miłość, jej radość, jej duszę. Czuł, że jest szczęśliwa tam, skąd teraz przybyła do niego. Czuł, że cieszy się na jego widok. I czuł, że jest smutna z powodu jego żalu i rozpaczy. Przesłanie Kaiee emanowało spokojem, cierpliwością i radością. „Nie martw się”, brzmiało, „Nie rozpaczaj... tam gdzie jestem jest mi dobrze. I czekam, aż kiedyś do mnie przybędziesz. Czekam, aż kiedyś zjednoczysz się z Mocą. A teraz żyj!!!!” I tak nagle, jak się pojawiło, wszystko zniknęło. Doznania fizyczne boleśnie zaatakowały wszystkie jego zmysły. Jaeh-Sa wpatrywał się przez chwilę w miejsce, gdzie przed sekundą jeszcze była Kaiee i poczuł, jak przechodzi go zimny dreszcz. Po raz pierwszy od niepamiętnego czasu czuł, że może jest nadzieja. Nadzieja - słowo, które już nic dla niego nie znaczyło nabrało nagle nowego znaczenia. Było, jak jasny promień przedzierający się przez mroczną pustkę w jego sercu. Nadzieja... to nie powinno się tak skończyć. Siedzi w tej dziurze już od roku, a na zewnątrz jest cała galaktyka, Nowa Republika i tysiąc miejsc o wiele ciekawszych od tego. Nie myślał już o sobie. Był to winien Kaiee. To chciała mu przekazać. Przed nim jego przyszłość, a dzięki nadziei uda mu się jeszcze siebie uratować... Gdy tylko myśl ta przeszła mu przez głowę, ponownie poczuł ukłucie w sercu. Zdecydowanym ruchem odstawił niedopitego drinka i wstał. Chłód metalu w jego dłoni przypomniał mu o mieczu. Na szczęście nikt go jeszcze nie zauważył. Z jakiegoś powodu goście w barze Wuchera bardzo nerwowo reagowali nawet na wzmiankę o Jedi. Kantyna gwałtownie wtedy pustoszała, a Wucher krzywił się dziwnie. Szybko wsunął więc rękę pod tunikę i przyłożył go do lewego ramienia. Szczęknęły pierścienie adhezyjne i broń ponownie była mocno przytwierdzona na swym stałym miejscu. Tak, jak wcześniej chłód Kantyny go otrzeźwił, tak teraz spiekota Tatooine uderzyła go, niczym młot kowalski. Rozejrzał się wokół, jakby przebudził się z długiego snu w nieznanym miejscu. Niskie, kuliste budynki w kolorze piasku odcinały się od błękitnego nieba. Tłum ludzi, robotów i obcych istot płynął ulicami miasta, każdy zajęty własnymi sprawami do załatwienia. Trajkoczące grupki Jawów otaczały każdego napotkanego robota, dokładnie sprawdzając, czy czasem nie jest bezpański. Wokół przemykały różnego rodzaju ślizgacze, a przez środek placu handlowego z rykiem przeleciała banda Swooperów, przewracając kilka straganów. To było normalne życie w Mos Eisley. Podszedł do zaparkowanego obok S-Swoopa i aktywował zapłon. Z cichym gwizdem turbin pojazd uniósł się nad ziemią. Założył hełm, chwilę jeszcze popatrzył na ulice miasta, po czym nacisnął gaz. Wzniecając chmurę kurzu wystrzelił w powietrze, zmuszając następną bandę Swooperów do rozproszenia się i rzucenia za nim kilku przekleństw. Nie słyszał ich nawet. Na jego ustach błąkał się nikły uśmiech, pierwszy od kilkunastu miesięcy. Wzniósł się na tysiąc metrów, nasunął na twarz maskę hełmu i wdusił gaz do samego końca. Podrasowana turbina zassała w sekundę kilkaset litrów powietrza i swooper wystrzelił do przodu. Gnając z rykiem przez pustynię Jaeh-Sa nie zważał na prędkość. Upajał się nią, błękitem nieba i oporem atmosfery. Czuł, że wraca do życia. Gwałtownie obniżył wysokość i zahamował w fontannie piasku. Przez chwilę nie było nic słychać oprócz delikatnego szelestu spadających ziarenek pyłu i trzaskania nagrzanej karoserii. Po twarzy płynęły mu łzy. Patrzył przez chwilę jeszcze na bezkresną pustynię, po czym otarł oczy i zawrócił w kierunku swego domostwa. Nie chciał sprzedawać swojej farmy wodnej. Leżała na tyle blisko miasta, że Tuskeni i rabusie wody bardzo rzadko ją odwiedzali. A raczej nigdy, odkąd paru członków obu grup nauczył latania przy pomocy Mocy. Rabusie nigdy więcej się nie pojawili, A Tuskeni postawili na granicy jego farmy dziwaczny totem, zapewne aby odpędzić złe duchy. Przez pewien czas nocami przychodził nawet ichni szaman i wspomagał walkę z siłami nieczystymi waląc w bęben obrządkowy, ale szybko przekonał się, że nie tyle odpędza to złe moce, ile je budzi. Ludzie Piasku już się potem nie pojawiali, ale totem został. W każdym razie Jaeh-Sa pozostawił farmę pod opieką sąsiada, za co ów miał otrzymywać dodatkową porcję wody. A dodatkowy grosz z jej sprzedaży też się przyda. Z tą myślą powrócił do Mos Eisley i rozpoczął poszukiwania statku dla siebie. Nie miał zamiaru podróżować promem. Był w końcu pilotem wojskowym i najlepiej czuł się za sterami. W końcu znalazł to, czego szukał. Wystawiony na sprzedaż ciężki statek kurierski, z silnymi polami siłowymi i niezgorszym uzbrojeniem. Stary, dobry Nebulon Ranger jeszcze z czasów Starej Republiki. Po krótkim handlu dobił targu z grupką Rodian - właścicieli. Na ostatnim przewozie zarobili tyle, że chcieli jak najszybciej kupić nową jednostkę. Danaeen wolał nie zgadywać, co przewozili. Transponder statku był w porządku, we wnętrzu znajdowała się standardowa ilość ukrytych schowków, statek był więc czysty. Ku wielkiej radości Jaeh-Sa w przedziale bagażowym znalazło się jeszcze dość miejsca na jego S-Swoopa. Statek prowadził się znakomicie, jak na jego tonaż. Danaeen opuścił wkrótce system i przygotował współrzędne skoku nadświetlnego. Podczas, gdy komputer pikał cicho, obliczając dane, Jaeh-Sa rozmyślał nad tym, co zamierzał. Jego celem była Akademia Jedi na Yavinie IV. Chciał porozmawiać z Luke’m. Musiał dowiedzieć się, czy nadzieja istnieje też dla niego. Chciał, aby jego przeznaczenie się wypełniło. Jego życie było przecież związane z Mocą. Chciał pogodzić się z przeszłością i żyć w zgodzie z przyszłością. Zbyt długo to już trwało. Komputer obliczeniowy krótkim brzęczykiem oznajmił gotowość do skoku. Jaeh-Sa zapatrzył się w gwiazdy. Może dostanie szansę... A może nie... Ale trzeba wreszcie zacząć próbować... Pchnął dźwigienkę hipernapędu. Potężne silniki z gwizdem zbudziły się do życia. Z gromowym rykiem statek zanurkował w hiperprzestrzeń.

EPILOG, ROK PÓŹNIEJ, TALASEA

Dokładnie rok później Jaeh-Sa wędrował przez otulone mgłą lasy Talasei. Gdyby ktoś go teraz spotkał zdziwiłby się widząc przemianę, która w nim zaszła. Emanował spokojem. Ubrany w proste, długie szaty, na głowę miał zarzucony kaptur, chroniący go przed siąpiącym deszczem. A do swojego pasa przypięty miał miecz świetlny. Rozgarniając gałęzie piął się pod niewielki pagórek. W końcu ukląkł wśród wysokiego zielska spowitego w mgliste pasemka. Blade słońce zachodziło właśnie i całą okolicę spowijał mrok. Jaeh-Sa gładził spękaną, kamienną płytę z wyrytymi na niej napisami: jej imieniem, datą śmierci i swoim osobistym pożegnaniem. - Jestem - szeptał cicho, jakby bał się przerwać ciszę otaczającą miejsce jej wiecznego spoczynku. - Wróciłem do Ciebie. To ja. Więcej nie był w stanie wydobyć ze ściśniętego gardła. Milcząc klęczał przy płycie czekając, aż całkowity mrok spowije okolicę. Dopiero wtedy sięgnął do swojej sakwy i wyciągnął swój stary miecz. Szybkimi ruchami otworzył go i wymienił pęknięty kryształ na ten wypalony w Akademii. Delikatnie przestroił główne obwody miecza, deaktywując akcelerator plazmy, i zamknął obudowę. Przy górnej krawędzi płyty ułożył kopczyk z kamieni, po czym zaklinował w nim pod kątem prostym do ziemi swój miecz. Na koniec przycisnął aktywator i ustawił go w pozycji zablokowanej. Z sykiem miecz wypuścił złocistożółte ostrze, które tym razem było po prostu spolaryzowanymi przez kryształ fotonami, utrzymywanymi przez pole magnetyczne w kształcie klingi. - To mój ostatni prezent dla Ciebie. Szkolę się na Rycerza Jedi. Dzięki Tobie... dla Ciebie... - wyszeptał ponownie. - Spoczywaj w pokoju... i do zobaczenia... Odwrócił się i ruszył przez chaszcze w kierunku swego statku. Mgły za sprawą miejscowego ewenementu przyrody wyparowały, gdy tylko zaszło słońce. Za nim w mrokach nocy jaśniała złota iskra jego dawnej broni. Blask ten przyćmiły na chwilę silniki startującego "Light Runner'a", po czym wieczny spokój ponownie wrócił na planetkę. Nad polaną bezgłośnie zapalały się gwiazdy, a blask miecza trwał i rozjaśniał wszelki mrok.

Bronisław „MadMad_The_Jedi_Knight” Madziar

Rostock, Lipiec 2003


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 0,00
Liczba: 0

Użytkownik Ocena Data

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (0)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.