Fandom

Relacja z jesiennej edycji Warsaw Comic Con 2017



Relacja ShaakTi1138

To już drugi warszawski Comic Con w tym roku, bardzo zresztą podobny do poprzedniego… ale z całkiem sporymi zmianami na plus. Tym razem uczestniczyłam sama w edycji jesiennej (Mastera zmogły kolowia), organizatorzy planują jeszcze edycję wiosenną, ale ta chyba będzie kolidowała z Pyrkonem, więc zobaczymy jak będzie z frekwencją na niej. Cieszę się jednak, że impreza będzie organizowana częściej, bo Warszawa to niby stolica, a w kwestiach okołofantastycznych jakoś mało się tu dzieje.

Autobusy do Nadarzyna były zorganizowane dokładnie tak samo jak na poprzedniej edycji, z tym, że miałam wrażenie, że było ich mniej. Albo może wieść o imprezie rozeszła się w szerszych kręgach (marketing znów był niezły – bilboardy i reklamy w radiu), bo dostanie się do pojazdu przypominało mi walkę o miejsca sprzed kilku lat, gdy na moje osiedle jeździł tylko jeden autobus. Jakoś się wepchałam, torbę upchnęłam koło chłopca, którego to z kolei rodzice upchnęli na kole. Średnio to było komfortowe, a do tego niebezpieczne – podczas wysiadania drzwi przytrzasnęły nogę jednej z pasażerek. Może trzeba byłoby pomyśleć o przegubowcach na następny raz.



Koszmar rejestracji wejściówki prasowej całe szczęście minął. Po części dlatego, że organizatorzy wysłali informację gdzie się udać, po części dlatego, że odtworzyłam w głowie trasę, którą z Masterem odbyliśmy poprzednio, bo większość była urządzona dokładnie tak samo jak ostatnio, co dla mnie było dużym ułatwieniem. Kolejek do kas było zdecydowanie mniej i to chyba zasługa internetowej sprzedaży biletów, a dla mediów i wystawców zorganizowano oddzielne stoisko, przy którym miła pani bardzo szybko dała mi akredytację. Aż się zdziwiłam po tym, co było w czerwcu.

Nie będę ukrywać, że na Comic Con poszłam z myślą o imienionowo-świątecznych zakupach. I tutaj troszkę się zawiodłam, bo miałam wrażenie, że wystawców było o wiele mniej niż ostatnim razem. Szukałam stoisk z mangami, a była tylko Yatta i paru antykwariuszy. Szukałam hełmu szturmowca dla ojca i nawet znalazłam, ale ceny były ze dwa razy takie jak w Internecie. Szukałam przecenionych gier, a było tylko kilka (acz skusiłabym się na „Wiedźmina“ w metalowym pudełku, ale rozsądek odwiódł mnie od tego). Niemniej ostatecznie wróciłam do domu z miłym ciężarem komiksów, ale drobny niesmak pozostał.



Podczas nieposiadających większego celu przechadzek przypadkiem przywiało mnie w stronę sceny głównej… na której to znajdował się Anthony Forrest, aktor, który grał szurmowca-ofiarę sztuczki umysłowej Obi-Wana. Trochę się zezłościłam, bo spotkanie już trwało, a miało być zupełnie innego dnia… Może to tłumaczyłoby bardzo lichą obecność widowni, która nie zajmowała nawet trzech rzędów. Forrestowi zadano między innymi pytania o odbiór „Przebudzenia Mocy“ i tu, jak można się spodziewać, nie był nastawiony zbyt przychylnie, ale wypowiedział się najbardziej dyplomatycznie, jak tylko mógł. Stwierdził bowiem, że TFA to takie „w poprzednim odcinku“ względem „Nowej nadziei“, no ale dzięki temu młodsza widownia ma szansę również zobaczyć czwarty epizod. Obawiał się również, że Disney wydaje za dużo materiału za szybko (a obawę tę i ja podzielam). Za to był zadowolony, że fani rozmawiają ze sobą i teoretyzują, bo dzięki temu fandom żyje. Zdradził też, że ANH miała być o dwadzieścia minut dłuższa (były sceny między innymi z inną jego postacią, Fixerem), ale znów poszło o kasę – kina chciały puszczać film pięć razy dziennie, a jak byłby dłuższy, to nie byłoby to możliwe. Zapytałam go (przejmując się bardziej moim dziwnie brzmiącym przez mikrofon głosem aniżeli poprawnością gramatyczną) która scena jego zdaniem ma największy wpływ na całą Sagę. Odparł, że ta, w której Obi-Wan tłumaczy Luke‘owi podstawy świata – czym jest Moc, co to Jedi… i choć się z nim nie zgadzam, to rozumiem ten punkt widzenia. Całe spotkanie było bardzo przyjemne, szkoda tylko, że wzbudziło tak małe zainteresowanie.

Przed trzynastą podreptałam do czerwonej sali na panel Yako i Dakanna „Co z tymi Legendami?”. Zacznijmy od spraw technicznych: znowu na plus można powiedzieć, że pyrkonowych tłumów tam nie ma, a nawet jeśli miejsca się kończą, to można stać. Natomiast nadal nie rozwiązano problemu konwentowego hałasu dostającego się do środka. Sala (właściwie boks) była duża, więc wystarczyło się przesiąść bliżej, by słyszeć lepiej, natomiast można byłoby na przyszły rok pomyśleć zwyczajnie o jakimś zamknięciu drzwi. Sam panel był naprawdę przyjemny, choć nazwałabym go raczej swobodną dyskusją. Poruszano między innymi tematy definicji Legend (nie tak oczywisty, jak pokazują ostatnie dyskusje na naszym forum), plusy i minusy powrotów „starych” postaci, wreszcie co to znaczy w obecnych czasach być fanem. Bardzo podobał mi się wyważony i spokojny ton dyskusji – rzekłabym w odcieniach szarości, bez wyraźnego opowiadania się po żadnej ze stron.



Na imprezie nie zabrakło jeszcze innych atrakcji. Organizatorzy bardzo słusznie puszczali przez głośniki wyłącznie muzykę z Sagi, a tu i tam można się było natknąć na modele statków czy droidów. Pokręciłam się jeszcze, pograłam w parę gier, spróbowałam coś zjeść tylko po to, by dowiedzieć się, że ceny wzrosły horrendalnie, ale ogólnie rzecz biorąc wyszłam zadowolona. Impreza jest całkiem spoko, choć mam wrażenie, że nie integruje ludzi tak bardzo jak te, w których jedzie się do odległego miasta i spędza w nich noc… ale jest dobrze.


Tagi: Konwent (55) Relacja (300) Warsaw Comic Con (2) Warszawa (26)

Komentarze (0)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.