Twórczość fanów

Wolność


Rozdział 1


„...świadomość patrzy w mrok widzi
gwiazdy galaktyki odległe
głownie wszechświata
pragnie zrozumieć samą siebie...”



„APATIA”


Czas obecny. Coruscant.

Siedział skulony pod ścianą. Posadzka była zimna i wilgotna. Miał na sobie tylko koszulkę i spodnie od kombinezonu. Głowę wsadził z ramiona. Nie mógł myśleć. Był zbyt zmęczony. Nie zasnął. Nie mógł. Nie mógł robić nic poza siedzeniem. Jego stan pozwalał tylko na to. Na rękach miał krew. Nie, nie swoją. Ale ta krew przerażała go bardziej niż gdyby to była jego. Krew jego przyjaciela. Ojca. Mistrza.
Pokój nie był za duży. Łóżko było starannie zasłane, a na stoliku leżała reszta ubrań. Firanka w okienku powiewała spokojnie na wietrze. To zabawne, jak spokojnie było w około. Tylko jedno miejsce przepełniało ból i cierpienie.
Tuż obok niego, na ziemi leżał przedmiot, któremu poświęcił większą część swojego życia. Walczył za ideały, które przedstawiał, walczył za życie innych. Uczył się, jak pomagać. Uczył się przez całe życie. Lecz teraz... Teraz wszystko legło w gruzach. Ten przedmiot symbolizował jego determinacje i zarazem pokutę, jaką prowadził. Nie patrzył na niego. Nie chciał. Każdy dźwięk przyprawiał go o ból serca i umysłu. A widok miecza świetlnego nikogo nie mógł wprowadzić w dobry nastrój. Miecz, który zawsze był odbierany jako pomoc i dobro, teraz symbolizował tragedię. Tragedię, która nie ominęła Marcusa Kira. Jednego z Rycerzy Jedi, których duszę opuściła nadzieja.




2 Miesiące wcześniej.
Garos IV, stolica planety, Ariana.

Marcus biegł przed siebie. W lesie było ciemno i ponuro, chociaż było południe. Przez wysokie drzewa docierała tylko nieznaczna część światła. Ale to nie odbierało Kirowi humoru.
Miał na sobie długie szaty typowego mnicha, jednak nie przeszkadzały mu zbytnio w bieganiu. Pod szatą miał uniwersytecki mundurek, którego nie cierpiał nosić, ale musiał, bo tak nakazywał regulamin.
Szukał Mrieu, bardzo rzadkiego kwiatu, jedynej w sobie rośliny zdolnej powtarzać usłyszany dźwięki. Jeżeli dobrze się ją traktowało, przez okres wegetacji, posiadała zdolność zapamiętywania dźwięków i wypuszczania ich bezbłędnych kopii. Co za tym idzie, mogła służyć jako bardzo prymitywny sprzęt nagrywający. Nie zostało ich wiele, większość została zniszczona w pożarze, jaki wywołał jeden z studentów Uniwersytetu, a resztę zjadły boetay, które ciągle warcząc, przechodziły obok roślin i słyszały swoje warczenie. Z początku uciekały, lecz później oswoiły się z dziwacznymi anomaliami i niszczyły denerwujące kwiatki.
Marcus odsłaniał sobie rękoma liście i gałęzie, które stawały mu na drodze. Nagle, jak z pod ziemi, przed Marcusem pojawiło się drzewo. Zaczął hamować, niestety, prędkość, jaką osiągnął podczas biegu była za duża. Leciał na drzewo z całym impetem. Podczas lotu obrócił się ramieniem w stronę drzewa by choć trochę zamortyzować upadek. Kiedy już miało nastąpić zetknięcie się twarzy Kira z korą drzewa, Marcus przeleciał przed drzewo niczym laser przelatuje przez kartkę papieru. Upadł w mały strumyczek. Woda napłynęła mu do ust które otworzył z zdziwienia. Szybko podniósł się na nogi, i wyżymając zmoczone końce szaty spojrzał na „drzewo”, przez które nie wiedzieć, czemu przeleciał. Podszedł do niego i ostrożnie dotknął ręką. Drzewo zamigotało i zafalowało, a przez jej korę przeszły wstęgi zakłóceń. Marcus uśmiechnął się życzliwie i zawołał:
- Lupus, możesz wyłazić, dobrze wiem że to ty! – Jego głos spotkał się z trzepotaniem skrzydeł ptaków poderwanych nagłymi dźwiękami. Echo niosło się jeszcze daleko.
Nagle, jeden z krzaków stojących niedaleko niego, zamigotał i znikł. W jego miejscu kucał młody trandoshanin. Uśmiechał się szeroko jak tylko mógł. Oczom Kiera ukazał się imponująca kolekcja kłów. Z dziąseł ściekała ślina, i resztki porannego posiłku, jakim było surowe mięso boetay; niewiele osób mogło zjeść tą potrawę, ze względu na jej twardość i gorzki smak. Jednak dla tradoshanina, i jego zębów była to zaledwie przekąska. Lupus wstał i wyciągnął bez słowa długą, łuskowatą rękę zakończoną trzema palcami, z których wystawał jeden potężny, pięciu centymetrowy pazur, mogący rozszarpać każdego wroga. Jednak Lupus, wbrew swojemu wyglądowi i naturze, jaką powinien mieć każdy trandoshanin, był zupełnie nie szkodliwy i bezpieczny dla otoczenia.
- Grhh... To moja nowa zabaweczkhhha... Jak ci się podobhha? – Lupus miał denerwującą wadę krtani która sprawiała że przy każdym kończeniu zdania, gdy wydychał powietrze, ostatnie litery słychać było jak literę h, a raczej jak łapczywe usiłowania złapania powietrza. Marcus jednak przywykł do jego głosu. –Zbudowałem to wczoraj w nochhy... Jest lepszy od poprzednieghho...
- Taaak... To zdążyłem zauważyć... – Marcus chwycił koniec szaty i zaczął ponownie go wyżymać. - Ale co ty tu właściwie robisz? Przecież masz zajęcia z biologii... A o ile pamiętam dziś omawiacie budowę anatomiczną rodian.
- No takhh... Ale... Ja jakośhh... noo... – Lupus opuścił głowę. Tradoshanin nienawidził biologii i wszystkiego, co związane z nauką o istotach żywych. Kochał za to wszelkie przejawy techniki, elektroniki i innych, czyli wszystkiego, co było związane z pracą mechaniczną. W jego szczególne upodobania, wdały się holograficzne projektory. Wciąż konstruował ich nowe wersje i ulepszał stare. Na swoim składzie miał ich dziesiątki. Od takich, które pokazywały małego robaczka, po takie, które przedstawiły statek wielkości myśliwca. Wykorzystywał je do wszystkich celów jakich tylko mógł. Sprzedawał je, rozdawał ludziom, wysyłał rodzinie. Ale jego ulubionym projektem był holoprojektor przedstawiający jego postać siedzącą i pracująca przy konsoli komputera. Często zostawiał ją w sali wykładów, ustawiając tak, aby obraz pokazywał się na ostatnich ławkach sali. Nauczycieli nie pytali go, bo żaden nie mógł przecierpieć jego głosu.
- Znów się zerwałeś, co? Przecież Mistrz Briza Vrinn znowu będzie dawał ci wykłady na temat moralnego postępowania wobec życia szkolnego i osób do niej uczęszczających. – Marcus ostatnie zdanie wyrecytował z przesadną dokładnością i sarkazmem. Nasłuchał się tych gadanin już wystarczająco dużo. A teraz, być może znowu będzie musiał ich słuchać.
- A no i może się zerwałemhh, ale może ty mi powiesz, co Ty tu robiszhh?
- Odpowiedź jest prosta. Mój Mistrz, Talice Naertch poprosił mnie, aby znalazł mu kwiat Mrieu. Podobno rośnie gdzieś tu w pobliżu. – Lupus zmrużył lekko oczy, i nieznacznie się wyprostował. Marcus już wiedział że Lupus zaraz zacznie kombinować. - A jeżeli powiem że go widziałemhh... no wiesz, ten kwaithh... i zaoszczędzę ci zbędnych poszukiwańhh... To mogę liczyć na małe wstawiennictwo na moją osobę, kiedy będą już słuchał Mistrz Vrinnhha? – Lapus zrobił dziwną minę, która zapewne miała oznaczać cwaniactwo. Przekręcił lekko głowę i pokazał lewą stronę kłów. Wyglądało to dracznie. Marcus zrobił podobną minę, bo wiedział jak bardzo Lupus wstydzi się swojej osoby i wyglądu. Zawsze odwzajemniał jego miny, aby ten poczuł się pewniej. Już pierwszego dnia w Uniwersytecie, gdy nowi uczniowie wchodzili na teren szkoły, jeden z zasuszonych grzybów Rokna poleciał, wprost w lewy bok twarzy Lupusa. Jak się później okazało, rzuciła go młoda przedstawicielka rasy Wookiech, Hiauh, co w dosłownym przetłumaczeniu znaczy sierść.
W niedługi czas później, zmarł jego ojciec w wypadku na Couruscant. Jak podawała policja, zaczepili go jacyś Wookiech, których trudno spotkać na takiej planecie jak Coruscant. Podczas szarpaniny, ojciec Lupusa potknął się i wypadł za barierkę. Spadł na ostatnie poziomy Imperial City. Nawet jeżeli przeżył, rozszarpałyby go Shoule, zamieszkujące dolne poziomy miasta. Ten wypadek dobił Lupusa zupełnie, dodatkowa antypatia ze strony kolegów z szkoły, załamały go i doprowadziły do próby samobójstwa.
W jedną z ciemniejszych nocy, wyszedł z Uniwersytetu, i poszedł w stronę Klifów Tahika, miejsca gdzie zamieszkują same boetay. Chciał dać się zjeść żywcem. Miał jednak pecha, bo tej samej nocy Marcus wymknął się z kolegami aby spróbować huttańskiej Bogi Nogi, napoju który jednym słowem odpręża umysł.
Podczas popijania napoju, Marcus ujrzał Lupusa idącego przez las. Na początku śmiał się, że Lupus idzie się utopić w strumyczku. Jednak chwilę później nie było mu do śmiechu. Gdy wraz z kolegami usłyszeli przeraźliwy krzyk a raczej warknięcie, wszyscy uciekli, poza Kirem. Poszedł w stronę Lupusa, a gdy doszedł do miejsca gdzie ten spoczywał, ujrzał nie lada widok. Lupus siedział na ściętym drzewie, a tuż obok niego leżał jeden z boetayów.
Miał oderwaną jedną łapę, a głowa leżała kilka metrów obok. Gdy Marcus zapytał się Lupusa co się stało, ten odpowiedział: „Warczał na mnie, więc się zdenerwowałem...”. Od tamtej pory Marcus jest najlepszym przyjacielem Lupusa, i najprawdopodobniej jedynym.
- Lupus, dobrze wiesz że zawsze stanę po twojej stronie nie zależnie od sytuacji... więc nie musisz mnie przekupywać... jesteśmy przyjaciółmi, a takie gadanie tylko...
- No takh... dobra choć, pokaże ci ten kwiatekhh... – Lupus, podniósł z ziemi małe urządzenie które doprowadziło do zamoczenia Marcusa. Ruszyli przed siebie.

***

- To tutajhh. – Lupus zatrzymał się na małej polanie i wskazał pazurem miejsce ukrycia kwiatka. Marcus kiwnął głową i podszedł do wskazanego miejsca. Z pomiędzy wysokiej trawy ujrzał malutki, czerwony kwiatek, z małym dzwoneczkiem na środku. Jego listki na łodydze miały kolor brązowawy, jakby lekko zgniły; jego korzenie, choć był tylko kwiatkiem, sięgały na ponad dziesięć centymetrów z ziemie. Ten kwiat był naprawdę wyjątkową rośliną.
Marcus szybkim ruchem ręki zerwał kwiat, odrywając go od reszty korzeni. W laboratorium zrobi mu nowe, genetycznie usprawnione. A teraz musiał wracać. No i oczywiście wysłuchać lamentów Mistrza Briza Vrinna.
- Dobra Lupus, zbieramy się. Wracamy do Uniwersytetu. – Mówiąc to Marcus postawił krok naprzód. Ale już po chwili zamarł w miejscu. Odwrócił się z poważna miną w stronę Lupusa. Jeszcze nigdy żaden z nich nie zapuścił się tak głęboko w las. Młody tradoshanin już wiedział o co chodzi. On i Marcus zgubili się. Żaden z nich nie miał pojęcia jak wrócić do Uniwersytetu.

***

Lupus, usiadł na kamieniu. Oznajmił że dalej nie pójdzie.
- Nie żartuj... przeszliśmy dopiero gdzieś z pięć kilometrów... – Marcus, stanął w miejscu, ale wciąż podskakiwał i chodził wokoło.
- I to te pięć kilometrów za dużohh... – Przyjaciel Marcusa wyraźnie przypieczętował swoje słowa uśmiechając się, i pokazując swoje kły. Marcus za każdym razem gdy na nie patrzył, nie mógł uwierzyć że natura dała taka broń, komuś takiemu jak Lupusowi. Gdyby młody tradoshanin był człowiekiem, zapewne byłby niski, lekko garbaty i w wielkimi okularami. Po korytarzach sunąłby z książkami wlepionymi w pierś, i co za tym idzie, byłby pośmiewiskiem dla całej szkoły. A tak, był wysoki, umięśniony, i wyglądał jak ktoś kto dopiero co wyszedł z kryminału.
- Zrozum że ktoś może być słabiej przystosowany do pracy fizycznejhh... ja na przykład czuję się już zmeczonyhh.
Marcus odetchnął głęboko i usiadł obok przyjaciela. Spuścił głowę i nabrał powietrz do płuc.
- Może i masz racje... chwila odpoczynku nie zaszkodzi. A jeżeli nie wrócimy przed zmrokiem, to zaczną nas szukać...
- A jeżeli... no tak tylko w czystej teorihh.. jeżeli o nas zapomnieli? Jeżeli nie zaczną nas szukaćhh? Co wtedy zrobimyhh? – Lupus wielkimi oczami zaczął się wpatrywać w Marcusa. Zaraz potem odwrócił w stronę otaczającej ich puszczy. Popatrzył chwilę w jedno z ciemniejszych miejsc puszczy. Po woli zaczął odwracać głowę w stronę Marcusa. Kiedy w końcu jego wzrok zatrzymał się na jego twarzy, gdyby mógł, zapewne posiniałby ze złości. Twarz Marcusa była wygięta w nieludzkim grymasie śmiechu. Wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć; w oczach miał łzy, a na policzkach był czerwone ja burak. Nagle, po chwili ciszy, Marcus wybuchnął całą parada śmiechów i żartów. Po chwili spadł z kamienia i zaczął tarzać się ze śmiechu.
Lupus wstał bezgłośnie. Z kamienną twarzą zaczął iść w kierunku w którym szli kilka minut wcześniej. Marcusowi udało się podnieść z ziemi. Śmiał się jeszcze z dobre dziesięć minut za plecami Lupusa. Ale po następnych dwóch godzinach marszu, jego uśmiech zszedł mu z twarzy.

***

Nadeszła noc. A noce na Arianie nie należą do najprzyjemniejszych. Temperatura spadła kilku stopni poniżej zera. Tylko nieliczne ptaki były na tyle silne aby wciąż śpiewać i wydawać z siebie dźwięki których żadna istotna nie byłby w stanie powtórzyć. Liście na wysokich drzewach nie przepuszczały zbyt wiele światła, więc w nocy panowała kompletna ciemność. W nocy często padały deszcze, więc poziom wody podnosi się; z malutkiego strumyczka w mgnieniu oka powstaje śmiercionośna rzeka.
Kir leżał zawinięty w liść jakiegoś drzewa które rosło obok miejsca które wybrał na spanie. Zresztą nie on wybrał a nogi Lupusa. Tradoshanin zwyczajnie padł ze zmęczenia. Podczas marszu zaczęło padać więc Lupus zakończył wycieczkę słowem „Dośćhh”; Marcus usłyszał jak coś ciężkiego upada za nim. Lupus leżał jak kłoda. Obydwoje spali. Byli zmęczenia i przemoknięci, ponieważ kilka godzin temu spadł deszcz. Żaden z nich nie miał pojęcia w którą stronę iść.
Nagle, Lupus otworzył jedno oko. Zdawało mu się że coś usłyszał, coś co przypominało buczenie jakiegoś owada. Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, poczym uświadomił sobie czym był owy dźwięk.
Marcusa obudził silny ból brzucha. Otworzył powoli oczy, nim zdążył zrozumieć na co patrzy, następny ból odezwał się w nodze. Marcus sparował następne uderzenie, i szybko podniósł się z miejsca. Dopiero teraz ujrzał swojego napastnika. A raczej nie ujrzał bo panowała zupełna ciemność. Ale wiedział kto to był. Lupus, wymyślił wspaniały sposób aby go obudzić. Już chciał zacząć kłótnie kiedy Lupus wydarł się na całe gardło i wskazał pazurem w niebo.
- Patrzhh! – Wzrok Marcusa powędrował za jego pazurem. Gdy podniósł głowę ujrzał coś co przepełniło go nadzieją. Nad ich głowami wisiał statek. Przeczesywał las ogromnymi reflektorami. Z takiej odległości nie można było stwierdzić jaki to statek i jakiej klasy. Ale jedno w tym statku było szczęśliwe. Na boku statku widniał podświetlony, i jakże dobrze rozpoznawalny znak Uniwersytetu Arianu. Byli uratowani. Przynajmniej tak im się wydawało...

***

- Wy zakute łby! Musiałem podnieść na nogi wszystkie patrole i służby! Przez was dwóch cały Uniwersytet stał na nogach już o drugiej w nocy! Wiece co to znaczy? Ludzie panikowali na waszą myśl! A wy dwoje wybraliście się na wycieczkę krajoznawczą, tak? Powiem jedno: jesteście genialnie, wprost niewiarygodnie genialni! – Marus po raz trzeci przetarł twarz z śliny Mistrza Briza Vrinna. Wczoraj przybyli do budynku uczelni o czwartej, i do tej też pory cała szkoła nie spała. Mistrz nie dal im się nawet przebrać, tylko od razu wziął ich na dywanik.
Teraz siedzieli na niewiarygodnie niewygodnych krzesłach, które swoją budową uniemożliwiły siedzącemu utrzymać jednej pozycji przez kilka minut.
Marcus co jakiś czas spoglądał na Lupusa, który z spuszczoną głową, słuchał wywodów Mistrza.
– Czy wy chociaż zdajecie sobie sprawę co zrobiliście? Czy do was dociera że jesteście skończonymi półgłówkami, a wasi rodziciele to ostatni...
- Dosyć Vrinna. Wystarczy. Teraz ja z nimi porozmawiam. – Z rogu pokoju, jak duch, wyszedł Mistrz Talice Naertch. Marcus przysiągłby że wcześniej go tam nie było.
Ale nie czas był teraz nad tym myśleć. Marcus w myślach wychwalał Talica za to że przerwał rozmowę, a raczej monolog, w najbardziej odpowiednim momencie. Już kiedyś jeden z uczniów zażartował z rodziców Lupusa. Po skończeniu żartu, obudził się w skrzydle szpitalnym z poważnymi urazami. Lupus mało co nie wyleciał ze szkoły. Kir bał się o to co mogłoby się stać gdyby ich „kat” dokończył zdanie.
Briza spojrzał na Naertcha wzrokiem tak ostrym i tak zabójczym, że strzał z blastera byłby niczym gdyby Mistrz Vrinna mógł strzelać oczyma. Talice wciąż patrzył spokojnie na gnębiciela Marcusa i Lupusa. Po chwili Vrinna opuścił wzrok, wziął z biurka kilka papierów, i szybkim krokiem odszedł z miejsca, poczym udał się za drzwi. Przed wyjściem rzucił jedno z swoich spojrzeń w stronę Lupusa i ostatecznie wyszedł. Dopiero wówczas Mistrz Marcusa zajął jego miejsce.
Miał na sobie identyczną szatę jak reszta nauczycieli i Mistrzów. Jedyna różnica między nauczycielami a Mistrzami stanowił fakt że Mistrzowie byli Jedi. A nauczycieli byli nauczycielami. Ich obowiązki nie różniły się zbytnio, ale Mistrzowie prowadzili oddzielną Akademię dla szczególnie uzdolnionych uczniów. Naertch usiadł na krześle poprzednika i jakby zmęczonym wzrokiem popatrzył na winowajców. Lupus dopiero teraz, od początku spotkania, odważył się podnieść głowę. Marcus za to ja opuścił. Było mu wstyd że jego własny Mistrz musi go karać, nawet jeżeli chodzi o karę słowną. Niedawno zaczął nauki na Rycerza Jedi. Nie szło mu najlepiej, ale jakoś dawał sobie radę. Jego Mistrzem był właśnie Talice.
- No dobrze chłopcy... – Rozmówca zaczął pierwszy. – Więc od początku. Co dokładnie się stało?
- A więc Mistrzu, wysłałeś mnie do lasu aby odnalazł Mrieu. – Talice przytaknął, i szybko rzucił spojrzenie Lupusowi. – Kiedy byłem w trakcie poszukiwań, spotkałem Lupusa, który... – Marcus przystanał na chwile, nie wiedząc jakiego słowa użyć.
-... który uciekł z zajęć, prawda? – Mistrz dokończył za niego. Lupus ciężko przełkną ślinę. Wyglądał jakby za chwilę miał wybuchnąć płaczem i złością.
- Taak.. tak można to nazwać... no i spotkałem go, a on powiedział że widział kwiatek, więc poprosiłem go o pomoc. – Marcus spojrzał prosto w oczy Mistrza. Były niewzruszone. Nic nie wyrażały. Kir zaczął się lekko denerwować.
- A o ile dobrze pamiętam, miałeś kwiat zdobyć samemu... bez pomocy...
- Ależ Mistrzu, on mi tylko pokazał miejsce, sam po niego poszedłem, sam go zerwałem i sam go przyniosłem... – Młodzieniec zaczął przebierać palcami. Lupus wciąż patrzył na Mistrza, ale ten nawet nie drgnął.
- Być może dałem ci za trudne zadanie Kir. Zgłoś się do mnie jutro. Dam ci nowe. Łatwiejsze. – Talice wstał otrzepał szatę z kurzu i zaczął wychodzić.
- Ależ Mistrzu, ja... ahh.. – Marcus zrezygnował z dalszych negocjacji. Wstał, przyciągnął się i rozmasował obolałe części ciała. Spojrzał na Lupusa. Młody tradoshanin wciąż siedział, wpatrując się w miejsce w którym jeszcze przed chwilą siedział Mistrz.
Marcus znał to spojrzenie. Miał on takie kiedy widział Lupusa idącego przez las aby popełnić samobójstwo. Lupus znowu spróbuje się zabić. Marcus wiedział że i tym razem, nie może na to pozwolić.



(1) 2 3


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 0,00
Liczba: 0

Użytkownik Ocena Data

Tagi: Fanfik / opowiadanie (247)

Komentarze (7)

Fajne,ale Karl ma racje.
Czegoś tu rakuje.

Dobre
Ale mam wrażenie że brakuje jakiegoś fragmentu

Fajne opowiadanie.8.

Ekhm...co do "kol"..coz, bobel nie ztej ziemi... :D z spojoscia bylo ciezko zeby to wszystko ladnie wlepic, jak widac nie wszytko jest OK... tylko nie bardzo rozumiem "ze urywa sie w polowie"... Marcus jest na Garos, pozniej na Kashyyyk, na Coruscant, na Yavinie i na...to w drugiej czesci :> przed kazdym rodzialem jest zaznaczony czas i miejsce akcji...wiec albo debil ze mnie albo nie wszystko wklejone...

też mi czegoś brakuje... kilku puzzli do tej układanki... ;)

poczatek bardzo fajny, ale potem...od 3 zakładki już nic nie kumam jak to się skończyło...chyba coś nie zostąło wklejone, bo przeciez to si urywa w półowie!!! Wkradły się również takie małe boble typu "koła" statku, a także trochę ze spójnościa z EU mi się kilka rzeczy nie zgadza, ale to da sie wytłumaczyć...

Czekam na dodoanie całego opiowiadania bo coś mi się wydaje że tu wszysktiego nie ma

Jest OK Yoda, oby tak dalej !!

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.