TWÓJ KOKPIT
0
FORUM Świat Filmu

Napoleon wg Ridleya Scotta

Hego Damask 2023-11-20 21:06:37

Hego Damask

avek

Rejestracja: 2005-05-28

Ostatnia wizyta: 2024-06-12

Skąd: Wrocław

W piątek nowy film Ridleya Scotta o cesarzu Francji. W rolach głównych Joaquin Phoenix i Vanessa Kirby.

Dla przypomnienia trailer:

https://www.youtube.com/watch?v=elWbAIXLrxs

i fragment filmu:

https://www.youtube.com/watch?v=X45DbrvWCyc


Scott zamierza również wypuścić wersję reżyserską w późniejszym terminie na Apple TV.

LINK
  • Re: Napoleon wg Ridleya Scotta

    bartoszcze 2023-11-20 22:36:40

    bartoszcze

    avek

    Rejestracja: 2015-12-19

    Ostatnia wizyta: 2024-06-12

    Skąd: Jeden z Wszechświatów

    Gdybyż mnie Napoleon jakoś obchodził...
    ...ale, kurczę, jakoś nie obchodzi. Więc zobaczę czy zaliczę którąkolwiek wersję i jeżeli to kiedy.

    LINK
  • @#$_&

    cwany-lis 2023-11-28 21:49:34

    cwany-lis

    avek

    Rejestracja: 2003-07-31

    Ostatnia wizyta: 2024-06-12

    Skąd: Sopot

    Szczerze gardzę tym filmidłem, jest szare, wyblakłe, portretuje gigachada Napoleona, jako wycofanego, apatycznego i mrukliwego zazdrośnika, Józefina kradnie połowę filmu, do tego mnóstwo przekłamań historycznych, często na granicy głupoty, lenistwa i debilizmu.

    Ale jego największą wadą jest nuda, takie bajeczki historyczne, jak 300, Borgiowie czy Królestwo Niebieskie potrafiły zachęcić mnie do poznania danej epoki historycznej a film o Napoleonie jest byle jaki. Ale można było się tego spodziewać próbując ogarnąć żywot takiej postaci w niespełna 3 godzinnym filmidle.

    Poniżej zamieszczam bardzo ciekawy roast historyczny tej pożal się Boże produkcji.


    Historyczne nieporozumienie.



    Film jest absurdalnym paszkwilem i całkowicie ahistorycznym tworem zaproponowanym przez, jakby nie było, doświadczonego w produkcji kina historycznego Scotta. Idąc na niego byłem zachwycony wizją przedstawienia mojej ulubionej, pięknej epoki wojen napoleońskich z ich niepodrabialnym kolorytem i pejzażem wybitnych postaci. Dostałem paszkwil na osobę Napoleona przeplatany bzdurami historycznymi oraz zupełnie płaskim i nieporywającym tłem wojen widzianych z perspektywy Anglosasa (dodajmy, że mało lotnego intelektualnie).

    Poniższymi uwagami, o zgrozo, nie mam ochoty przytaczać po raz setny informacji o tym, że Napoleon nie strzelał do piramid ani nie zatopił armii Austriackiej w lodowych odmętach Austerlitz. Mam zamiar wskazać znacznie poważniejsze i systemowe uchybienia, które uderzają wprost w osobę reżysera i serię jego nieprzemyślanych, wręcz głupich decyzji. A więc po kolei...

    Amerykańska wizja Europy to coś co przytłacza, a z drugiej strony rozśmiesza każdego widza - Scott absolutnie nie ma pojęcia gdzie i w jakich okolicznościach toczyły się dane wydarzenia. Oglądając bitwę pod Austerlitz widzimy tak naprawdę wygenerowane przez CGI zimowe prerie Oregonu, na których brakuje chyba tylko grup Indian oraz gór wulkanicznych. Jeszcze lepiej jest w Rosji (gdyby ktoś przysnął i nie zobaczył właściwego napisu zorientuje się po komicznej muzyce chóralnej w stylu retro-łacińskim) gdzie mamy amerykańskie prerie v.2 wzbogacone tym razem o faktycznych Indian, czyli kozaków wyposażonych w prehistoryczny łuk oraz przenoszone w skórzanych noszach moździerze (?). Oczywiście Indiańskim sposobem będą oni wieszać na drzewach i rozczłonkowywać Francuzów, ale to już zrzucę dobrodusznie na próbę spotęgowania doznań estetycznych widza. Sama Moskwa jest natomiast kamiennym, sztucznym miastem pełnym cerkwi. Kamienie te mają natomiast magiczne właściwości polegające na samozapłonie, który sprawi że miasto będzie mogło spłonąć. W istocie w filmie za 200 milionów baniek żadne pole bitwy ani otwarta przestrzeń nie wygląda tak, jak powinna w rzeczywistości. Nie jest to tylko zrzędzenie historyka, lecz świadectwo całkowitego nieuctwa Ridleya. Gdyby chciał to mógłby zaprezentować nam bitwę na zamarzniętym jeziorze (pod Iławą Pruską) czy też poważne sceny oblężenia (np Mantui, Saragossy), zamiast tego wybrał kiczowate wciskanie całkowicie przypadkowych elementów militarnych i geograficznych w obce miejsca. Natomiast co do samych wojen...

    To zapewne najgorszy film batalistyczny, który wyszedł z kamery Scotta. Jest źle, czasami wręcz dramatycznie, a jedyne atrakcyjne sceny bitewne to zgiełk oblężenia Tulonu oraz szarże kawaleryjskie spod Waterloo (słownie dwie na cały film). Po blisko trzech godzinach seansu widz nie jest w stanie dowiedzieć się absolutnie nic o realiach wojny początku XIX wieku i o tym jak wtedy walczono. Ilość błędów jest horrendalna, zakrawająca o próbę sabotowania filmu.

    Te, które na gorąco po obejrzeniu rzucają się w oczy to:

    1) wybuchające widowiskowo kule armatnie (lepiej wyglądało to już w Patriocie Gibsona sprzed 25 lat).

    2) Napoleon (cesarz!) szarżujący w bitwach na czele kawalerii.

    3) niewłaściwe dla epoki uzbrojenie - np. wymieniony już wcześniej prehistoryczny łuk, czy też angielski snajper z lunetą przywiązaną rzemieniami do karabinu czarnoprochowego (!).

    4) całkowicie zmyślone scenariusze bitew, jedynie pod Waterloo starano się jakkolwiek zasugerować, że walka miała jakieś "etapy" i trwała dłużej niż 10 minut strzelania.

    5) Zupełny brak dowódców i hierarchii wojskowej. Zdaniem Scotta bitwa (na bagatela 100 000 ludzi) wyglądała tak, że tyran Bonaparte patrzył przez lornetkę, mówił "ognia" i nagle jakaś strona przegrywała. Jedynym dowódcą minimalnie przedstawionym w filmie jest (prawdopodobnie) Ney, który w ogóle nie jest charakterystyczny, a jego rola jest zbędna.

    6) Sama taktyka walczących, tutaj nawet nie będę komentował bo wygląda to jak w Królestwie Niebieskim, tylko z innymi mundurami oraz bronią palną. Piechota (rzecz jasna poza chwalebnymi brytyjskimi czworobokami) nie posiada żadnej taktyki tylko idzie rząd po rzędzie w stronę przeciwnika. Sama armia nie jest nawet zbiorowym bohaterem opowieści - stoi całkowicie z boku i nie wpływa na to co dzieje się na ekranie. Paradoksalnie niewiele jest elementów okrucieństwa wojny. Smrodu, bitewnego zgiełku i krwi ze świecą na ekranie szukać

    7) Jednolite, jednokolorowe armie, które przenoszą nas do kolejnej kwestii - problemu urozmaicenia kulturowego....

    Mówiące w filmie postacie to tylko Francuzi, a poza nimi (po kilkanaście sekund) Aleksander, cesarz Franciszek, Maria Ludwika, dwóch ambasadorów w Paryżu, książę Wellington i w sumie to chyba tyle? Nie są przy tym (poza bitwami) przedstawieni obywatele jakichkolwiek innych państw, wręcz nie ma do nich nawet żadnych nawiązań kulturowych - nazwa Św. Cesarstwa Rzymskiego, czy Szwecji nie pada ani razu, Polska raptem raz, a społeczeństwo Egiptu pokazane jest w (dosłownie) trzy sekundy pod piramidami. Absurd takiej decyzji reżyserskiej, radykalnie ograniczającej perspektywę narracji byłby jasny, gdyby nie fakt, że reżyserowi nie brakowało czasu na eksponowanie osób czarnoskórych, szczególnie w miejscach gdzie być w rzeczywistości nie mogli. Oczywiście każdy zaangażowany czytelnik wie o Tomaszu Aleksandrze Dumasie, który był takim znanym wyjątkiem w skali wojskowych struktur Francji, natomiast osoba czarnoskóra w Radzie 500, czy też wśród arystokracji obecnej na koronacji cesarskiej to oczywiste zakłamywanie historii. Fakty te nie obnażają paradoksalnie parochializmu i rasizmu autora tego komentarza, lecz głupotę twórcy filmu, który nie zadał sobie trudu wprowadzenia do filmu (choćby zdawkowego) wątku Roustama - arabskiego służącego i adiutanta Napoleona, czy też walczącej dla Francji gwardii mameluckiej. No ale wymagałoby to od Scotta ukazania Napoleona jako osoby o szerszych horyzontach i bardziej liberalnym usposobieniu... Do tego dochodzi cały problem reprezentacji europejskiej - w filmie, próżno szukać Polaków, Holendrów, Prusaków, Szwedów, Turków, a nawet Rosjan. Wszystkie te narody nie istnieją, a pod Waterloo ścierają się "niebiescy" z "czerwonymi", pod Austerlitz "niebiescy" z "białymi" (Moja prywatna teoria wymyślona na szybko, podpowiada mi, że Scott patrząc na mapę nie umiał sobie zwizualizować Rosjan w bitwie na terytorium dzisiejszych Czech stąd uznał, że prewencyjnie nie umieści pod Austerlitz nikogo w zielonym, rosyjskim mundurze. Może nikt się w kinie nie zorientuje, że to Rosjanie stanowili większość armii koalicyjnej, lecz skoro nas tam nie było to pewnie nie możemy narzekać bo przecież "nie wiemy jak to naprawdę było").

    Kwestia ostateczna, skreślająca film z listy poważnych źródeł kulturowych do interpretacji epoki napoleońskiej to natomiast kwestia samej biografii Napoleona. Nie ma tutaj żadnej wątpliwości, że cesarz jest osobą, którą się kocha lub nienawidzi, lecz nawet z perspektywy krytycznej nie można zniżać się do poziomu reprezentowanego przez Scotta, któremu wtórują w tym barbarzyństwie brukowe media pokroju Vogue. To, co rzuca się w oczy każdemu nieobeznanemu z epoką człowiekowi, to obraz Napoleona jako mizoginistycznego tyrana, mającego problemy psychiczne, wycofanego samotnika gardzącego opiniami innych. Obraz ten jest na tyle absurdalny, że do jego odkręcenia potrzeba przynajmniej kilku publikacji monograficznych.



    W wielkim skrócie:

    1) Napoleon nie był mizoginem w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Jego poglądy nie odbiegały w niczym od przeciętnych dla jego epoki (ergo zapewne takie same posiadali twoi "mizoginistyczni" przodkowie w tych czasach).

    2) Napoleon nie bił publicznie Józefiny ani tym bardziej nie zachowywał się wobec niej tak frywolnie w miejscach publicznych. Wszystkie warte uwagi relacje kobiet, z którymi miał okazję przebywać, podkreślały jego łagodność, szacunek i typową dla epoki powściągliwość. Mit Napoleona gwałciciela-tyrana to natomiast znany motyw propagandy brytyjskiej, jak widać nie tylko "ówczesnej".

    3) Napoleon nie był ekscentrycznym samotnikiem , co najwyżej bywał nim przed dojściem do władzy. Sceny, w których ekscentryczny cesarz degrengoluje się w gnuśnych komnatach Tuileries są fałszywe z jednego tylko powodu - Napoleon zajmował się na co dzień po prostu innymi rzeczami.

    Sypiał krótko, a zaraz po wstaniu angażowały go kwestie państwa, reform i wojska, których nie odpuszczał nawet w trakcie kąpieli i porannej toalety (co obłudnie zostało przedstawione w filmie, kiedy to w domaga się on wymawiania pełnej tytulatury ze strony przestraszonego sekretarza). W ciągu trzech godzin, które zmarnowałem oglądając paszkwil Scotta, Napoleon przeczytałby zapewne kilkanaście listów/raportów, podyktował kolejnych 20 ze swojej strony, zaplanował najbliższy program spotkania Rady Stanu, przyjął dwóch urzędników i jakiegoś ambasadora. W przerwie od obowiązków natomiast słuchałby najnowszych wieści z brytyjskiej prasy lub czytał swoją ulubioną literaturę popijając od czasu do czasu rozwodnione wino.

    Napoleon nie był incelem-ekscentrykiem tylko tytanem pracy, którego przez całą dobę otaczała grupa wojskowych, arystokratów, polityków i innych ważnych ludzi. Z Józefiną, w najlepszym przypadku, widział się dwa razy w tygodniu, z czego w latach kampanii nie widywał się z nią praktycznie w ogóle. Zrozumienie tego prostego faktu przychodzi normalnemu człowiekowi łatwo po zapoznaniu się z jakąkolwiek cenioną biografią cesarza, natomiast Scott chyba wyznaję wiarę w historię opowiedzianą przez jego babcię.

    Ostatnim zarzutem wobec tego marnego filmu jest to, w jaki monotematyczny sposób przedstawia się ambicje i światopogląd Napoleona.

    Poza pysznym i kabaretowym oficerem mówiącym krótkie "to dobrze" i śniącym o wielkości powiązanej z posiadaniem potomka nie mamy tak naprawdę żadnego rozwiniętego emocjonalnie bohatera. Na ekranie próżno odnaleźć Napoleona reformatora, Napoleona zdobywcę, Napoleona jako panującego cesarza, Napoleona jako ojca (choćby przybranego dla młodego Eugeniusza), czy wreszcie Napoleona jako zwykłego człowieka (i nie chodzi tu o mało wybredne sceny komnatowego baraszkowania z żoną). Napoleon prawie nie je, nie żartuje, nie ma żadnych znajomych, nie ma kochanek (żadna kobieta przecież go dobrowolnie nie chce), nie wyznaje też żadnych wartości poza samym sobą. Postać cesarza jest tu sklejką całej angielskiej propagandy trwającej od przeszło dwustu lat. Jedyną sceną, w której odnaleźć można jakikolwiek dialog z postacią prawdziwego, "pozytywnego" Napoleona jest jego przedstawienie na Świętej Helenie, gdzie widzimy melancholijnego, trochę zgryźliwego starszego Pana, który jedząc obiad spontanicznie żartuje z dwoma napotkanymi dziewczynkami. Charakter Napoleona, nierzadko wybuchowy, jest doskonale znany i dobrze opisany. Dostępna wiedza stoi natomiast w całkowitej sprzeczności z filmem Scotta, który zamiast marnować kilometry taśmy filmowej mógłby w końcu zainwestować w odpowiedniego konsultanta historycznego - na przykład takiego, który zasugeruje mu, że rozwód z Józefiną miał miejsce z końcem 1809 roku, a pokój tylżycki w lipcu roku 1807.

    Film się skończył jednak niesmak pozostał.

    LINK
    • Re: @#$_&

      bartoszcze 2024-03-03 11:15:16

      bartoszcze

      avek

      Rejestracja: 2015-12-19

      Ostatnia wizyta: 2024-06-12

      Skąd: Jeden z Wszechświatów

      Jak już wspominałem w tym wątku, Napoleon jest postacią która mnie nie interesuje (wiem, że dla innych to postać kultowa, podobnie jak jego czasy), więc nie odnoszę się zupełnie do tego czy jego i jego czasy poprawnie odzwierciedlono, ale w pełni się zgadzam że to straszliwie nudny film. Może miałby więcej sensu jako trylogia, ale wtedy tym bardziej bym nie obejrzał.

      Ale przynajmniej dał ludziom pracę ten film.

      LINK
    • Najgorszy Joaquin Phoenix

      rebelyell 2024-03-03 13:13:29

      rebelyell

      avek

      Rejestracja: 2009-12-01

      Ostatnia wizyta: 2024-06-12

      Skąd: Kovir

      "angielski snajper z lunetą przywiązaną rzemieniami do karabinu czarnoprochowego (!)"

      Tak! Parsknąłem przy tym na cały głos XD

      Pomijając już wszelkie historyczne debilizmy i kompletny brak czytelnego zarysowania wszelkich wojen, czy bitew po drodze oraz kretyński pomysł, by wszystko wyglądało tak ponuro jak polskie filmy o patologii, to nie pamiętam tak beznadziejnej roli Joaquina Phoenixa, który nie dość, że był za stary do grania młodego Napoleona, to na dodatek portretował go jakby grał starca XD

      LINK
      • Re: Najgorszy Joaquin Phoenix

        Finster Vater 2024-03-03 17:33:46

        Finster Vater

        avek

        Rejestracja: 2016-04-18

        Ostatnia wizyta: 2024-06-13

        Skąd: Kazamaty Alkazaru

        Tak, ten film to kupa wyjątkowa. Nawet im się nie chciało do Brna pojechać, żeby zobaczyć że to nie Alpy.

        Ten snajper to była tak mucha wieńcząca tę kupę gówna. Już lepiej gdynmby zamiast dawać mu lupę, zrobili z niego Rosjanina. Miałoby to więcej sensu.

        LINK
      • Re: Najgorszy Joaquin Phoenix

        AJ73 2024-03-03 18:18:56

        AJ73

        avek

        Rejestracja: 2017-10-12

        Ostatnia wizyta: 2024-06-12

        Skąd: Strike Base XR-484

        Nie oglądałem. Scott nie chciał moich pieniędzy, nie będę przecież polemizował z mistrzem

        LINK
      • Re: Najgorszy Joaquin Phoenix

        Princess Fantaghiro 2024-03-09 12:09:25

        Princess Fantaghiro

        avek

        Rejestracja: 2016-05-24

        Ostatnia wizyta: 2024-06-12

        Skąd: Posępny Czerep

        rebelyell napisał:
        to nie pamiętam tak beznadziejnej roli Joaquina Phoenixa, który nie dość, że był za stary do grania młodego Napoleona, to na dodatek portretował go jakby grał starca XD
        -----------------------

        Taaak. Któżby to pomyślał że Phoenix, tak zwyczajowo Fenomenalny w swej robocie, potrafi AŻ TAK SPIEPSYĆ!
        W pewnym sensie to pocieszające.

        LINK

ABY DODAĆ POST MUSISZ SIĘ ZALOGOWAĆ:

  REJESTRACJA RESET HASŁA
Loading..