Wojny Klonów

Wojny Klonów: Odcinek IV

Autor: Helian
Na podstawie serialu "Clone Wars" Genndy'ego Tartakovsky'ego
Autorzy oryginalnych scenariuszy:
Bryan Andrews
Mark Andrews
Darrick Bachman
Paul Rudish
Genndy Tartakovsky
George Lucas
Redakcja i korekta: Wedge

Bastion Polskich Fanów Star Wars, Stopklatka i autorzy
nie czerpią żadnych dochodów z opublikowania poniższych treści.
Adaptacja jest wykonana przez fanów dla fanów.








O D C I N E K


4



Są istoty, które nie boją się śmierci. Takie, co idą na wojnę, by bronić swych rodzin, poglądów i praw. Takie, które są gotowe oddać życie w imię wyższych idei. Takie, dla których walka jest czymś szlachetnym, stanowiącym sens ich życia, bez których stałyby się nikomu niepotrzebnym skupiskiem materii. Właśnie takie istoty walczyły w przestrzeni kosmicznej wokół planety Muunilinst.

Toczyły śmiertelne pojedynki z przeważającymi siłami wroga. Wroga, który był tak tchórzliwy, że nawet nie stawał twarzą w twarz do walki – tylko wysyłał maszyny, by walczyły za niego. Wroga, który zamiast honorowo spotkać się na polu chwały podstępnie wydzierał okruchy zwycięstwa.

Dziś jednak ten wróg został przyparty do muru. Dziś bronił się, gdyż atak przeprowadzał nie byle kto. Kosmiczną bitwę prowadził sam Anakin Skywalker – prawdopodobnie najpotężniejszy Jedi, jakiego kiedykolwiek widziała galaktyka. Właśnie ten człowiek był prawdziwym przykładem męstwa, bohaterstwa i odwagi. To on zostawił kobietę, którą kochał ponad wszystko na świecie, by zasłonić całą galaktykę własną piersią. To człowiek, który nie obawiał się śmierci. Wręcz przeciwnie, patrzył jej głęboko w oczy, rzucał wyzwanie i wygrywał. Nic go nie mogło powstrzymać, gdyż był sobą – Jedi prowadzonym przez Moc. Wiedział o co i dla kogo walczył!

Jego sklonowani towarzysze w płatowych myśliwcach typu Torrent mogli jedynie patrzeć z rozdziawionymi ustami, jak Skywalker bez najmniejszego trudu strącał nieprzyjacielskie maszyny. Widząc to nie wątpili w zwycięstwo. A nawet jeśli… to i tak ich szkolenie nie przewidywało żadnych wątpliwości.

Tuż pod nim, na powierzchni planety, odbywał się atak naziemny, którym dowodził genialny generał, błyskotliwy Jedi i wielki przyjaciel – Obi-Wan Kenobi. Koordynował salwy artylerii, która trafiała coraz bliżej centrum dowodzenia Separatystów i nakazywała piechocie przeć naprzód w samo serce wojny.

Sama jego obecność podnosiła morale żołnierzy, którzy przedzierali się przez tysiące śmiercionośnych droidów.

Każdy krok, każda minuta przybliżały ich do zwycięstwa, które było już na wyciągnięcie ręki.

Do wiktorii, która mimo wszystko wciąż mogła się przerodzić w tragedię.

Są istoty, które śmierci się nie boją, lecz znajdą się i takie, co na samą myśl o niej reagują nieopanowanym atakiem paniki. W kwaterze dowodzenia Separatystów aż roiło się od tchórzy. Siedziba Galaktycznego Klanu Bankowego była nimi wypełniona po brzegi.

Wspomniani tchórze, w większości tubylczy Muunowie, z przerażeniem wpatrywali się w hologram przedstawiający panoramę ich ukochanej stolicy. Zazwyczaj tętniące życiem Harnaidan było zupełnie wymarłe… W ferrobetonowych kanionach ulic od czasu do czasu rozlegały się echa wybuchów i blasterowych strzałów. Jednakże te dźwięki przybliżały się… i były coraz bardziej natarczywe.

Jeden z muuńskich bankierów machnął palcem nad kwadrantem obrazującym fragment przedmieść, powiększył go, po czym skupił na nim całą uwagę. Z rozszerzającymi się z przerażenia oczami patrzył, jak ostatnie broniące dostępu do miasta szeregi wojsk zostają zmiecione z powierzchni ziemi. Obojętnie, czy były to pospolite „chudziaki” typu B1 Federacji Handlowej, czy też roboty-pająki Gildii Kupieckiej – zarówno wielkie, siedmiometrowe modele OG-9 z zawieszoną pomiędzy czterema nogami, uzbrojoną w lasery sferą, jak i karłowate, dwumetrowe modele DSD1 z przypominającym nos laserowym działkiem – wszystkie kończyły tak samo.

Wystarczyła chwila. Chwila, aby te warte tysiące kredytów maszyny zamieniały się w stertę złomu.

W polu widzenia holokamery na opustoszały plac boju wbiegł samotny porucznik klonów z ciężkim blasterem w dłoniach. Rozejrzał się czujniej i machnął ręką.

Holokamera poszerzyła pole widzenia i przerażony bankier ujrzał działo. Potem drugie i jeszcze następne. Cały szereg mocarnych dział. Muun z niedowierzeniem śledził wzrokiem masywne sylwetki republikańskich mobilnych dział SPHA-T, kształtem przypominających żuki z umieszczoną na grzbiecie długą lufą ciężkiego turbolasera. Machiny sprawnie poczęły wypluwać kanonady błękitnego ognia. Koncentrowały ogień za każdym razem na jednym budynku, który po chwili zapadał się w chmurze pyłu i ognia. Dzięki temu na cel wystawiały się kolejne wieżowce… i jeszcze następne. Ulice, zasypane lawiną ognia, gruzów i szczątków walących się budowli, grzebały setki droidów, machin kroczących, czołgów i innego sprzętu Separatystów. Republika dosłownie wyrąbywała sobie drogę do centrum dowodzenia wroga, pozostawiając jedynie szeroki dywan zgliszcz, który nie stanowił żadnej przeszkody dla maszerujących klonów.

Czołowy SPHA-T podniósł lufę do maksymalnego pionu i wystrzelił. Salwa trafiła tak blisko centrum, że umocniony budynek zatrząsł się w posadach.

- Te działa niszczą nasze wysunięte pozycje! Republika się przedziera! – wykrzyknął San Hill, chciwy prezes Galaktycznego Klanu Bankowego. Drżał na całym ciele patrząc, jak republikańskie bestie zamieniają jego ukochane miasto w ruinę rodem z Dzikich Przestworzy.

Słowa Munna przerwał nagły wstrząs, znacznie potężniejszy niż wszystkie poprzednie. Cała wieża zadrżała złowieszczo. Muunowie, a także tkwiący razem z nimi nemoidiański prominent, rozpierzchli się w panice.

- Panie Prezesie, nasze działo planetarne przy wieży zostało zniszczone!!! – zameldował płaczliwie jeden z podwładnych Hilla. Nie mógł wiedzieć, że stało się to za sprawą szalejących za ścianą i na dachu zwiadowców SOZ.

- Ich zasięg jest większy niż myśleliśmy! – dodał drugi.

- To musiała być ich artyleria! – krzyknął trzeci.

San Hill zaczął się trząść. Nie tak wyobrażał sobie obrót zdarzeń, gdy podpisywał na Geonosis pakt zawiązujący Konfederację.

- Co my zrobimy, co my zrobimy!? – skamlał w panice. Nagle spojrzał na stojącą w pobliskim cieniu potężną sylwetkę, wyciągnął oskarżycielsko palec i warknął: – Nie wiem, po co Dooku cię tu przysłał, skoro potrafisz tylko stać z…

W tym momencie Muun nagle urwał. Nie dlatego, że stracił wątek, czy po prostu zabrakło mu przekleństw. Przeszkodziło mu co innego – potężna, okuta w durastalową rękawicę ręka, zaciśnięta na jego gardle. W krótkiej chwili wyrósł przed nim ogromny, ponad dwumetrowy, szeroki w barach, zakuty w zbroję łowca nagród.

Durge.

Osobisty wysłannik Hrabiego Dooku.

Może i w tej sali było mnóstwo tchórzy, lecz ten jeden na pewno się do nich nie zaliczał. Stanowił niebywały kontrast dla otaczającego go tła.

Durge, istota której nie można było zabić, zaciskał właśnie pięść na kruchej szyi i rozważał, czy nie zgnieść tego nędznego robaka, który odważył się ubliżyć jego osobie.

- To znaczy… Cokolwiek rozkażesz… – wyksztusił San Hill.

***

Krew.

Durge, niepokonany łowca nagród, miał jedną słabość w całym swoim dwutysiącletnim życiu – nienawidził Mandalorian. Nienawidził tak bardzo, że był gotów lecieć na drugi koniec galaktyki, by osobiście wypatroszyć ostatniego z ich szeregów. Żądał krwi. Potrzebował krwi. Krew Mandalorian była esencją jego życia.

Krew.

Nie zawsze tak było. Jego krewniacy z rasy Gen’Dai stanowili wyjątkowo pokojowy i niekonfliktowy gatunek. Wydawało się to o tyle kuriozalne, że byli przecież niemalże niezniszczalni. Elastyczne ciało, humanoidalne z kształtu, potrafiło znieść niewiarygodne uszkodzenia, wliczając w to rozerwanie na strzępy. Rozproszony system nerwowy był na tyle skuteczny, że oderwane kawałki mogły się nawet na powrót łączyć, a na miejscu uszkodzonej kończyny natychmiast formowała się nowa. Cudowna umiejętność, wymarzona dla łowcy nagród, a zwłaszcza z tak długim stażem. O tak, Durge miał co wspominać.

Walczył z Jedi tysiąc lat temu, w czasie Nowej Wojny Sithów, kiedy to Bractwo Ciemności poniosło niezasłużoną klęskę w siedmiu bitwach na planecie Ruusan. Już wtedy był starym i doświadczonym wojownikiem i już wtedy miał na pieńku z Mandalorianami.

Zabawne, że swoje umiejętności walki zawdzięczał właśnie jednemu z nich.

Nazywał się Jaing i był jego nauczycielem. Dawno temu odszedł od Mandalorian dowodzonych przez Ung Kuspa i wkroczył na własną ścieżkę. Spotkał Durge’a – niespokojnego ducha, któremu krwawa natura nie mogła zapewnić ukojenia wśród pacyfistycznych ziomków. Wyszkolił go w taktyce walki i sztuce zabijania. Ale zemsta dosięgła doświadczonego wojownika – to właśnie mandaloriańskie pachołki Kuspa zabiły Jainga, a Durge poprzysiągł zemstę na wszystkich parszywych przedstawicielach tej zdradzieckiej kultury.

Utrata sithańskich pracodawców tysiąc lat temu nie spowodowała jednak, że Durge stał się mnie krwawy. Przeciwnie – nadal z lubością wykonywał zawód łowcy nagród, gromadząc pokaźnych rozmiarów fortunę. Ale w końcu trafił swój na swego. Gen’Dai nie mógł się oprzeć pokusie zamordowania urzędującego Mandalore’a. Tylko kiedy to było… ach tak, jakieś osiemdziesiąt lat temu. Oczywiście mu się udało, jakżeby inaczej. Pamiętał uczucie triumfu, zapach krwi… I wściekłość, jaką poczuł, gdy go złapali. A potem się zemścili.

O tak, Mandalorianie wiedzieli o bólu więcej niż ktokolwiek inny.

Wtedy też i Durge nauczył się, że może istnieć ból bez końca. Ból odbierający zmysły… Wymazujący tożsamość skuteczniej niż jakikolwiek narkotyk. Kwintesencja piekła. A jednak uciekł. Jego oprawcy nie potrafili go zabić, więc chcieli zapewnić mu wieczne cierpienie. Ale on im się wymknął. Dlatego, że był dobry.

Najlepszy.

Choć trzeba przyznać, że zregenerowanie ran i odzyskanie dawnej sprawności zajęło mu wiele dziesiątek lat, z których większość spędził zagrzebany żywcem w ziemi. Ale powrócił. Zawsze będzie powracał. No, chyba żeby ktoś spalił go do ostatniego atomu… Lecz to nie miało prawa się nigdy zdarzyć.

Przyszedł czas na zemstę. Krew wisiała w powietrzu.

Gdy wrócił przekonał się, że ostatnich Mandalorian wybili Jedi na planecie Galidraan. Pozostał jeden, Jango Fett… Ale Jango też już nie żył, zdekapitowany cztery miesiące temu na Geonosis. Wprawdzie jego synalek Boba wszedł Durge’owi w paradę całkiem niedawno, kradnąc mu sprzed nosa dobrze opłacone zlecenie, ale to było nieistotne – i na Bobę przyjdzie czas. Teraz po galaktyce panoszył się poważniejszy problem.

Jango Fett wrócił.

Wróciły setki tysięcy Jango Fettów.

Parszywe klony. Ale przynajmniej zabijanie ich było bajecznie proste i przynosiło sporą gratyfikację ze skarbca Hrabiego Dooku. Za każdym razem, gdy Gen’Dai miażdżył okryte białą zbroją plugawe ludzkie ciało, czuł, że cząstka Mandalorian znika z galaktyki na zawsze. Czuł się jak zabójca owadów – taki, który powybijał już wszystkie gatunki, ale zostały mu setki tysięcy egzemplarzy tego ostatniego. Ale on miał czas, a zwycięstwo było nieuniknione. Tak naprawdę gdzieś miał całą tę wojnę, chodziło mu wyłącznie o zemstę. A to, że klony walczyły pod rozkazami Jedi, tylko dodawało całej sprawie uroku.

Jedi też nie znosił.

Przyszedł czas na krew.

***

Hermetyczny durastalowy pancerz. Bliźniacze blastery w kaburach. Wyposażone w kolce wzmacniane buty. Wokabulator nadający głosowi ponure, studzienne brzmienie. Złowieszcze malowidła na piersi i ramionach. Śmiercionośna lanca energetyczna w dłoni.

Durge wyruszał na wojnę.

Zasiadł za sterami swego zmodyfikowanego śmiga. Dziób maszyny zdobiły zęby i czaszka tajemniczego stworzenia, wieszczące nieuniknioną śmierć każdemu, kto odważyłby się stanąć im na drodze. Łowca odpalił silnik, mocno chwycił potężną czarną lancę z niezwykle wytrzymałego stopu i zerknął za siebie. Ujrzał tam karne szeregi jednakowych, rdzawych śmigów, na których zasiadały chude, czarne droidy-lansjerzy z serii IG. To były najbardziej śmiercionośne maszyny, jakie widział świat. Zakres widzenia na cylindrycznych głowach wynosił 360 stopni, a wszystko to dzięki obrotowym fotoreceptorom i czułym sensorom. Uzbrojone w broń śmigi najnowszej klasy, ładunki wybuchowe, lance na wzór tej posiadanej przez dowódcę i pancerz pokryty czarną farbą – roboty przypominały raczej wychudzone widma. Ich nadejście zwiastowało rychłą rzekę krwi.

Wszystkie maszyny na znak Durge’a ruszyły z hangaru na rzeź.

Szeregi klonów były już na progu miasta. Blasterowe bolty roznosiły broniące Harnaidan droidy na kawałki. Mocarne czołgi AAT rozpadały się pod ogniem machin kroczących AT-TE i pocisków z przenośnych rakietnic klonów. Wtem z chmury ognia i pyłu wyłonił się sam Durge. A za nim setka czarnych, lśniących zabójców.

Dzierżący rakietnicę klon mógł tylko stać w kompletnym zaskoczeniu, gdy chmara śmigów runęła na piechotę klonów. Durge szeroko rozciągnął swą kawalerię, by przedrzeć się przez nich jak przez masło. Tratując wszystko, co stanęło im na drodze, droidy zmiatały wroga, zupełnie jakby był on niewiele więcej jak ulicznym śmieciem. Mimo, że klony walczyły odpowiadając ogniem, nie mogły nic zrobić przeciwko rozpędzonej szarży Durge’a. Ludzkie ciała, poszarpane na kawałki, fruwały w powietrzu. Nic nie było w stanie tego zatrzymać.

Nawet jednostki AT-TE nie oparły się atakowi. Mimo potężnej siły ognia, powolne machiny eksplodowały jedna za drugą. Roboty IG w mgnieniu oka namierzyły słabe punkty pancernych pojazdów i wykorzystywały je niemiłosiernie, uderzając lancami i powodując tragiczne w skutkach przeciążenia silników lub też wykorzystując ładunki wybuchowe.

Tego, co nie udało się tysiącom jednostek droidów, Durge dokonał w kilka minut, korzystając tylko z setki maszyn. Samotny snajper klonów, który ośmielił się strzelać w łowcę nagród, szybko został strącony ogniem z jednego z blasterów Gen’Daia. Gdy nie został już nikt, kto mógłby stawić mu opór, Durge przedarł się na tyły wroga, tam gdzie stacjonowała artyleria Republiki.

Łowca pochylił lancę, a posłuszne droidy powtórzyły ten gest. Dzieląc swoją grupę na dwie fale, Durge runął z prawej flanki na dwa równoległe szeregi dział SPHA-T. Lance przebijały pancerz tak jakby to było powietrze, a ładunki wybuchowe, rzucane w przelocie, rozrywały działa na strzępy pozostawiając po sobie tylko zgliszcza.

Jeden szybki przejazd śmigów wystarczył, aby cała bateria artylerii stanęła w płomieniach.

Durge uniósł lancę w górę na znak triumfu, a jego umysł przenikała tylko jedna myśl.

JESZCZE!!!

Są istoty, których śmierć nie dotyczy i te stają się nią samą.




Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 9,62
Liczba: 34

Użytkownik Ocena Data
darth ryba 10 2014-04-10 12:39:00
Mistrz Joker 10 2013-07-22 22:24:21
TheMatixmaster 10 2013-01-24 19:11:05
Wojtek K. 10 2008-03-14 20:56:55
Vaderr 10 2007-05-08 17:15:44
Elerrin 10 2007-03-02 23:00:46
Merduk 10 2007-03-02 22:55:08
Helian 10 2007-02-24 00:50:18
Syf Lord<yeah> 10 2007-02-21 09:56:21
Master Grim 10 2007-01-31 16:46:30
Ziame 10 2007-01-27 10:04:04
Lord Raider 10 2007-01-23 21:27:30
mgmto 10 2007-01-19 21:23:07
Shadow 10 2007-01-16 17:29:43
Mistrz Seller 10 2007-01-16 16:12:56
Kasis 10 2007-01-16 16:03:50
Bakuś 10 2007-01-16 10:12:02
Hiwatari 10 2007-01-16 09:58:09
Lord Bart 10 2007-01-15 22:36:25
Shedao Shai 10 2007-01-15 21:29:24
masterYoda 10 2007-01-15 20:39:15
Rusis 10 2007-01-15 20:05:51
Carth Onasi 10 2007-01-15 19:19:03
Lord Sidious 10 2007-01-15 19:00:09
hawaj27 9 2012-11-19 21:28:20
Melethron 9 2010-02-27 22:19:27
Dorg 9 2008-10-31 22:26:13
Misiek 9 2007-02-18 23:09:36
Nadiru Radena 9 2007-01-16 13:01:45
the chosen one 9 2007-01-15 21:51:30
Hego Damask 9 2007-01-15 19:05:03
Wedge 9 2007-01-15 19:04:08
promil 8 2007-01-16 16:20:21
Mroczna Jedi 7 2008-03-19 20:34:33

Tagi: Clone Wars (63)

Komentarze (26)

Odnalazłem to opowiadanie dziś przez przypadek i sam siebie przeczytałem z wielką przyjemnością wspominając stare nas zeszłym w kratkę i długopisem. Aż się łezka w oku kręci. A najmilej że po tylu latach nie ma się czego wstydzić (choć dziś pewne błędy bardziej rażą, ale co tam) :) Pewnie dziś napisał bym to zupełnie inaczej

I tylko czerń i biel... I tylko wspaniali, niezwyciężeni, potężni Jedi... I Durge. Wreszcie wiem, któż to zacz, bo na filmiku bladego pojęcia nie miałam. Można go podsumować jako "Grievous wersja alfa". Niech żyje Kenobi!
7/10

durg sux ;/

supe!!!!!!!!po prostu zajebieste ani huja:D:D:D:D:D:D:D:D:D:D:D

To Durge to taki wiekowy kozak?? Extra napisane!

"Jego sklonowani towarzysze" - brzmi to tak, jakby leciały za nim setki Anaakinów :P
"Uzbrojone w broń" - ...?

Mandalor Wielki > Jaing był prawdziwym Mandalorianinem, Ung Kusp - idiotą, który wymyślił sobie "nową drogę" dla Mandalorian. Więc niechęć Durge'a do Mandalorian w gruncie rzeczy opiera się na tym, że jego przyjaciela zabili ludzie, którzy się NAZWALI Mandalorianami, ale w gruncie rzeczy - z punktu widzenia Mandaloriańskiego honoru - nimi NIE byli. Zresztą, Mandalorianie zmieniali się na przestrzeni lat niejednokrotnie, często na wielką niekorzyść.

"Mroczny Durge" - super!

DURGE IS THE BIGGEST AND FRIQQUIS... jak ktos greal w wh40k to zna odzywki orkow :)

Zdecydowanie najlepiej napsiany odcinek z tych jakie do tej pory wyszły ;]

Świetne Hel, świetne :) Brawo

No, no. Brawo. Dałam 10/10, bo jak na razie podobało mi się najbardziej.
Bardzo fajnie się czytało, przyjenie. I dużo się dowiedziałam o tym Durgu. Nawet nie wiedziałam, że on się tak od lat rozbijała po galaktyce. Naprawdę dobra robota:)

Zginął w komiksie Obsesja, wydanym w Polsce przez Mandragorę. Można go dostać w większości saloników prasowych i w prawie wszystkich Empikach.

A jak ten cfaniak zginol?
tez w serialu anakin go zmasakrowal jesli tak w ktorym bo qrcze nie pamietam niczego takiego.. :)

Co tu dużo mówić po prostu znakomite :)

I pomyslec, ze zostal zabity przez takiego smarka jak Skywalker...
Czasami nienawidze liniowosci Star Wars.
Kto zabil Dooku? Skywalker.
Kto zabilswietnego Durga? Skywalker.
Dobrze, ze Yoda nie wpadl w jego rece:)

Wrog Mandalorian i Jedi... pieknie opisane. Teraz wiadomo czemu ich nienawidzil.

Zobaczcie jaka parodia losu: nienawidzi tych, ktorzy stworzyli z niego Bounty Huntera...
Nie wiem czemu, ale wedlug mnie postac Durge jest smutna i tragiczna...Żałosne Stworzenie:)

Po prostu świetne. Akurat historie Durge znałem wcześniej z pewnej angielskiej strony, ale po porównaniu wychodzi na to samo.

The shame:)

Historia Durge'a jest jednoczesnie genialna i beznadziejna... ale ja nie o tym.

Świetnie napisane.

Po samym wstepie myslalem, ze bedzie dobrze...pozniej cos mi sie nie podobalo..jednak koncowka byla znakomita : ]

Pozostaje mi sie tylko powtorzyc: swietne ;)!

świetne :) Też się dowiedziałem coś niecoś o Durge'u :)

Wcześniej nawet nie wiedziałem kim jest ten cały Durge; do tej pory widziałem go właśnie tylko w Clone Wars. Tutaj mogłem wreszcie trochę poznać jego przeszłość. :)
A wracając do tematu, odcinek IV świetnie napisany. Miałem drobne obawy, lecz na szczęście okazały się bezpodstawne. Doskonała robota! :)
Ocena 10/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.