Forum

Seria o Bondzie. Jamsie Bondzie, 007

Przy wielu innych tematach, czasem się na niego natknęliśmy. Jak oceniacie filmy Bondowskie. Ja na nie patrzę z przymróżeniem oka pewnym. Przyjemnie sie je ogląda, ale wielkim fanem (np. by iść do kina) nie jestem.
Moje ulubione filmy to - "Człowiek ze złotym pistoletem" - z fantastyczna rolą Christophera Lee (Dooku) oraz "Nigdy nie mów nigdy" (acz poza oficjalnym cyklem).
Ulubiony Bond, a raczej odtwórca to oczywiście Sean Connery. Priece`a też lubię, ale on w ogóle nie miał szczęscia do filmów. Niestety filmy z nim to dla mnie lukierkowate produkcje, napakowane efektami i trzymające jedynie humor (miejscami) oryginalnej serii, niestety zgubiły klimat.
Czekam na Wasze opinie.

Zgadzam się

z tym że Connery był najlepszym Bondem, co nowych Brosnanowych produkcji to chyba Golden Eye mi się najbardziej podobało. Sam oglądam bondy jako świetne pastisze kina akcji, trochę jak ekranizacje komiksów. Zabawne że zawsze znajdzie się wariat próbujący zawładnąć światem niczym mysz Brain z kreskówki Świetne są zabawki Jamesa, chociaż w najnowszych to już do przesadyzmu doprowadziło (vide znikający samochód) Nie jestem fanem serii i w życiu nie wydałbym kupy kasy na kolekcję DVD z Bondami, ale filmy ogląda się przyjemnie jako lekkie i przyjemne dla oka łubu-du z humorem.

Sean Connery

Mój idol 007. Ludzie wybuliłem taaaaaaką kaskę na DVD ze wszystkimi filmami o agencie Dzejmsie I to są na bank najlepej wydane pieniądze w mym życiu, oczywiście po zakupie katan.
Dr.No
From Russia With Love
Goldfinger
Thunderball
You Only Live Twice
On Her Majesty`s Secret Service
Diamonds Are Forever
Live and Let Die
The Man With The Golden Gun
The Spy Who Loved Me
Moonraker
For Your Eyes Only
Octopussy
Never Say Never Again- produkt nieoficjalny
A View To A Kill
The Living Daylights
Licence To Kill
Goldeneye
Tomorrow Never Dies
The World Is Not Enough
WAAAAAARTO a najlepszy to You Only Live Twice... w końcu smierć Bonda to coś

stary post...

...ale świeże pytanie: nie jestem zbyt obeznany w temacie Bonda... oglądałem dość sporo filmów z tej serii, ale większość jakiś czas temu i mylą mi się też tytuły, nie wiem jak jest z chronologią itp., ale czemu "Never Say Never Again" jest produktem nieoficjalnym? I o co chodzi z tym "You Only Live Twice"?

Nie potrafię wymienić mojego ulubionego filmu z Bondem, oglądałem kilka starych - teraz trochę śmieszą, ale mają klimat, a z tych nowych (z Brosmanem) najlepszy jest IMHO "Goldeneye"... najgorszy - "Die Another Day" (acz z najlepszą czołówką jaką widziałem, ahhh

Oj, chyba muszę się wreszcie zabrać porządnie za Bonda i nadrobić braki...

...

Chronologia Bondów tak na prawdę nie ma sensu

A pomijając to to:
Ośmiorniczka Octopussy 1983 Roger Moore
Nigdy nie mów nigdy więcej Never Say Never Again 1983 Sean Connery

Konflikt interesów między wytwórniami. Oficjalny, licencjonowany Bond to rola Moore`a. Głębiej o tym to nie chce mi się pisać. Wybacz


You Only Live Twice - półoficjalna smierć Bonda dla zmylenia wrogów i zakończenia poprzedniego zadania. Ale jednak śmierć. Dlatego ma to swój urok + japońskie klimaty.

sprawa wygląda tak

Przynajmniej z tym "Nigdy nie mów nigdy więcej". Otóż pierwszym filmem z cyklu, który miał być nakręcony nie miał być wcale Doktor No, pominę Casino Royale wspomnaine w jakimś serialu. Pracowano nad filmem, nie bazującym na książce, który miał się nazywać "Thunderball". Ale prace ostatecznie wstrzmano i zdenerwowany Fleming napisał książkę na kanwie tego scenariusza, która została później sfilmowana jako "Operacja Piorun". Ale nie był jedynym autorem tego scenariusza, więc rozpoczął się proces sądowy, w rezultacie autorzy dostali prawa do zrealizowania własnej wersji "Thunderballa" i tak powstało właśnie "Nigdy nie mów nigdy więcej". Historia jest podobna, w obu przypadkach Largo, jeden z członków SPECTRE, porywa bomby atomowe, używając do tego brata swojej kochanki i utrzymanki Domino. W obu przypadkach Bond na początku jest w sanatorium, willa Largo nazywa się Palmyra i tak dalej. Zbierzności jest mnóstwo, choć są pewne różnice. Na pewno w "Nigdy nie mów nigdy" poza Seanem Connery`m nie ma nikogo z oryginalnej obsady (inna sprawa, że wtedy Bonda kończył już grać Roger Moore), przez co Sean jest lekko starzejącym się Bondem, ale Kershner zrobił z tego plus filmu. Mnie właśnie taki nietypowy Bond się bardzo podoba. Nie ma też napisów klasycznych, melodii czy nawet charakterystycznego początku, ale z pewnością jest więcej humoru (takiego Bondowego) niż w produkcji z Craigiem . Potem się jeszcze procesowali, czy mogą jeszcze jeden film nakręcić, ale niestety przegrali, choć ja żałuję, bo jakby z takim humorem nakręcić film o Bondzie emerycie to ja byłbym zadowolony .
a "W żyje się tylko dwa razy" Bond ginie w początkowym filmiku, zresztą to już chodziło po głowie twórcą wcześniej, w "Operacji Piorun" na początku widzimy pogrzeb kogoś o inicjałach J.B. . A śmierć, poza tym, że została oficjalnie ogłoszona i z pewnością sfingowana, nie została potem wytłumaczona .

-For England, James ?

-No, for me.

Hehe. Dla mnie Brosnan i Connery są na równi. Potem Moore z Daltonem i na końcu ta porażka, czyli George Lesbijka
Oczywiście film z tym ostatnim, a także najnowszy chłam pt: Die another day, to dla mnie filmy wręcz antybondowskie. BTW: Przy okazji nie cierpię też słynnego Casino Royal, mimo kilku naprawdę śmiesznych scen.
Ulubionych Bondów jest kilka, a wśród nich Goldeneye, oba Daltony, Ośmiorniczka, Men with TGG, Goldfinger...
A co do tego DVD, to przesada nad przesadę. Prawie dwa tysiące złociszy to za dużo, (a czuję się fanem), tym bardziej, że co chwila dochodzi nowy film.

Re: -For England, James ?

Mefisto napisał:
- Prawie dwa tysiące złociszy to za dużo, (a czuję się fanem), tym bardziej, że co chwila dochodzi nowy film.
-----------
Że co??? 2 tys???? Ja wszystkie powyższe nabyłem w sklepie Sony w Wawie za 900zł.......... może jakąś promocje mieli..........

no ja

widziałem za ponad 1500 w sklepach

Pakiet

Z tego , co wiem to pakiet dwudziestu filmów można było kupić za tuzin zielonych banknotów. Pojedynczo chyba wychodzi drożej , a niektóre filmy z Sagi ciężko dostać , więc tak , czy inaczej skompletowanie kolekcji jest dość trudne.
W USA pakiet ukazał się w czterech częściach - tam ludzie mieli większą motywację na zbieranie tej kasy

"Zrobił się w cyc"

To oczywiście cytat z "Człowieka ze złotym..."

Nie należy zapominać, ze pierwsze Bondy a w szczeglności "Dr.No" wyznaczył pewien nowy kierunek w gatunku filmów akcji. Nie nazywał bym ich, tak jak Kaczor, "pastiszem filmów akcji". Zauważ, że w większości tego typu obrazów schemat jest taki sam a wiele z nich wręcz na Bondzie się wzoruje. Zgdoze się natomiast, że w najnowszych produkcjach w serii zauważalna jest przesada a czasem nawet komizm i irracjonalizm : choćby scena z "Goldeneye" kiedy 007 zaprzeczając jakimkolwiek prawom fizyki dogania sam w powietrzu spadający samolot( to co, ze maszyna jest znacznie od niego cięższa)

Jednakże Bond jest symbolem , bohaterem ponadczasowym. Świat idzie naprzód a wraz z nim superagent, nie starzeje się, nie staje się konserwatywną, wciaz idący z duchem czasu.

Najbardziej aktorsko cenię,jak więksoszc, Seana Connerego...za jego dowcip i pewien dystans do roli JB. A najlepszy film? Takowego nie było, na równi traktuję "Operacjęiorun" i "Pozdrowienia z Moskwy(Rosji)"

A co do kolekcji DVD..widziałem ją na półce, ale niestety nie swojej a sklepowej. Nawet korciło mnie, żeby wziąść ją do ręki i przyjrzec się z bliska W końcu to kawał historii kina. Ale raczej bym nie zakupił...niedość, ze nie mam DVD to wystarczy obejrzeć jeden film z serii a wszystkie poza niewielkimi elementami są takie same

to z Goldeneye...

kwesia oporów powietrza, chcieli podkreślić że Bond jest taki szczupły

Tak,

a samolot miał ręczny zaciągnięty i dlatego wolniej spadał...

heheh widze

że zazdrość zżera no cóż taki już jestem Bart... Lord Bart

Moja opinia o filmach... i o muzyce

Kiedy w Polsce startowały wypożyczalnie kaset wideo (jakoś na początku lat 90-tych), ojciec kupił z takiej jednej kasetę z dwoma Bondami: Żyje się tylko dwa razy oraz Żyj i daj umrzeć. Oglądałem te filmy baaardzo często, fragmenty dialogów nawet do tej pory znam na pamięć i są to moje ulubione części. Również muzyka jest w nich świetna - utwory Nancy Sinatry czy też Paula McCartneya są super, dwa odmienne style: spokojny i mocny. W ogóle piosenki bondowskie to klasyka - praktycznie każda ma coś w sobie. Moje ulubione to: You Only Live Twice, Live and Let Die, A Licence to Kill, a także The Living Daylights. A które [piosenki] wy najbardziej lubicie? Utwory do nowych części nie są już tak przekonujące, choć do Goldeneye Tiny i do The World Is Not Enough Garbage nic nie mam, a nawet mi się podobają. Z najnowszej piosenki Madonny mogę wyróżnić właściwie tylko teledysk, w którym pokazano bardzo fajne walki. Swoją drogą kiedy obydwie walczyły na miecze, to skojarzyło mi się to z pojedynkiem na miecze świetne. Szczególnie, że w tym pomieszczeniu było takie charakterystyczne okno, przypominające to z sali tronowej na drugiej Gwieździe Śmierci. Zauważyliście?

Jeśli chodzi o odtwórców roli Jamesa, to każdy wniósł coś od siebie. Mi jakoś zawsze podobał się Roger Moore - miał taki specyficzny brytyjski styl: humor, elegancję, pewną wyniosłość - tym się w mojej opinii odróżnia od pozostałych. Bardzo często zaś krytykuje się George`a Lazenby`ego i film, w którym zagrał, choć ja się z tym nie za bardzo mogę zgodzić. Ta część (chyba W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, nie?) wyróżnia się bowiem specyficznym zakończeniem. Niby Blofeld zostaje pokonany, mamy wielką radość, ślub nawet, ale gdy nowożeńcy jadą na miesiąc miodowy wyprzedza ich nagle jakiś samochód, z którego Irma Bunt zabija panią Bond. A więc koniec jest bardzo oryginalny jak na tę serię - mamy coś pozytywnego i negatywnego. Przyrównałbym to do końcówki Ataku klonów.

Re: Moja opinia o filmach... i o muzyce

Sebastiannie napisał:
W ogóle piosenki bondowskie to klasyka - praktycznie każda ma coś w sobie.
-----------
Zdecydowanie tak, i na ich podstawie można też zaobserwować zmiany stylów w muzyce i ich ewolucję. Od delikatnego swingu poprzez rock aż do popu. Mi najbardziej w pamięci pozostał utwór "We have all the time in the world" Armstronga i oczywiscie McCartney.

A postacią która najbardziej mi się z bondów podobała to Q - konstruktor i pomysłodawca wszystkich "zabawek" Czasem dialogi z nim są jednymi z najjaśniejszych części filmu.

moja muzyczka

z Bondów to:
World Is Not Enough - Garbage
GoldenEye - Tina Turner
The Living Daylights - A-Ha
A View To Kill - Duran Duran
Live And Let Die - Paul Mcartney & Wings i klasyka
From Russia With Love - Frank Sinatra

polecam dwie stronki o agencie
http://www.jamesbond.stopklatka.pl/index.php?id=main
http://www.007.bond.prv.pl/

Jestem fanem...

Jamesa, z powodu tego, że mój ojciec kiedyś puszczał te filmy non stop i tak to się zaczęło, a dziś mam wszystkie filmy z Bondem oprócz Casino Royale i jak mam jakiś tydzień wolnego to robie sobie maraton, czyli oglądam póki nie zwymiotuje, moją ulubioną częścią jest Dr. No, a ulubionym odtwórcą głownej roli Connery.

PS: Najlepszy czarny charakter to Szczęki i Sebastian z Człowieka ze złotym pistoletem.

A kobiety

Bonada??? Mnie najbardziej leżą Halle Berry, Sophie Marceau i Terry Hatcher. aaaaaaah

Connery i Dalton

Bonda lubię średnio. Moore i Brosnana nie trawię ale Connery i Dalton są bardzo dobrzy. Ulubione odcinki tego tasiemca to Goldfinger, Licencja na zabijanie, Living Daylights, From Russia with love.

Dla mnie to tez klasyk

Najcześciej Bondy oglądałem po prostu jak leciały w telewizorni... Zawsze byłem zachwycony ich `sztampowością` gdzie ciągle powtarzające sie elementy dodawały uroku... Pierwszego Bonda oglądałem jednak po angielsku jak byłem w Belgii jakoś zaczynałem liceum... Było to A view to kill... Z Moorem jednoczesnie ostatni z nim film Bondowski. Potem w polskiej TV byłe tego pełno i cześto oglądałem powtórki. Aktorem którego najbardziej lubię jako Bonda to oczywisice Sean Connery jednak Moore jest zaraz za nim bo na nim jako na Bondzie się wychowałem... Co do nowych czesci to podzielam wasz sceptycyzm szczególwnie w kwestii nieralności...jednak pamietajmy ze Connerowski bond w latach 70 była tak samo nierealny jak Brosnanowski dziś...

A teraz proponuję wymieniać te elementy które się pojawiały we wszystkich bondach...
wstrząśnięte nie zmieszane...itd

to może..

podrywanie(choć nigdy nic więcej) Manny penny... i kochanie się kiedy na linii telefonicznej lub w bliskim kontakcie jest jakaś ważna persona(premier itp) która chce pogratulować Bondowi udanej akcji.

to może...

-my name is my name is Slim Shad... ee tzn. my name is Bond. James Bond

Coś mam

Jest jedna rzecz, którą pamiętam i która pojawia się we większości filmów. Mam na myśli samą końcówkę, kiedy to kochanki Bonda wypowiadają takim ponętnym głosem następujące słowa: Oh, James...

klasyczny

rzut kapeluszem jak wchodzi do Manny Penny

Albo zawsze M wypowiada z takim samym dobitnym tonem d o u b l e O s e v e n

"Nigdy nie mów nigdy"

Z tematem Bondów nie jestem zbyt dobrze zapoznany , ale chciałbym poznać Wasze zdanie na temat filmu "Nigdy nie mów nigdy" , który ponoć jest tak beznadziejny , że nawet nie zaliczany do oficjalnej Sagi...
Co WY na to?

jak sama

nazwa wskazuje- rodukt nieoficjalny. I tak tez sie podoba.. nieoficjalnie.

Bond, James Bond

Ja jestem zwolennkiem serii filmów o Bondzie. Właśnie ich nieobowiązujący styl, pewne mniej lub bardziej zaakcentowane przymróżenie oka, ale bez popadania w autoparodię (wyjątkiem tylko scena z Q w "Śmierć nadejdzie jutro", ale z racji że był to rocznicowy odcinek, to może być).
Agent tak samo nonszalancki, ironiczny, choć twardy a i czasami wrażliwy. Ten sam schemat przewijajacy się przez prawie wszystkie odcinki w sumie świadczy o jego sile a nie słabości. Oczywiście kazdy film z serii stara się dodać coś w miare oryginalnego - szczególnie "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", "Licencja na zabijanie" i "Świat to za mało", ale też i najnowszym odcinku. Przesadą najnowszej części jest zbytni przesunięci w kierunku s-f, ale - jak zaznaczył Anor - było to domeną wszystkich bondów -> bo to co że teraz mamy samochod, który moze stać się niewykrywalny dla wzroku, jak kiedys Aston Martin miał wbudowane karabinki i całą masę innego uzbrojenia, Bond latał na plecaku rakietowym, o jednej nieudanej i jednej udanej próbie lotu w Kosmos nie wspominając. Do tego dochodzą jeszcze takie cuda niewida jak ukryta w wulkanie baza Blofelda ("Żyje sie tylko 2x"), czy morska siedziba Stromberga ("Szpieg który mnie kochał").
Aktorzy - dla mnie mistrzem w tej roli hjest oczywiście Connery. Choć nie gardzę Brosnanem (który jak dla mnie połączył idealnie cechy wszystkich bondów: twardość i nonszalancję Connerego, wrazliwość Lazenbiego [choć nie w takich ilościach], humor i autoironię Moore`a i charyzmę Daltona).
Laski - tu się chyba z Bartem zgodze - Berry, Marceau i Hatcher - pełen wypas. Choć nie pogardze również innymi (za wyjątkiem chyba tej z "Diamenty są wieczne" - nie pamiętam kto to był i jak miała na imię aktorka).
Części - moim ulubionym jest "GoldenEye". Poza paroma ostrymi przegięciami posiada niesamowitą akcję, klimat starych Bondów, ciekawą fabułę itp. Lubię bardzo pierwsze filmy z Connerym - w końcu to klasyka, z wyjątkiem "Diamentów..." to jest jedyna część cyklu jakiej nie lubię (podobnie małą sympatią cieszą się "Moonraker" i "Zabojczy widok"). Z Moore`a to najbardziej przypadł mi do gustu "Szpieg, który mnie kochał" i "Tylko dla Twoich oczu". Z dwóch filmów z Daltonem bardzije lubuę pierwszy - "The living daylights" (co w TV było tłumaczone jako "W obliczu śmierci").
Muzyka - Nie mam swojej ulubionej piosenki - właściwie poza "Die Another Day" lubię wszystkie. Za to proponuję zwrócić szczególną uwagę na człowieka, któremu zawdzięczamy większość hitów oraz który stworzył muzyczne obliczę Bonda - John Barry (mimo że temat głowny serii, został wzięty z kompozycji Monty`ego Normana). [Właśnie sobie słucham na kompie składanki z serii ] Lekko jazzująca muzyka, nie unikająca regionalnych rytmów - a to wschodnich, a to karaibskich (w zależnosci od potrzeby). Do tego cały zestaw porywającej muzyki do scen akcji i piękne melodie miłosne (brane najczęściej bezpośrednio z kompozycji otwierających film). Poza Barrym z Bondem miało doczynienia kilku innych kompozytorów - z różnym skutkiem: The Wings, czyli McCatrthneyowie i spółka - "Żyj i pozwól umrzeć", Bill Conti ("Rocky") - "Tylko dla Twoich oczu", Michael Kamen ("Robin Hood - książe złodzei") - "Licencja na Zabijanie", Erric Serra ("5ty Element") - "GoldenEye", a obecnie David Arnold ("Dzien niepodległości"), który w pierwszym swoim filmie zzrobil wypasioną muzykę, w Barrowskim stylu, a w najnowszym trochę przesadził z elektroniką...
Nieoficjalne Bondy - nie podobały mi się. "Cassino" to była komedia, więc pal licho, a "Nigdy nie mów nigdy" (tylko Kim Bassinger podobała mi się wtym filmie) to smutny remake świetnej "Operacji piorun".

Jak dla mnie

seria o Bondzie podobnie jak IJ,Aliens jest zaraz po SW. Uwielbiam te filmy i mogę je po raz setny oglądać. Jak u większości dla mnie SC jest najepszym odtwórcą a zaraz po nim RM .. jeszcze trawie TD ale GL i PB nie uznaje ... wogóle z nowych Bondów widziałem tylko GoldenEye i odrzuciłem ten film z niesmakiem a po kojelne części nawet nie sięgnąłem.

A dla mnie

To najlepszym aktorem grającym Jamesa Bonda to był S. Connery , chociaż i tak uważam, że seria o Dżejmsie Bądzie jest przeciętna

A ja powiem tylko jedno

Swego czasu szukając muzyki z "Tomorrow Never Dies" znalazłem informacje, ze na DVD jest kompletna ścieżka i zakupiłem ten dysk. Pomijając ocene filmu i muzyki (fajny - bardzo dobra) był to pierwszy film, który obejrzałem tylko z muzyką i napisami - bez odgłosów i dialogów.

Kochani wydawcy! Film na DVD bez odseparowanej ścieżki jest bez sensu! To absolutnie rewelacyjny pomysł, proszę o wszystkie filmy w ten sposób, a w szczególności te spod batuty Williamsa.

My name`s Bond...

Z racji wspaniałego osiągnięcia jakim jest odtwarzanie przez TVP serii bondowskiej zapraszam wszystkich do komentowania poszczególnych filmów.
Emitowane są zawsze na kanale 1 o 20.40 w piątki. Tyle tylko, że TVP skrewiła się nie puszczając icj po kolei, ale cóż.... w końcu jak obywatel płaci TVP w kratkę abonament, tak TVP obywatelowi puszcza filmy.

Proponuję komentować w następujących kategoriach:
*Rola Bonda
*Role złoczyńców
*Role "dziewczyn" Bonda
*Gadżety
*Klimat odcinka

Seria rozpoczeła się emisją 10IX 2004r. "Dr. No".
To pierwszy film z serii mający premierę w 1962r.
*Bond= wspaniały Sean Connery, z ciut dużą muskulaturą z siłowni, ale swoim nienagannym stylem naprawia wszystkie inne mankamenty.
*Zły= Joseph Wiseman (Dr. No), członek organizacji Widmo . Cóż dla mnie taki jakiś nijaki.....
*Dzieweczka= Ursula Andress (Honey Ryder)... no cóż walory pierwszorzędne.... strój plażowy i w ogóle
*Gadżety= i tu przede wszystkim o ile pamiętam zmiana broni... Walther PPK zostaje już oficjalną bronią dla licencjonowanych Panów 00..
*Klimat= dla mnie niezbyt ciekawy... taki jakiś bez jaj ale brak mi innego określenia

17IX 2004 "On Her Majesty`s Secret Service"
Rok 1969
*Bond= George Lazenby, czyli porażka.... aktor z reklamówek zostaje agentem 00.. tragedia jednym słowem
*Zły= Telly Savalas (Ernst Stavro Blofeld), szef organizacji Widmo. Złowieszczy usmiech, pewność siebie i łysa łepetyna Savalasa podobają mi się bardzo.
*Dziewczynka= Diana Rigg (Tracy de Vincenco)... dla mnie brzydula. Fatalny pomysł na zrobienie z niej żony Bonda. Dobrze, że szybko ginie.
*Gadżety= nie przypominam sobie czegoś specjalnego.
*Klimat= też średni, ale klinika Blofelda z panienkami pierwsza klasa.

Dzisiaj odcinek "Live And Let Die" Zapraszam.

Live And Let Die

Na początku dzięki dla Pawełka ,że tak ładnie podczepił.

24IX 2004r. "Live And Let Die"
Rok 1973
*Bond= Roger Moore; rola prawdziwie angielska...spokój, dowcip opanowanie.
*Zły= Yaphet Kotto (dr Kananga znanego także jako Mr Big); przyjemny `czarnuch` w dwóch postaciach; niezla rola
*Dziewczynka= Jane Seymour (Solitare chyba); przez krytyków uznana za nieporozumienie, dla mnie pełna wdzieku i czaru (i te karty)
*Gadżety= osławiony zegarek+ magnes+ piła fajoska rzecz, przydatna na obozy harcerskie
*Klimat= jeden z moich ulubionych odcinków; choć historia denna bo agent rządu UK ugania się za narkotykowym bossem to klimat voodoo tryma sie mocno.

Moje ulubione Bondy

to: "Moonraker" i " Zabujczy Widok".


ja

zawsze i wszędzie mogę obejrzeć :
-Zabójczy Widok
-Człowiek ze złotym pistoletem (świetne)
-Tylko dla twoich oczu (scena nad przepaścią z Mercem rządzi...tak jak nocny atak na bazę "Gołąbka")
-Ośmiorniczka
A jak już się naoglądam Moore`a i lekko mam dosyć humoru to zapodaję oba filmy z Daltonem. Stawiam je na równi z Człowiekiem ze złotym pistoletem, może lubie je za to, że jak na Bonda to są dość realistyczne. No i w Licencji mamy wendetę Bonda i kartele narkotykowe

nowy Bond

jak donoszą media nowym odtwórcą roli Jamesa Bonda w 21. części jego przygód będzie 37 letni brytyjski aktor - Daniel Craig.

Jakby kto nie kumał kimże jest ten Pan to zapraszam http://www.filmweb.pl/Daniel,Craig,(I),filmografia,Person,id=3552


Jak dla mnie ten wybór to pomylenie z poplątaniem. Facet ma mordę zakapiora (taka prawda) i w większości grywał przez to niesympatyczne lub złe postacie.
Nie pasuje do swoich poprzedników, którzy mieli klasę i przede wszystkim byli przystojni jak Sean Connery, Roger Moore czy Pierce Brosnan.
Może jestem z góry uprzedzony, ale dla mnie wizja Bonda jest jasna i oczywista - heros ratujący swiat i wychodzący z najgorszych opresji przy pomocy swoich zdolności i mega-hiper-gażdżetów + niepoprawny kobieciarz (znaczy stuka je bez zobowiązań ), świetny karciarz i kierowca zajefajnych fur; do tego w niejakim stopniu gentleman i facet z ironicznym humorem.
Craig w tym swietle nadaje się tylko na zakapiora.

P.S. Nie to zebym nie cenił go jako aktora... role w Hotelu Splendide czy Drodze do zatracenia są super.

Poradzą sobie

Skoro współczesna technologia pozwala na to, że nawet osoby, które nie mają w ogóle głosu, potrafią nagle pięknie śpiewać, to i z kogoś nie będącego ideałem piękna da się zrobić coś atrakcyjnego . Trochę makijażu, odpowiednie oświetlenie i już nikt nie będzie narzekał na urodę nowego Bonda . Wiem, że Q nie żyje, ale i tak nie powinno być z tym problemu .
Aczkolwiek jeśli ja miałbym wybierać, to zdecydowalbym się na innego kandydata .

W dużej

mierze masz rację, wykapany zakapior, no ale ale z drugiej strony na Brosnana równeiż narzekano i zrzędzono przed długi czas, ale zdaje sie że słowa krytyki ustały w dużej mierze, w szczególności kiedy Brosnan wydoroślał, a raczej zmężniał zmieniając się z cukierkowatego Kena na faceta z lekką siwizną. Zobaczymy, w kazdym razie jesli przetrwa niechybną krytykę po pierwszej części czy dwóch i zacznie kręcić kolejne, to już go odpowiednio wykreują

hmh

w sumie juz lepszy jest Daniel niż Ben Affleck i Orlando Bloom czy Hugh Grant

aa szkoda, że Hugh Jackman się nie załapał ... jego bym najlepiej widziała w roli OO7

aaa

sorry , zapomniałam..

moim ulubionym 007: Moore na przemian z Connery`m - nigdy nie umiełam się zdecydować któy jest the best
a film to: Diamonds Are Forever, zaraz za tym na 2 miejscu Live And Let Die, a trzeci Octopussy.
A z postaci filmowych to podoba mi się: Christopher Lee jako Scaramanga i Kim Bassinger jako Domino.

Z wszystkich filmów o agencie 007

nie można zapomnieć o jednym. "Never Say Never Again" - jest to "nowa" wersja jednego z wcześniejszch filmów (tu Domino gra wlaśnie K.Basinger ), oficjalnie nie należy do cyklu o Jamesie Bondzie, a co najważniejsze jego reżyserem jest Irvin Kreshner. Z tego wlaśnie wzlędu warto obejrzeć ten filmik który moim zdaniem nie wyrasta ponad przeciętną. I. Kreshner mial po Imperium raczej tendencję spadkową ;P

Bond schodzi na psy

http://film.onet.pl/0,0,1180509,wiadomosci.html

Bond bez sekretarki Miss Moneypenny??

SHIT!!!

Oj, schodzi...

Najbardziej się boję, że zamierzają z tego zrobić takie: Bond Begins. Od skrajności w skrajność - od nundej walki z kolejnym niszczycielem świata, po zupełnie odejście od klasycznej wizji agenta jej królewskiej mości...
Ale z drugiej strony, może jednak Craig z Campbellem dadzą radę?

Re: Oj, schodzi...

Burzol napisał:
Ale z drugiej strony, może jednak Craig z Campbellem dadzą radę?
-----------
Nie liczyłbym na to... poczekamy zobaczymy wyrzygamy

Hrumpf :/

Pojawił się trailer `Casino Royale` : http://www.filmweb.pl/news,News,id=30798

Ten Bond będzie strasznie bardzo nie-bondowy, a to ssie. Ssie też Craig. Ssie też chór śpiewający motyw muzyczny 007. Ogólnie mówiąc: nie podoba mi się :|.

Co to

znaczy ssie?

to...

od sucks, czyli mówiąc inaczej: jest do kitu.

a

w jakim znaczeniu??

nie wiem

mnie ten nowy zwiastun jakoś tak nie razi specjalnie, a sam śpiewany chórem motyw 007 mi się podoba, ale ten Craig dobija wszystko... to jakaś podróbka a nie Bond, James Bond.

widziałem go

już gdzieś... jak dla mnie robienie z Bonda kogoś ala Mr. 47 to pomylenie z poplątaniem. Agenci z 00 na początku mieli dyspensę na zabijanie, ale nie oznacza to, że robili za morderców na usługach rządu, a to tu tak wygląda :/

Moje

Ulubione fimy z Boandem to "Szpieg który mnie kochał" i "Moonracer", gdyż tam wystąpił mistrz wszechczasów Buźka (taki jeden goryl ze stalowymi zębami). Jak byłem mały to bardzo fascynowała mnie ta postać.

...

Wrażenia po zwiastunie -

Adin - wstęp mi się nie podoba. Bond nie powinien strzelać niesprowokowany. Z drugiej strony to nowa seria, więc i Bond może miec inne cechy

Seccundo - wątek bezbronnej panienki porwanej przez arcyłotra to przeżytek.

Drei - ale sam wątek romansowy zapowiada się ciekawie

Cztery - a poza tym jest fajnie

Five - z reszta to i tak pierwszy Bond od 1997, na którego chce mi sie w ogóle czekać

Goldfinger

No i zabrałem się za uzupełnianie kolekcji Bondów . W sumie trzeba przyznać, że obecne wydanie DVD jest bardzo fajne, na razie mówię oczywiście po pierwszym który obejrzałem, czyli "Goldfingerze". Sam obraz filmu i dźwięk odświeżony rewelacyjnie bez prób odświeżania/poprawiania efektów które dziś wyglądają sztucznie. Tu mówię choćby o kolesiu zabitym na samym początku w wannie i wybuchu jak przy ciałach imperialnych żołnierzy w oryginalnej Nowej Nadziei. Dziś to wygląda dziwnie, prąd pewnie też inaczej by pokazano, ale kiedyś tak właśnie robiono i w filmie to pozostało, przy znacznej poprawie jakości samej kopii. Zwłaszcza widać to w porównaniu z dodatkami, w szczególności ze zwiastunami.
Same dodatki, cóż z pewnością są interesujące, w szczególności historia Aston Martina. Zdaję sobie sprawę, że cięzko jest dokoptować dodatki do takiej serii, ale tu autorzy po pierwsze wygrzebali dość dużo, to raz (włącznie z castingami do roli samego Goldfingera). Ale też doskonałym pomysłem było zrobienie sekcji z fragmentami filmu, dla mnie po prostu to genialne rozwiązanie. Ktoś chce zobaczyć jak James Bond się przedstawia, albo zamawia wódkę z dwoma kropelkami wermudu (wódka martini wstrząśnięta nie mieszana), nie musi szukać tego po całym filmie. Dla mnie super pomysł. A jakość odświeżona filmu jest powalająca (zwłaszcza w porównianiu z OT...)

kawałeczek

oblookałem wczoraj na 2shitTVP i doszedłem do wniosku, że gdybym miał takie zdolności artystyczne jak Shabby Blue to bym się zajął rysowaniem Bonda i panienek, które zwyobracał w różnych pozach

A że nie mam to

Thunderball / Operacja "Piorun"

Przy Goldfingerze zapomniałem napisać o jeszcze jednym ważnym elemencie tego filmu, mianowicie o początku, gdzie Bond płynie ze sztuczną kaczką na głowie. Pewnie film niedługo zostanie zakazany w IV RP.
Thunderball jest z pewnością filmem innym niż poprzednie, więcej w nim przedziwnych gadżetów, co prawda jeszcze nie tyle co w filmach z Rogerem Moorem, ale powoli zaczyna się tego robić dużo. Tu bardzo fajną rzeczą są dodatki do samego filmu, z których jasno wynika, że nawet budując wiele z podwodnych i nie tylko pojazdów twórcy nie zdawali sobie sprawy, że coś takiego może zadziałać. Nie jest to co prawda "niewidzialna karoseria" Brosnana, która nie powstała by bez komputerowych efektów specjalnych, ale to na prawdę dość ciekawe, że budowane jako atrapy pojazdy rzeczywiście funkcjonowały. Film w pięknej odświeżonej wersji to jedna z ciekawszych pozycji w serii, także dlatego, że wiele scen kręcono pod wodą, sama bitwa podwodna to coś niebywałego i to nie tylko na lata 60.
No a dodatki, to znów gratka dla fanów kina. Co prawda część z nich powiela informacje i ujęcia (chyba z 5 razy pojawia się scena, że Ian Fleming wyjechał na Jamajkę i osiadł w swojej rezydencji Goldeneye i zaczął pisać Bondy), ale zawierają mnóstwo ciekawych informacji, zarówno o samym cyklu, także książkowym (czemu powieść Casino Royale miała dwa tytuły?), samej historii Thunderballa, gdzie najpierw był scenariusz, odrzucony i nigdy nie zrealizowany, potem książka, a dopiero potem scenariusz na podstawie książki, ale też informacje o realizacji filmu i efektów specjalnych (sceny kaskaderskie), czy wpływie kulturowym Bonda, zwłaszcza związanego z produktami okołofilmowymi. Widząc tę manię w połowie lat 60. aż dziw, że producenci dali Lucasowi się tak łatwo podejść. Cóż prawdopodobnie wtedy musiało to być raczej zjawisko wyjątkowe i uznane za trudne do powtórzenia. Podoba mi się też sposób robienia menu, podobny w całej serii, acz zachowujący specyfikę każdego z filmów.

Po baaaaaaaaaaaaaaardzo długiej przerwie wracam na Bastion !!!!!!!

powodem był koniec semestru od groma wypracowań, sprawdzianów, popraw potem szlaban itp. ech.... 1 gimnazjum... co za kongo.... a wracając do tematu byłem na nowym bondzie w kinie, film świetny a Damiel Craig wbrew pozorom świetny

Re: Po baaaaaaaaaaaaaaardzo długiej przerwie wracam na Bastion !!!!!!!

Anakin Lewalski napisał(a):
a wracając do tematu byłem na nowym bondzie w kinie, film świetny a Damiel Craig wbrew pozorom świetny
________

Zabójcza recka.

http://gwiezdne-wojny.pl/b.php?nr=239208

......

mi tam sie podobał

You Only Live Twirce / Żyje się tylko dwa razy

Kolejny Bond, tym razem pojedynek ze SPECTRE nabiera tempa, a my po raz pierwszy na ekranie widzimy twarz Ernsta Staro Blofelda. To film niezwykły, ze względu na klimat Japonii, ale też fakt śmierci i ślubu Bonda, obie rzeczy fałszywe, ale co tam. Powoli gadżeciarstwo zaczyna dochodzić do poziomu filmów z Rogerem Moorem (tam ich było najwięcej). Ale i tak najciekawsze są dodatki, co prawda nie wszystkie, bo programy z BBC są ciut dziwne, o ślubie Bonda, choć przyjemnie się to ogląda. Natomiast sama historia kręcenia, gdzie okazało się, że filmowcy pojechali w miejsca o których pisał Fleming, a te okazały się być jedynie fikcją literacką, czy jak właściwie miał pierwotnie wyglądać Blofeld (świetne zdjęcia) no i bardzo pouczający dokument o napisach początkowych do serii. Po raz kolejny powtórzę, bardzo ciekawe wydanie .

Dr. No / Doktor No

W sumie powinienem zaczynać od tego Bonda, ale wyszło jak wyszło . To ten pierwszy, w którym James dopiero wymyśla swoje słynne powiedzenie "Bond. James Bond", w którym dowiadujemy się czym jest numer 007 i dopiero zaczyna lubić Martini wstrząśniętą nie mieszaną, a przy tym poznajemy wszystkie najważniejsze postaci (poza Q) - czyli M, Moneypenny, Felixa Leitera, Walthera PPK, no i oczywiście SPECTRE. W tym filmie widać jeszcze olbrzymią różnicę między pozostałymi z cyklu ze względu choćby na sposób realizacji, dziś śmiesznie wygląda muzyka pełnioąca rolę efektów dźwiękowych (jak w scenie z pająkiem). No i warto dodać, że jak całość kolekcji odnowiony jest rewelacyjnie. Same dodatki to już chyba standard tego cyklu, ale jest jeden, który powinien zainteresować nie tylko fanów tej serii, ale i naszej serii. 007: Licence to Restore - o studiach Lowry`ego, odnawiających filmy. Tak, to oni odtwarzali sagę na potrzeby DVD. To oni odpowiadają za nakładanie kolorów w czasie (i błędy z tym związane - gdyby dostali więcej czasu to miecze w trylogii na DVD wyglądałyby normalnie ). Bardzo ciekawy dokument, no i jeszcze był jeden o premierach, gdzie wspomniano, że Bond to jedna z największych marek i chyba jedyną bardziej dochodową są "Gwiezdne Wojny" .

From Russia with Love / Pozdrowienia z Rosji

Drugi film z cyklu to przede wszystkim przedstawienie głównego antagonisty Bonda - Blofelda, choć w formie takiej, że go nie widać (co utrzymano przez kilka kolejnych filmów). Sam film jest już bliższy klasycznemu schamatowi i bliższy obecnym filmom sensacyjnym niż pierwsza część, dodatkowo po raz pierwszy na ekranie pojawia się Q i zaczyna zabawa Bonda z gadżetami. To jeden z tych cykli, w którym pomimo wykorzystania prostej recepty - więcej i mocniej, udało się w sposób pozytywny przebić pierwszą część. Drugi Bond jest z pewnością lepiej i sprawniej zrealizowany, pomimo wszystkich trudnosci z scenariuszem na czele. No i sama historia powstawania filmu na dodatkach, to też coś co się ogląda wręcz z niedowierzaniem, toż to była chodząca katastrofa, ale wszystko udało się zapiąć na ostatni guzik. Podobała mi się też postawa Terence`a Younga i producentów, którzy przestawili plan zdjęć tak, by umierający Pedro Armendariz mógł dokończyć swoją rolę, zgodnie z jego życzeniem. Jest też świetny dokument o Harrym Salzmanie.

On Her Majesty`s Secret Service / W Tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

Pierwszy film z oficjalnego cyklu bez Seana Conery`ego w roli głównej, a zarazem szósty w ogóle. I chyba najbardziej inny od całęj reszty, James traci głowę dla kobiety i się żeni. Co prawda w Żyje się tylko dwa razy, też miał żonę, ale wtedy był to tylko kamuflarz, tu wszystko jest już na poważnie. To jest inny Bond, także dlatego, ze jest i inny odtwórca - George Lazenby, model nie aktor, który usiłował być drugim Seanem Connery`m. Czy się sprawdza w tej roli? Cóż, sam scenariusz jest na tyle inny, odległy od pozostałych, że trudno powiedzieć. Ale nie tylko Bond się zmeinia, zmienia się także i Blofeld w tej roli tym razem Telly Savalas, czyli Kojak. I tu chyba mamy najdziwniejszą rzecz w tym filmie, obaj panowie widzieli się wcześniej (W Żyje się tylko dwa razy), ale tu Blofeld kompletnie nie poznaje Bonda na początku. No i smutna końcówka. Sprawia to wrażenie filmu bardziej poważnego, bardziej stonowanego, a Bond jest bardziej ludzki, nawet gadżetów tyle nie ma. Dodatki jak zwykle ciekawe, o powstawaniu tego filmu, o tym jak rekrutowano Lazenby`ego, historia Q i cały proces realizacji filmu. Jak zwykle jest na co popatrzeć. Tym bardziej, że sam film mocno odświeżony, przyjemnie się ogląda. A scena w Brnie rządzi, gdy James włamuje się do sejfu i przegląda najnowszy numer Playboya .

Diamnods are Forever / Diamenty są wieczne

7 Bond i po raz kolejny Sean Conery w roli 007. Ale to już jego ostatni (oficjalny podryg, o nieoficjalnym już zresztą pisałem), ale również zamknięcie pewnego cyklu, czyli ostateczny pojedynek z Blofeldem. W filmie jak w żadnym z poprzednich widać poszukiwania nowego konceptu, pojawia się więcej gadżetów niż w poprzednich częściach, choćby fałszywe odciski, nowe miejsca walk - jak winda, czy wspaniała scena z trumną. I chyba najlepszy manerw ze wszystkich, Bond posiadajacy w kieszeni marynarki pułapkę na myszy . Jak go rewidowano to koleś poczuł to na własnych palcach . Ale chyba jeszcze ciekawsze są dodatki, nie tylko biografia Alberta R. Brocollie`go, ale chyba historia samego filmu, która mocno różni się od poprzednich. Bo i przeszkodziło im trzęsienie ziemi, ale też kto inny miał grać Jamesa Bonda, Sean wrócił praktycznie do gry w ostatniej chwili. I jeszcze historia samego scenariusza, kiedy to próbowano głównym złym zrobić brata bliźniaka Aurica Goldfinegra. I jeszcze do tego wszystkiego wycięte i alternatywne sceny.

Live and let die / Żyj i pozwól umrzeć

Kolejny film z cyklu, tym razem pierwszy z Rogerem Moorem w roli 007. Dla mnie jest to film dość specyficzny, zawierający genialne fragmenty, choć jako całość czegoś mi w nim brakuje, jest ogólnie słabszy od poprzednich filmów w cyklu. Coś w nim nie zaskoczyło. Ale są też i tak wspaniałe fragmenty jak "Trespasers will be eaten" czy szeryf J.W. Pepper, same obrzędy Voodoo, skoki przez krokodyle, no i jazzowy pogrzeb . Z drugiej strony zaczyna się zabawa z niesamowitymi przeciwnikami jak Tee Hee (ten z hakiem zamiast ręki), oraz samo pokonanie Kanangi przy pomocy w praktyce głównie gadżetów, to kierunek późniejszych filmów z Bondem. Tyle, że tutaj nie wszystko zaskoczyło.
Dodatki do filmu w sposób niesamowity pokazują kręcenie sceny ze skakaniem przez krokodyle, zwłaszcza, że te po dwóch próbach wiedziały jak będzie wyglądać kolejna i czekały na kolesia . Ciekawey jest też fragment o pierwszym podejściu Rogera Moore`a do Bonda i jego castingu (w końcu to był Simon Templer - czyli Świety). A Bonda zagrał już w 1964 ale dla potrzeb jakiegoś programu rozrywkowego, wystąpił w skeczu James Bond na wakacjach . Prawie dziesięć lat później był nim ponownie, ale jużoficjalnie . Chć niestety tym razem pozostawiają już trochę niedosytu.

The Man with Golden Gun / Człowiek ze Złotym pistoletem

To jeden z moich ulubionych Bondów, jeden z najlepiej nakręconych, gdzie humor, akcja i efekty są idealnie zmontowane i do tego wspamianiała klimatyczna muzyka i fenomenalne aktorstwo. Christopher Lee jako Scaramanga to fenomenalny przeciwnik Bonda, inny niż wszyscy. No i jeszcze pojawia się ponownie szeryf J.W. Pepper.
I choć sam film mógłbym wychwalać, to niestety przyznaję, że dodatki tym razem nie spełniły moich oczekiwań, głónie postawione na kaskaderów i sceny kaskaderskie - poza jednym przypadkiem, praktycznie to raczej przedstawienie, kto robił sceny w danym Bondzie z pokazaniem kilku przykładów. Fakt, że dokument jest z 2000 roku, czyli nie zawiera "Śmierć nadejdzie jutro" jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Na szczęście film cały niedosyt wynagradza .

The Spy who Loved me / Szpieg, który mnie kochał

Kolejny, niby przełomowy film z Moorem, a na pewno symboliczny i to nie tylko dlatego, że premiera odbyła się 1977 (rok Gwiezdnych Wojen) w dniu 07.07 . To pierwszy Bond już w całości zrobiony tylko przez Alberta R. Broccoliego, ale jeszcze bardziej znaczące jest to, że w wyniku zawirowań prawnych producenci mieli prawo do postaci i tytułu, a nie samej treści tej książki, więc wiele z niej nie zostało, w praktyce scenariusz został napisany od nowa. Powoli jednak widoczny jest pewien schemat filmów z Moorem. Przede wszystkim główny wróg to pokłosie po Auricu Goldfingerze, widać pomysł z jego bratem bliźniakiem i kimś w tym samym stylu na stałe zagościł w umysłach producentów. Tak oto powstał Stromberg (Curt Jurgens), milioner szaleniec, który chce wybić ludzkość i założyć nową pod wodą. Druga rzecz to jego główny killer, czy Szczęki, jeden z najdziwniejszych oponentów Jamesa Bonda, wyglądający trochę jak Roman Giertych z aparatem na zębach. Potem już coraz ważniejszy był spec od mokrej roboty w towrzystwie super szalonego milionera. Lewis Gilbert starał się jednak wrócić z postacią Bonda bliższą keracji Seana Connery`ego. Dzięki temu Roger Moore jest bardziej brutalny wobec kobiet, ale ma jeszcze bardziej cięty język, no i powoli popełnia błędy. Nie jest tym wszechpotężnym i to w sumie dobrze, tyle, że powoli coraz częściej z każdej opresji zaczyna wydostawać się dzięki gadżetom, pomysłowość schodzi na dalszy plan, tak jak zeszła brutalna siła Connery`ego. Z innych postaci pojawia się też generał Gogol, rosyjski odpowiednik M, no i oczywiście wspaniałe jest wprowadzenie radzieckiej agentki XXX, ukazujące jak wiele mają ze sobą wspólnego. Sam film niestety ma w sobie to, że widać w nim pewne zmęczenie materiału, za bardzo idzie w spektakularne i efekciarskie sceny, a gubi główny scenariusz, na szczęscie jest humor, ale na pewno nie jest już tak dopasowany jak "Człowiek ze Złotym pistoletem". Pojawia się też późniejszy M . I chyba niesamowita scena, w której Bond wyjeżdża na plażę z morza swoim lotusem i wyrzuca rybę przez okno .
Dodatki to przede wszystkim historia Kena Adamsa, "głównego" scenografa serii (oczywiście jak akurat brał w tym filmie udział). Piękny, bo zwraca na szczegóły wizualne, ale też lepiej obrazuje styl. Fajny jest też dokument o produkcji filmu, zwłaszcza przy okazji początkowej sekwencji zjazdu w przepaść na nartach i otworzenia spadochronu. Zwłaszcza jak relacjonują panikę Broccoliego .

Podobno

w "Szpiegu, który mnie kochał" w finałowej scenie na szczycie góry ląduje helikopter MI-2 z napisem PZL Świdnik.
W sieci to znalazłem - ciekawe czy to prawda

błąd

ale drobny. Przede wszystkim finałowa scena "Szpiega, który mnie kochał" jest na morzu. Faktycznie jest tam również jakiś helikopter, ale nie widać o co chodzi. Natomiast na górze jest finałowa scena "Tylko dla twoich oczu", gdzie faktycznie przylatuje helikopterem generał Gogol (i na nim jest napisane PZL Świdnik - mam screena mogę wysłać). W tym momencie jest to oczywiście śmigłowiec radzieckich służb specjalnych .

Moonraker

Ostatni Bond z lat 70., z roku 1979 (wspaniały rocznik, wielu np. Anor, twardy, mars może potwierdzić ). Jednak widać w nim pewien trend, który wywarł w kinie pewien film z 1977 . SF i kosmos stały się modne bardziej niż kiedykoliwek wcześniej, więc pomimo zapowiedi w "Szpiegu" "James Bond Powroci w "Tylko dla Twoich oczu"" nakręcono Moonrakera, acz oczywiście mocno odnowiono scenariusz. Techniczny potwór Iana Fleminga nie wytrzymał próby czasu, pod koniec lat 70. technika poszła o wiele bardziej do przodu. Ale pewne elementy zostały, choćby wróg - Hugo Drax, świetna rola Michaela Lonsdale`a, to jest właśnie ten typ przeciwników, którzy podobają mi się najbardziej. Schemat podobny jak w poprzedniej części, miliarder chce zniszczyć ludzkość i założyć nową cywilizację. No i jeszcze powrót Buźki/Szczęk . Sam film jest mocno wciągający, zwłaszcza gdy patrzy się na niewiarygodne gadżety jak choćby gondola poduszkowiec MI-6, którym Bond jeździ po placu św. Marka. A ostatecznie najbardziej interesująca bitwa kosmiczna, gdzie zwykłe ludziki się strzelają, chyba coś podobnego potem narysowano dopiero w Wojnach Klonów. Niesamowite lokacje, niesamowite sceny, a już najbardziej przegięta jest sekwencja przed napisami początkowymi, gdzie Bond wyskakuje z samolotu bez spadochrona . A potem jak opowiada to Moneypenny, a ta mu nie wierzy . Tu przede wszystkim mamy wspaniały humor.
Ale jest to też pewien koniec pewnej epoki, wraz z tym filmem odeszło wielu twórców, w tym Ken Adams, którzy siedzieli w Bondzie prawie od samego początku. Po raz ostatni Bernard Lee pojawia się też jako M.
Jeśli chodzi o dodatki, to poza wspaniałym dokumentem o powstawaniu filmu, jest jeszcze jedna dość ciekawa, rzecz a mianowicie dodatek o twórcach efektów specjalnych i ich największych osiągnięciach. Temat rzeka, tu niestety potraktowany lekko, ale ogląda się je przyjemnie.

For your eyes only / Tylko dla Twoich oczu

Pierwszy James Bond z lat 80. i jednocześnie pierwszy Johna Glena za kamerą. To właściwie on zbudował schemat 007 lat 80. Mniej fantastyki w stylu Moonrakera, mniej gadżetów, więcej niewiarygodnych akcji i więcej lokacji. Szkoda tylko, zę w tym przypadku spadło też trochę napięcie samego filmu. No i niestety najsłabiej tu mamy z przeciwnikami Bonda. Na początku pojawia się ni stego, ni z owego Ernst Blofeld, tylko po to by zginąć przed napisami początkowymi, takie trochę mało sensowne, nie wiedzieli czym tym razem zaskoczyć widza, choć sam pomysł z odwiedzeniem grobu żony Bonda mi się bardzo podobał. Natomiast sam Aristotle Kristatos (w tej roli Julian Glover - czyli gen. Maximilian Veers z TESB czy Walter Donovan z Indiego 3), pomimo tego, że to dobry aktor i umie odnaleźć się w rolach złych (Donovan na prawdę to wspaniale zagrana postać), po prostu niknie. W przeciweństwie do poprzednich czarnych charakterów, ma tak na prawdę niewiele do powiedzenia i w sumie nie jest jakimś tam ekstra szaleńcem jak Golfinger, Blofeld, Drax czy Stromberg. Za to dużą rolę i z pewnością dobrze zagraną ma Topol (czyli Skrzypek na Dachu) jako Columbo. Rozbudowano go, to wynika też z faktu, że scenariusz powstał na kanwie dwóch opowiadań Fleminga w których właśnie pojawia się ta postać - Risico i For your eyes only. Zresztą on kradnie znaczną część filmu.
Tym razem lokacji mamy co niemiara jest i Hiszpania, i góry we Włoszech no i zatopiona świątynia grecka kręcona na Bahamach, czy w końcu właśnie sam niesamowicie wyglądający klasztor w Grecji.
Jedyne, co boli w tym wydaniu to dodatki, po kilku poprzednich płytach spodziewałem się również jakiegoś bardziej ogólnego nt. serii, niestety nie było. Ale i tak dostajemy dość porządną drugą płytkę.

Octopussy / Ośmiorniczka

Trzeba było na prawdę dobrego i świetnie zrobionego filmu, by w 1983 wygrać wyścig z bazującym na "Operacji Piorun" "Nigdy Nie Mów Nigdy" z Seanem Connerym. "Ośmiorniczka" jednak to klasa sama w sobie, to zdecydownie najlepszy Bond od czasu "Człowieka ze złotym pistoletem". Filmy z tego cyklu mają to do siebie, że mają mnóstwo różnych powtarzających się składników, które trzeba odpowiednio zmieszać, dobre dania w takiej kuchni często mają to do siebie, że są niedoprawione. Ośmiorniczka należy właśnie do tych, które są doprawione idealnie. Z pewnością swój urok ma tutaj odchodzenie od pewnych standardów, przede wszystkim brak jest jednego głównego czarnego charakteru, mamy tak na prawdę trójkę oponentów, którymi niby przewodzi Ośmiorniczka (Maud Adams), ale Kamal Kahn (Louis Jourdan) czy generał Orlov (Steven Berkoff), knują za jej plecami. Ona sama zaś ostatecznie staje się dziewczyną Bonda, co jest niewątpliwie dość ciekawym rozwiazaniem, bo odchodzimy od pewnego powtarzajacego się schematu. Sama akcja jest o tym jak szalony radziecki generał, chce zdetonować w Niemczech Zachodnich bombę atomową, by docelowo rozbić NATO. Moore w tym filmie jest gadatliwy bardziej niż zwykle, przez co mamy mnóstwo zabawnych scenek. No i wspaniałe lokacje - w tym Indie. I choć osobiście nie lubię cyrków ani niczego, co jest z tym związane, trzeba przyznać, że tu wyszło to całkiem naturalnie.
Bardzo ciekawe są tym razem dodatki, przede wszystkim powrócił tam motyw "przewodni" wydań specjalnych, czyli dodatek prezentujący wybrany fragment produkcji filmów na tle całości, tym razem pozdnajemy historię Petera Lamonta, jednego z scenografów serii. Zresztą sam dodatek o kręceniu "Ośmiorniczki" też jest genialny, ale najbardziej w pamięć zapadają dwie rzeczy. Pierwsza, jak ludzie reagowali na tytuł filmu i jak się bali czy amerykańscy cenzorzy im go nie zmienią (Oktocipka ). Drugi to sama Maud Adams wspominająca powrót do Bonda (Zagrała w Człowieku ze złotym pistoletem) i to, że ponownie drugą dziewczyną Bonda była szwedka. I znów mogły sobie potajemnie rozmawiać w rodzimym języku lecz tym razem nikt ich nie podsłuchiwał (Christopher Lee znał szwedzki, zresztą on ma taki zwyczaj, że z lubi z współpracownikami rozmawiać w ich rodzimych językach jak je zna). Ciekawym dodatkiem też jest historia statysty, no i tworzenie scen kaskaderskich.

A View to a Kill / Zabójczy Widok

Ostatnie podrygi Rogera Moore`a jako Jamesa Bonda. Jak zwykle przepełnione humorem, akcją i zwariowanymi pomysłami, jak choćby szprycowanie konii przed wyścigami (sam pomysł może jeszcze nie jest kosmiczny, ale sposób na pewno jest), czy plan zatopienia Doliny Krzemowej. Tym razem przeciw Bondowi stoi dwoje złonczyńców Max Zarin (Chritopher Walken) oraz May Day (Grace Jones). Pierwszy to urodzony czarny charakter, niezależnie w jakim filmie go gra, zawsze jest niesamowity. Tu jest chyba najbardziej psychopatycznym przeciwników Bonda, inteligentny, nie opętany misją ratowania czy tworzenia świata, ale zysku. Jednak jego psychikę najlepiej widać, gdy wpada w szał i strzela do własnych pracowników czerpiąc z tego niebywała radość.
Dodatki właście tym razem średnie. Jest wspaniały dokument o muzyce i kompozytorach serii, oraz przede wszystkim produkcji Zabójczego Widoku. Ta z pewnością była fenomenalna, bo i lokacja w Paryżu - skoki na spadochronie z Wieży Eiffle`a, San Francisco, replika Golden Gate Bridge. Kłopoty z Pinewood studios. To kawał historii kina, tego niezwykłego filmu (choć w serii jest kilka zdecydowanie lepszych, ale to już inna sprawa).

The Living Daylights / W obliczu śmierci

Timothy Dalton jako James Bond po raz pierwszy, to kolejna próba odmienienia oblicza postaci 007. Ma być bardziej brutalny, jak Sean Connery, ale jednocześnie cały film spędza tylko z jedną kobietą (w komentarzach jest info, że to było zamierzone, choćby ze wzgledu na zagrożenie HIV). Ten film ma wspaniały początek, sekwencja na Giblartarze rządzi. Dalej już jest różnie, czasami przynudza trochę, akcja dzieje się zbyt powoli, ale to, co ratuje całość to klimat. Jest wspaniała dziewczyna Bonda - Maryam d`Abo (tym razem przez to, że to bez wątpienia głowna i jedyna postać kobieta, dobrze wyeksponowana). Gorzej jest z wrogami, tu niestety jest podobna rzecz jak w "Tylko dla Twoich oczu". Od samego początku nie wiadomo, kto dokładnie jest przeciwnikiem, przez to w ostatecznym rozrachunku ich ekranowa siła spada bardzo mocno. A tu niby było trzech - podstępny generał Koskov (Jeroen Krabbé), ześwirowany militarysta Brad Whitaker (Joe Don Baker) no i generał Leonid Pushkin (John Rhys-Davies) czyli Sallah wiecznie żywy . W filmie jest też mniej kosmicznych gadzętów, oczywiście te są, np. w samochodzie Bonda, ale nawet silnik rakietowy wygląda jak rzecz całkowicie normalna przy niektórych rzeczach choćby z Lotusa
Ale prawdziwym smaczkiem są tu dodatki. Dawno na żadnej płycie tak bardzo mi się nie podobały. PRzede wszystkim jest ich dużo i to dość różnorodne. Choćby biografia Iana Fleminga, wywiady z aktorami. Ale też wycięte sceny - jak choćby James Bond na latającym dywanie. No i wspaniała historia powstawania kolejnego Bonda. Najbardziej zabiło mnie to, że pierwotnie miał go grać ... Timothy Dalton, ale ponieważ miał inny kontrakt odrzucono tę propozycję. Potem wśród kandydatów był między innymi Sam Neil, ale rola przypadła Piercowi Brosnanowi. I miały ruszyć zdjęcia, oczywiście opóźnione, gdy okazało się, że Pierce musi dokręcić jeszcze kilka odcinków do serialu Remington Steele. Ale Brocolli nie miał zamiaru dłużej zwlekać z produkcją więc, rozwiązano kontrakt z Brosnanem. Ale z powodu opóźnień Dalton był już wolny, praktycznie bez odpoczynku przyjechał na plan. POdobało mi się też to, jak mówili że tym razem na planie mieli własnego cirurga. Świetna rzecz, zdecydowanie polepsza odbiór filmu.

Licence to kill / Licencja na zabijanie

Cóż trzeba przyznać, że byłby to na pradę niezły film sensacyjny, gdyby nie jeden drobny szkopuł, że jest spod marki Jamesa Bonda... Tym razem 007 został mocno urealniony, do tego stopnia, że zapomina o Anglii i wyrusza w personalną wendettę, by pomścić zamordowaną żonę przyjaciela Felixa Leitera. Dalej juz walczy z dealerami narkotyków, ich bosem Sanchezem (Robert Davi) i jego sługusami wśród których znajduje się Benicio Del Toro. Definitywnie wróg jest tym razem innego kalibru i inaczej jest portretowany, to nie super wymyślny czarny charakter, ale gangster z krwii i kości. Sam Bond natomiast jest znów słabszy fizycznie i kondycyjnie, niż było to w porzpednich filmach, dzięki czemu obraz lepiej trzyma w napięciu. Podstawowy problem jest taki, że to dość mało bondowski film, świetna akcja, ale odbiega dość mocno od cyklu (przynajmniej do czasu Casino Royale ).
Dodatki - tym razem stadnardowe, acz dużo ich zwłaszcza o produkcji i niewykorzystanych scen.
A i jeszcze jedno dodam do poprzedniego wpisu, tam zupełnie zapomniałem o tym, że Bond ma w penym momencie filmu paszport z imieniem Jerzy Bondon. NO i jest mapa z Polska

Doktor No

będzie w niedzielę na "Dwójce" o godzinie 20.05
Ciekaw jestem czy to taki jednorazowy wybryk, czy puszczą całą serię

hmm

sprawdź tutaj:
http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=36623

Szczerzę wątpię by puścili całą serię, wątpię by puścili nawet całą wydaną przez EON Productions - czyli tę niby "oficjalną".

Bondy na TVP 2

Bodaj że na onecie parę dni temu pisało ze mają puścić całość

GoldenEye

Po 6 latach przerwy James Bond powraca, a wraz z nim aktor, który wcześniej był już rozważany na Bonda, acz wpierw był za młody, a potem przeciągnął mu się serial, przez co trzeba było szybko znaleźć innego 007. Pierce Brosnon. Seksistowski relikit zimnej wojny. Łagodny, kulturalny, elokwentny i z ciętym językiem, ale jednocześnie wciąż skory do szaleństw. Film Martina Campbella to pierwszy z cyklu, który w żaden sposób nie odnosi się do prozy Fleminga, może sama nazwa została zrobiona na cześć jego jamajskiej posiadłości, ale tu trzeba było agenta 007 przenieść w zupełnie nową rzeczywistość, bez sowietów, z Rosjanami, którzy nie są wcale tacy źli. Z drugiej strony brakuje też szaleńców milionerów z swoją wizją opanowania świata, film staje się bardziej rzeczywisty. Widać to choćby w gadżetach, Bond ponownie ma ich dużo, ale tym razem nie są one tak fikuśne i nierealistyczne jak u Rogera Moore`a. To drobny, acz całkiem realne do stworzenia rzeczy, które mu się przydają. Zmienia się wiele, mamy nową M. (Judi Dench), nową Moneypenny (Samantha Bond), która nie boi się już jechać po Bondzie, miast Felixa Leitera jest Jack Wade (Joe Don Baker - już grał w W Obliczu śmierci przeciwnika Bonda), właściwie tylko Q pozostaje ten sam (Desmond Llewelyn). Mamy też trójkę przeciwników którzy po raz pierwszy przypominają Bonda chyba najbardziej z wyszkolenia - były agent 006 - Alec Trevelyan aka Janus (Sean Bean) i z upodobań Xenia Onatopp (Framke Jensen) i do tego jeszcze generał Orumov (Gottfried John). Dwie pierwsze postaci są fascynujące, dobrze napisane i zagrane. Janus, wychowany przez MI-6, ale jednocześnie zdradzony przez nich. To nie mogło się nie odbić na jego psychice. No i Xenia - już samo nazwisko przywołuje imiona dawnych dziewcząt Bonda (choćby Pussy Galore). Szczerze powiedziawszy, zjada ona na śniadanie Natalyę Simonovą (to jest Izabellę Scorupko), grającą w porównaniu z Framkę dość niemarawo. Nowy Bond jest bardzo efekciarski i popisowy, 007 jeździ czołgiem po ulicach Skt. Petersburga, wiele rzeczy wygląda niewiarygodnie, acz tym razem odbywa się bez gadżetów. Jak się jednak okazuje, wiele z tych rzeczy próbowano i realizowano w sposób normalny i fizycznie są możliwe. Wjazd a moze raczej skok motorem do lecącego samolotu realizowano kilkakrotnie, aż się udało. No ale i tak do tego zabójczy jest humor Bonda jeszcze bardziej wyostorzny niż poprzednio. Choćby rozrabiający w zakładach Q i badający jego kanapkę w poszukiwaniu gadżetów, no i przede wszystkim wymiana zdań z Xenią. Chyba najbardziej zabójcze i tak jest "Xenia: Odłóż broń. Bond: To tylko zależy od twojej definicji bezpiecznego seksu."
Tym razem akcja jest prosta, Janus, dawny agent i przyjaciel Bonda, wraz ze swoimi przyjaciółmi wykrada tajną rosyjską broń satelitarną GoldenEye i postanwawia zemścić się na Brytyjczykach. 007 musi wkroczyć do akcji.
Same dodatki są na pewno bardzo bogatę, ale od razu powiem, że niezadawalające. Mnóstwo tu informacji, o nowej hali produkcyjnej, nowym Bondzie, nowym reżyserze, miejscu GoldenEye w serii i tak dalej, ciekawe sprawy, ale brakuje jednej, podstawowej jak dla mnie. Brakuje tu kompletnego dokumentu o tworzeniu GoldenEye - są tylko jakieś inne, z których można to podkładać. Każdy poprzedni miał często godzinny film, który ukazywał historię filmu od momentu rozpoczęcia planu produkcji, przez pisanie scenariusza, casting, znajdowanie lokacji, kręcenie aż po premierę kinową. Tu niestety tego nie ma, a to, co mnie najbardziej interesowało, czyli tworzeni filmu bez Cubby`ego, bez podkładki Fleminnga, niestety nie znalazło się na płytce. Zresztą nie ma też informacji o trudnościach z produkcją, a te z pewnością były, w końcu to Bond . Inne dodatki, to przede wszystkim opis tworzenia efektów, miniatur, sceny wycięte i fragmenty, które można by zmontować w większą rzecz o produkcji, a tak, niestety pozostaje trochę zawodu.
Sam film, można by ciut przyciąć, by był szybszy i bardziej intensywny, ew. zmienić Izę na kogoś lepszego , ale ogólnie rzecz biorąc jest bardzo popisowy, acz całkiem fajny. Niezła reanimacja serii.

Tomorrow Never Dies / Jutro nie umiera nigdy

Drugi Bond z Brosnonem (z roku 1997) w reżyserii Rogera Spottiswoode`a, to właśnie ten film, który spowodował, że (pomimo końcówki, ale do niej niebawem dojdę), lubię i jego jako Bonda, no i te filmy. Pomimo przedziwnych gadżetów - w praktyce to głównie jednego - czyli BMW na pilota, to doskonała mieszanka, tego, co powinno być w Bondzie i idealnie wymieszana (to się nie zawsze zdarza). A same gadżety, cóż, w przeciwieństwie do tych z Moore`a w większości są może dziwne, ale nie niemożliwe, na przykład okręt typu Stealth. Czemu coś takiego nie zrobić, w sumie można, a czy to jest praktyczne, to juz inna sprawa. Tu mamy bardzo ciekawego viliana, Elliota Carvera (Jonathan Pryce), który pod koniec doskonale odkrywa swoje karty i wiemy, o co mu chodziło. To nie jest istota marząca o władzy absolutnej, czy realizacji swych idei, jak to było w przypadku wielu innych czarnych charakterów, to osobnik z krwi i kości, chłodny biznesman, dla którego wywołanie III Wojny Światowej to mała cena, za monopol na chińskim rynku. Podobnie jak Sanchez to jeden z najgorszych czarnych charakterów, nie dlatego, że jest najbrutalniejszy, najbardziej sadystyczny, ale właśnie dlatego, że jest dość realnie przedstawiony. I prawie całkowicie zrobiony w stylu, który mi się podoba, czyli głównie rozkazuje, a samemu czyni niewiele szkód. Pod koniec niepotrzebnie walczy, ale to już inna kwestia. Bond tym razem musi powstrzymać magnata, który ma do dyspozycji gazetę "Tomorrow", dzięki której nie tyle, co kontroluje armię, co raczej ludzkie obawy i uczucia, steruje wydarzeniami. U boku Bonda natomiast stoi piękna chińska agentka (Michelle Yeoh). A dalej jazda na maksa.
Fajne są też pewne nawiązania - jak choćby widoczna w tle wyspa z "Człowieka ze złotym pistoletem", czy po raz pierwszy w ważniejszej roli Michael G. Wilson (producent - który pojawia się w wielu filmach z cyklu, stojąc gdzieś jako statysta, tym razem widać go, mówi, a jego postać ma nawet imię - Tom Wallace). Już sam początek przed kredytami wbija w fotel, ta scena bardzo mi się podobała, szkoda, że dalej filmy nie poszły dokładnie w tym kierunku - terroryści, ciemne markety, nielegalny handel bronią. To by nie tyle nadało nowego kolorytu Bondowi, co raczej mocno go urealniło i uczyniło przerażajacym. Na uwagę oczywiście jak zwykle zasługuje humor - nowa Moneypenny (Samantha Bond pojawiłą się już poprzednim razem, ale tutaj jest odmieniona) czy genialna scena z ubezpieczeniem, ale także nowa oprawa muzyczna Davida Arnolda. Tu jest bajer, ale o tym było niestety w dodatkach na innych płytach, a mianowicie on wcześniej wydał płytę z muzyką inspirowaną Bondem, z tematami itp. I to się spodobało producentom, wiec go zatrudnili, z plusem dla filmu.
Dodatki natomiast wypadają dość nierówno, ale generalnie słabo. Przede wszystkim zbyt wiele rzeczy jest na nich oklepanych. Mamy tu dwa rodzaje dodatków - standardowe z typowych wydań DVD - np. wycięte sceny, galeria obrazków i tak dalej. Ma to swój urok, ale to nie wszystko. Drugie - to elementy nakręcone do promocji samego filmu w latach 90. Tak jest choćby z dokumentem o tworzeniu Bonda (który jest fajny, ale brak mu tego ogromu informacji, jakie mają dokumeny do Licence To Kill włącznie - tym bardzje, że ponownie nie wiadomo na jakiej podstawie był pisany scenariusz, a przecież były jazdy z tytułem, pierwotnie miał brzemieć Tomorrow Never Lies - osobiście bardziej mi się podoba, choć sama oprawa w tym Q opowiadający, że oglądamy nie zwykła kasetę VHS (w dobie filmu DVD ), acz przydałoby się uzupełnienie), czy kolejny dokument z cyklu o ogólnie o serii.
Film z pewnością jeden z najlepszych w cyklu, ale dodatki... na odwal się.

The World is not Enough / Świat to za mało

Trzeci film z Brosnanem w roli głównej tym razem w reżyserii Micheal Apteda (ten od "Rzymu"), to wybuchowy koktalj, wstrząśnięty, nie zmieszany. I to chyba najważniejszy problem, bo z kolejnych fragmentów i składników trudno cokolwiek odrzucić, wzystko stoi na wysokim poziomie, ale całość prezentuje się słabiej niż poprzednie części. Tu jest właśnie ta drobna kwestia wywarzenia proporcji, a tym razem część rzeczy zostało zmienionych. Ponownie gadżety Bonda wcale nie są jakieś superowe, wręcz mało okazane. Bo BMW z wyrzutnią rakiet, to mogło robić wrażenie kilka ładnych filmów wcześniej, obecnie to standardowe wyposażenie (przynajmniej w kinie). Podobnie jest z okularami z X-Rayem - to nawet nie jest wymysł scenarzystów Bonda . I tak dalej. Problem w tym, że tym razem postanowiono rozbudować inne postaci i to widać. Q odchodzący na emeryturę (To zresztą ostatni film z Desmondem Llewelynem) a pomaga mu R (John Cleese), M odgrywa ważniejszą rolę, wpierw widzimy jaka z niej żelazna dama, potem próbuje brać udział w akcji (po raz pierwszy M ma tak ważną rolę), co jej wychodzi z mizernym skutkiem. A dodatkowo mamy na prawdę pomieszane to, kto jest prawdziwym przeciwnikiem Bonda czy Renard (Robert Carlyle) czy Elektra King (Sophie Marceau) czy Doktor Christmas Jones (Denise Richards) - początkowe wprowadzenia wskazują wszystko w sposób oczywisty, ale mamy tu właśnie znamie Apteda, nie wszystko jest tym, czym się zdaje być na początku. Inny wręcz typowy przykład to wyjątkowo długa sekwencja przed napisami początkowymi, fajna, nie można jej nic ująć, acz ma dużo gadania jak na ten fragment filmu i dodatkowo mocno powiązana jest z resztą. Wcześniej podobnie jak to powinno być wg Lucasa, dzieje się inna misja i Bond ją kończy, wzglednie obserwujemy wprowadzenie do tego, co będzie musiał badać, a nie już jej fragment. Sam film ma dużo nawiązań do reszty, jedne niestety wycięte (Są rzeczy które robie dla Anglii - w dodatkach w wyciętych scenach), portet Bernarda Lee jako M w biurze nowej M, czy nawet sam tytuł "The World is not Enough" - rodzinne motto Bonda, będące wypisane na jego herbie (Widać je w "Tajnej służbie jej królewskiej mości"). Jest to bardzo dobry (por. z Licencją na zabijanie czy Casino Royale 2006 - gdzie to był "dobry" ) film sensacyjny, dobrze i misternie skonstruowany, jednak z całym szacunkiem na potrzeby cyklu o Jamesie Bondzie został trochę przewartościowany. W sumie to i tak lepsze niż kolejne części, ale jak to mówią ryba psuje się od głowy. I to tu widać. Wyczerpały się pewne pomysły i nie wiadomo, w jaki sposób ciągnąć dalej schemat (swoją drogą ten został pociągnięty w książkach choćby pamietniki Moneypenny, gdize Bond schodzi na drugi plan). Mnie osobiście cieszył powrót Valentina Żukovsky`ego (Robbie Coltrane), szkoda, że jego wątek został nie dopowiedziany - ale może właśnie dzięki temu kiedyś jeszcze wróci.
No i zostają dodatki, to pięta achillesowa filmów z Brosnanem. Najlepiej wypadają wycięte sceney i ich alternatywne wersje. Reszta niestety pozostawia wiele do życzenia, 15 minutowy dokument pt. Making of nawet nie oddaje ducha produkcji. Niewiele o tym filmie wiadomo. A to co pisałem o portrecie M czy rodzinnym Motcie to niestety własne obserwacje (sprawdzone w sieci zresztą), a nie informacje z dodatków. Nie oczekuję już wspaniałych dokumentów biorących na warsztat wybrany aspekt filmu, ale chciałbym dostać solidny dokument o tym jak powstawał film, od scenariusza, skąd się wziął, co wykorzystano i tak dalej. Niestety tu tego nie ma. Chyba najciekawsza jest konferencja prasowa Pierce`a Brosnana, który opowiada, że przy Goldeneye nie wszystko wyglądało tak różnowo jak to pokazywały tamte dokumenty (znów niestety brak obiektywnego i porządnego dokumentu o tworzeniu Goldeneye ) i tylko między wierszami w wywiadach z nich dowiadujemy się, że powoli jest zmęczony intensywnością grania tej roli i że następny film będzie za 3 (a nie za 2) lata. W sumie fajnie wypada jeszcze Bondowski koktajl, szkoda, że zapomniano o nim przy proudkcji następnych filmów.

Die Anorther Day / Śmierć nadejdzie Jutro

20 Bond z okazji 40 lecia filmów. Reżyser - Lee Tamahori, reżyser słynnego "Tylko Insytnkt" (z Temuerą Morrisonem (Jango) i Reną Owen (Taun We)) w wywiadach dołączonych do dodatków mówi, że ma nadzieję, że nie będzie tym, który stworzy najgorszy film z cyklu. Niestety, jego obawa stała się prorocza. "Śmierć nadejdzie jutro" to bez wątpienia dno totalne, przede wszystkim dlatego, że nie dość, że to słaby Bond (swoją drogą twórcy scenariusza pracują dalej - zrobili Casino Royle a teraz robią Bonda 22), to jeszcze nie ma dobrego filmu sensacyjnego. Jest dość słaby film. Po pierwsze wszystko jest źle wymiesznae, po drugie największy problem to efekty. Filmy z Moorem miały mega gadżety, te z Brosnanem z pewnością do tego filmu im nie dorównywały, bo poza samochodami, reszta była w miarę ok. A i samochody z wyruztniami rakiet nie robiły specjalnego wrażenia. Tu mamy Vanisha a raczej Aston Martin Vanquish z niewidzialną karoserią i wszystko jasne. Problem w tym, że przegięć jest więcej, dochodzi Ikarus, komputerowe efekty uzywane na maksa i właściwie brak wielkich popisowych scen kaskaderskich. Jest zbyt szybko i zbyt intensywnie, pogubione są postaci. Graves (Toby Stephens) może i byłby dobym przeciwnikiem, trochę przypominającym Zarina, ale to nie ta klasa to raz, a dwa jak wszystko jest namieszane. Plusem jest postać Miranda Frost (Rosamund Pike), bardzo niejednoznaczna i fajnie zagrana. Natomiast Jinx (Halle Berry) trochę mnie irytowała na początku, a potem, cóż po kolejnych efektach wszystko przestaje mnieć jakiekolwiek znaczenie. Do plusów Bonda można zaliczyć fakt, że jest dużo odwołań do poprzednich części - jak choćby sam gabinet nowego Q z dawnymi gadżetami czy podziemna stacja przypominająca o tym, co mówil japoński szef służb specjalnych w "Żyje się tylko 2 razy". Całość, cóż kolejny biznesmen - tym razem Gustav Graves, który próbuje ukarać świat, a Bond działa na własną rękę. Natomiast Neal Purvis i Robert Wade doskonale pokazują jak wazna jest dla nich bondowa klasyka itp. (to było ironicznie). No gdy Bonda zamykają na 13 miesięcy w gułagu w Korei Północnej robi się ciekawie, ale nie wiem czy tak długi okres był potrzebny, zwłaszcza jak przypomina się o dawnych przygodach Bonda i daje jego młody wiek. Potem efekt tego widać w Kasynie.
Dodatki znów nie są najciekawsze, jest kilka rzeczy, z których godny uwagi jest dokument ze Skryptu na Ekran, który pokazuje historię filmu, w sposób inny niż to było na 16 pierwszych płytach, ale komplementany. Gorzej prowadzony, ale można go uznać za alternatywę. Resztę pominę milczeniem, dokumenty są robione na siłę, na zasadzie zdjęć na planie i skelecenia z nich czegoś, a nie próby odtworzenia historii filmu, zarówno jak powstawał, jak również jak wpływał na masową wyobraźnię. Die Another Day to właściwie Titanic, pogrzebał praktycznie serię... A szkoda i to bardzo, zwłaszcza Brosnana.

Casino Royale

No cóż, ten film to definitywny koniec Bonda i pewnej klasyki, jest dość słaby, choć ma pewne elementy humoru, jednak ogólnie brakuje mu bardzo wielu rzeczy, w tym sensu i logiki. Zniewieściały, stetryczały Bond żyjący w celibacie i zdziwiony tym, że agent MI-6 kojarzy się głównie z dewiantem seksualnym... To akurat może i było śmieszne, ale nijak się potem ma to doalszej części filmu. W każdym razie Bond (David Niven) zostaje teraz nowym M. i wpada na pomysł, by każdy z agentów nazywał się teraz James Bond 007. Wrogiem jest oczywiście Le Chiffre (Orson Welles) - genialnie zagrany sztukmistrz z SMERSH. I rozpoczyna się gra w kasynie o wysoką stawkę, w tym celu Vesper Llynd (Ursula Anders) namawia autora książki o bakaracie - Evelyn Tremble (Peter Selers) by ten zgłosił się do gry z Le Chiffrem, jako James Bond... Niby zabawne, ale im dalej tym bardziej wchodzimy w świat absurdu, który zastępuje scenariusz. Na uwagę natomiast z pewnością zasługuje Jimmy Bond (Woody Allen) - de facto także Doktor Noah, neurotyk i psychopata . Ogólnie film niestety dość słaby, raczej tylko dla fanów serii, i to głównie jako ciekawostka.
A dodatki, cóż całkowity brak.
A i jeszcze w uzupełnieniu do Śmierć Nadejdzie Jutro - trzeba dodać jedną rzecz a propos dokumentów, jest tam fajny motyw z pokazywaniem jak działają doniesienia prasowe. Zwłaszcza z motywami z tytulem, plotkami czy wypadkiem Halle Barry.

Never say never again / Nigdy nie mów nigdy więcej

Właściwie rzecz ujmując to o tym filmie trochę już napisałem przy okazji odpowiedzi na post Sky`a więc post raczej dla formalności. Z pewnością ten nieoficjalny Bond (nieoficjalność znaczy tyle, że nie jest wydana przez EON Production) z pewnością o wiele bardziej pasuje do kanonu niż Casino Royale . Reżyser Irvin Kershner sprawił, że wrócił do roli Sean Connery, który doskonale się w niej odnalazł. Jego Bond jest o wiele bardziej zdystansowany do siebie, niż był wcześniej, przez to miejscami bliższy wręcz wesołkowi Moore`owi. Scenariusz, cóż jak pisałem to w dużej mierze powtórka "Operacji Piorun", ale w ciekawej obsadzie, Kim Basinger jako Domino aktorsko bije swą poprzedniczkę (wizualnie, cóż kwestia gustu), Klaus Maria Brandauer jako Largo może nie zapada wizualnie w pamięć tak bardzo jak jednooki poprzednik, ale też nadaje postaci innego kształtu, a Max von Sydow jako Blofeld to w sumie chyba najlepsza kreacja tej postaci poza Donaldem Pleasencem w "Żyje się tylko dwa razy". A pozostała obsada - Edward Fox jako nowy M stawiający na metody naukowe, czy Rowan Atkinson jako postać komiczna, nadają smaczku filmowi. Fakt, Kershner jak na Bonda, zwłaszcza lat 80., strasznie wszystko spowalnia, ale dodaje to klimatu, gdy 007 nie wyrabia. Jest to takie odejście od schematu, ktore daje wiele do myślenia, czy to Bond czy już nie Bond, ale jednak .
A samo wydanie DVD, cóż szkoda gadać, jedna płytka i nic więcej.

Casino Royale

W sumie już się wypowiadałem o tym filmie w tym wątku: b.php?nr=239208 ale warto jeszcze się zastanowić nad nim jako nad filmem z cyklu. I to jest największy problem, czy to film z cyklu czy nie, przede wszystkim zbarszczono całkowicie ciągłość - bo z jednej strony Bond jest młody i dopiero się uczy, z drugiej, po co stara M, która jeszcze opowiada, że tęskni za czasami zimnej wojny (A w Goldeneye stwierdziła, że Bond jest reliktem zimnej wojny). Problemem filmów z Brosnanem był nadmiar efektów i względnie słaby scenariusz. Niestety - twórcy scenariusza Neal Purvis i Robert Wade robią kolejny film (trzeci pod rząd) z cyklu, więc wiele spodziewać się nie można. Po pierwsze Bond nie ma klasycznego bondowego otwarcia, już nie mówię o gun barrelach, a raczej o niesamowitej scenie akcji w filmie, no cóż, ale to właśnie Ci panowie zrezygnowali z tego w "Świat to za mało" na rzecz pokazania całego filmu od początku, bez "bzdurnych" przerywnikow. Tym razem dostajemy coś niby w stylu retrospektywy, ale ... I tu właśnie problem, bo rozpoczyna się od nieścisłości. Szczrze brak napisu Republika Czeska i poprawione dialogi (głównie o M) załatwilby sprawę i wszyscy byliby zadowoleni, a tak nie wiadomo, co o tym sądzić. Ale jak mówi w wywiadach sam reżyser - zlaliśmy ciągłość czasową - i to jest coś, co mnie bardzo boli w tym filmie, nawet bardziej niz fakt, że jest słabym Bondem (a że dobry film sensacyjny, to inna sprawa). Próbowano wrócić do korzeni Flemminga, historii Bonda który stawia pierwsze kroki, acz w powieści mimo wszystko był już bardziej doświadczony. Daniel Craig jako Bond się nie sprawdza, ale jak widać doskonale w dodatkach, to niestety kwestia scenariusza, który "upraszcza" Bonda, bo sam aktor jest bardzo elokwentny i z pewnością napisałby bardziej Bondowe dialogi, niż to, co jest w filmie. A w nim jest dużo akcji, dobrze, że wrócono do robienia popisó kaskaderskich, ale brak im tej pomysłowości, co niegdyś. Choć scena z koziołkowaniem samochodu robi wrażenie. Problemem podobnie jak w poprzednim filmie (Śmierć nadejdzie jutro) jest logika zdarzeń, a Bond bez komputera właściwie jest tylko mięśniakiem. Cóż nienajlepiej świadczy to o MI-6, no gdzie jest Moneypenny, ona była lepsza od komputera. Akcja nabiera tempa w drugiej połowie, scena gry w pokera jest fenomenalnie zrobiona (tylko, że gdyby to było trzymanie się oryginału, którym niby tłumaczy się zmiany i niedoróbki, to byłby to bakarat), reszta efektowna, ale jako mieszanka Bondowska pozostawia wiele do życzenia. Goldeneye było w tym aspekcie lepsze. No i jeszcze zostają dziewczyny Bonda - Vesper Lynd (Eva Green) i Solange (Caterina Murino), które choć nie oddziaływują na widza tak bardzo jak niektóre poprzedniczki (to zresztą widać w dokumencie na drugiej płytce), to mimo wszystko oddziałowyują na Bonda, bardzziej niż poprzedniczki. No pod tym wzgledem zmiana M. na kobietę to dobry pomysł. A przeciwnicy - Le Chiffre z pewnością jest ciekawszy od samej postaci 007, ale gdy się go porówna z innymi przeciwnikami Bonda, czy nawet ksiażkowym oryginałęm, to jest zaledwie henchmanem pana Snowa, którego nie ma
I jeszcze dodatki, tu nie spodziewałem się wiele. Teledysk, dokument o Dziewczynach Bonda - przede wszystkim podkreślający ciągłość serii (WTF??), dokument o kaskaderach (na pewno uzmysławia, że Le Parkour, wykorzystany w filmie to nie jest przegięcie, a przynajmniej w takim stopniu jak to wygląda) no i dokument o tworzeniu Bonda (niestety krótki, choć fajnie, że wspominiano historię o zdobywaniu praw). I to niestety tyle. Szkoda tylko, że przy Bondzie 22 pracować będzie ta sama para scenarzystów, bo boję się, że jeśli zaczną wracać do schematu, sięgną po to, co w nim najgorsze.

Seria o Bondzie-DVD w prasie!!!

Czy słyszeliście/czytaliście o tym, że seria o Bondzie ma ukazać się w prasie (w Gali albo Vivie)? Widziałam, że już ukazała się przedostatnia część przygód agenta 007. Ciekawa jestem, czy ukażą się wszystkie...

...

W Vivie. Ma wyjść 20 odcinków. Lub coś koło tego.

Z tego

co wiem, ma wyjść cała oficjalna seria. Mankamentem jest to, że na płytach brak jest menu i polskich napisów . Od razu po włożeniu do odtwarzacza włącza się film z polskim lektorem i za Chiny nie da rady tego zmienić
Faktycznie pierwszy numer zawiera film Die another day oraz drugą płytę z filmem Dziewczyny Bonda. Za dwa tygodnie wydany zostanie Dr No i już dalej po kolei

...

szkoda, że nie ma napisów No ale to zawsze Bond, więc pewnie i tak kupię. Ale czekam na Człowieka ze złotym pistoletem - zawsze lubiłam tę część

darth ithilnar

Wwalam do pierwszego tematu, jaki się nawinął. Mogłabyś numer gg podać.
Co Tobie wiadomo o III Festiwalu Historii - W poszukiwaniu Rzymian i bursztynu (30 kwietnia-4 maja Płociczno k/Suwałk)?

...

nie mam gg. Napisz mi maila, to jutro Ci odpiszę. Na temat tego festiwalu niewiele wiem, ale mogę się dowiedzieć

...

...

To to. Mail poszedł. Czy to poważna impreza, czy lipa? Gdybyś mogła się dowiedzieć.

Znany już tytuł 22. filmu

za film.onet.pl

Najnowsza część przygód Jamesa Bonda będzie nosić tytuł "Quantum Of Solace".

Producent Michael G. Wilson poinformował, że tytuł 22 filmu o przystojnym agencie Jej Królewskiej Mości został zaczerpnięty z oryginalnego opowiadania Iana Fleminga.

- Opowiadanie pochodzi ze zbioru "For Your Eyes Only" i w bardzo niewielkim stopniu przypomina twórczość Fleminga. To studium charakteru, w którym nie ma sensacyjnej akcji, ani motywów szpiegowskich. Uznaliśmy, że tak intrygujący tytuł będzie dobrym nawiązaniem do tego, co przeżywa główny bohater - powiedział Wilson.

- To nie będzie film o zemście, tylko znacznie bardziej skomplikowana historia z bogatszą akcją oraz obrazem wewnętrznego konfliktu Bonda po wydarzeniach przedstawionych w poprzednim filmie "Casino Royale" - dodała producentka Barbara Broccoli.

Mam

nadzieję, że będą potrafili w umiejętny sposób przedstawić wewnętrzny konflikt Bonda, bo coś mi się wydaje, że może im to nie wyjść specjalnie dobrze...
Czekam, oglądnę i zobaczymy...

Bond jest super

Mój ulubiony Bond to Sean Connery, zaraz za nim Timothy Dalton i Pierce Brosnan. Moore i Lazenby zostaja z tyłu. Moore bardziej pasował mi w serialu Świety i to troche z tym serialem bardziej go kojarze. Ale Craig to totalny nie wypał a i Casyno Royale odstaje zdecydowanie od reszty i najmniej go lubie z calej serii.

Mam podobne

odczucia, jednakże Timothy u mnie się z Brosnanem zamienią miejscami... I racja Craig to zupełnie ktoś inny, nie pasuje w ogóle do Bonda, miejmy nadzieje, że go wymienią

Hmm

Mi się "Casino Royale" bardzo podobało a Craig wg mnie zagrał lepiej od Brosnana.

co do gry

aktorskiej to wg mnie nie byl lepszy, ale wiekszy porblem jest nie to jak gra, ale to ze nie pasuje zupelnie do tej roli.

Kwestia gustu :)

jak dla mnie Brosman jest kiczowaty jak Lazenby ... natomiast Craig ma "to coś" co mieli Connery i Moore .. Po połowie GoldenEye heftnąłem i więcej Brosmana jako Bonda nie widziałem

Re: Hmm

prezi napisał(a):
a Craig wg mnie zagrał lepiej od Brosnana.
________
Bond, był przystojny czarujący...A spójrz na Craiga i porównaj jego urodę z urodą Brosnana.

Re: Re: Hmm

Comndo napisał(a):
prezi napisał(a):
a Craig wg mnie zagrał lepiej od Brosnana.
________
Bond, był przystojny czarujący...A spójrz na Craiga i porównaj jego urodę z urodą Brosnana.

________
przystojny..czarujący..Ekhem jaką ty amsz orientację ?

Ja wolę Craiga jako Jamesa Bonda, potrafi go zagrać bardziej po ludzku

Dobra

mógł sobie zagrać dobrze ale w Bondzie też nie chodzi tylko o to! Craig wygląda jak ruski agent.(najlepeij by było jakny bond był przystojny grał po ludzku i był Jedi! )

Tsss

Właśnie on dobrze wyglądał, idealnie na brytyjskiego agenta wywiadu, jest bardziej angielski niż Brosnan.

no nie wiem

sęk w tym, że Bond nie ma być, aż tak ludzki...

Re: no nie wiem

Ma być gungański !!!!

wg mnie

ma byc poważny i nie mieć jakiś wielkich zachamowań

Craig vs Brosnan

Tutaj rodzi się kwestia, który aktor zagrał Bonda lepiej odnosząc się do jego książkowego pierwowzoru.
Postać Brosnana nie miała zupełnie nic z książką wspólnego (może oprócz 2 czu 3 scenek biorąc pod uwagę jego wszystkie 4 filmy).
W przypadku Craiga jest to kolejna osoba, po Daltonie, która gra Bonda takim jakim Ian Fleming przedstawiał go w swoich powieściach (no można jeszcze dorzucić Seana Connery`ego, ale Fleming stwierdził w trakcie pobytu na planie Dr. No, że on go troche "ubarwił").
Martwi mnie jednak fakt, że producenci chyba będą chcieli zrobić pomost we wszystkich filmach Craiga - czyli ten książkowy Bond będzie sie przeistaczał powoli w tego, jakie znaliśmy ze wszystkich wczesniejszych filmów (z szorstkiego zabojcy w dżentelmana z klasą).
Mam jednak nadzieje, że muzyka w filmie będzie bardziej skomplikowana niż ta w Casino Royale, która nota bene miała kilka świetnych kawałków, co wróży dobrze score`owi Quantum of Solace (w końcu sam kompozytor chce powrócić do starszych klimatów).
Pożyjemy, zobaczymy W koncu świat też bywa "wstrząśnięty nie mieszany"

Hmm...

uwielbiam Bonda... ale jakoś nigdy nie sięgnąłem po książkowy pierwowzór :/ ... chyba trzeba to będzie naprawić

Re: Craig vs Brosnan

-W koncu świat też bywa "wstrząśnięty nie mieszany"

________
Świat, generalnie, ma wszystko w dupie

Co do książkowych pierwowzorów, to po tym jak w wakacje obejrzałem CR chciałem wypożyczyć z biblioteki książkę, ale akurat była wypożyczona Może czas się przejść i sprawdzić, czy akurat nie jest dostępna...

Re: Re: Craig vs Brosnan

Ricky Skywalker napisał(a):
Świat, generalnie, ma wszystko w dupie

________
A zwłaszcza wstrząśnięte nie mieszane

polecam :)

Polecam
Ale od razu ostrzegam, że Fleminga ciężko się czyta. Jednak z drugiej strony warto się przekonać jak z wielu słabych książek powstały naprawde świetne filmy

też czytałem

ale tylko Doktora No. i akurat ta książka bardzo mi się podobała i wg mnie była naprawde ciekawa.

Dr No

Dr No to w sumie taka kwintesencja Bonda - wszystko co jest charakterystyczne dla tej postaci znajduje sie wlaśnie w Dr No. Film został wydany jako pierwszy z serii. Co ciekawe, książka została napisana przez Fleminga jako chyba szósta, w roku 1958.
No to teraz porównaj sobie Bonda w Dr No z filmu i z książki.
Zwróć uwagę, że Fleming na starcie mówił, że postać fimowa odbiega od tego jak ja przedstawił w powieści

odbiega ale nie drastycznie

i też mówił ze Connery dodał pewne cechy, które mu się spodobały(Fleming). A Craig nie pasuje ani do książkowego ani filmowego wzoru.

*niedrastycznie

...

Hmm

Dzisiaj obejrzałem "Śmierć nadejdzie jutro" i jestem naprawdę rozczarwoany Bondami z Brosnanem.O ile Berry zagrała dobrze, to brosnan cienko a film wieje sztampą na kilometr: bond znowu ratuje świat i pokona złoczyńców którzy są tak źli że aż nierealni.Kaszana 4/10 4-za grę berry i cleesa

DAD

2/3 filmu nawet w porządku - dobry Bondowy klimat
Końcówka z Ikarem i akcją w samolocie nieciekawa
Nie taka kaszana jak piszesz W sumie muzyka nawet dobra (choć troszke za dużo tej elektroniki - mimo wszystko daje to też swego rodzaju klimat ), gra aktorska nawet nawet ( Brosnan robi co może z tą dziwnie napisaną dla niego rolą - to już nie jego wina ).
Troszkę za dużo elementów przyszłościowo-efekciarskich ( osobiście wole "bardziej szpiegowskie" Bondy ).
Na pewno plus nalezy sie za kilka elementów dodanych do fabuły, a związanych z "korzeniami Bonda) --> scenka na Kubie kiedy rozmawia w pokoju z człowiekiem mającym zapewnić mu dojście do Zao na wyspie Los Organos, właśnie tam Bond przegląda książkę o ptakach i przychodzi mu do głowy pomysł aby podawać się za paleontologa (pierwotnie Fleming zaczerpnął imie "James Bond" od paleontologa o tym samym imieniu - widać jak fajnie tutaj jest to wplecione).
Na szczęscie 4 lata później trafił do kin film "Casino Royale" z Craigiem, co odnowiło na lepsze wizerunek Bonda. Nie ma to jak czerpanie z korzeni ile się da

błąd

Nie paleontolog tylko ornitolog

No

CO prawda Madonny nie lubię ale piosenkę fajną nakręciła do Bonda, wiec muzyka jest spoko ale film nie za dobry moim zdaniem.

czemu uwzacie

ze film jes slaby? Fabula jest sztampowa jak w wiekszosci filmow, ale poza tym ogolnie jest fajnie. Kilka scen jest niezlych. A fakt ze bohater jest sarkastyczny tylko dodaje bardzo duzo.

piosenka Madonny

Piosenka Madonny jest BEZNADZIEJNA (mimo, że lekko wpada w ucho).
Z tego co się orientuje WOGÓLE nie chciała współpracować z Davidem Arnoldem (kompozytorem muzyki do Bonda), w sprawie napisania tematu głównego do filmu - przez to film sporo traci (jednak kompozytor zrobił co mógł i dodał temat NIEMAJĄCY nic wspólnego z piosenką tytułową madonny. Brzmi to o wiele lepiej niż jej słaby śpiew przy napisach początkowych.
Na szczeście przy Casino Royale sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Muzyk rockowy Chris Cornell napisał świetne słowa do piosenki i wraz z Davidem Arnoldem skomponowal fantastyczny temat muzyczny do filmu (taki pre-Bond theme). Temat praktycznie ciągle slychać w różnych aranżacjach w filmie.
Mam nadzieje, że w przypadku nowego Bonda - Quantum of Solace piosenka będzie równie dobra pod względem melodycznym, jak i słów. Utwór "You Know My Name" postawił wysoko pod tym względem poprzeczkę. Z tego co słyszałem sam Paul McCartney, który skomponował i napisał piosenke do 9 filmu o Bondzie (Live and Let Die), odmówił napisania piosenki do QOS (twierdził, że nie może znaleźć rymów do wyrazu Solace).
Chyba szykuję się powtórka jak w przypadku Casino Royale, gdzie w słowach piosenki próżno szukać tytułu filmu.
Do premiery - 7 listopada już niedługo

Ja najbardziej

się ciesze, że u nas w końcu wydano "aktorskie paki" serii o Bondzie ... dzięki temu nie muszę mieć masy pojedynczych filmów ani nie muszę kupować całego megapacka ... jedynie zestaw filmów z aktorem którego lubię

Pytanie

Z tego co się orientuje są 3 packi aktorskie - Connery, Moore i Brosnan.
A co z 3 innymi Bondami - W tajnej służbie jej królewskiej mości (Goerge Lazenby) i 2 filmy z Daltonem? Czy są one dołączone do któregoś packu ?

Hmm...

z tego co wiem to tylko wyszły aktorskie Connery, Moore i Brosman. Lazenby i Dalton chyba nie zostali w ogóle wydani w "aktorskim" packu (ciężko wydać pack z 1 lub 2 filmami )tylko jako pojedyncze filmy. Napewno nie są dodani do Conner`ego czy Moora bo te akurat mam

Skyfall

Co oni robią z tym Bondem? Nie wiem, czy wszyscy widzieli, jaki będzie Q w nowej części:
http://www.filmweb.pl/news/Gwiazda+%22Pachnid%C5%82a%22+zagra+Q+w+nowym+%22Bondzie%22-79881
Jak dla mnie to kompletna porażka.
Będziemy mieli również nowego M:
http://www.filmweb.pl/news/Czyim+nast%C4%99pc%C4%85+jest+Ralph+Fiennes+w+%22Skyfall%22-80855
A tu mamy pierwsze oficjalne zdjęcie z filmu:
http://www.filmweb.pl/news/FOTO%3A+Co+robi+James+Bond+na+basenie-81253#picture-1-fullscreen

Plakat

Plakat do Skyfalla:
http://www.filmweb.pl/news/FOTO%3A+Powr%C3%B3t+do+korzeni+na+imaksowym+plakacie+%22Skyfall%22-85340#
Jak dla mnie świetny, nawiązujący do starych, dobrych bondowskich czasów. Tylko żeby tym razem Gunbarrel się pojawił tradycyjnie na początku filmu, a nie na końcu jak poprzednio.

trailer

No i mamy już pierwszy zwiastun w sieci Skyfall.

http://www.youtube.com/watch?v=xJ4dAY3DW4c

Kilka naprawdę bardzo klimatycznych scen, wizualnie powinno być wyśmienicie.

że co proszę??

co to jest? Zwiastun do filmu sensacyjnego, ok kupuję. Ale do Bonda? A myślałem, że już po końcówce Quantum of Solance w końcu pójdą po rozum do głowy. Natomiast tak nieklimatycznego zwiastuna już dawno nie widziałem . Gdyby nie napis 007 i próba muzyki na końcu, pomyślałbym, że to inny film z Craigiem.

...

Zgadzam się z Tobą. Wydawało mi się, że trailer powinien mnie zachęcić do pójścia do kina, a nie wręcz przeciwnie. Po klimatycznym plakacie trailer jest co najmniej... rozczarowujący. Czyżby jednak czekał nas psychologiczny odcinek? W sumie to w ostatnich dwóch Bondach odniosłem wrażenie, że twórcy tworzą nową serię filmów, tylko jakimś dziwnym przypadkiem akurat na końcu filmu przypominają sobie (i nam), że to dalej Bond (W Casino scena z postrzeleniem White`a, w Quantum gunbarrel).

Jakoś...

mi dziwny się wydaje. Chociaż do samego Craiga nic nie mam (jest trzecim najlepszym Bondem moim zdaniem), to sam trailer jakoś nie pasuje mi do poprzednich dwóch filmów, które były bardzo dynamiczne. Ale nie podchodzę sceptycznie, bo widzę, że film może być jeszcze lepszy od Casino Royal.

Craig

wcale a wcale mi nie pasuje jako Bond. Jest po prostu brzydki i bez klasy! Mogli dać, no nie wiem, Hiddlestona

...

Mimo, że też uważam iż Craig nie pasuje na Bonda to Hiddleston byłby milion razy gorszy.

Gorszy?

Dlaczego?

...

Bo na przykład Hiddleston jest jeszcze brzydszy i ma jeszcze mniej klasy? ;>

Nie lubię

cię! Jak możesz tak mówić?

...

Normalnie, w tym aktorze nie ma nic nadzwyczajnego. Jedyne czym mnie on zaskoczył to zdobycie miłości tysięcy kobiet. Nie rozumiem co w nim widzicie. Wczoraj na seansie Avengersów siedziałem koło jakichś dwóch nastolatek, które darzyły Lokiego jakimś nieziemskim uwielbieniem... powiedz mi, dlaczego?

Loki?

Dobra, rozumiem, kochasz tego gościa we wszystkich jego przejawach, ale na Bonda to on kompletnie nie pasuje. Już lepszy byłby gość, który zagrał w Avengersach Hawkeye`a, a którego nazwiska nie pamiętam.

...

Jeremy Renner. Wydaje mi się, że na Bonda jest chyba trochę za niski

...

Aren`t you a little short for a James Bond?

...

Maybe I am but is that really so important?

...

U Craiga jedyne co lubię to to, że dobrze się bije w swoich Bondach i jest twardy. Natomiast to, że brzydki, że blondyn, że niski... to wszystko argumenty świadczące o tym, że ten człowiek nie powinien zagrać nigdy Jamesa Bonda. Lepsi kandydaci byli przy Casino Royale rozważani: Ewan McGregor, Clive Owen, Hugh Jackman, Julian McMahon i Alex O`Loughlin. Z wymienionych przeze mnie tylko Ewan jest trochę nieodpowiedni, ale od Craiga (IMO) lepszy.

O jeja!

Dobra, chłopaki, a więc:

w topicu o Avengersach tłumaczę ze dwa razy, dlaczego właśnie Loki. Tu mogę dodać, że dziewczyny wychodzą za tych dobrych, ale na kochanków biorą tych złych Dlaczego podałam jego nazwisko? Bo jest pierwszym Angolem, jaki mi się przypomniał, potrafiącym grać. Piszę przecież: na przykład. No i nie trawię Craiga i już.
Renner mógłby być, nie mam nic przeciw temu. A Jackman to byłoby miodzio

Nowy, lepszy zwiastun Skyfall

Ja osobiście bardzo czekam na ten film

http://www.youtube.com/watch?v=H5AD3PBPuKc&feature=plcp

...

No kurczę, to już 4 zwiastun, który widzę dzisiaj. Ja już zwiastunów nie oglądam, bo cały film mi zaspojlerują, a chcę mieć w kinie niespodziankę.

...

Najlepszy Bond to Sean Connery

A najbardziej lubię:
Dr.No
From Russia With Love
Goldfinger
Thunderball
You Only Live Twice
Octopussy

Sony`s Skyfall TV Commercial

...

Słaba. Zdecydowanie lepsza to ta z Heinekena, którą ostatnio w TV widziałem:
http://www.youtube.com/watch?v=VHz30rlNHCc

Piosenka Adele - Skyfall

niechaj ginie

ten kaszalot

no no no

co ty Szedziu... nie dała ci no... przyjmności słuchania i od razu tak?
Proszę cię bonq, sam DiCaprio nie jesteś pewnie

Co do utworu to bez czołówki nie idzie ocenić... poza tym, że jak widzę to Bondy stają się coraz głupsze i dzięki temu zdobywają coraz większy poklask...

Die another day.

Racja, ta gruba Rebeka nie umywa się do CUDA Madonny. ;<

Ah!

Królowa. <3

Skyfall

Dziś premiera nowego Bonda, więc postanowiłem stworzyć osobny temat, wzorem tematów o Quantum i Casino, gdzie można się podzielić opiniami o Skyfallu.
Jak na fana Bondów przystało, byłem dziś w kinie, oczywiście nie na premierze w nocy, ale o normalnej porze. Na początku roku byłem bardzo sceptycznie do filmu nastawiony, szczególnie po pierwszych nowinkach, między innymi o młodym Q itp. Po pierwszym trailerze byłem jeszcze bardziej rozczarowany, gdyż nie było w nim ani trochę Bonda. Jednak nie ocenia się książki po okładce, a filmu po obejrzeniu jednego zwiastuna. Już w pierwszej scenie przywitały nas znajome dźwięki James Bond theme, które zwiastują przemianę agenta 007 i powrót do tradycji.
Ostatnia scena Quantum of Solace zostawiła furtkę dla nowej części Bonda, gdyż w tej scenie, w całym filmie mszczący się i zabijający wszystkich 007 zostawia kochanka Vesper przy życiu, godzi się z losem i odchodzi. Zastanawiałem się czy twórcy porzucą wizerunek 007 z Casino i Quantum, który kompletnie nie przypomina swoich poprzedników i jest tylko umięśnionym komandosem brytyjskim. Na szczęście już wiem, że porzucili. W tej części (na szczęście) Bond nie wspomina już wydarzeń z dwóch poprzednich części i jest innym człowiekiem. Przede wszystkim nie jest już taki brutalny, znów paradujący głównie w smokingu i w garniaku, znów przypomina nam jak się nazywa i co chwila wszystkim dowcipnie ripostuje. Dalej jest bardzo ludzki - w tej części jest chyba najbardziej rozbudowana psychika, a także przeszłość bohatera. Widać nawiązania do Nolana w sposobie przedstawienia bohaterów.
Również bardzo nolanowski, przypominający Jokera jest Silva, z pewnością jeden z najlepszych czarnych charakterów w serii. Wcześniej wszyscy mówili, że najlepszy jest Le Chiffre - nie wiem, mnie za bardzo nie przekonał, ot taki sobie pracownik organizacji Quantum. Natomiast Silva przypomina trochę 006 z GoldenEye, łączy ich fakt bycia agentami MI6, którzy chcą się zemścić. Postać ta pokazuje nam przede wszystkim, że wywiad brytyjski też potrafi być bezwzględny i nie zawsze ma czyste ręce. Wzbudza u widza wiele refleksji. Sprowadza do poziomu złoczyńcy M, którą do tej pory Bond traktował jak matkę. Swoją drogą M ma w tym filmie wiele do powiedzenia - najwięcej w całej serii. Mnie się to podobało.
Trochę małą rolę w tym odcinku mają dziewczyny Bonda, ale tradycyjnie agent ma czas, żeby się nimi...zająć. Myślałem, że postać Severine będzie bardziej rozbudowana i pozytywnie jestem zaskoczony, że było jej mało (nie za bardzo mi się podobała). Bardziej przekonująco wypadła Eve.
Reszta postaci spełnia moje wymagania - Mallory bardzo mi do gustu przypadł, Bond zawsze musiał mu odpowiedzieć jakąś ripostą Z Q jest trochę gorzej, ale genialnego Llewelyna nie mógł pobić. Spodobało mi się to, że Bond ma podobny stosunek do wieku Q co ja. Ciągle go karci i ironicznie kwituje. Zwróciła jeszcze moją uwagę upierdliwa pani minister atakująca M. Może jednak nie pani minister tylko ministra? Pewna polska ministra mi się właśnie przypomniała.
Wydaje mi się, że film jest troszkę za długi. Można by było przyciąć tu i tam i nie dłużyło by się tak kilka scen. Ogólnie pomysł na fabułę bardzo dobry. Podobały mi się nawiązania do poprzednich części np: "For her eyes only" lub Aston Martin i jego wyposażenie. Jak przy Astonie jesteśmy to nie można nie wspomnieć o powrocie do humoru znanego z czasów Moore`a lub Brosnana. Przy scenie prezentacji legendarnego pojazdu i podróży nim cała sala się śmiała. To samo było gdy Bond "spóźnił się" na pociąg.
Pod względem technicznym film jest wyśmienity. Walka cieni na tle neonów w Szanghaju, ładnie wystrojone kasyno w Makau, pościg na tle Hagia Sophii i piękne krajobrazy w Szkocji to tylko część wartych do zobaczenia scen. Nowy kompozytor serii spisał się wyśmienicie - w całym filmie towarzyszą nam nawiązania do James Bond theme, czyli nowość w filmach z Craigiem. Piosenka Adele też mi się podobała - wprawdzie piosenkom "Goldfinger", "Thunderball" i "Goldeneye" nie dorównuje, ale jest na pewno o niebo lepiej od "Another way to die" z poprzedniej części. Do piosenki dochodzi najlepsza czołówka w historii serii, stworzona przez wracającego do łask po nieobecności w Quantum Daniela Kleinmana. Majstersztykiem jest ostatnia scena - otwarłem szeroko usta, gdy Eve powiedziała jak się nazywa, a wystrój gabinetu M jest taki sam jak za złotej ery Connerego i Moore`a. Szkoda tylko, że gunbarrel był na końcu, a nie na początku, ale to już jest szczegół (dobrze, że w ogóle był ).
Podsumowując; nowy wizerunek Bonda przypadł mi do gustu, z zaciekawieniem będę czekał na nową część. Daje 9,5/10

...

Skyfall ze wszystkich stron, a ja sobie wczoraj obejrzałem oryginalne Casino Royale.
Z Bondem ma to tyle wspólnego, co Holiday Special z SW. I jest równie absurdalne. Kompilacja wstępów do pornoli z tanim SF, przepełniona brytyjskim humorem. Bardzo dziwnie się oglądało, jako że nie wiedziałem czego się spodziewać.

skyfall

No w końcu się wybrałem do kina, bo ostatnio jakoś mi się nie udawało.

Film ma kapitalną czołówkę z utworem Adele, które śmiało nawiązują do tradycyjnych Bondów. Choć to nie wszystkie nawiązania do starych filmów na jakie trafimy w czasie seansu. Obraz jest na pewno lepszy od "Quantum of Solace", z którego tak niewiele pamiętam. Akcja trzyma poziom, choć mam wrażenie że film szybko mi przeleciał, mimo że jest dłuższy od poprzednika. Główny bad ass trochę dziwny, nie wiem co mam o nim sądzić, może bardziej mnie przekona z czasem. Mamy też nowe postacie i tak naprawdę możemy zauważyć początek jakby drugiej fali Bondów z Craigiem. Możliwe więc że zobaczymy nowego początek spoilera Q i M koniec spoilera oraz Naomie Harris ponownie (swoją drogą jest to Selene z "28 dni później", wiedziałem że skądś ją pamiętam + rólka w "Piratach...").

Filmowi dałem 8/10, bo porządnie zrobiony, oczywiście bez podniety. Dobry montaż i praca kamery, niektóre sceny nadawały by się pod 3D. Jedynie w ostatnich 25 minutach brak efektywności, jakby stonowali.

Nowy Bon po staremu.

Nie będę pisał 2 razy tego samego o filmie.
Pozostaje mi potwierdzić to co wspomniał Obi-Wan Skywalker.

Zupełnie inne było moje podejście.
Mam sentyment do starych Bondów bo mój ojciec jest ich fanem i oglądałem je odkąd pamiętam.

Jednak nie miałem problemów z Bondem Craigowskim.
Nadeszły inne czasy, Bond nie może balansować na granicy sf, pastiszu.
Casino Royale ekranizacja 1 książki o Bondzie było znakomite ale bez typowych dla Bondów elementów, z Quantum było troszkę gorzej...
Skyfall jest złotym środkiem.
Mamy uwspółcześnionego Bonda bez udziwnień, z wieloma smaczkami i mrugnięciami okiem. Walther PPK, Martini, przedstawianie się i wiele innych.
Nie ma co nawet porównywać do innego rocznicowego Bonda, "Die Another Day" z Brosmanem.
Tam wstawienie multum gadżetów, efektów i innych bajerów sprawiło że film był wręcz parodią.

Taki Bond, gdzie film, fabuła jest nowoczesny a postać i "otoczka Bondowska" w starym stylu to co mnie satysfakcjonuje i oczekuję od przyszłych filmów z cyklu.

Veni Vidi Vici

Będąc pod ogromnym szokiem wczorajszej wiadomości nie byłem w stanie napisać nic o najnowszym Bondzie. Swoją drogą teraz "Skyfall" zawsze będzie mi się kojarzył z przejęciem Lucasfilmu przez Disney`a Ale przejdźmy do samego filmu:

"Skyfall" - czyli po prostu nowy początek. Kiedy dowiedziałem się, że ta część nie będzie miała nic wspólnego z wątkami rozpoczętymi w Casino Royal był trochę zdenerwowany. Jak to, przecież Bond nie rozprawił się z całą organizacją? Ale potem pomyślałem, iż skoro reżyserem jest Sam Mendes to nie może być źle. Ba jest nawet całkiem dobrze lecz nie idealnie. Jest to zdecydowanie najbardziej "osobisty" film z serii. Po seansie pewna osoba zapytała mnie czy film może być osobisty. Może, wtedy kiedy główną osią napędową akcji jest sam bohater, a właściwie jego uczucia i przeżycia. Jednak aby dobrze to przedstawić w ponad dwugodzinnym filmie potrzeba świetnego aktora. Takiego jak Daniel Craig. To, że nadaje się na agenta jej królewskiej mości pokazał już w początkowych scenach "Casino Royal". Oprócz tego wspiera go cała plejada znakomitych aktorów i aktorek. Na wyróżnienie zasługuje również Javier Bardem - choć widziałem go w kilku filmach to dopiero teraz przekonał mnie, że jest wybitnym aktorem. Postać Silvy jest idealnie skrojona na nasze czasy. Były agent, zdradzony przez swoich ludzi poprzysięga zemstę. Szkoda tylko, że scenariusz w drugiej części filmu nie daje szans na wyciągnięcie z tej postaci więcej. Judi Dench to klasa sama w sobie początek spoilera i będzie mi jej brakować w kolejnych częściach. Mam nadzieję, że nowy M również nada blask tej postaci koniec spoilera Oprócz tego powraca również dwójka starych znajomych, wprawiając starszych fanów serii w lepszy nastrój. Pierwsza część filmu jest świetna, dynamiczna, nieco tajemnicza i zabawna. Jednak po akcji w Londynie tempo, akcja i napięcie spadają. Film, staje się bardziej kameralny. Na to swój urok jednak czuć, że czegoś po prostu brakuje, czuć spory niedosyt. Ogólnie wyszedłem z seansu z przeświadczeniem iż obejrzałem naprawdę dobre, mocne kino. Może nie tak dobre jak "Casino Royal" lecz zdecydowanie lepsze niż "Quantum of Solace", o ostatnich Bondach z Piercem Brosnanem nie wspominając. Z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę serii. Bond żyje i ma się całkiem nieźle, nawet kiedy niebo wali mu się na głowę. 7/10

P.S. Czołówka filmu z piosenką Adele śmiało może konkurować z najlepszymi wprowadzeniami z serii!

Skyfall

Neal Purvis, Robert Wade to kolesie, którzy na stałe zapiszą się w historii kina jako twórcy „Johny’ego Englisha” oraz psuje Jamesa Bonda. Dziwię się, że po „Śmierć nadejdzie jutro” (2002), filmie który pogrzebał markę 007, nie wywalono ich na zbity pysk. Powinni ich rozstrzelać w Korei, lub rozjechać „Vanishem”. Niestety dołączył do nich trzeci szkodnik – Paul Haggis, w efekcie powstał genialny pomysł, by nakręcić Bonda bez Bonda...

Na szczęście, koncepcja się wyczerpała. Haggis po „Casino Royale” i „007 Quantum of Solace” wyleciał na zbity pysk, teraz to samo czeka Purvisa i Wade’a. Jest co świętować. Dołączył za to do grona scenarzystów John Logan, twórca między innymi „Rango” i „Gladiatora”.... W efekcie dostaliśmy pierwszego, prawdziwego Bonda w XXI wieku, którego da się oglądać. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się tego. Nie czytałem wiele o „Skyfall”, poza lokacjami. Jedyna rzecz, która mnie naprawdę interesowała w tym filmie... Docierały mnie pojedyncze plotki, ale spodziewałem się, że będziemy mieć kontynuację wątku Quantum i kolejną podróbkę Bourne’a, czy jak teraz zapowiadały niektóre media także i nolanowskiego Batmana. Wiele recenzji wieszczyło, że wizja Bonda bez Bonda umarła, skończyła się i następny Bond będzie już normalny (ten po „Skyfall” ). Na szczęście okazało się, że ten Bond jest normalny. Ba nawet Daniel Craig zagrał JAMESA BONDA!!! Nie Putina infiltrującego MI-6, ale Bonda. Bond, jak to Bond jest wygadany, inteligentny, ma niewyparzony jęzor, jest dowcipny, ironiczny... I tego jest dużo. Ten film ma tyle humoru, że koparka opada... Skoro przy koparkach jesteśmy, to już właśnie sam początek jest iście Bondowy... Taki jak powinien być, a potem jest tego więcej, dużo więcej. Poprawiło mi to bardzo humor, teraz czekam na kolejną część serii.

„Skyfall” nie jest filmem idealnym. Może z Bondów XXI jest bezkonkurencyjny, ale ma dwa poważne mankamenty. Tempo i muzykę. Moim zdaniem film jest za długi, o ile jeśli chodzi o same sceny nie ma co ich wycinać, ale wiele z nich dobrze byłoby przyciąć, nadając tempa. No i muzyka, która fajnie, że czasem już się pojawia główny wątek, ale poza nim właściwie nic nie oferuje.

Dla mnie jednak i tak najlepsze są te rzeczy, które odwołują się do bodowej tradycji. Aston z „Goldfinegera” z wszystkimi starymi bajerami, Walther PPK, Martini, gabinet M w starym stylu, wieszak na kapelusze, Q (nowy, ale świetnie wymyślony), i Eve. A Craig grał tak dobrze, że choć nie wyglądał jak Bond, to tym razem nie miałem wątpliwości, kogo gra. W końcu jest znów Bond w Bondzie! I to mi póki co wystarcza.

Subiektywnie o Skyfall

Jak dla mnie pierwszy Bond z Craigiem, który trzyma się kupy od początku do końca. Tylko... Dlaczego to się ma nazywać "NOWY" Bond, gdy jest on kompilacją kilkunastu. Ale od początku:
początek spoilera
- Ośmiorniczka - pojedynek na pociągu
- Żyje się tylko dwa razy - "zmartwychwstanie" Bonda
- Żyj i pozwól umrzeć - jakoweś zwierzę, które pożera przeciwnika w walce (tam były krokodyle, ale motyw ten sam)
- Operacja "Piorun" - Severine i Domino (obie panie są wbrew swojej woli z przeciwnikiem Bonda, itp. Jedynie zakończenie ich historii je różni)
- Zabójczy widok - obrona pustej rezydencji przed atakiem grupy zbirów (tam było ich dwoje, Bond i Stacy Sutton)
- Goldeneye - były agent, który mści się na MI6

Najwięcej pomysłów ściągnięto z "Świat to za mało":
- osobista zemsta na M
- powodem do zemsty pozostawienie przez M na pastwę losu - tu agenta nie wyciągnęła z opresji, tam zakazała płacić okup za Electrę King
- Bond poddany badaniom, czy nadaje się do dalszej służby
- zamach na budynek MI6

A poza tym, to masa scen to kopia z innych filmów:
- podczepienie pod windą - Zemsta Sithów (Anakin tylko stał na windzie, nie pod)
- pościg w metrze - Ścigany (tam tylko nikt nie pomagał Kimble`owi)
- pożar w tajnym przejściu po wybuchu - Twierdza (Goodspeed i Mason wskoczyli pod wodę, nie do niszy)
- ostrzał domu z helikoptera niszczący wszystko - Zabójcza broń 2 (tam wprawdzie ostrzeliwano przyczepę kempingową, ale reszta to samo)
- helikopter wpadający w dom i rozbijanie żarówek na bomb(k)i - Rambo
- system obrony domu - Kevin sam w domu
koniec spoilera

Za minus uważam, że klasyczną "czołówkę" (z kółkiem zalewanym krwią) przeniesiono na koniec. Powinno być na początku. Duży plus za nowego Q i przede wszystkim humor 007. Dowcipny, kiedy trzeba zgryźliwy, podszyty ironią - tego brakowało od jakiegoś czasu. Poza tym świetne kreacje aktorskie. Zwłaszcza Javiera.

Także w "nowym" Bondzie nie znalazłem za wiele nowego. Nie zmienia to faktu, że miło się oglądało i generalnie oceniam go jako mocny średniak, a nawet słabe arcydzieło (w kategorii Bondowej).

Skyfall

Mam bardzo mieszane uczucia. Przede wszystkim „Casino Royale” zasługiwało na godny sequel, więc tu „Skyfall” się broni, z grubsza. Niestety ten film ma kolosalną schizofrenię przez co nie wie, czy chce być nowym Bondem z tym chamskim blondynem, czy klasycznym Bondem z odzywkami i widowiskowymi złoczyńcami. Przez to w połowie film jest jednym, a w połowie drugim. Wszystkie te nawiązania są super, ale zaraz po nawiązaniu, kiedy człowiek cieszy się, że wreszcie będzie tak jak powinno...natychmiast wraca ciężki dramat. W dodatku na polu dramatu też nie jest idealnie, bo dialogi, choć miejscami barwne, miejscami są za długie i zbyt przegadane. Czasem cała narracja po prostu siada i film jest przez to przydługi. No i finał, choć w teorii bardzo fajny, sprowadzający do klasycznego brutalnego szpiegostwa, w rzeczywistości okazał się być połączeniem początek spoilera „Drużyny A”, „Kevina samego w domu” i każdej amerykańskiej komedii ze starszym dziadkiem koniec spoilera. Słabym połączeniem, dodajmy. Ale film ma też plusy: prześliczne zdjęcia, świetne aktorstwo drugoplanowe, w tym przede wszystkim M, Q i Javier Bardem, oraz naprawdę widowiskowe sceny akcji. Także nie jestem wstrząśnięty, ale z pewnością jestem zmieszany.

I tylko na koniec właściwie nie wiadomo czego się spodziewać dalej. Czy skończyliśmy już z nadmierną dramatyzacją i wyjaśnianiem motywacji bohatera, skoro teraz jest tak, jak na początku serii? Zaczniemy od nowa? Sam nie wiem...ale osobiście już nie wierzę w prawdziwego Bonda z Danielem Craigem.

Bond 24

Premiera 23 października 2015 roku, wraca Daniel Craig i Sam Mendes:
http://www.007.com/bond-24-news-2/

...

Mendes podpisał kontrakt na 2 Bondy po Skyfallu.

Spectre

tak będzie się nazywał nowy film z Bondem.

http://tinyurl.com/mkz73u2

Re: Spectre

Re: Spectre

Czy tylko ja oglądając te zdjęcia mam skojarzenia z OHMSS? Blofeld, Alpy, baza ala Piz Gloria, teraz tyko czekać na nową hrabinę di Vicenzo

SPECTRE

Będzie ze spoilerami i to sporymi, choć możliwymi do przewidzenia. Zwłaszcza, że wystarczy wejść już na IMDB i "wszystko" jasne .

„Skyfall” rozbudziło moje oczekiwania wobec Bondów z Craigiem. Bond wracał na właściwe tory. „SPECTRE” z jednej strony dalej podąża tym tropem, ale też miejscami to krok w tył. To bez wątpienia film gorszy niż jego poprzednik, ale jednocześnie numer dwa filmów z Craigiem. Największym problemem „SPECTRE” są przede wszystkim jego nierówności. Ma wiele fajnych elementów, ale razem niekoniecznie składa się to w jedno, choć ewidentnie próbują. Zresztą najdziwniejszym kuriozum jest to, że robiąc niby pseudo prequel, który powinien dopiero rozkręcić serię, w końcu po raz pierwszy wprost Bond staje do walki ze S.P.E.C.T.R.E. i swoim arcywrogiem, jednocześnie James jest już styrany życiem, zmęczony i najchętniej poszedłby na zasłużoną emeryturę. Prawdę mówiąc czasem miałem wrażenie, że Sean Connery w „Nigdy nie mów nigdy” miał w sobie więcej życia niż Craig teraz.

Bardzo podoba mi się jedna rzecz w tych nowych Bondach, która raczej jest efektem ewolucji niż zamierzonego planu. Chodzi o powiązanie trzech filmów z Craigiem, czyli przede wszystkim organizacji Quantum (co kupuję) i Silvy (czego nie kupuję) w macki S.P.E.C.T.R.E. Specjalnie pod tym kątem wróciłem jeszcze do „Skyfall” (stąd pewnie gorsza recenzja nowego obrazu) i ten film bronił się bez nawiązań do Quantum czy Widma. Owszem rebranding Quantum w Widmo byłby dziwny, więc coś musieli wymyślić, chcąc pokazać, że to coś więcej. Tak więc ogólnie pomysł mi się podoba, choć z wykonaniem różnie. Przez to te cztery filmy łączą się w logiczną całość i pewnie gdy już „Spectre” wyjdzie na BD zobaczę jak to się odbiera oglądając pod rząd. Ale i tak sposób wejścia Bonda na tajną radę rządzi... Takie totalne oderwanie od rzeczywistości.

Druga genialna sprawa to pewna aktualność, która może nie jest głównym tematem tego Bonda, ale jednocześnie się tu bardzo wyraźnie przebija. Terroryzm i inwigilacja na masową skalę, co bezsprzecznie prowadzi do upadku demokracji. Oczywiście Bond jest filmem rozrywkowym, więc tu wszystko jest tylko pewnego rodzaju fasadą, intrygującą, ale nierozwiniętą, lub co gorsza sprowadzoną do banałów. Niemniej jednak temat przebija się do mainstreamu, więc to już jest sukces.

Trzecia sprawa to Blofeld. Którego grało wielu aktorów, ale Christoph Waltz ze swoją manierą jest w tej roli przecudowny. Taki tarantinowski. Może nawet nazbyt powtarza samego siebie, ale muszę przyznać, że właśnie takiego go lubię i takiego go chciałem widzieć. Myślę, że próba powiązania Blofelda i Bonda pewnymi więzami była zupełnie zbędna. Dla mnie scena w której wiercił dziury w głowie Bonda jest wystarczającym powodem, by stali się arcywrogami. Blofeld w kreacji Waltza to przebiegły drań, ale jednocześnie psychopata, któremu ewidentnie podoba się torturowanie ludzi. I w tym oczywiście jest genialny.

Muszę przyznać, że najgorzej w tym filmie wypadają kobiety. Moneypenny nie jest zainteresowana Bondem, flirtów w praktyce nie ma. Miała lepszą rolę w poprzednim filmie. Monica Bellucci najlepsze lata ma za sobą, a na ekranie sprowadzona jest do roli matrony do zaliczenia, w czym się nie sprawdza. Była genialna jako obiekt pożądania w „Malenie”, ale tam powoli napięcie narastało. W „Spectre” na to czasu nie ma. Tu jako kobieta Bonda ma być łatwą dziewczyną Bonda, tyle, że w kwiecie wieku. Niestety nie wyszło. Najlepiej z nich wypada Léa Seydoux, ale to też nie jest najlepsza kreacja dziewczyny Bonda. Jak sobie przypomnimy Vesper (i Evę Green), to patrząc na scenariusz i to co się tam dzieje, to zupełnie po aktorach tego nie widać. Może trzeba było zmienić końcówkę?

Za to mamy świetne role męskie – M czy Q. Bardzo fajnie się rozwijają i zwłaszcza ten pierwszy ma więcej do zagrania. Zresztą Q też uczestniczy trochę w akcji, co jest bez wątpienia atutem filmu.

Zdecydowanie największy minus to piosenka. Bez wątpienia najgorsza piosenka w dziejach całego cyklu, włączając to „Casyno Royale” z Nivenem. Dobrze, że jej nie było na napisach końcowych. Ale na początkowe – zatyczki mile widziane.

„Skyfall” miał poukrywane smaczki do innych filmów z serii. Co było po prostu genialne. Rozumiem, że nie chcieli iść tym tropem, by nie było zbyt dużo samopastiszu, ale dostaliśmy coś zupełnie innego. Kopiowanie pewnych motywów, czy nawet scen. Bez wątpienia miło się to ogląda, ale na dłuższą metę zabawa ze „Skyfall” bardziej mi się podobała.

„Spectre” to film całkiem przyzwoity. Nierówny, dałoby się go podkręcić, ale przyzwoity. W sumie byłby to dobry koniec filmów z Craigiem, dobrze byłoby gdyby rolę przejął ktoś z trochę większą ikrą. Ale chyba czeka nas jeszcze jeden film z nim. Może potem udałoby się wrócić na właściwe tory? Scenariuszowo to już jest znowu Bond (jak w „Skyfall”), ale jednocześnie cały czas mam wrażenie, że ta seria skończyła się na „Świat to za mało”. Na bezrybiu i rak ryba, więc jestem zadowolony. Jednak chciałbym w końcu zobaczyć powrót Bonda w taki sposób jak ostatnio wrócił Mad Max.

Re: SPECTRE

Też byłem w końcu. Dla mnie trochę zbyt długi. Ale wolę filmy 2h nie przepadam za 90 min lub więcej niż 135 (o ile napisy trwaja 15).

Ale chyba w moim odczuciu najgorszy z Craigiem, którego bardzo lubię jako Bonda i chętnie jeszcze jeden zobaczę.

A seria chyba skońcyła się ja przestali grać w niej Moore oraz Conery Potem nierówno "powróciła" z Brosmanem. A ta z Craigiem po prostu mi się podoba.

No i szkoda że nie ma już niewidzialnego auta

A dziewczyny faktycznie słabe pod względem charakteru i urady, szkoda

25

Wiadomo, że będzie kolejny.
Wiadomo, że z Craigiem.
Wiadomo, że premiera jest zaplanowana na 08.11.2019.

Nie wiadomo kto kręci - podobno nie Mendes, podobno jednym z kandydatów jest Villeneuve.
Ale i tak najważniejszy będzie scenariusz, po tej porażce w Spectre. Choć, oczywiście, pokochamy Bonda nr 25 bez względu na to co mu każą robić..

Re: 25

To możemy się spodziewać dobrego filmu, bo:
Casino Royale - dobre
Quantum of Solace - złe
Skyfall - dobre
Spectre - złe
"25" - dobre

Re: 25

Potwierdzone, że kręci Danny Boyle do scenariusza Johna Hodge`a (ciekawe jak wybrną z tego pasztetu na końcu Spectre).
Premiera europejska w 25 października 2019, amerykańska 8 listopada.
W grudniu mają zacząć zdjęcia, obsada poza Craigiem na razie nieznana.

ups

z powodu różnic twórczych Danny Boyle rzucił reżyserowanie 007...

Bez Kota :(

No to szkoda, "czarny" Kot mógł zamieszać

Re: Bez Kota :(

Czyli pogoniono kota Boylowi. ~

Re: Bez Kota :(

Niestety, byłoby epicko:
Casino Royale - Mads Mikkelsen
Quantum of Solace - Mathieu Amalric
Skyfall - Javier Bardem
Spectre - Christoph Waltz
Bond 25 - Tomasz Kot

No nic, może następnym razem

Re: Bez Kota :(

Nie wiem na ile w tym prawdy, ale podobno to Craig nie zgodził się na Kota. Nieźle

podobno

nie podobał mu się wątek rosyjski, nie aktor.

Nie, nie śledzę tworzenia tych pseudo-Bondów, ale jestem ciekaw czy kiedyś uda się polskiemu aktorowi zaistnieć w Hollywood. I nie mówię o Poli i Gildzie przez szacunek do nich

to by znaczyło

że cały scenariusz Hodge`a leci do kosza i wracają do projektu Purvisa i Wade`a
(i cały casting i preprodukcja idzie się gonić)

Re: to by znaczyło

i to jest fatalna wiadomość. Purvis i Wade powinni dostać bana na 007 po "Śmierć nadejdzie jutro". Dopiero z teamie z Loganem dali radę, ale samodzielnie szkoda Bonda.

Choć w ich scenariuszu podobno był Dubrownik, jedyny plus.

Re: podobno

No przecież Skolimowski w The Avengers!!!

Re: podobno

Jeszcze Olek Krupa.

ale

bądźmy odrobinę poważni

Re: ale

Ok, to w takim razie trzy panie:

Miko, Scorupco (tematycznie, hehe) i Rosati.

xDDD

dobre

mocne

Re: podobno

Znaczy anty-rosyjski ? ... pełne gacie by nie podpaść pijarowo wschodnim "braciom" ?, do czego to doszło.

nie wiem

podobno poszło o szczegóły scenariusza, ale nikt ci nie powie o co konkretnie. Naprawdę się tym przejmujesz?

ktoś

pisał że podobno Boyle z Hodgem chcieli Bonda ukatrupić

Re: nie wiem

Nic a nic. Przez kilka dni temat w głównych mediach żył, a to głównie za sprawą znakomitego Tomasza Kota. Mnie to lotto szczerze mówiąc, obok Bondów przechodzę obok

marzenie

koniec serii o 007 w jego epickiej śmierci ratującej świat. Albo jeszcze lepiej - śmierci, która nic nie znaczy, bo już mają nowego 00 - jakiegoś z wyemancypowanymi jajnikami

Re: Bez Kota :(

Niestety. Kot to bardzo dobry aktor, daleko lepszy od zupełnie przeciętnego, a właściwie kiepskiego aktorsko Craiga, który jednak mimo ewidentnego braku talentu i warsztatu pasuje na tak drewnianą i sztywną postać jak Bond.
Jeszcze raz życie pokazuje, że jeśli jako aktor nie masz farta i "odpowiedniej" tzn. głównie brytyjskiej bądź amerykańskiej narodowości, cholernie ciężko będzie ci się przebić w tym zamkniętym światku pawich piórek.

Re: Bez Kota :(

No popatrz, a Polańskiego zagrał polski aktor. Dziś to ogłosili. Także wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te teorie spiskowe. xDDDDDDDDDDDDDD

Re: Bez Kota :(

Ekhem. To że problem dyskryminacji Słowian z Europy Środkowej nie jest medialny, ani szeroko komentowany; wcale nie znaczy że nie istnieje, nie jest ważki, albo że można się z tego śmiać.

Re: Bez Kota :(


kiepskiego aktorsko Craiga, który jednak mimo ewidentnego braku talentu i warsztatu pasuje na tak drewnianą i sztywną postać jak Bond

Hihihi, Princess zaczyna kampanię na rzecz Haydena 007 Christensena

Re: Bez Kota :(

Princess pewnie nie uwierzy, ale kiedyś wymyśliłem własną przygodę Bonda, a w jednej z ról widziałem Haydena. To było jakoś po Zemście Sithów.

PS. To prawda, nie trolluję w tym momencie.

BTW. przypomniało mi się jak kiedyś Princess napisała, że Seagal jest lepszym aktorem od Pacino. xD

Re: Bez Kota :(

I po co kłamiesz? Nigdy nie napisałam ze Seagal jest lepszy od Pacino.
Co najwyżej że Pacino jest de facto niewiele lepszy aktorsko od Seagala. Bo jest, tylko mało kto to widzi.
( wieczne machanie łapami, darcie gęby, i poza fizio macho italiano w niemal każdej roli to bieda aktorska, a nie kunszt, jak się wydaje tzw. kinomaniakom.^^)

Re: Bez Kota :(

Princess Fantaghiro napisał:
Co najwyżej że Pacino jest de facto niewiele lepszy aktorsko od Seagala. Bo jest, tylko mało kto to widzi.
( wieczne machanie łapami, darcie gęby, i poza fizio macho italiano w niemal każdej roli to bieda aktorska, a nie kunszt, jak się wydaje tzw. kinomaniakom.^^)

-----------------------

Ja Cię bardzo przepraszam, ale TO SĄ BZDURY DO KWADRATU.

ps. spoko, możesz mnie tu zjechać, co nie zmienia faktu jak w zdaniu powyżej.

Re: Bez Kota :(

No jest. Nie umie tak ruszać grdyką i mroczyć spojrzeniem jak Hayden xD

Re: Bez Kota :(

Oj taaak...jak on potrafi Vaderować, spojrzeniem mroczyć...Zwłaszcza w RotS...to jest nie do opisania. Na takie teoretyczne pytanie:
- Czy poszłabyś ze mną na samo dno piekła?
Odpowiedz byłaby tylko jedna:
- Z rozkoszą!

A co do Bonda...Hayden nadał by tej postaci rysu charakterologicznego, na który nie wiem czy ta postać zasługuje...Wolałabym go w roli Bourne` jak już.

Re: Bez Kota :(

Gdy dowiedziałem się że Daniel Craig będzie nowym Bondem, to nie mogłem uwierzyć, bo kompletnie mi nie pasował, ale już po kilku minutach Casino Royale zaakceptowałem ten wybór - kluczowy jest scenariusz.
Rola agenta 007 nie wymaga wielkich umiejętności - zgoda.

Znajomości otwierają wiele drzwi, też prawda - gdyby Lucas ich nie miał, nie byłoby Star Wars.

25 odłożony?

Scenariusz piszą na nowo Purvis i Wade, premiera pewnie jesienią 2020.

Pożyjemy, zobaczymy.

Re: Seria o Bondzie. Jamsie Bondzie, 007

Fuchę dostał teraz Cary Fukunawa. W przypadku It nie dogadał się z producentami i wyleciał. Tu pewnie będzie tak samo. xD

Zresztą, po co w ogóle robić kolejnego Bonda? Nic nowego już nie wniosą do tej serii.

Re: Seria o Bondzie. Jamsie Bondzie, 007

Można już zakładać że Marianelli zrobi mu soundtrack.

Re: Seria o Bondzie. Jamsie Bondzie, 007

-Zresztą, po co w ogóle robić kolejnego Bonda?
https://i.ytimg.com/vi/em-_3cM8-0c/hqdefault.jpg

Re: Seria o Bondzie. Jamsie Bondzie, 007

To całkiem jak z pytaniem po co czydzieści pińć Marveli

premiera 25

Przesunięta na 14.02.2020.

Bond już miał Christmas, teraz Valentine?

Re: premiera 25

25 musi powstać, bo to będzie ten dobry Bond. 26 mogą odpuścić i najlepiej robić od razu 27

jest nadzieja

Podobno w B25 ma pojawić się Lea Seydoux - zatem możliwe, że będzie to kontynuacja Spectre i Hinx uratuje Blofelda (a ją zabije), i jeden z najgłupszych z pomysłów Mendesa i spółki zostanie tylko cliffhangerem.

my tu gadu-gadu

o przeciekach z planu Epizodu Dziewiątego, a tymczasem B25 będzie kręcony między innymi w południowych Włoszech, w Norwegii i prawdopodobnie w Atenach.

Zdjęcia od przyszłego miesiąca, w kinach za rok.

nie będzie

Walentynkowego Bonda, premiera znowu przesunięta - na 08.04.2020

swoją drogą, nie wiem komu mogło wpaść do głowy żeby wpychać Bonda do kin w Walentynki właśnie

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.